04 stycznia 2026

Od dobra wspólnego do łupu partyjnego

 



Pod koniec ub. roku odniosłem się do raportu PIAAC, który "mierzył" alfabetyzm funkcjonalny nie jako techniczną umiejętność czytania, lecz jako zdolność rozumienia, interpretowania i oceniania informacji, a więc te kompetencje, bez których demokracja zamienia się w teatr emocji. Obywatel, który nie potrafi śledzić argumentu, rozumieć decyzji administracyjnych czy odróżniać informacji od manipulacji, nie przestaje głosować – przestaje jednak rozumnie uczestniczyć. Niskie i nietrwałe kompetencje dorosłych, które pokazuje PIAAC w Polsce, nie są więc problemem edukacyjnym w wąskim sensie, ale problemem ustrojowym.

Podobnie jest z rozumowaniem matematycznym. W nowoczesnym państwie niemal każda decyzja publiczna opiera się na liczbach: budżetach, wskaźnikach, prognozach. Jeśli społeczeństwo nie potrafi ich interpretować, liczby stają się autorytetem władzy, a nie przedmiotem debaty. PIAAC pokazuje, że w Polsce kompetencje tego rodzaju są słabe i szybko zanikają. To oznacza, że demokracja traci jeden z kluczowych mechanizmów kontroli: zdolność obywateli do kwestionowania polityki na podstawie danych, a nie emocji.

   Szczególnie wymowne są wyniki dotyczące rozwiązywania problemów w środowisku cyfrowym. PIAAC nie pyta, czy umiemy obsługiwać smartfon, lecz czy potrafimy samodzielnie myśleć i działać w złożonym cyfrowym świecie. Słabe wyniki w tym obszarze oznaczają nie tyle „wykluczenie cyfrowe”, ile zależność poznawczą: obywatel staje się odbiorcą narracji, algorytmów i uproszczeń. Demokracja zaś bez autonomii poznawczej bardzo łatwo przechodzi w rządy emocji i manipulacji.

   Jednym z najważniejszych, a najrzadziej komentowanych wniosków PIAAC jest to, że osoby o najniższych kompetencjach najrzadziej się uczą. System nie działa naprawczo, lecz wykluczająco. Wiedza nie krąży w społeczeństwie, nie odnawia się, nie jest praktykowana. To sygnał, że republika nie ma mechanizmu samoodnowy. Demokracja oparta wyłącznie na szkole,  bez uczenia się dorosłych, jest ustrojem jednorazowej socjalizacji, a nie ciągłego samokształcenia wspólnoty.

   Diagnoza PIAAC ujawnia jeszcze coś, czego nie widać w tabelach: niski poziom zaufania epistemicznego. Słaba motywacja respondentów, rezygnacje z testów, dystans wobec badań publicznych nie są „problemem metodologicznym”. To są informacje o relacji obywatel–państwo. Społeczeństwo, które nie wierzy, że wiedza publiczna coś zmienia, przestaje traktować ją jako wspólne dobro. Bez wspólnej wiedzy nie ma samorządnej Rzeczpospolitej, gdyż jest tylko zmieniająca się administracja państwowa, ideokratyczna i zarządzanie nastrojami społecznymi.

Polska władza lubi chwalić się wynikami PISA, jeśli polscy piętnastolatkowie osiągają w tej diagnozie wysokie wyniki. Problem w tym, że badanie PIAAC pokazuje coś znacznie ważniejszego, a mianowicie, czy zdobyta wiedza utrzymuje się w czasie. Dobre wyniki młodych, które szybko zanikają w dorosłości, oznaczają, że demokracja nie ma pamięci poznawczej. Wiedza nie kumuluje się społecznie, ale wyparowuje. Diagnoza PIAAC nie jest raportem o tym, „jacy są Polacy”, ale informacją o tym, czy państwo stworzyło warunki do istnienia społeczeństwa wiedzy, do uczenia się przez całe życie. 

Jeśli władza traktuje te dane jak zagrożenie i neutralizuje je językiem „uwarunkowań”, to nie dlatego, że są pedagogicznie niewygodne. Dlatego, że pokazują granice demokracji rozumianej jako wspólne rządzenie oparte na wiedzy. Demokracja bez wspólnej wiedzy nie upada nagle, ale przestaje rozumieć zachodzące w niej zmiany. Wyniki badań PIAAC są zwierciadłem, w którym należy się przyjrzeć nie po to, by znaleźć odpowiedź na pytanie, czy nam się w nim podoba, ale czy jeszcze potrafimy w nie spojrzeć bez obaw o przyszłość.

Jak młode pokolenie mogłoby/powinno upomnieć się o zmianę w polityce krajowej, korzystając z raportów OECD, w tym PIAAC? To pytanie jest kluczowe, bo dotyka przejścia od diagnozy do sprawczości. Odpowiem w sposób konkretny, realistyczny i republikański: nie „jak protestować”, lecz jak użyć wiedzy jako narzędzia zmiany polityki, bez popadania w moralizowanie czy partyjność.

Od dziesiątek lat nastąpił zwrot w pojmowaniu polityki jako troski na rzecz polityki jako gry o władzę. W klasycznym sensie polityka była rozumiana jako racjonalna troska o dobro wspólne (res publica), więc działaniem w horyzoncie  długiego trwania, które jest oparte na sporze o racje, a nie o tożsamości. Współczesne demokracje coraz częściej funkcjonują inaczej, bowiem polityka staje się rywalizacją o kontrolę nad aparatem państwa, czasem odniesienia jest najbliższy cykl wyborczy, zaś wiedza nie służy korekcie działań, lecz legitymizacji narracji. Widoczny jest cynizm partiokratów, który jest w istocie racjonalnością władzy pozbawiona troski o dobro wspólne.

Partiokracja stała się nowym a faktycznym ustrojem Polski. Nie żyjemy już w „czystych” demokracjach przedstawicielskich, a tym bardziej bezpośrednich. Żyjemy w ustroju, który politolodzy coraz częściej opisują jako rządy partii nad instytucjami i społeczeństwem, a nie społeczeństwa i jego instytucji nad partiami. Charakterystyczną cechą tego ustroju jest łup kadencyjny, a instytucje publiczne są przestawiane narracyjnie, zamiast być doskonalonymi. 

Wiedza ekspercka jest ceniona tylko wtedy, gdy nie zagraża władzy. W takim systemie racjonalność nie zanika, gdyż ona się zmienia. Nie jest to racjonalność dobra wspólnego, lecz racjonalność utrzymania dominacji.

    Dlaczego dane z raportów OECD są niewygodne dla takiej władzy? Raporty OECD typu PIAAC, PISA, TIMMS są niebezpieczne dla partiokracji, ponieważ pokazują dane odzwierciedlające działanie państwa w długim czasie długim, pokazują skutki decyzji sprzed 10–20 lat, porównują państwa, a nie narracje, demaskują zerwanie ciągłości, a nie „błędy obywateli”, wymuszają odpowiedzialność, nie pozwalają na reset. Dla cynicznej władzy stanowi to zasadniczy problem. 

Dlatego obserwujemy depolityzację języka raportów, psychologizację problemów („motywacja”, „postawy”), naturalizację porażek („demografia”, „cywilizacja”), odcięcie danych od decyzji. Nie jest to przejawem ignorancji, ale świadomą strategią przetrwania władzy. Edukacja i naukowa wiedza są zatem pierwszymi ofiarami partiokracji. Dlaczego właśnie edukacja i badania finansowane ze środków publicznych?

Wyniki i wnioski z diagnoz są odroczone w czasie,  nie da się ich łatwo „sprzedać” w kampanii wyborczej, wymagają stabilności i zaufania. Dla partiokratów jest to sfera mało opłacalna politycznie, ale bardzo użyteczna symbolicznie. Dlatego edukacja przestaje być dobrem wspólnym, stając się narzędziem tożsamościowym lub obszarem kontroli władzy. Badania przestają być lustrem, a stają się zasłoną dymną.

Cynizm władz politycznych nie oznacza braku racjonalności, toteż warto zwrócić uwagę na tak ważne rozróżnienie. Współczesna władza nie jest nieracjonalna. Jest racjonalna w innej logice niż dobro wspólne. Jej racjonalność polega na minimalizacji ryzyka wyborczego, kontroli przekazu, unikaniu długofalowej odpowiedzialności, dlatego tak się spieszy, by w krótkim czasie osiągnąć jakikolwiek cel polityczny np. zmienić ustrój szkolny, podstawy programowe kształcenia ogólnego i zawodowego itp. Z tej perspektywy ignorowanie wyników PIAAC, neutralizowanie wiedzy, instrumentalizacja edukacji są działaniami racjonalnymi, ale antyrepublikańskimi. Co to oznacza dla demokracji?

Skutek jest głębszy niż „zła polityka edukacyjna”. Jeśli wiedza nie jest dobrem wspólnym, edukacja nie jest chroniona przed władzą, dane nie służą korekcie, to demokracja traci zdolność samopoznania, dryfuje w stronę polityki afektywnej, staje się podatna na manipulację i to nie dlatego, że „obywatele są gorsi”,
lecz dlatego, że państwo przestaje być republiką.

Doświadczamy odejścia od polityki jako troski o dobro wspólne, na rzecz polityki jako gry cynicznych aktorów partyjnych, ale to nie jest nieuchronne prawo historii. To jest kryzys ustrojowy, nie cywilizacyjny, kryzys wiedzy jako dobra wspólnego.

Dlatego właśnie raporty OECD są dziś ważne nie jako ekspertyzy techniczne, lecz jako narzędzia oporu samorządnego społeczeństwa.  Demokracja nie upada wtedy, gdy władza kłamie, ale upada, gdy władza przestaje się uczyć i przestaje być do tego zmuszana. Pytanie, czy nadal będzie wygrywać partiokracji można zaostrzyć innym: czy społeczeństwo odzyska wiedzę jako dobro wspólne i uczyni z niej warunek legitymacji władzy?

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam