28 marca 2026

Od polemiki do metody. Studium własnej recepcji

 


 

 


 

 

Od polemiki do metody. Studium własnej recepcji

Nie opublikowałem recenzji książki Kornelii Sobczak Zośka i Rudy. O miłości, przyjaźni i Polsce, chociaż po jej lekturze napisałem tekst bardzo ostry, jednoznaczny, polemiczny. Powód był prosty: uznałem, że moja reakcja — choć autentyczna i w wielu punktach uzasadniona — wymaga dystansu. A dystans w humanistyce nie jest luksusem. Jest warunkiem wiarygodności.

Piszę o tym nie po to, by wycofać się z krytycznej oceny tej książki, lecz by pokazać coś ważniejszego: jak łatwo nawet czytelnik świadomy metodologicznie może przejść od analizy tekstu do reakcji na tekst, a więc od badania struktury wypowiedzi do przypisywania autorowi intencji, strategii czy motywacji. Właśnie ta granica stała się dla mnie punktem wyjścia do namysłu, który — paradoksalnie — zawdzięczam lekturze książki, z którą się nie zgadzam.

1. Pierwsza reakcja: sprzeciw

Moja nieopublikowana recenzja była wyrazem silnego sprzeciwu wobec sposobu, w jaki autorka potraktowała bohaterów Kamieni na szaniec i samą książkę Aleksandra Kamińskiego. Niepokoiło mnie, że materiał historyczny, literacki i biograficzny został poddany lekturze, która — w moim odbiorze — przekraczała granice uprawnionej interpretacji. Miałem poczucie, że to, co przedstawiane jest jako „możliwość innego spojrzenia”, zaczyna działać jak teza, choć nie zostało dowiedzione.

Był to niepokój natury nie tylko historycznej czy aksjologicznej, ale przede wszystkim metodologicznej. Co wolno badaczowi wobec postaci historycznych, które już nie żyją? Gdzie przebiega granica między reinterpretacją a nadpisaniem? Czy można sugerować ukryte znaczenia relacji międzyludzkich bez wyraźnych podstaw źródłowych tylko dlatego, że współczesna kultura dostarcza nam nowych kategorii odczytania?

Na te pytania reagowałem emocjonalnie, bo dotykają one spraw ważnych: pamięci, prawdy, odpowiedzialności za słowo. Jednak właśnie dlatego uznałem, że emocja nie może być ostatnim słowem badacza.

2. Druga refleksja: moja własna recenzja także wymaga analizy

Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę z czegoś jeszcze istotniejszego. Moja recenzja — choć napisana w obronie rygoru — sama momentami przekraczała granicę, którą chciałem wyznaczyć innym. Używałem sformułowań zbyt mocnych, przypisywałem autorce motywy, których nie mogłem dowieść, formułowałem oceny, które miały charakter nie tylko analityczny, ale i imputacyjny.

Innymi słowy: w reakcji na tekst, który uznałem za insynuacyjny, sam momentami zacząłem mówić językiem sugestii.

To doświadczenie okazało się dla mnie poznawczo cenne. Uświadomiło mi bowiem, że problem nie dotyczy jednej książki ani jednego środowiska ideowego. Dotyczy on szerzej funkcjonowania współczesnej humanistyki i nauk społecznych, które — jako dyscypliny interpretacyjne i normatywne — są szczególnie narażone na przesunięcia między opisem, interpretacją, sugestią i perswazją.

W tym sensie moja nieopublikowana recenzja stała się nie tyle tekstem „do wykorzystania”, ile materiałem do autorefleksji. Pokazała mi, że potrzebujemy narzędzi, które pozwolą badać nie tylko to, co tekst mówi, lecz także to, jak działa na czytelnika.

3. Od intuicji do narzędzia

Właśnie z tej potrzeby zrodziła się próba sformułowania dwóch prostych wskaźników analitycznych: Wskaźnika probabilizacji narracji (WPN) oraz Indeksu insynuacyjności (II).

Pierwszy z nich służy do uchwycenia częstości użycia markerów epistemicznej niepewności: takich jak „być może”, „wydaje się”, „można przypuszczać”, „prawdopodobnie”. Drugi ma charakter bardziej złożony: nie chodzi już tylko o liczbę sygnałów ostrożności, ale o stopień, w jakim tekst prowadzi czytelnika do wniosku niewyrażonego wprost i nieopartego na rozstrzygających dowodach.

To rozróżnienie okazało się kluczowe. Nie każde „być może” jest problemem. Przeciwnie — może być oznaką uczciwości badawczej. Problem pojawia się wtedy, gdy takich zdań jest dużo, gdy układają się w sekwencję, gdy kolejne słabe sugestie zaczynają wytwarzać efekt prawdopodobieństwa, a następnie — niemal niezauważalnie — efekt przekonania.

Wówczas język nie tylko opisuje niepewność. Zaczyna ją organizować w taki sposób, że czytelnik ma poczucie obcowania z czymś bliskim ustaleniu, choć w istocie obcuje z konstrukcją interpretacyjną.

4. Najważniejsza lekcja: nie badać intencji, lecz strukturę tekstu

Najważniejsza korekta, jaką musiałem wprowadzić do własnego sposobu myślenia, dotyczyła statusu autora. Początkowo skłonny byłem mówić o manipulacji, ideologizacji, celowym działaniu. Dziś powiedziałbym ostrożniej: nie wiem, jakie były intencje autora i nie muszę tego wiedzieć, by analizować funkcję tekstu.

To zasadnicza zmiana.

Badanie funkcji epistemicznej i perswazyjnej języka nie wymaga psychologizowania autora. Wymaga natomiast precyzji w opisie mechanizmu dyskursywnego. Zamiast twierdzić: „autor chciał zasugerować X”, należy raczej powiedzieć: „w tekście występują struktury, które mogą prowadzić czytelnika do wniosku X”.

To przesunięcie z poziomu intencji na poziom funkcji wydaje mi się dziś fundamentalne. Chroni ono zarówno przed personalizacją sporu, jak i przed reprodukowaniem tego samego błędu, który chce się zdemaskować.

5. Humanistyka potrzebuje samokontroli własnego języka

W tym sensie analiza własnej nieopublikowanej recenzji okazała się dla mnie ważniejsza niż sama chęć polemiki z książką. Uświadomiłem sobie, że jeśli humanistyka chce zachować swoją wiarygodność, nie może zadowalać się deklaracją krytyczności. Musi wypracowywać procedury samokontroli.

Nie chodzi o ograniczanie interpretacji. Chodzi o jej dyscyplinowanie. Nie chodzi o wyrzeczenie się mocnych tez. Chodzi o ich zakorzenienie w materiale i odróżnienie od sugestii. Nie chodzi wreszcie o unikanie sporów światopoglądowych, lecz o to, by nie maskować ich językiem rzekomej oczywistości poznawczej.

Najkrócej rzecz ujmując: humanistyka nie potrzebuje mniej interpretacji, ale więcej kontroli nad interpretacją.

6. Zakończenie

Nie opublikowałem swojej recenzji, ponieważ uznałem, że nie powinna ona pozostać w formie pierwotnej. Dziś sądzę, że była ona jednak potrzebna — nie jako tekst do druku, lecz jako etap drogi. Bez niej nie dostrzegłbym z taką wyrazistością, jak cienka bywa granica między krytyką a imputacją, między analizą a polemiką, między badaniem a odwetem symbolicznym.

Jeśli więc książka, z którą się nie zgadzam, doprowadziła mnie do wypracowania potrzeby bardziej zdyscyplinowanego narzędzia badawczego, to spełniła wobec mnie funkcję paradoksalnie pożyteczną. Nie dlatego, że przekonała mnie do swojej interpretacji, lecz dlatego, że zmusiła mnie do namysłu nad warunkami rzetelnej niezgody.

Najlepszym dowodem na potrzebę metodologii jest chwila, w której badacz odkrywa, że musi ją zastosować także wobec własnego języka.

 W następnym wpisie pokażę, na czym polega zastosowanie w/w wskaźników oraz jak metodologicznie potraktowała tę książkę AI.  

Ps. Ten tekst powstał w dialogu z AI — ale decyzje, wątpliwości i wnioski są już moje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam