piątek, 18 kwietnia 2014

Ele - miele -MEN, czyli jak cofamy edukację o co najmniej 20 lat

(fot. Konferencja prasowa)


Kampania MEN-skiego sukcesu trwa dalej. W środę Premier Donald Tusk wraz z panią minister edukacji Joanną Kluzik-Rostkowską zorganizował konferencję prasową tylko po to, by pokazać Polakom okładkę "Elementarza" dla pierwszaków. Wczoraj jednak pojawiła się i treść, a wraz z nią kolejna konferencja prasowa (już bez premiera), żeby czasami naród nie myślał, że "w tym temacie" - jak powiadają publicyści - nic się nie robi.

Jak komunikuje NAM pani minister (przydałaby się korekta językowa): Przed Wami wielka przygoda. Ma 96 stron. Jest mądrze i ciekawie napisany, kolorowy i na wiele lat. Przedstawiam Państwu „Nasz elementarz”, pierwszą część darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Mnie przygoda nie kojarzy się ze stronami, chyba że dobrej powieści sensacyjnej, ale o taką trudno podejrzewać elementarz. Dlaczego przygoda rodzaju żeńskiego jest "...mądrze i ciekawie napisany..."?


Jak oznajmia pani minister:

Zdajemy sobie sprawę, że będzie to najdokładniej czytany podręcznik w Polsce, dlatego jesteśmy otwarci na wszelkie uwagi i sugestie. Liczymy na zainteresowanie dzieci, rodziców i nauczycieli. Już teraz, w trakcie całej pracy, „Elementarz” jest testowany, recenzowany, konsultowany, również przez uczniów.


Tak oto dowiadujemy się, że podręcznik jest w fazie ludowego testowania. Niby ma autorki, ale ich nie ma, bo przecież jako własność narodu przezeń może być dalej zmieniany, a nawet udoskonalany. Dopiero na zakończenie listu przewodniego pani minister ujawnia, do kogo był on adresowany: Drodzy uczniowie, w „Naszym elementarzu” znajdziecie miejsce na swoje nazwisko. Wpisując je, zaznaczycie, że w tym roku podręcznik należy do Was. Życzę Wam, by ten czas był dla Was prawdziwą przygodą.

Przekazuję zatem na gorąco kilka uwag do zamieszczonej na stronie MEN "pierwszej" wersji:

po pierwsze, elementarza nie wolno krytykować. Można go tylko ulepszać, poprawiać, udoskonalać, ale broń Panie Boże nie kwestionować jego zasadności, bo tylko zbytecznie strzępilibyśmy sobie pióra. Władza zabezpiecza się przed wszelką krytyką, głosząc: "przygotowany przez nas podręcznik dla uczniów klasy pierwszej ma charakter otwartej propozycji, która daje różne możliwości jej wykorzystania przez każdego nauczyciela. Ma raczej inspirować, niż być gotową ofertą do bezwzględnego realizowania. Nauczyciel może wykorzystać zawarte w nim pomysły, dostosowując je do możliwości swoich uczniów, rozszerzać je, pogłębiać bądź wprowadzać własne". Tak więc ele-memle jest, ale jakoby go nie było;

po drugie, elementarza nie da się krytykować, skoro nie zostały ujawnione przez autorki jego założenia edukacyjne. Chyba, że ktoś chciałby im dopomóc i je dopisać, by w razie potrzeby miały w zapasie argumenty. Często nasi studenci tak postępują, że najpierw przeprowadzają badania, najczęściej diagnostyczne, a potem dorabiają do nich metodologię. Mam wrażenie, że tu jest podobnie, bowiem nigdzie autorki nie wykazują, jaka jest ICH, a nie NASZA, wizja kształcenia dziecka w toku wczesnej edukacji. Może chcą się tego dowiedzieć? A może wychodzą z założenia, że i tak nikogo to nie obchodzi, bo przecież skoro elementarz został już zrecenzowany, a treści tych opinii nikt nie uzyska, to znaczy się, że jest SUPER. Jak władza mówi, że coś jest wspaniałe, to ... mówi;

po trzecie, kiedy chwali się dzień przed zachodem Słońca, to nie ma szans, ale wystarczy chmura deszczu, porywisty wiatr, orkan, itp., by pod wieczór nań narzekać. Podobnie jest i z tym elementarzem. Struktura, treść, rodzaje zadań dydaktycznych ani nie oszałamiają, ani nie zachwycają chociażby w stopniu niskim. Mamy tu produkt - otwartą propozycję, a więc "nijaki". Na domiar wszystkiego produkt, który wyłącza odpowiedzialność autorów za jego wartość, bowiem coś, co nie ma swoich założeń a może być dowolnie, bo bez jakichkolwiek kryteriów metodycznych - uzupełniane, zmieniane, dopisywane sprawia, że rozmywa się nie tylko odpowiedzialność autorka, ale i pedagogiczna jego "twórców:

po czwarte, elementarz, który powinien być - jeśli już - pierwszą, szkolną książką dziecka, nie może zawierać w swej treści, na poszczególnych stronach wskazówek dla nauczyciela. Od tego są odrębnie pisane przewodniki, wskazówki dla pracujących z danym źródłem wiedzy. Chyba pomyliły się autorkom funkcje elementarza? To jest kompromitujące rozwiązanie nie tylko w sensie pedagogicznym. Profesjonalny wydawca na to by nie pozwolił;

po piąte, nie ma ławek, a narysowane na s. 6 stoliki nie są ustawione w klasie w podkowę! Toż to jest zaniedbanie, nieposłuszeństwo wobec władzy;

po szóste, alfabetyzacja dzieci została wpisana w 10 miesięcy szkolnej nauki, bowiem treści zapowiedzianych 4 części elementarza zostały przypisane do kwartałów:
1. Część I obejmuje miesiące: wrzesień, październik, listopad;
2. Część II obejmuje miesiące: grudzień, styczeń, luty;
3. Część III obejmuje miesiące: marzec, kwiecień;
4. Część IV obejmuje miesiące: maj, czerwiec.

zabrakło lipca i sierpnia, ale o tych miesiącach dzieci będą zapewne mówić i je przeżywać już w II klasie;

po siódme, ilustracje - niektóre są infantylne, archaiczne, nieadekwatne do zabawek i przedmiotów, z którymi dzisiaj obcują nasze dzieci. Mówienie zatem o nowoczesności oznacza, że niektórzy graficy i fotografowie mentalnie tkwią jeszcze w XX wieku, a mamy przecież już drugą dekadę XXI wieku;

po ósme, elementarz nie ma swoich bohaterów, raz bowiem znajdująca się na kartach "rodzina" ma dwoje dzieci, oczywiście zgodnie z ideologią gender, o którą zatroszczyła się dr Iwona Chmura-Rutkowska, tylko raz są to chłopiec i dziewczynka, innym razem są to dwie córeczki? Totalny, postmodernistyczny chaos. Każdy może tu być każdym. Nie wiadomo, czy na tych ilustracjach jest rodzina, bo np. na s. 34 jest ponoć tata Tomka i Toli, ale na kanapie siedzi jakaś pani, chyba jego mama (babcia), bo nie przypuszczam, by to była jego żona czy partnerka czy lekarka weterynarz, która trzyma na kolanach kota? Może podlewający kwiatki na parapecie pan jest partnerem taty? Na dziadka nie wygląda;

po dziewiąte, recenzentami elementarza są osoby o różnym poziomie wykształcenia. O ile część poświęconą edukacji polonistycznej i społecznej oraz językowej opiniowali samodzielni pracownicy naukowi, o tyle już część przyrodniczą i "genderową" pomocniczy pracownicy naukowi, zaś edukację matematyczną osoba z wykształceniem zawodowym, magisterskim. Prawdziwe i pełne recenzje napiszą nauczyciele wczesnej edukacji, tak ci, którzy będą pracować z tym elementarzem, jak i ci, którzy go odrzucą, bo mają znacznie lepszy pomysł na wczesną edukację;

po dziesiąte, projekt sam w sobie jest stratą środków budżetowych. Przy tak infantylnej i nudnej treściowo strukturze, nieklarownej metodyce alfabetyzacji sprawi, że w szkołach troski o jakość kształcenia nie będzie warto pracować z tym źródłem. Mamy dużo lepsze źródła kształcenia zintegrowanego, bo w tym wydaniu, ma ono charakter potoczny. Już przed 20 laty krytykował takie podejście do integracji treści kształcenia prof. Ryszard Więckowski, ale kto dzisiaj studiuje wczesnoszkolną pedagogikę, skoro można pójść na skróty i ją zbanalizować?

Chętnie opublikuję radosne i merytoryczne komentarze na temat wysokiej wartości przedłożonego dzieła. Na szczęście moje dzieci mają już za sobą klasę pierwszą. Autorek tego opracowania chyba też?


Zapytałem świetną nauczycielkę wczesnej edukacji, co sądzi o tym "Elementarzu"? Oto jej opinia na gorąco:

Według mnie elementarz jest przeciętny.

Pierwsze wrażenie - cofnęłam się w czasie o jakieś 20 lat. Lorkowa napisała elementarz jakieś 20+ lat temu. Elementarz był przeciętny. Napisała za to dobre podręczniki do j. polskiego dla klas 2 i 3 (w szkole ośmioklasowej, zanim wprowadzono nauczanie zintegrowane).

- Elementarz jest infantylny. Dba głównie o rozwój językowy dziecka, ale zawiera teksty na poziomie dziecka przedszkolnego. Obawiam się, że przeciętnemu sześciolatkowi szybko znudzą się. Brakuje mi tu prostych, dobrze zilustrowanych tekstów popularnonaukowych. Mam teraz pierwszą klasę (uczę z podręczników Białobrzeskiej, Didasko.

- Wielu autorów podręczników dla klas młodszych próbowało włączyć do elementarza matematykę. Ten sposób nie sprawdził się - bardzo ograniczał możliwości planowania zajęć przez nauczyciela.

- Treści matematyczne są potraktowane po macoszemu. Nie uczą dzieci myślenia. Przynajmniej początek jest fatalny, tak, jakby skasowano jakieś 20 lat pracy dydaktyków w tym zakresie.

- Dziwi mnie brak różnicowania samogłosek i spółgłosek w schematach głoskowych wyrazów (kwadraciki obok obrazka przy wprowadzaniu nowej litery. Przydatne i potrzebne dla malucha.

- Nie widzę też sylabowej nauki czytania (dwukolorowe wyrazy - sąsiadujące sylaby w różnych kolorach).

- Zapewne zostanie skrytykowana kolejność wprowadzania liter (wcześnie ś, bardzo szybko u/ó - ale nie wiem, czy to wada książki, po prostu inaczej.

Według mnie widać, że elementarz powstawał szybko. Ze współczesnością łączą go tylko komórki , tablety, nowoczesne kształty wózków pojawiające się na ilustracjach.

Gdyby elementarz ten pojawił się na wolnym rynku, sądzę, że byłby wybierany przez nauczycieli, którym nie bardzo chce się pracować. Jest dużym krokiem wstecz.

34 komentarze:

  1. właśnie zapoznaję się z Elementarzem , GRATULACJE dla MEN !!! a czy ...podręczniki są w szkołach potrzebne ?
    http://www.edunews.pl/edytoriale/1982-czy-podreczniki-sa-w-szkolach-potrzebne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałem już o tym wielokrotnie, że podręczniki w szkole w XI w. nie są potrzebne uczącym się. Są konieczne dla władzy, by mogła manipulować społeczeństwem populistyczną papką, w dodatku za nasze pieniądze.

      Usuń
    2. Panie Profesorze, podręczniki nie są potrzebne? Czyli co zostaje w przesławnym XXI w. - komputer i mniejsze wynalazki? Niech nam wysiądzie prąd i dopiero będziemy się uczyć... Czy w takim razie studentom też nie powinno się zalecać korzystania z podręczników akademickich? W Internecie nie ma wartościowej wiedzy pedagogicznej. Referaty zaliczeniowe pisane są głównie ze ściągi.pl, gdzie roi się od błędów. Internet jest plagą na uczelniach. I piszę to jako młody nauczyciel akademicki.

      Usuń
    3. Szanowny młody nauczycielu akademicki;
      A czy do alternatywnych zasobów wiedzy należy jedynie internet? A gdzie umysł (mózg) człowieka? Gdzie jego kreatywność i twórczość a zarazem samodzielność poznawcza i myślowa?

      Usuń
    4. Szanowny Anonimowy, jak można oczekiwać - zgodnie z Pani/Pana sugestią - że dziecko będzie uczyć się z "własnej głowy", jeśli wcześnej z żadnego źródła nie będzie mogło jej (tejże głowy) zapełnić? Tylko pytanie czy tym źródłem ma być książka czy Internet.Czy Pan/Pani potrafi uczyć się "kreatywnie", korzystając z własnego jedynie umysłu chemii, fizyki, etc.? Przecież najpierw skądś Pan/Pani tę wiedzę pozyskuje. Twórczo można ją natomiast następnie przetwarzać i wykorzystywać.

      Usuń
    5. Szanowny anonimowy;
      I w tym miejscu należałoby zapytać czy rodzina jako pierwsze źródło wiedzy o świecie otaczającym dziecko jest w stanie napełnić jego umysł życiodajną wiedzą? Czy w drugiej kolejności szkoła i jej główni kreatorzy czyli nauczyciele są w stanie podtrzymać i dopełnić (zweryfikować) pierwotne źródło? I co też kreatywny nauczyciel akademicki czyni w związku z nagminnym plagiatowanie przez studentów zaliczeniowych referatów? Czy zasoby internetowe i techniki audiowizualne mogą jedynie nieść ze sobą wiedzę potoczną i płytką w swej istocie? Obserwacja otaczającego nas świata w dużej mierze pozwala zrozumieć fizykę czy nawet mechanikę techniczną itd. Z drugiej strony każda skrajność również dydaktyczna nie służy - jak mniemam - rozwojowi ucznia ...
      Pozdrawiam - Andryej

      Usuń
    6. Panie Andrzeju, wiedza przekazywana z ust do ust czy obserwacja przyrody nie zastąpi książki. Niec cofajmy się do czasów sprzed Gutenberga i - jak Pan słusznie zauważył - nie popadajmy w przesadę. Szkoła słuzy nie tylko temu, żeby przekazywać "życiodajną" wiedzę, ale w dużej mierze - naukową. Jeśli szkoła będzie miejscem przekazywania jedynie wiedzy potocznej, to jej istnienie nie ma sensu, bo rodzina i przyroda chętna, by ją obserwować, same dadzą sobie radę.

      Usuń
    7. Panie anonimowy;
      zgadza się dlatego też widzę w nowych mediach potencjał dydaktyczny, jednakże należałoby włożyć sporo dobrej woli i korporacyjnych wirtualnych funduszy do stworzenia interaktywnych gier, programów itp. przekazujących nie tylko naukową wiedzę, ale także wykształcających w młodych postawy prospołeczne niezbędne do kreowania demokratycznego porządku. Proszę pomyśleć tylko o ile mądrzejsze byłby dzieci, gdyby twórcy gier, brali pod uwagę ich edukacyjny wymiar? Niestety z drugiej strony dominacja technologii sprawia, że tracimy cierpliwość i łączność z drukowym słowem (ale tj. oczywiste)... Swoją drogą, że kryzys jaki obserwujemy we wszystkich wymiarach życia społecznego wynika z miałkiego fundamentu na jakim oparta jest nasza cywilizacja. Promowanie i kultywowanie antywartości przynosi takie a nie inne - widoczne gołym okiem - rezultaty.
      Z pozdrowieniami - Andrzej

      Usuń
    8. Panie Andrzeju, zgadzam się zwłaszcza z ostatnią częścią Pana wypowiedzi. Co do poprzedniej - uważam, że te wszystkie "interaktywne cuda" są zwyczajnie przereklamowane. Po co uczyć się postaw prospołecznych z gier i programów komputerowych?? I w jaki sposób? Nie lepiej iść z dzieciakiem do domu opieki czy szpitala (żeby pomogło) albo własnym przykładem pokazywać, jak żyje się z ludźmi i dla ludzi? Tego uczymy się wśród niech, a nie z ekranu komputera. Niezwykle irytuje mnie to "podlizywanie się" szkoły - jakbyśmy wszyscy dostali "małpiego rozumu" z powodu rewolucji technologicznej i chcieli być bardziej "do przodu" niż dzieci. Wrzućmy na luz i idźmy do biblioteki.

      Usuń
    9. Szanowny Panie;
      biorąc pod uwagę fakt, że czasu i towarzyszących mu zmian zatrzymać nie możemy zdaje się, że nie mamy też prawa marginalizować cybercooltury, która chcąc nie chcąc przenika i opanowuje nasze umysły a szczególnie staje się nowym wspaniałym hiperświatem dla dzieci i młodzieży, które z kolei niestety nie posiadają odpowiednio wykształconych krytycznych filtrów do jego odbioru i poruszania się w nim w rozsądny i bezpieczny sposób (to szkoła i rodzina odpowiada za ich brak). Należy raczej zapytać - moim zdaniem - dlaczego musimy dokonać zmian w sposobie przekazywania wiedzy? Szło mi raczej o aktywizowanie młodzieży za pomocą gier, które uczyłyby korzystania z mechanizmów demokracji np. poprzez tworzenie i zarządzanie interaktywnymi miastami, wraz z zastosowaniem najbardziej korzystnych dla rozwoju lokalnego wirtualnych symulacji. Zatem pytanie też co możemy uczynić by nam się wspólnie lepiej żyło? O ile stanowimy dla dziecka autorytet to z pewnością ma anonimowy słuszność.I zgadzam się co do tego by umożliwiać bezpłatne współbytowanie młodzieży w jej środowisku, wydzielać miejsca spotkań nie w celu ich kontroli, ale z uwagi na potrzebę samorealizowania się i realnego samozorganizowania niezbędnego w globalizującym się społeczeństwie.
      Zgadza się my możemy wrzucić na luz i iść do biblioteki jednakże dzieci jeśli tam pójdą to jedynie po to by skorzystać z komputera, który w ich oczach jest o wiele bardziej użyteczny od książki. Po za tym książka wymaga wysiłku będącego zaprzeczeniem tego co jest lansowane a zarazem dobre i pożądane.
      Pyta Pan co może zrobić w obliczu tego wszystkiego marny nauczyciel? Zdaje mi się, że przede wszystkim winien być autentyczny, inaczej lepiej dla niego i dzisiejszej młodzieży by zmienił zawód.
      Pozdrawiam - Andrzej.

      Usuń
  2. Panie Profesorze ! proszę o przyjęcie najlepszych życzeń ... Mile spędzonych Świąt Wielkanocnych

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze. MEN oceniło wartość tego podręcznika na 0 zł. Od razu widać, że dla nikogo nie ma żadnej wartości, nie będzie miał też dla dziecka. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rażący błąd językowy na str. 9 - "Ala ma warkoczyki. Kogo portret jest obok portretu Ali?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jedyny rażący błąd w tej sprawie.

      Usuń
  5. "Nasz elementarz" ma już swoją stronę na facebooku:)
    https://www.facebook.com/wojtek.ka.583

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proponuję głosować sms-ami kto jest Za a kto jest przeciw, a środki przeznaczyć na terapię dzieci kształconych w ten sposób.

      Joanna

      Usuń
  6. Bardzo podoba mi się pomysł konsultowania podręcznika. Mam wrażenie, że nie rozumie Pan nowych idei, takich jak partycypacja obywatelska, współtworzenie, (a jak Pan pokazał swoimi poprzednimi wypowiedziami gender). Gdyby ktokolwiek dał jakikolwiek inny podręczik, ruszyłaby taka sama fala krytyki. Moim zdaniem twórcy zupełnie od niej nie uciekają, wręcz odwrotnie, sami się na nią wystawili. Wcześniejsze były dużo gorsze, ale opierały się krytyce, bo nigdy nie były konsultowane. Byłoby cudownie gdyby takich społecznych konsultacji podręczników, programów, zadań było coraz więcej. Uniknęlibyśmy układania nam edukacji i życia, przez odpornych na rozwój i zmiany "pedagogów" minionej epoki (nie mam tu na myśli Pana Profesora).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę konsultować też ze społeczeństwem procedury operowania osób chorych na nowotwory oraz sposoby izolowania rurociągów gazowych. Mam wrażenia, że Anonimowy nie ma pojęcia o tym , czym jest podręcznik i jaka jest odpowiedzialność merytoryczna za jego strukturę i treść. Nie zgadzam się, że krytyką objęty by został każdy inny podręcznik. Nie zostałby, gdyby został on wyłoniony w drodze konkursu z udziałem najwybitniejszych ekspertów. Tymczasem Anonimowy popiera populizm polityczny a nie profesjonalizm w edukacji. Gdyby MNiSW zamówiło bez konkursu podręcznik do "Pedagogiki", który musi powstać przed wyborami dla celów propagandowych władzy, gwarantuję, że nie podjąłbym się tego zadania. Niestety, tracimy już zdolność rozróżniania tego, czym jest partycypacja społeczna i czego powinna dotyczyć.. Szkoda, ale to jest efekt także rządów tej formacji.

      Usuń
    2. I to jest argument przeciwko jednemu podręcznikowi. Tkwimy między konserwatyzmem a liberalizmem, jesteśmy społeczeństwem demokratycznym a nie totalitarnym, więc należałoby jednak utrzymać kilka rodzajów podręczników odmiennych ideologicznie, pozwalających nauczycielom i rodzicom na wybór tego, który odpowiada ich poglądom.

      Usuń
  7. Po pierwsze do edukacji nie jest już potrzebny żaden podręcznik;
    Po drugie, jeśli ktoś musi pracować z podręcznikiem, to powinien mieć wybór,
    Po trzecie, jeśli MEN musi odciążyć rodziców od kosztów podręcznika, to powinien przeznaczoną na to kwotę dać do dyspozycji na każdego ucznia a jego nauczyciel niech dobierze mu na wolnym rynku odpowiedni podręcznik;
    Po czwarte, jeśli już ma to być jeden podręcznik , to niech będzie najlepszy w drodze konkursu, a nie takie badziewie jw.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie śmiem dopuszczać myśli, że Szanowny Pan Profesor nie rozumie idei projektu otwartego. Linux, Waze i jeszcze parę innych dowodem, że to może byc niezła metoda. Zarzucając populizm innym, na jednym oddechu wrzuca Pan rozdawanie pieniędzy rodzicom. Na własnym blogu ma Pan oczywiście prawo do tak ideologicznej oceny podręcznika jednakowoż namawiałbym do ostrozności w uszczypliwościach. Wytykając błędy językowe warto (wzorem Boya) przynajmniej w momencie "wytyku" dbac o własna poprawność. W przeciwnym razie "mamy wrażenia...". Łączę pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najemnik MEN się odezwał ... :-( Te europejskie fundusze za często do takich trafiają !!!

      Usuń
    2. Józek, chciałbym zauważyć, że projekt otwarty ma sens wtedy, gdy uczestniczą w nim osoby znające się na danej dziedzinie. Linuxa modyfikować nie będzie ktoś, kto o programowaniu nie ma pojęcia. Podobnie ma się rzecz z Waze i kierowcami. Tego typu projekt dotyczący podręcznika dla klas pierwszych powinien być otwarty dla pedagogów, zwłaszcza tych, którzy jednocześnie w tych klasach uczą. I tyle. W innym wypadku każdy rodzic, ba, każdy obywatel chciałby dodać coś od siebie i nie będzie miało znaczenia to, czy jest to pan Kazio spod budki z piwem, młoda nauczycielka klas 1-3 czy też matka, która nie szczepi własnego dziecka.
      Poza tym nikt nie mówi o dawaniu pieniędzy rodzicom. Kwotę przeznaczoną "na jednego ucznia" można przekazać do szkoły w ramach jakiegoś dofinansowania i niech sami nauczyciele decydują, z jakich podręczników korzystać.

      Usuń
    3. Józek jeszcze musi dużo się nauczyć.

      Usuń
  9. "Nie wszystko co kolorowe jest dobre do edukacji dzieci. W darmowym podręczniku jest chaos" - mówi Dorota Dziamska, metodyk nauczania początkowego z Pracowni Pedagogicznej im. prof. Ryszarda Więckowskiego.

    Polecam całą rozmowę i łączę pozdrowienia
    Gienek

    Zob. http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/darmowy-podrecznik-tonie-w-chaosie,10400516806

    OdpowiedzUsuń
  10. Podstawowa funkcja podręcznika to „uzupełnienie wiedzy do żywego nauczania”. To mam pytanie do tych co uważają , że podręcznik jest podstawą, gdzie jest „ żywy” nauczyciel. Ten co widzi, słyszy i reaguje na potrzeby „swoich” uczniów. Nie chcę wyedukować dzieci z kreatywności za pomocą eleMENtarza. Bliższe są mi słowa Kena Robinsona i Josephine Russell , że „im bardziej nauczyciele stosują się do zaprogramowanych wcześniej materiałów instrukcyjnych- tym bardziej umniejszana jest ich autonomia” . To co oferuje „moje” ministerstwo, to porażka. Mnie to nie zniechęci do słuchania potrzeb konkretnych uczniów, ale żal mi młodych nauczycieli, którzy na początku swojej drogi zawodowej zostaną zmuszeni do nauczania zgodnie z jedyną, słuszną instrukcją. Życzę powodzenia koleżankom i kolegom, którzy 1 września będą wspólnie przeżywać wspólnie z dziećmi eleMENntarzowe przygody.
    M.M. nauczyciel

    OdpowiedzUsuń
  11. nie będą nam psuć dzieci, nie będą ich "germanić"

    OdpowiedzUsuń
  12. Apel do Autorki elementarza:
    http://wybranowski.dorzeczy.pl/id,2993/Apel-do-autorki-rzadowego-podrecznika.html

    OdpowiedzUsuń
  13. Moja opinia: http://www.edukacjawczesnoszkolna.edu.pl/36-inne/46-opinia-metodyczna-serwisu-www-edukacjawczesnoszkolna-edu-pl-podrecznika-nasz-elementarz

    OdpowiedzUsuń
  14. Białobrzeska: Argument, że dobry nauczyciel nie potrzebuje podręcznika jest żenujący i świadczy o braku kompetencji.
    http://bialobrzeska.pl/?p=164

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie jest to nietrafny argument. Chyba anonimowy nie wie, w jakiej żyjemy rzeczywistości i jaki mamy dostęp do źródeł wiedzy, ilustracji, filmów itd. W szkołach steinerowskich nie pracuje się z podręcznikami od prawie 100 lat, a wykształcenie młodzież uzyskuje pełne. Tak więc rację ma Białobrzeska, że dobry nauczyciel nie potrzebuje podręcznika, także jej autorstwa, co świadczy o merytorycznym a nie biznesowym czy politycznym podejściu do tej kwestii.

      Usuń
    2. Białobrzeska twierdzi jednak, że podręcznik jest potrzebny :) Świadczy o tym jej wpis: "Argument, że dobry nauczyciel nie potrzebuje podręcznika jest żenujący i świadczy o braku kompetencji".

      Usuń
  15. Pierwsza część „Naszego elementarza” to w dużym stopniu kopia m.in. dwóch podręczników WSiP - taki zarzut stawia autorom MEN-owskiego podręcznika WSiP.
    http://glos.pl/node/11698

    OdpowiedzUsuń
  16. To w ogóle nie jest elementarz! Elementarz służy do nauki czytania, a ta książka zniechęca do czytania. Tekstów dla dzieci jest niewiele, zostały ukryte w pstrokatym galimatiasie niezbyt ładnych obrazków. Nadmiar obrazków zawsze odwraca uwagę od tekstu - książka przypomina mi układem kolorowe pisemka dla niezbyt inteligentnych.
    Nie wiem, po co umieszczono w niej polecenia, których dzieci z założenia mają jeszcze nie umieć przeczytać. Komentarze do realizacji powinny być w poradniku nauczyciela. Ale może ministerstwo zakłada, że nauczyciele są głupi i nie będą wiedzieć, o czym rozmawiać z dziećmi. Nie wspomnę już o tytule napisanym z błędami.
    A narzucanie "jedynie słusznego" podręcznika to czysta dyktatura.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.