poniedziałek, 1 stycznia 2018

Oświatowe podsumowanie 2017 r. - część 2


Co takiego wydarzyło się w polityce oświatowej w 2017 r.?

Z jednej strony prawicowa formacja rządząca uruchomiła atak na lewicę, lewactwo, liberalizm i idee samorządności oraz społeczeństwa obywatelskiego, z drugiej zaś doskonale weszły w "buty" lewicowej ideologii w postaci kontynuowania akcji "Sejm Dzieci i Młodzieży", rozdawania podręczników szkolnych, utrzymania niskich płac w szkolnictwie publicznym, zniechęcania rodziców do edukacji domowej, blokowania oddolnej innowacyjności w szkołach, przeniesienie klinicznej diagnozy dzieci z poradni psychologiczno-pedagogicznych do szkół itp. Zupełną klapę odnotowało ZNP w ramach akcji protestacyjnej niewielkiego odsetka szkół publicznych, jak i zblamowali się rodzice nie posyłając w okresie tzw. miesięcznic smoleńskich swoich dzieci do szkoły.

Jednostkowe, ale nagłaśniane przez media zdarzenia objęcia sankcjami dyscyplinarnymi jakiejś nauczycielki za jej udział w "Czarnym Proteście", w niczym nie zmieniły nastrojów w państwie, którego duża część społeczeństwa odpuściła sobie szkolnictwo i jego "reformę" jako mało istotne zmiany w porównaniu z reformą sądownictwa, służby zdrowia czy atrakcyjnością polityki socjalnej państwa oraz wspierającej finansowo ubogie rodziny i ich dzieci.

Jednym podoba się, że w statutach niektórych szkół publicznych pojawił się obowiązek uczęszczania na lekcje religii, innym zaś - jak np. łódzkiemu metropolicie ks. biskupowi Grzegorzowi Rysiowi katecheza powinna zostać odebrana szkołom i powrócić do środowiska wiary, jakie tworzy parafia.

Ba, nauczycielka, która z naruszeniem dobrych obyczajów i etyki skrytykowała na Facebooku ONR, szybko została przywołana do standardów etycznych i przeprosiła za swój wpis. W ramach repulsji ktoś przypomniał sobie po przeszło dwóch latach, że na polecenie dyrektora jednego z oddziałów PCK były przekazywane pieniądze na kampanie wyborczą m.in. kandydującej do Sejmu RP Anny Zalewskiej. Zapewne śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, albo jeszcze trwa i trwać będzie.


Narzekania w stylu, że MEN oszukało samorządy, bo obiecało wyrównanie im wydatków poniesionych z tytułu dostosowania nowej sieci szkolnej i jej infrastruktury do nowego ustroju i nieco zmienionych programów kształcenia, było tym bardziej absurdalne, im większe kwoty dotacji padały w mediach z ust pani minister jako właśnie przeznaczonych na te cele. To, że jakiś samorząd nie podporządkował się opinii kuratora oświaty miało tylko posłużyć za dowód cynizmu samorządowców, którzy tylko ze względów politycznych nie przeprowadzili pożądanej przez PIS zmiany sieci szkolnej.

Nie powiodło się też opozycji obniżanie wizerunku minister edukacji, której obywatele odpuścili grzech zaparkowania przez jej kierowcę na miejscu przeznaczonym dla osób niepełnosprawnych, skoro właśnie do nich specjalnie przyjechała, by dowiedzieć się czegoś o zaletach edukacji integracyjnej. Szefowa resortu wyciągnęła odwrotne od spodziewanych wnioski po tej wizycie, bo w kolejnym ze swoich rozporządzeń pozbawiła dzieci niepełnosprawne nauczania indywidualnego w szkole.

Jak wypowiedziała się min. A. Zalewska dla widzów telewizji TRWAM: Z pełną pokorą podchodzę do wszelkich ataków w moim kierunku, gdyż mam świadomość, że reforma edukacji dotyczy ok. 5 mln uczniów i 600 tys. nauczycieli, ale wiem, że jest ona potrzebna i oczekiwana przez społeczeństwo. Trudno krytykować nauczycielkę w randze ministra, która wyraża pokorę i poczucie odpowiedzialności.

Kompromitująca się w poprzedniej władzy poseł PO Urszula Augustyn, chcąc zapunktować w swojej partii na stanowisko ministra edukacji gabinetu cieni, jako ignorantka w sprawach edukacji ogłosiła wraz z prezesem ZNP, że PO wraz z tym związkiem mają projekt ustawy przesuwający wejście w życie reformy oświaty o rok. Nie trzeba było większej kompromitacji. Oznaczało to bowiem, że opozycja jest zachwycona reformą, o której cały czas gęgała, że jest deformą, tylko chce ją odroczyć o 12 miesięcy. Niestety, ta pseudoekspertka od oświaty (dziennikarka) nie byłą w stanie podać merytorycznych powodów poza takimi, jakimi zawsze operowała lewica, kiedy liberałowie czy prawica wprowadzali swoje zmiany oświatowe (przypominam - odraczanie przejęcia szkół przez samorządy, przesunięcie nowej matury, wyrzucenie ze szkół nauczycielskiej roli rzecznika praw ucznia itd.).


Dziesiątki milionów złotych musiały wydać samorządy na odprawy dla nauczycieli, dla których nie znalazło się miejsce pracy w szkolnictwie publicznym. Czyż nie o to chodziło rządzącym, żeby osłabić budżety samorządów na rok przed wyborami? Jeszcze odłożyliby kasę na kampanię wyborczą w postaci kolejnych remontów, inwestycji czy rozdawania pieniędzy na np. zabiegi in vitro, które zostały usunięte z wykazu refundowanych przez NFZ zabiegów. W nowym roku szkolnym samorządowcy dowiedzieli się, że ulegnie zmianie subwencja oświatowa, w której ważne są szczegóły. Pisze o tym na podstawie żmudnych wyliczeń niezależny ekspert - dr Bogdan Stępień.

Im będzie gorzej w samorządach, im będzie więcej problemów z organizacją szkolnictwa, tym lepiej dla przyszłorocznych konkurentów. Jak wynika z danych CKE, zaledwie 13% tegorocznych maturzystów przekroczyło w ramach egzaminu z wiedzy o społeczeństwie próg 50%. Rządzący mają zatem świetnie nieprzygotowany elektorat do niekontestowania kolejnych zmian ustrojowych w państwie. Im więcej jest analfabetów politycznych, tym łatwiej będzie pozyskać ich do prac w komisjach wyborczych. Skoro przeciętny maturzysta błędnie odpowiada na 3/4 pytań, to nie wróży najlepiej jego obywatelskiej przyszłości. Natomiast ponoć ma się doskonale odnaleźć na rynku pracy. O to zadba już reforma szkolnictwa zawodowego, którą przygotowała poprzednia formacja polityczna.


W kraju trwa dekomunizacja, a zatem zmieniane są szyldy tych placówek oświaty publicznej, które miały jeszcze być nośnikiem patrona z minionego ustroju. Placówki doskonalenia mają obowiązek uzyskać akredytację, z wyłączeniem - rzecz jasna - tych, które są prowadzone przez MEN, MKiDN, MRiRW czy MZ. I kto tu mówi o równości podmiotów wobec prawa? Inna rzecz, że trudno, by MEN akredytował własnych pracowników, a przecież w ustroju szkolnym od początku transformacji nie pojawiła się żadna instytucja, która gwarantowałaby (poza NIK-iem) merytoryczną i niezależną od MEN ocenę jakości kształcenia i prowadzonych usług edukacyjnych. Sam resort też nie podlega ewaluacji, bo trudno o taką posądzać władze partii rządzącej.

Trafnie zatem media odnotowały we wrześniu tego roku, że "reforma uzyskała milczące poparcie społeczeństwa". Jeszcze dobrze się nie rozkręciła, a już część nauczycieli wie, że się nie powiedzie, a nawet to komunikuje. Jedni powiadają: "MEN zbyt mocno wierzy we wpływ zmiany struktury szkół na efekt nauczania. Za dwa–trzy lata okaże się, jak bardzo gorzką dostaniemy herbatę, mimo tak solidnego mieszania", inni zaś - jak prof. Łukasz Turski, który jest krytykiem braku poważnych zmian w polskiej edukacji od lat - powiada: "- My wydajemy pieniądze, nie wprowadzając dobrej reformy merytorycznej. Zmieniamy np. rozkład godzin, wątpię, czy to przyniesie dobry skutek. To jest strasznie niebezpieczny moment rozwoju cywilizacyjnego i jeżeli nic nie zrobimy, to na zawsze zostaniemy w tyle..." .

Nie oznacza to, że nauczyciele przestaną kształcić nasze dzieci. Skoro ustrój szkolny powrócił do czasów z PRL, to być może i nauczyciele będą edukować młodzież tak, jak w tamtym ustroju, tzn. dopełniać, poszerzać czy odkrywać wiedzę, która jest niepożądana czy nieobecna w programach ustanowionych przez MEN. Minister A. Zalewska zapowiedziała, że przygotowuje program podwyżek "500+ dla nauczycieli", więc może to byt będzie kształtował ich świadomość.


A co sądzą Polacy pytani o opinię na temat reformy szkolnej? Z sondażu dla serwisu rp.pl dowiadujemy się: "Prawie 60 proc. ankietowanych uważa, że reforma edukacji nie została dobrze przygotowana. Co piąty respondent nie stawia takich zarzutów. Zdania w tej sprawie nie ma 22 proc. badanych. - Częściej reforma edukacji nie podoba się osobom powyżej 50. roku życia (62 proc.), badanym o wykształceniu podstawowym/gimnazjalnym (77 proc.), o dochodzie od 3001 do 5000 zł (64 proc.) oraz ankietowanym z miejscowości do 20 tysięcy mieszkańców (67 proc.)"

Jedno nie ulega wątpliwości - mamy okres przejściowy, tylko jakaś część społeczeństwa nie wie jeszcze ... do czego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.