30 stycznia 2026

Komu służy punktoza w szkolnictwie wyższym?

 




Powracam do artykułu z 2020 roku Konrada Kulikowskiego i Emila Antipowa, który przeszedł bez echa, a władza   nie udzieliła odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Komu służy punktoza w szkolnictwie wyższym? Nie czynię tego dlatego, że nie spełniam w tym zakresie ustawowych wymagań, bo jest wprost odwrotnie, ale nie mogę przejść obok tego obojętnie, gdyż czytam o planowanej kontynuacji slotowej ewaluacji. 

W największym skrócie: punktoza w szkolnictwie wyższym służy od kilkunastu lat przede wszystkim rządzącym w kraju , w tym w Ministerstwie Nauki, a tylko pośrednio – nauce. Jej główną funkcją nie jest poprawa poziomu polskiej nauki, lecz oszczędzanie na tych, którzy wierzą, że na ich pracy rzeczywiście komuś zależy.

Dobrze ujęli to socjolog i historyk/filozof pokazując, że punktoza nie jest jedynie techniką ewaluacji, ale wartością kulturową polskiej społeczności akademickiej, jednym z najważniejszych celów pracy naukowej, ale nie po to, by publikowanie służyło zdobywaniu punktów dla dyscypliny naukowej w konkretnej jednostce akademickiej, by ta mogła dostać z budżetu państwa nieco większą od innych "miskę ryżu"!  

Komu służy punktoza? Oczywiste, że władzy państwowej i ministerstwu jako podmiotu sterującego dzieleniem biedy. Parametryzacja umożliwia szybkie porównywanie jednostek i dyscyplin, tworzenie rankingów, algorytmiczny podział subwencji. Jest to zatem wygodny substytut złożonej, rzekomo eksperckiej oceny jakości badań przez członków KEN, którzy nie są ekspertami w zakresie wszystkich dyscyplin. 

Punkty miały służyć ewaluacji instytucji, nie osób, ale w praktyce są także przenoszone na poziom ocen indywidualnej pracowników co dwa lata. Nie ma tu znaczenia ich praca dydaktyczna, organizacyjna i naukowa, ale to, jakiej wartości jest wniesiony przez nich slot. Zakłada się, że "każda kura ma znosić złote jaja", a jak nie, to "do gara, na rosół".  

Władzom uczelni punktoza dają behawioralne narzędzie kaskadowego zarządzania („cele z góry → punkty w dół”), dyscyplinowania pracowników i uzasadniania decyzji kadrowych oraz finansowych. Te ostatnie są na żenującym poziomie. 

Punkty działają jak język biurokratycznej legitymizacji: decyzja nie jest „moja”, tylko „wynika z ustawy”, a więc z systemu. 

Slotoza - punktoza służy zatem systemowi parametrycznemu jako takiemu, bowiem podtrzymuje istnienie rozbudowanych list czasopism (jakościowo skandaliczna, kompromitująca KEN i MNiSW), algorytmów, procedur, komisji. Jest więc mechanizmem samopodtrzymującym się, w ramach którego system potrzebuje punktów, a punkty uzasadniają istnienie systemu.

Punktoza jest przydatna instrumentalnie niektórym naukowcom, ale i pseudonaukowcom. Niektórym umożliwia szybkie budowanie CV, stosowanie strategii „optymalizacyjnych”, minimalizowanie ryzyka. Socjolodzy opisują to zjawisko jako strategie przetrwania, a nie rozwoju naukowego. 

Komu punktoza nie służy? przede wszystkim nie służy jakości badań naukowych, bo generuje powstawanie akademickich klik na każdym niemalże poziomie przydziału środków i akademickich uprawnień. Punktacja odnosi się do miejsca publikacji, a nie do treści rozpraw i ich faktycznego rezonansu w kraju i poza granicami. 

Ta sama praca ma inną wartość punktową w zależności od czasopisma. Jakość bywa kompensowana ilością przyznanych punktów. System dopuszcza sytuację, w której wiele słabych tekstów jest równoznaczny z jedną przełomową publikacją. 

Punktoza nie sprzyja rzetelnej ocenie naukowca, gdyż ocena oparta na punktach jest nietrafna (nie mierzy „poziomu naukowego”), jest nierzetelna (niestabilna, zależna od mody, strategii, sieci kontaktów).  Środowisko naukowe doskonale rozpoznaje to w ramach własnych dyscyplin, ale nie przeciwstawia się temu, gdyż niektórzy pseudonaukowcy objęli funkcje kierownicze, a to oni/one przydzielają i tak niewielkie środki finansowe akademikom. Nie przyznają im tym, którzy są rzeczywiście uczonymi, bo sami jeszcze gorzej by wypadli w finalnej ocenie.  Za "kasę" dopiszą się, by mieć wysoko punktowany slot.

Punktoza niszczy motywację wewnętrzną pracowników naukowych.  Badania nad systemami zarządzania efektywnością pokazują, że dominacja ocen i kontroli nie podnosi jakości pracy, a często generuje cynizm i grę pod wskaźniki. Autorzy wspomnianego wcześniej artykułu  podkreślają, że nie ma dowodów, iż ocenianie przez pryzmat punktów zwiększa poziom nauki. Doprawdy, nie widać tego ani na UJ, ani w UW, ani w ... 

Punktoza nie służy też zdrowiu psychicznemu naukowców, ale kogo to obchodzi. Niech sami siebie wykańczają, niech obrzucają błotem konkurentów, byle tylko coś się do nich przylepiło i wyeliminowało ich z pracy.  Temu ma służyć także w nauce ustawa o sygnalistach. 

Po co więc realnie istnieje punktoza? Można powiedzieć wprost, aby nauką dało się zarządzać jak arkuszem kalkulacyjnym. Nie po to, by rozumieć i doceniać sens badań naukowych, nie po to, by wspierać myślenie, nie po to, by chronić odwagę intelektualną, lecz po to, by upraszczać złożoność, zamieniać wartości autoteliczne na heteroteliczne i umożliwiać szybkie decyzje administracyjne, także pseudonaukowców i cynicznych polityków.

Kulikowski i Antipow wykazali w swoim studium, że problemem nie jest sama strategia publikacyjna, lecz punktoza jako wartość kulturowa, czyli przekonanie, że celem pracy naukowej jest publikowanie i zbieranie punktów. Dopóki ta wartość dominuje, to każda reforma generuje tylko nową odmianę „optymalizacji”. Zamiast punktozy pojawi się „slotoza”, „impaktoza” itd. 

Nie ma obecnie żadnego państwa, które stosowałoby w szkolnictwie wyższym dokładnie ten sam system punktowania publikacji jak w Polsce, z taką formalną, obowiązkową „listą czasopism oraz wydawnictw i punktów za publikację” a stosowaną do oceny naukowców i instytucji.  

źródło: Konrad Kulikowski, Emil Antipow, Niezamierzone konsekwencje punktozy jako wartości kulturowej polskiej społeczności akademickiej, Studia Socjologiczne, 2020 3 (238), 207–236. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam