W nowoczesnych demokracjach odwołanie do ekspertów uchodzi za znak odpowiedzialności. „Procesy”, „konsultacje”, „nabór specjalistów” mają uspokajać opinię publiczną i świadczyć o racjonalności decyzji. Problem zaczyna się wtedy, gdy eksperci nie ograniczają władzy, lecz ją osłaniają. Wówczas nie mamy do czynienia z merytokracją, lecz z jej symulacją. Reforma26 wraz z towarzyszącym jej naborem ekspertów do nowych podstaw programowych jest dobrym przykładem tego mechanizmu.
Pierwszy sygnał ostrzegawczy jest fundamentalny: decyzja o zmianie podstaw programowych została ogłoszona zanim pojawili się eksperci. Nabór nie dotyczy pytania czy zmieniać podstawy, ani czy jest to najlepszy instrument polityki edukacyjnej. Dotyczy wyłącznie pytania jak je napisać. Eksperci zostają więc zaproszeni do realizacji decyzji politycznej, a nie do jej oceny. Ich rola ma charakter wykonawczy, nie krytyczny. Wiedza nie pełni funkcji hamulca – pełni funkcję paliwa. To zasadnicza różnica między merytokracją a populizmem eksperckim.
Reforma26
nie została poprzedzona publiczną, konieczną diagnozą opartą m.in. na danych
międzynarodowych: PIAAC, PISA, TALIS, które należało najpierw skonfrontować z
krajowym badaniem oświatowym. Nie postawiono pytań o ciągłość systemu, o skutki
poprzednich reform, o koszty kolejnego resetu programowego. Zmiana podstaw
programowych pojawia się jako rozwiązanie bez problemu, a to jest klasyczną
cechą populizmu administracyjnego. Decyzja polityczna zostaje przedstawiona
jako neutralna konieczność, a w polskim przypadku jako reset działań
poprzedniej władzy, a zatem jest obarczona ryzykiem. Rzekomi eksperci mają
wypełnić lukę treścią, byle tylko nie ujawnić konfliktu poznawczego.
W
społeczeństwach reformujących edukację na naukowej podstawie eksperci muszą
mieć możliwość powiedzenia: „to zły pomysł”, „dane tego nie potwierdzają”,
„ryzyko przewyższa potencjalne korzyści”. W Reformie26 nie istnieje żaden
mechanizm, który dawałby ekspertom taką władzę. Nie przewidziano bowiem możliwości
wstrzymania reformy, alternatywnych scenariuszy (np. stabilizacja zamiast
zmiany) czy opublikowania wariantów ryzyka zmian.
Eksperckość
nie ogranicza arbitralności władzy, gdyż powinna być jej zasobem
legitymizacyjnym. Jednak rządzący oczekują posłuszeństwa, a zatem i
bezmyślności, z czym nie zgadzają się naiwnie zaangażowani w ten proces, a
kiedy to dostrzegają, to opuszczają „szalupę” instytucjonalnego zakłamania.
Charakterystyczny
jest także język komunikacji Reformy26: „kolejny etap”, „proces”,
„konsultacje”, „zaproszenie do współpracy”. Nie ma w nim miejsca na spór,
niepewność, sprzeczne stanowiska. Tymczasem merytokratycznie konstruowana
zmiana musi przewidywać i ujawniać konflikty poznawcze, pokazywać społeczeństwu,
że decyzje są trudne, dane nie są jednoznaczne, że eksperci się różnią między
sobą. Populizm ekspercki postępuje odwrotnie: wygładza spór, wytwarza obraz
zgody i kompetentnego zarządzania. Społeczeństwo ma ufać procedurze nie rozumiejąc
jej sensu.
Kolejną
funkcją ekspertów mających zapewnić władze alibi jest rozmycie
odpowiedzialności. Jeśli reforma się nie powiedzie, zawsze można powiedzieć
- „tak rekomendowali eksperci”, „to był wynik szerokich konsultacji”, a wzięło
w nich udział n-tysięcy nauczycieli, naukowców, „proces był zgodny z
najlepszymi praktykami”. Odpowiedzialność nie spoczywa na decyzji politycznej,
lecz na abstrakcyjnym „procesie”. To przeciwieństwo republikańskiej
zasady: kto decyduje, ten odpowiada.
Warto
podkreślić, że polityka polskich rządów nie
jest populizmem antyeksperckim. Przeciwnie, to jest populizm, który wielbi
ekspertów, bo potrafi ich użyć instrumentalnie. Najważniejsze, by ich
opinie miały klauzulę tajności. Nie atakuje zatem wiedzy, lecz ją prywatyzuje
politycznie. Odbiera jej zdolność do krytyki, zachowując jej prestiż. To
szczególnie skuteczna forma populizmu, bo nie prowokuje, nie dzieli
ostentacyjnie, a działa przez
uspokojenie i obietnicę racjonalności.
Można
sformułować pytanie: Czy władza mogłaby zignorować wnioski ekspertów, gdyby
były niewygodne politycznie? Jeśli odpowiedź brzmi „tak” co w przypadku
Reformy26 wszystko na to nie wskazuje, to mamy eksperckość jako alibi władzy.
Reforma26 pokazuje, jak łatwo współczesne państwo może symulować racjonalność,
nie rezygnując z arbitralności.
Nabór ekspertów staje się elementem narracji troski o dobro wspólne, a nie mechanizmem jego ochrony. Merytokracja zaczyna się tam, gdzie władza ryzykuje, że wiedza ją zatrzyma. Populizm zaczyna się tam, gdzie wiedza ma zasłaniać hidden curriculum partii władzy. Jeśli edukacja ma pozostać dobrem wspólnym, eksperci muszą być źródłem ryzyka dla władzy, a nie jej tarczą. W przeciwnym razie III RP pozostaje wyłącznie formą pozbawioną treści. No, ale ktoś na tym zarabia.
Kto chce poczytać o populizmie, to proszę bardzo:



Nic ująć. Ale coś bym dodał - prawdopodobnie brak prawdziwych ekspertów zajmujących się szeroko pojętym obszarem uczenia (nauczania). Trudno mi znaleźć przyczynę - prawdopodobnie to żaden honor być ekspertem od edukacji, a ryzyko duże. Pieniądze też pewnie symboliczne. Przyczyny w znacznej mierze wynikają wprost z wywodów Pana Profesora. W związku z tym rolę ekspertów, nieraz dożywotnich, przejmują urzędnicy ministerstwa i innych powołanych organów (ciał?) zajmujących się instytucjonalnym wspieraniem nauczycieli (?), edukacji (?). Jeżeli biurokracja bierze się za koncepcyjny wysiłek naprawienia i zoptymalizowania czegoś to wynik jest dość łatwy do przewidzenia i jedynie prawdziwi pasjonaci i idealiści mogą coś sensownego zrobić, o ile, oczywiście, są naprawdę kompetentni - patrz np. Elbanowscy i skutki ich zaangażowania.
OdpowiedzUsuńNauczyciel, w zasadzie, może uczyć czego chce i jak chce, mieszcząc się w szerokim nurcie podstawy programowej, a tak naprawdę własnej wiedzy i intelektualnego potencjału. Nikt mu w ministerstwie nie powie, że ma realizować podstawę programową - jest dorosły, odpowiedzialny, odpowiednio przygotowany - sam decyduje, co robić, aby uczyć jak najlepiej. Oczywiście, na poziomie szkolnej praktyki może być bardzo różnie - są różne szkoły i różni dyrektorzy, którzy jednocześnie są biurokratami i nauczycielami, są media, które zwykle wiedzą lepiej i rodzice - bardzo różni. Są nauczyciele, którym merytoryczne eksperckie wsparcie nie jest specjalnie potrzebne. Uczą i robią to dobrze. Bardzo wielu jest to jednak potrzebne - i to nie tyle w postaci przedstawienia złożoności sytuacji i wskazania kierunków poszukiwania rozwiązania, lecz w postaci przedstawienia konkretnych, praktycznych wskazówek. No i tu ekspertem okazuje się być wujek Google, a ostatnio stryjek AI. Ten bezpłatny, oczywiście. Sporo sensownych rzeczy można znaleźć w przypadku języka polskiego, właśnie z tych formalnie powołanych przedsięwzięć, wcześniej bardzo dobrze były wspierane języki obce. Z całą resztą jest problem, a już przedmioty zawodowe są w gruncie rzeczy sabotowane. Całe szczęście, że coś sensownego da się, po upartym grzebaniu, wygooglować, ale najczęściej i tak trzeba sobie to zazwyczaj dobrze przemyśleć i przekonstruować. Szkoda przy tym, że wiele potencjalnie dobrych źródeł coraz częściej wymaga płatnego logowania. Z różnych przyczyn do zawodu trafia coraz mniej z osób z odpowiednim potencjałem - przydałoby im się łatwo dostępne eksperckie wsparcie.