Pod koniec ub. roku odniosłem się do raportu PIAAC, który "mierzył" alfabetyzm funkcjonalny nie jako techniczną umiejętność czytania, lecz
jako zdolność rozumienia, interpretowania i oceniania informacji, a więc te kompetencje, bez których demokracja zamienia się w teatr emocji.
Obywatel, który nie potrafi śledzić argumentu, rozumieć decyzji
administracyjnych czy odróżniać informacji od manipulacji, nie przestaje
głosować – przestaje jednak rozumnie uczestniczyć. Niskie i nietrwałe
kompetencje dorosłych, które pokazuje PIAAC w Polsce, nie są więc problemem
edukacyjnym w wąskim sensie, ale problemem ustrojowym.
Podobnie
jest z rozumowaniem matematycznym. W nowoczesnym państwie niemal każda decyzja
publiczna opiera się na liczbach: budżetach, wskaźnikach, prognozach. Jeśli
społeczeństwo nie potrafi ich interpretować, liczby stają się autorytetem
władzy, a nie przedmiotem debaty. PIAAC pokazuje, że w Polsce kompetencje tego
rodzaju są słabe i szybko zanikają. To oznacza, że demokracja traci jeden z
kluczowych mechanizmów kontroli: zdolność obywateli do kwestionowania
polityki na podstawie danych, a nie emocji.
Szczególnie wymowne są wyniki dotyczące rozwiązywania problemów w środowisku cyfrowym. PIAAC nie pyta, czy umiemy obsługiwać smartfon, lecz czy potrafimy samodzielnie myśleć i działać w złożonym cyfrowym świecie. Słabe wyniki w tym obszarze oznaczają nie tyle „wykluczenie cyfrowe”, ile zależność poznawczą: obywatel staje się odbiorcą narracji, algorytmów i uproszczeń. Demokracja zaś bez autonomii poznawczej bardzo łatwo przechodzi w rządy emocji i manipulacji.
Jednym z najważniejszych, a najrzadziej
komentowanych wniosków PIAAC jest to, że osoby o najniższych
kompetencjach najrzadziej się uczą. System nie działa naprawczo, lecz
wykluczająco. Wiedza nie krąży w społeczeństwie, nie odnawia się, nie jest
praktykowana. To sygnał, że republika nie ma mechanizmu samoodnowy. Demokracja
oparta wyłącznie na szkole, bez uczenia
się dorosłych, jest ustrojem jednorazowej socjalizacji, a nie ciągłego
samokształcenia wspólnoty.
Diagnoza PIAAC ujawnia jeszcze coś, czego
nie widać w tabelach: niski poziom zaufania epistemicznego. Słaba
motywacja respondentów, rezygnacje z testów, dystans wobec badań publicznych
nie są „problemem metodologicznym”. To są informacje o relacji
obywatel–państwo. Społeczeństwo, które nie wierzy, że wiedza publiczna coś
zmienia, przestaje traktować ją jako wspólne dobro. Bez wspólnej wiedzy nie ma samorządnej
Rzeczpospolitej, gdyż jest tylko zmieniająca się administracja państwowa,
ideokratyczna i zarządzanie nastrojami społecznymi.
Polska
władza lubi chwalić się wynikami PISA, jeśli polscy piętnastolatkowie osiągają w tej diagnozie wysokie wyniki. Problem w tym, że badanie PIAAC pokazuje coś
znacznie ważniejszego, a mianowicie, czy zdobyta wiedza utrzymuje się w czasie. Dobre wyniki
młodych, które szybko zanikają w dorosłości, oznaczają, że demokracja nie ma
pamięci poznawczej. Wiedza nie kumuluje się społecznie, ale wyparowuje. Diagnoza PIAAC nie jest raportem o tym, „jacy są
Polacy”, ale informacją o tym, czy państwo stworzyło warunki do istnienia społeczeństwa
wiedzy, do uczenia się przez całe życie.
Jeśli
władza traktuje te dane jak zagrożenie i neutralizuje je językiem
„uwarunkowań”, to nie dlatego, że są pedagogicznie niewygodne. Dlatego, że
pokazują granice demokracji rozumianej jako wspólne rządzenie oparte na wiedzy.
Demokracja bez wspólnej wiedzy nie upada nagle, ale przestaje rozumieć zachodzące w niej zmiany. Wyniki badań PIAAC są zwierciadłem, w
którym należy się przyjrzeć nie po to, by znaleźć odpowiedź na pytanie, czy nam
się w nim podoba, ale czy jeszcze potrafimy w nie spojrzeć bez obaw o przyszłość.
Jak
młode pokolenie mogłoby/powinno upomnieć się o zmianę w polityce krajowej,
korzystając z raportów OECD, w tym PIAAC? To pytanie jest kluczowe, bo
dotyka przejścia od diagnozy do sprawczości. Odpowiem w sposób konkretny,
realistyczny i republikański: nie „jak protestować”, lecz jak użyć wiedzy
jako narzędzia zmiany polityki, bez popadania w moralizowanie czy partyjność.
Od
dziesiątek lat nastąpił zwrot w pojmowaniu polityki jako troski na rzecz polityki
jako gry o władzę. W klasycznym sensie polityka była rozumiana jako racjonalna troska
o dobro wspólne (res publica), więc działaniem w horyzoncie
długiego trwania, które jest oparte na sporze o racje, a nie o tożsamości. Współczesne
demokracje coraz częściej funkcjonują inaczej, bowiem polityka staje się rywalizacją
o kontrolę nad aparatem państwa, czasem odniesienia jest najbliższy cykl
wyborczy, zaś wiedza nie służy korekcie działań, lecz legitymizacji
narracji. Widoczny jest cynizm partiokratów, który jest w istocie racjonalnością
władzy pozbawiona troski o dobro wspólne.
Partiokracja stała się nowym a faktycznym ustrojem Polski. Nie żyjemy już w „czystych” demokracjach przedstawicielskich, a tym bardziej bezpośrednich. Żyjemy w ustroju, który politolodzy coraz częściej opisują jako rządy partii nad instytucjami i społeczeństwem, a nie społeczeństwa i jego instytucji nad partiami. Charakterystyczną cechą tego ustroju jest łup kadencyjny, a instytucje publiczne są przestawiane narracyjnie, zamiast być doskonalonymi.
Wiedza ekspercka jest ceniona tylko wtedy, gdy nie zagraża władzy. W takim systemie racjonalność nie zanika, gdyż ona się zmienia. Nie jest to racjonalność dobra wspólnego, lecz racjonalność utrzymania dominacji.
Dlaczego dane z raportów OECD są niewygodne dla takiej władzy? Raporty OECD typu PIAAC, PISA, TIMMS są niebezpieczne dla partiokracji, ponieważ pokazują dane odzwierciedlające działanie państwa w długim czasie długim, pokazują skutki decyzji sprzed 10–20 lat, porównują państwa, a nie narracje, demaskują zerwanie ciągłości, a nie „błędy obywateli”, wymuszają odpowiedzialność, nie pozwalają na reset. Dla cynicznej władzy stanowi to zasadniczy problem.
Dlatego obserwujemy depolityzację języka raportów, psychologizację
problemów („motywacja”, „postawy”), naturalizację porażek („demografia”,
„cywilizacja”), odcięcie danych od decyzji. Nie jest to przejawem ignorancji,
ale świadomą strategią przetrwania władzy. Edukacja i naukowa wiedza są zatem pierwszymi
ofiarami partiokracji. Dlaczego właśnie edukacja i badania finansowane ze
środków publicznych?
Wyniki
i wnioski z diagnoz są odroczone w czasie, nie da się ich łatwo „sprzedać” w kampanii
wyborczej, wymagają stabilności i zaufania. Dla partiokratów jest to sfera mało
opłacalna politycznie, ale bardzo użyteczna symbolicznie. Dlatego edukacja przestaje
być dobrem wspólnym, stając się narzędziem tożsamościowym lub obszarem
kontroli władzy. Badania przestają być lustrem, a stają się zasłoną dymną.
Cynizm
władz politycznych nie oznacza braku racjonalności, toteż warto zwrócić uwagę
na tak ważne rozróżnienie. Współczesna władza nie jest nieracjonalna. Jest
racjonalna w innej logice niż dobro wspólne. Jej racjonalność polega na minimalizacji
ryzyka wyborczego, kontroli przekazu, unikaniu długofalowej odpowiedzialności,
dlatego tak się spieszy, by w krótkim czasie osiągnąć jakikolwiek cel
polityczny np. zmienić ustrój szkolny, podstawy programowe kształcenia ogólnego
i zawodowego itp. Z tej perspektywy ignorowanie wyników PIAAC, neutralizowanie
wiedzy, instrumentalizacja edukacji są działaniami racjonalnymi, ale antyrepublikańskimi.
Co to oznacza dla demokracji?
Skutek
jest głębszy niż „zła polityka edukacyjna”. Jeśli wiedza nie jest dobrem
wspólnym, edukacja nie jest chroniona przed władzą, dane nie służą korekcie, to
demokracja traci zdolność samopoznania, dryfuje w stronę polityki afektywnej, staje
się podatna na manipulację i to nie dlatego, że „obywatele są gorsi”,
lecz dlatego, że państwo przestaje być republiką.
Doświadczamy
odejścia od polityki jako troski o dobro wspólne, na rzecz polityki jako
gry cynicznych aktorów partyjnych, ale to nie jest nieuchronne prawo historii. To
jest kryzys ustrojowy, nie cywilizacyjny, kryzys wiedzy jako dobra wspólnego.
Dlatego
właśnie raporty OECD są dziś ważne nie jako ekspertyzy techniczne, lecz jako narzędzia oporu samorządnego społeczeństwa. Demokracja nie upada wtedy, gdy władza kłamie,
ale upada, gdy władza przestaje się uczyć i przestaje być do tego zmuszana. Pytanie, czy nadal będzie wygrywać partiokracji
można zaostrzyć innym: czy społeczeństwo odzyska wiedzę jako dobro wspólne i
uczyni z niej warunek legitymacji władzy?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam