poniedziałek, 10 marca 2014

Jak niektórzy radni i dziennikarze obniżają loty w samorządowej wojnie oświatowej
















Tylko ktoś, kto nigdy nie aplikował o środki unijne na realizację grantu oświatowego, może pozwolić sobie na arogancję i agresję wobec pedagogów, którzy najpierw musieli dziesiątki godzin poświęcić na opracowanie projektu, zapisanie go na kartach odpowiednich formularzy, by po uzyskaniu pozytywnej kwalifikacji móc go realizować. Każdy, kto przeszedł tę próbę wie, jak bardzo rygorystycznie są oceniane tego typu wnioski. Opracowując projekt nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy uzyska akceptację recenzentów i będzie finansowany. Jeśli odpadnie, to kilkadziesiąt godzin pracy (indywidualnej i zespołowej) można uznać – w sensie materialnym i temporalnym - za stracone. Nikt nikomu za to nie zapłaci, że jego wniosek nie okazał się doskonały czy bardzo dobry. Tu obowiązują zasady rywalizacji antagonistycznej, rankingowej, gdzie lepszy wniosek wypiera równie dobry, ale tylko dlatego, że ograniczona jest pula środków finansowych na ich realizację.

Oczywiście są tego także korzyści, mimo poniesionej porażki, bowiem z otrzymanej informacji zwrotnej, recenzji organizatora konkursu dowiadujemy się, co zrobiliśmy źle, gdzie został popełniony błąd. Tego typu informacje dotyczą jednak przede wszystkim kwestii formalnych, organizacyjnych, kosztorysowych, a nie merytorycznych. Nikt nie będzie douczał wnioskodawców merytorycznie. Muszą sobie poradzić z tym sami i albo przystąpią ponownie do podobnego konkursu w innym terminie, albo wycofają swoje marzenia, plany czy zamysły i nigdy ich już nie wdrożą do praktyki. Z tym bywa różnie. Podobnie jak z faktem, że niektóre wnioski „przepadają” w jednym konkursie, a po jakimś czasie inny podmiot (czyżby związany z wiedzą jakiegoś asesora na temat wartości niedopuszczonego wcześniej do realizacji wniosku?) zgłasza je jako własne. Tak też się zdarza w naszym skorumpowanym państwie, ale tu być może nie ma możliwości złapania nieuczciwego posiadacza wiedzy za rękę na dokonanej przez niego kradzieży cudzego pomysłu.

Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że każdy dopuszczony do realizacji projekt musi podlegać - na różnych etapach realizacji zadań - bardzo rygorystycznej ocenie, stałemu nadzorowi upoważnionych do tego podmiotów: albo z Urzędu Marszałkowskiego, albo z MEN albo ORE czy KOWEZ-u. Tu obowiązują najwyższe standardy, chociaż może się zdarzyć, że „sito kontroli” jest nieco dziurawe. Nigdy wprawdzie sam nie aplikowałem o środki unijne na projekt edukacyjny, gdyż nie jestem pracownikiem oświaty, ale zdarzyło mi się kilkakrotnie, dla różnych podmiotów (w Łodzi i spoza tego miasta) realizować cząstkowe zadania w roli eksperta, ewaluatora i/lub badacza. Zawsze widziałem nieprawdopodobne napięcie, stres, niepokój u kierowników tych projektów nie dlatego, że coś źle zrobili lub coś zaniedbali, tylko z powodu nieustannej niepewności, czy aby to, co jest realizowane w ramach projektu, zostanie właściwie docenione, czy obowiązujące skale ocen, opinie ewaluatorów zewnętrznych będą zbieżne z własną ewaluacją i nadzorem, a przede wszystkim czy ktoś pochyli głowę nad ewidentnymi korzyściami beneficjentów takiego projektu (w tym przypadku uczniami, dyrektorami placówek oświatowych, nauczycielami itd.)?

Pewnie nie podejmowałbym tego tematu w blogu, gdyby nie fakt, że oto znaleźli się w łódzkim samorządzie radni, będący rzecz jasna w opozycji do sprawujących władzę w tym proletariackim i wyzutym z innowacyjności, mieście, by czyjąś intrygę wykorzystać do przedwyborczej gry o władzę. Dla bezrefleksyjnych dziennikarzy, którym się nie chce dociekać istoty sprawy, gdyż zamierzają jedynie referować stan jakiejś debaty lub być może także wpisywać się w propagandową walkę o pozycję dla swoich popleczników, wydarzeniem będzie każdy wygenerowany spór, konflikt, każdy wypowiedziany nonsens. Można przecież zarobić na publicystycznej wierszówce, bo nic tak nie podnosi wskaźnika czytelnictwa, jak tytuł artykułu zapowiadający (insynuujący) jakiś przekręt, niestosowność, a może złodziejstwo. Kto będzie dociekał prawdy, skoro najlepiej dzisiaj zarabia się na błocie, którym można obrzucić każdego, nawet najbardziej przyzwoitego obywatela, w tym także pracownika oświaty. Trzeba tylko znaleźć pretekst.

Podobnie, jak ma to miejsce w zawodzie lekarskim, gdzie jedni medycy donoszą na drugich o korupcji, łapownictwie, wykorzystywaniu sprzętu medycznego lub laboratorium do prywatnych praktyk, tak i wśród nauczycieli (a ci są także wśród radnych, w nadzorze pedagogicznym itp.) dochodzi do wzajemnego wygryzania się za wszelką ceną, bezwzględnie, byle tylko osłabić czyjąś pozycję, pozbawić kogoś jego dotychczasowych sukcesów, osiągnięć, często z typowo polskiej przywary bezinteresownej zawiści. Nieżyczliwi nie śpią. Oni nieustannie czyhają na nasze potknięcia, żeby tylko dobić swoich oponentów/konkurentów, tych, którzy są od nich w czymś lepsi. Ba, im bardziej jest ktoś uczciwy i oddany sprawie, tym łatwiej jest go niszczyć, upokorzyć, bo będzie wiadomo, że nie stanie na środku Placu Wolności, by wykrzyczeć, że jest niewinny, że spotyka go czyjaś podłość, niegodziwość. Wielcy są często słabi, bo nie wierzą, że wróg czyha na zepchnięcie ich ze sceny powszechnego uznania i z satysfakcją obserwuje, jak czyimiś rękami wykańcza swoich „przeciwników”. A kiedy okaże się po latach, że ukryci wrogowie nie mieli racji, bywa już za późno na przeprosiny i zadośćuczynienie.

Sięgam do łódzkiej prasy i własnym oczom nie wierzę. Tytuły artykułów lokalnych dzienników zapowiadają jakąś wielką aferę. Tymczasem kiedy wczytuję się w ich treść, to widzę, jak perfidnie skonstruowano intrygę. Jaką i przeciwko komu? Czytam: Rada Miejska: Unijne tysiące dla pracowników szkolących nauczycieli. Przez ponad godzinę radni debatowali nad dodatkowymi dochodami pracowników Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego. Niektórzy z nich zarobili bowiem dodatkowo nawet 100 tys. zł koordynując unijne projekty.

Oto komentarz jeszcze jednego z dziennikarzy: Do 100 tys. zł zarabiają poza etatem pracownicy placówki powołanej do pomocy łódzkim nauczycielom. Ci o takich zarobkach mogą tylko pomarzyć. Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego ma wspomagać edukację w mieście - w tym wspierać pracowników ze szkół i przedszkoli..

Projekty unijne mogą realizować pracownicy placówek oświatowych, tak więc nie ulega wątpliwości, że zgodnie z prawem muszą potraktować je jako dodatkowe obowiązki z należnym za ich wykonanie wynagrodzeniem. Nie spotkałem się z projektem EFS KL, w którym jego kierownik miałby wykonywać pracę społecznie, innymi słowy za darmo. Ba, także wykonawcy muszą podpisać umowę o pracę i to w wymiarze dopuszczalnym prawem. Nie wolno im wykonywać zadań projektowych w czasie podstawowych obowiązków zawodowych, tylko w ich czasie wolnym. Radni też biorą za udział w posiedzeniach odpowiednie kwoty. Może radni by chcieli pracować społecznie dla miasta, przewodniczyć komisjom, spotykać się z mieszkańcami i załatwiać ich sprawy? Czemu nie?

Jeśli jednak oburzają się na fakt, że zgodnie z unijnymi procedurami, kierownikowi projektu i jego wszystkim wykonawcom należy zapłacić zgodnie z obowiązującymi stawkami (tu nikt nie może wypłacić sobie więcej, niż dopuszczają do tego odpowiednie normy), to być może chodzi tu o coś innego? Jeśli pisze się w stylistyce skandalu o tym, że ktoś dodatkowo zarobił 100 tys. zł., ale bez komentarza, że w ciągu dwóch lat, to widać, że o POPULIZM tu chodzi, a nie o prawdę i wartość czyjejś pracy. To nie o tę kwotę tu chodzi, bo przecież ta musiała być zgodna z prawem, tylko o to, że - jak pisze dziennikarz: Jedna z pracownic centrum koordynując 3 projekty unijne otrzymała przez dwa lata 100 tys. zł, inny 78 tys. zł, jeszcze inny 54 tys. zł. Nie wydaje mi się to uczciwe, że jedni pracownicy mogą dorabiać sobie do pensji tak wysokie kwoty, a inni nie - stwierdziła jedna z radnych z PiS.

Radną oburza to, że jedni mogą sobie dorabiać, a inni nie.. A czy radna dociekała, którzy to z pokrzywdzonych społecznie w ŁCDNiKP nie napisali żadnego projektu i w związku tym także nie uzyskali nań środków? Każdy projekt może mieć jednego kierownika. Czy w tej placówce byli inni chętni do napisania wniosku i kierowania projektami? Kto tym INNYM zabronił poświęcenia kilkudziesięciu godzin pracy na napisanie własnego projektu, by móc nim kierować i zarobić także 100 tys. zł przez dwa lata? Czyżby prawo i sprawiedliwość miało być po stronie pasożytów, a więc tych, co to przychodzą na gotowe, na już opracowany przez kogoś projekt, by za friko załapać się na dodatkową płacę?

Oj, tak, pasożytów ci u nas dostatek. Jeden robi jak się patrzy, wszyscy patrzą jak się robi. A radni staną po stronie nie tych, co robią, czy może tych, co patrzą (z zawiścią)? Doskonale pamiętam także w swoim doświadczeniu akademickim, ilu to pasożytów wchodziło na "gotowe", po zrealizowaniu przeze mnie czy moich współpracowników zadań. Wystarczyło tylko intrygami odsunąć ich od pracy, by czerpać korzyści nie z tytułu własnej pracy, poświęconego czasu i kompetencji, tylko cwaniactwa, pasożytnictwa.

Wkrótce będą kolejne miliony na projekty finansowane ze środków unijnych. Pasożyty już są w blokach startowych. Muszą mieć jeszcze wśród radnych swoich popleczników. Może im załatwią trochę kasy... Homo sovieticus spustoszył i dalej niszczy morale części elit i pracowników mediów w naszym kraju, toteż jeszcze długo się z tego nie wydobędziemy. Komentarz dziennikarza łódzkiej prasy: (...)nauczyciele zapewne nie wiedzą, ile można zarobić na ich wspieraniu jest oburzający nie tylko moralnie, ale i merytorycznie. A może napisze ów dziennikarz o tym, ile mogą zarobić radni na wspieraniu mieszkańców Łodzi? Czyżby radni utrzymywali się tylko z diet? Czy są jeszcze etyczne granice manipulacji prasowej i politycznej? A kto wykona pracę? Kto poświęci czas na kontaktowanie się ze szkołami, przygotowanie do zajęć, prowadzenie kursów, warsztatów w ramach strumienia unijnych środków? Dziennikarz z panią radną? Oczywiście, to wszystko samo się zrobi, a strumień pieniędzy z UE należy przeznaczyć na podwyżkę diet dla radnych i wsparcie dziennikarzy.

A swoją drogą, co na to Urząd Marszałkowski, który musiał sprawować nadzór nad tymi projektami? Nie widział żadnego problemu w obsadzie projektów wdrożeniowych? Co władze miasta i jego oświaty, która zyskała dzięki tym projektom setki tysięcy, a nawet miliony złotych na wzbogacenie infrastruktury, dokształcenie nauczycieli, wsparcie uczniów? Kto stanął w obronie już nie tylko godności profesjonalistów, ale i sensu działań podwładnych? Ktoś wykonał ciężką pracę za innych i dla innych, otrzymał za to należną mu gratyfikację, beneficjenci pozyskali odpowiednie dobra. I to wszystko nazywa się NIC? No to zabierzcie się kolejni, wybitni nauczyciele, doradcy, metodycy, wizytatorzy, urzędnicy do wymyślenia i napisania projektu, postarajcie się, by zyskał uznanie odpowiednich komisji, zdobądźcie na nie środki unijne, harujcie po godzinach własnej pracy, i czekajcie, aż za jakiś czas ktoś wam to wyrwie z gardła, z pomocą lokalnej prasy i lokalnych radnych. Nikt nie stanie w waszej obronie.

28 komentarzy:

  1. no cóż...pasikonik i mrówki...polecam link: http://www.youtube.com/watch?v=5kQIweRSfaQ

    OdpowiedzUsuń
  2. Zarówno od strony formalnej, jak i wiarygodności tekstu - tragedia
    http://paczakutek.blox.pl/2014/03/Gdy-media-pisza-ze-pracownicy-pewnej-instytucji.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze!
    Jestem jak najbardziej przeciw festiwalowi zawiści w Polsce!!!
    Tym niemniej z doświadczenia wynika, że ogromna część projektów za pieniądze unijne to czyste wyciąganie unijnej kasy przez różne towarzystwa wzajemnej adoracji i masa pseudopracy(papierowej) stworzonej by była "podkładką do rachunku", a zupełnie nikomu niepotrzebnej. Celem nie jest dobra (i możliwie najlepsza!) realizacja jakichś celów - celem jest ta kasa !!!
    Stąd m.in. "reformatorskie" zacięcie obecnej ekipy w MEN z jej sztandarowymi "reformą" programową czy przymusowym(!) posłaniem 6-latków do szkoły - urzędnicy MEN, ich znajomi i krewni chcą zarobić ... ;-)
    Wystarczy jednak popatrzeć co się dzieje choćby w zakresie "pomocy" wybitnie uzdolnionym., "ewaluacji" czy Krajowych Ram Kwalifikacji by dostrzec skalę naciągactwa!!!
    Pan akurat jest osobą o renomie powodującej, że ci od superpłatnej fikcji się do Pana nie zgłoszą i rzeczywiście szefowie uczciwych projektów są poddani presji gigantycznej machiny papierkowo-biurokratycznej. Z drugiej strony ci "lepsi" takich problemów nie mają, nie mają nawet problemów z kradzieżą lepszych treści merytorycznych(inna rzecz to realizacja, z którą sobie radzą gorzej;-)) z konkurencyjnych wniosków, które potem są odrzucane ... ;-) Ogromna rzesza urzędników z programów unijnych "żyje"(świetnie!), przy czym jest to żywot pasożytniczy i szkodliwy ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Profesorze!
    Czytając Pański tekst nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać!!! ;-)
    1.Dodatkowe (!)100 tys. rocznie to roczne płace 3 nauczycieli!!! Ale mam inną wątpliwość - skoro to jest, jak Pan sam pisze, tak absorbujące, to czy ci koordynatorzy są aby na pewno równie zaangażowani w swoje podstawowe zajęcie i odpowiedni poziom jego wykonywania. Tu nie chodzi o "siedzeniogodziny" bo to nie kasa w Biedronce - tu chodzi szukanie wysokiej jakości rozwiązań w ramach swoich obowiązków!!!
    2. Miałam sporo do czynienia z MEN, ORE etc. Wśród koordynatorów ich grantów jest gigantyczna, mówiąc oględnie, nadreprezentacja powiązanych z min. Hall osób z Trójmiasta oraz pewnych(!) środowisk szkolnictwa niepublicznego, z którymi ona i jej alter ego Krajewska były związane. Poziom merytoryczny tych koordynatorów raczej nie wskazuje na elitę intelektualną ... ;-)
    3.Granty unijne funkcjonują jak firmy we wczesnym kapitalizmie - zarabia grupka "koordynatorów" urzędniczych kosztem nauczycieli w tych grantach, którzy je merytorycznie wykonują i poziomu ... ;-) Miałam np. taką przygodę. Firma podnajęta przez ORE do doskonalenia nauczycieli w kontekście uczniów zdolnych zaproponowała mi (a jestem w pierwszej dziesiątce nauczycieli jeśli chodzi o laureatów "mojej" olimpiady w jej historii!) wyjazd w dzień roboczy (!) do miasta odległego o 500 km i przygotowanie oraz zaprezentowanie tam 2-godzinnej prezentacji dla nauczycieli na ten temat za ... 200 zł (koszty podróży już brali na siebie!). Już sam koszt zwolnienia z pracy w tym dniu był na poziomie tych 200 zł, a tu jeszcze przygotowanie i cały dzień w podróży. Odmówiłam - pani powiedziała, że oni sobie na pewno jakiegoś emeryta za te pieniądze znajdą. Podobno znaleźli ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowny Panie Profesorze,

    Bardzo dziękuję za ten tekst. Odzwierciedla on zjawisko, z którym zetknęłam się będąc kierownikiem grantu oświatowego z EFS w województwie lubelskim. Warto wskazać również w kontekście finansowania takich przedsięwzięć z EFS na roszczeniową postawę zarówno wykonawców/podwykonawców jak też uczestników. W mentalności ludzkiej mocno zakorzeniło się równanie: EFS = wielka kasa. Na wysiłek twórców nie zwraca się uwagi, a uczestnicy często nie widzą potrzeby skorzystania z oferty w sposób pełny. Przykładem jest pytanie: Po co nam te książki? Ja wolałabym jakieś gadżety.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczerze mówiąc też przecierałam oczy, widząc ten artykuł. Nie mówiąc o tym, że dziennikarz podał literalnie nazwy projektów, materiałów napisanych przez tę, co to się najbardziej dorobiła, itd. łącznie z kwotami za każdą z umów. W dobie internetu nietrudno sprawdzić o kogo chodzi, a więc została naruszona tajemnica dotycząca dochodów tej osoby - nie pełniącej przecież funkcji publicznych, co by takie upublicznienie dochodów usprawiedliwiało. W moim przekonaniu naruszono jej dobra osobiste. Z moich doświadczeń projektowych też wynika, że to maksymalny stres i niekończące się korespondencje w instytucją pośredniczącą, która ma nie tylko swój własny hermetyczny język, ale i specyficzną, urzędniczą logikę. Kto próbował ten wie. Po rocznym-dwuletnim projekcie, teoretycznie po akceptacji rozliczenia, wyjaśnienia szczegółowych kwestii mogą się ciągnąć jeszcze kolejny rok czy dwa. Jeśli już jednak podano konkretne zarobki - to dokonałam szacunkowego przeliczenia orientacyjnych stawek. Kwota za kierowanie projektem nie poraża. Do tego dodajmy, że kwoty w projektach podawane są brutto brutto, a więc zawierają w sobie WSZYSTKIE obciążenia, ponoszone przez pracodawcę, w rezultacie do wykonawcy zadania trafia ledwie nieco ponad połowa "zarabianych" kwot. Stąd stawki w projektach unijnych wydają się na pierwszy rzut oka tak lukratywne, choć w rezultacie nie odbiegają porażająco od innych. Na początku może tak było, teraz już nie. Ale tego nie trzeba mówić czytelnikom, bo efekt nie będzie wystarczająco silny - co trafnie zauważył i zdemaskował Profesor. O Centrum (którego nazwy nigdy nie mogę zapamiętać - to jego wielka wada!) mogę powiedzieć same najlepsze rzeczy. Innowacyjni pedagodzy, nowatorskie projekty, rozwiązywanie aktualnych problemów oświatowych - tych lokalnych, i tych ponadlokalnych. Pracownicy zasługują zatem na wysokie zarobki, a jeśli sami je sobie do tego zorganizowali ze środków zewnętrznych - to tylko chwała im za to. Nie rozumiem, dlaczego ktoś próbuje to zniszczyć??? Proponuję by Radni w ramach propagowania postaw przedsiębiorczości przyznali wymienionym pracownikom nagrody (pieniężne!) za ich działalność POZA obowiązkowym wymiarem pracy i za ściągnięcie unijnej kasy do naszego miasta. No cóż, widać, że kampania wyborcza dopiero się rozkręca, będziemy świadkami dalszych dyskredytacji za wszelką cenę. Może by tak w końcu wziąć na warsztat problem etyczności polityków? W bezwzględnej walce o stołki i koryto może by tak odkurzyć niemodne pojęcie RACJA STANU? Inaczej - choć wydaje nam się, że możemy patrzeć z gry i że pewne problemy mamy za sobą - to prosta droga do powtórki z Ukrainy.
    Obrzydliwe. Albo wykorzystano tego młodego dziennikarza, albo sam postanowił ambitnie wspiąć się na palce. Bardzo się cieszę, że Profesor zdecydował się na taki wpis.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Anonimowy z 10 marca 2014 08:05
    Często podobnie jak z opracowaniami jest ze "szkoleniami" za pieniądze unijne. One nie służą podnoszeniu kompetencji nauczycieli - to tylko pretekst!!! One służą temu żeby organizatorzy (szczególnie!!!) i prowadzący zarobili swoje megapieniądze!!! Często koordynatorzy-urzędnicy wykorzystują swoją pozycję służbową do wciskania nauczycielom i szkołom różnego szkoleniowego badziewia pod unijnym sztandarem i za wielkie unijne pieniądze. Nikt potem nie sprawdzi ( ani nikt (!) tego robić nie próbuje!!!), co tak naprawdę szkoleni wynieśli z zajęć i czy były potrzebne... ;-) To najdogodniejsza (wytwór nie zostawia materialnych śladów!) forma "prywatyzowania" unijnych środków!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie sam napiszę o takiej patologii i będę przeciwny jej rozprzestrzenianiu się, ale proszę o konkret. Z podanej publicznie informacji nie wynika to, o czym anonimowy pisze. Ja odniosłem się do tego, co jest publiczne.

      Usuń
    2. Panie Profesorze!
      To co tu się pojawiło o unijnych grantach w edukacji to norma!!! Uczciwe granty służące naprawdę(!)temu, czemu w założeniu miały służyć to zdecydowana mniejszość, wręcz białe kruki ... ;-)

      Usuń
    3. Nie wiem czy można tak to generalizować. Znam kilka tak znakomitych grantów, że sam natrafiwszy na ich wyniki zupełnie przypadkowo- prosiłem prowadzących o udostępnienie publikacji dla moich studentów i biblioteki Akademii. Z doniesień prasowych nt. projektów ŁCDNiKP nie wynikała ich ocena bylejakości, ale prymitywny zarzut o zarobieniu przez kierowników projektów dodatkowych honorariów za _przecież ich dodatkową pracę. Ja odniosłem się do tak populistycznej argumentacji , płytkiej, prymitywnej. To powoduje, że jak kierownik świetnego projektu zwróci się teraz do jakiegoś środowiska z ofertą współpracy, to będzie potraktowany jak wampir, prymityw zarabiający na nauczycielach. To było treścią mojego oburzenia i braku reakcji osób odpowiedzialnych za instytucję i prowadzących te projekty. Nie oceniam ich bo i radni i dziennikarz też ich nie oceniał.

      Usuń
  8. Panie Profesorze!
    Ilu wybitnych łódzkich nauczycieli (z wymiernymi(!) sukcesami!) przekazywało swoje mistrzostwo kolegom w ramach tych unijnych grantów(i za ile?), a ilu urzędników od doskonalenia z instytucji p.Moosa i zaprzyjaźnionych urzędów zarabiało na chlebek baaardzo grubo masełkiem posmarowany? Badał Pan to? To niech się Pan nie spieszy z obroną! Czy pracownicy pedagogiczni Łodzi brali udział w tych kursach dobrowolnie i z pożytkiem dla swoich kwalifikacji czy też musieli bo "zaprzyjaźniona" z Centrum władza kazali ... ;-) Niech Pan to sprawdzi, a wtedy pisze!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój wpis dotyczył problemu, który został przedstawiony publicznie przez radnych i dziennikarzy. Udział w projektach UE jest dobrowolny. Jeśli zatem anonimowy uczestniczył w czymś, co zostało przezeń określone jako zniewolenie, to współczuję. Pomyślałbym o tym, czy warto było dać się zniewolić o czy warto było milczeć. Ci, którzy tak czynią, są współsprawcami takich sytuacji. Ja stanąłem w obronie osób, które podejmują się opracowania projektu, dzięki któremu szkoły czy przedszkola otrzymują konkretną pomoc w wyposażenie placówki a głodne dzieci dostają posiłki. Niech zarabia organizator tego nawet 200 tys.na 2 lata, jeśli czyni to zgodnie z obowiązującym prawem i standardami. Nie rozumiem tego, dlaczego za dodatkową pracę odmawia się komuś prawa do honorarium? Tylko dlatego, że to nie my zarobiliśmy? No to niech anonimowy napisze wniosek i też zarobi. Miliony środków nie zostały w ogóle wykorzystane, o czym się milczy. Natomiast od tego jest ewaluacja żeby napisać, co nam się nie podobało. Anonimowy wyraził swój opór czy milczał?

      Usuń
    2. Panie Profesorze!
      Jako nauczyciel mam obowiązek służbowy być na "szkoleniowej radzie pedagogicznej", na której produkują się i zarabiają beneficjenci unijnych grantów. Mój dyrektor nie ma wyboru - w grantach jest kasa (za różne tam doradztwa, ekspertyzy etc.) dla ważnych miejskich urzędasów, niektórzy mają udziały (jawne lub tajne) w firmach "szkoleniowych" - musi unijne szkolenie przeprowadzić. A ja mógłbym co najwyżej zmienić zawód ... ;-) Profesorowi z tytułami i nazwiskiem łatwo jest mówić ... ;-)

      Usuń
    3. Radni i dziennikarze stwierdzili to co mogli - na unijnych grantach zarabiają krocie(na poziomie drugiej pensji!) nie merytoryczni wykonawcy (od których zależy tak naprawdę merytoryczna(!) realizacja) tylko "obsługujący" je urzędnicy. I postawili, też zasadne, pytanie o jakość wykonywania podstawowych, nie tych sowicie opłacanych z unijnej kasy, obowiązków. Zwłaszcza zasadne jest pytanie czy w kraju i mieście ogromnych rzesz bezrobotnych nauczycieli urzędnicy pana Moosa muszą się tak przepracowywać ... ;-)

      Usuń
    4. To nieprawda, że radni i dziennikarze stwierdzili to, co mogli. Otóż skupili się na ostatnim ogniwie całej tej sprawy, a nie na pierwszym!!! Dlaczego nikt w tej sprawie nie zapytał o to - kto rozpisał konkurs, na jakich warunkach??? Czy umożliwiał zatrudnienie i powierzenie kierownictwa projektu bezrobotnym nauczycielom??? Nie zapytali, bo znają odpowiedź!!! Bo wiedzą którzy urzędnicy państwowi uruchomili konkursy na przepływ unijnych środków do takich a nie innych podmiotów.

      Usuń
    5. Komentarz o radach pedagogicznych nie ma nic wspólnego z projektami unijnymi. To jest odrębny temat. A swoją drogą - czy rzeczywiście nauczyciele są taką bierną masą do ugniatania przez wrednych dyrektorów i szkoleniowców? Czy rzeczywiście nie macie Państwo nic do powiedzenia, tylko godzicie się na uczestniczenie w grze pozorów? Chyba nie wszędzie tak jest.

      Usuń
    6. Przykro mi to pisać. ale nauczyciele nie chcą się uczyć, nie chcą zmieniać siebie, nie chcą dostosowywać się do zmieniającej się rzeczywistości. To przykre, ale chyba nie ma takiej profesji, której przedstawiciele byliby tak bierni, zakompleksieni i "zamrożeni". Szkolenia rad pedagogicznych, to najgorszy kawałek chleba. Panie profesorze, proszę zapytać swoich kolegów (bardzo dobrych fachowców, prowadzących świetne szkolenia) jakie maja zdanie o "uczących się radach pedagogicznych". Już sam fakt, że trzeba się uczyć powoduje oburzenie. Nieważne jaki poziom szkolenia. Polska szkoła to żenada z niewieloma osamotnionymi wyjątkami.

      Usuń
  9. Dla porządku: Dobrze, aby czytelnicy wiedzieli, że w sprawach ŁCDNiKPO pan profesor nie jest bezstronny:


    Prywatna strona Profesora dr. hab. Bogusława Śliwerskiego
    Dane biograficzne (fragment)

    Współpracuję z Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego, sprawując opiekę nad procesem wytwarzania i wdrażania innowacji pedagogicznych, a od 2005 r. przewodnicząc Radzie Społeczno-Doradczej tej placówki.

    http://boguslawsliwerski.pl/omnie/dane_biograficzne.htm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strzał w płot. Zawsze jest tak, że jak się nie ma argumentu, to stosuje się atak ad personam. Otóż 4 lata temu złożyłem rezygnację z przewodniczenia Radzie, gdyż podjąłem się pracy akademickiej w Warszawie. Żałosny jest zatem ten komentarz. Nie pracowałem w żadnym z tych projektów.

      Usuń
  10. Jeszcze jedna metoda "pozyskiwania" unijnej kasy - kolejne ekipy wykonawców, nie kontaktując się ze sobą, pod okiem tych samych (!) "koordynatorów" przerabiają w nieskończoność ten sam dokument!!! Metoda typowa dla MEN i ORE ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. ale to 100 tys brutto w okresie trzech lat

    OdpowiedzUsuń
  12. Szanowny Panie Profesorze,
    Swoim wpisem broni Pan szarej strefy w polskiej edukacji. Nauczyciel ma uczyć i dokształcać - generalnie "siać wiedzę" a nie koordynować projekt. Jeżeli szkoła albo inne centrum doskonalenia chce sięgnąć po unijne pieniądze, niech się zdecyduje na zatrudnienie koordynatora projektu. Przyzna Pan, że nauczyciele są od innych celów. Proszę zbadać to, czy koordynator projektu należycie wykonał swoje nauczycielskie obowiązki wynikające z zawartej umowy o pracę. A później niech Pan osądza innych. Na razie jest Pan takim samym populistą ew. publicystą jak autor tego tekstu. I wypisując androny o tym, jak to nauczyciele poświęcają się, wypełniając aplikacje, ramki excelowskie itp. staje pan w jednym szeregu z radnymi, którzy nie znając tematu udają ekspertów.

    OdpowiedzUsuń
  13. Tematu nie znają dziennikarze , na podstawie których to relacji opublikowałem swój komentarz. W odróżnieniu od nich wiem , na czym polega różnica między napisaniem wniosku , aplikowaniem o uzyskanie nań środków i jego realizowaniem od tego, by za friko, z racji różnych powiązań partyjnych przyssać się i mieć korzyści. Takich pasożytów dziennikarze wspierają, włączając się w wojny międzypartyjne w środowisku radnych, o czym doskonale wiedzą. Mnie one ani parzą, ani ziębią. Nie obchodzą mnie relacje także w skłóconym łódzkim środowisku oświatowym, bo tu jeden drugiemu najchętniej przegryzłby aortę i go wykrwawił, byle tylko jego było na wierzchu. Właśnie dlatego Łódź należy do najbardziej anty-innowacyjnych środowisk, bo tacy populiści jak - być może i anonimowi komentatorzy - nie znoszą tych, którzy czynią coś z pasją. Nauczyciela- przyznaję - są od innych celów, ale ... niech radni dadzą tym, co chcieliby i potrafią pracować inaczej, odpowiednie na to środki. Nie dadzą, więc zabiegają o granty. To co, środki unijne na edukację mają wrócić do kasy na zegarki kolejnego ministra czy dalszą rozbudowę administracji?

    OdpowiedzUsuń
  14. Szanowny Panie Profesorze,

    Po przeczytania Pana wpisu na temat sprawy ŁCDNiKP zdecydowałem się na napisanie polemiki odnoszącej się do Pana uwag (w załączniku). Będę wdzięczny (choć nie wiem, czy jest to Pana praktyka jako blogera), jeśli uda się przedstawić Pana Czytelnikom moje stanowisko - przez zacytowanie mojego załącznika.

    Pozdrawiam i przesyłam wyrazy szacunku

    Maciej Kałach

    m.kalach@dziennik.lodz.pl

    OdpowiedzUsuń
  15. A teraz zamieszczam list pana redaktora: cz.1:
    W "Dzienniku Łódzkim" zajmuję się pisaniem o oświacie, ale czasy szkolne już dawno za mną. Dlatego nawet nie pamiętam, kiedy spadła na mnie ostatnia profesorska połajanka - a zwłaszcza od osoby tak cenionej, jak prof. Bogusław Śliwerski, m.in. autor bloga "Pedagog".

    W jednym z ostatnich wpisów (10 marca 2014 r.) Profesor zarzuca "obniżenie lotów" dziennikarzom, którzy zajęli się dodatkowymi zarobkami pracowników Łódzkiego Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego.
    Przypomnijmy, część doradców z ŁCDNiKP, nie tylko ma obowiązki wynikające z etatu, ale i bierze na siebie dodatkowe zajęcia – w tym koordynowanie unijnych projektów. Jedna z pracownic Centrum dorobiła w ten sposób 100 tys. zł brutto (w latach 2011-2013), inni odpowiednio: 78 tys. zł, 54. tys. zł, 25 tys. zł.
    Dla prof. Śliwerskiego przytaczanie tych kwot w moim artykule ("Wspierają łódzką edukację. Nawet za 100 tys. zł poza etatem", "Dziennik Łódzki" z 3 marca 2014 r.) to pozwalanie sobie "na arogancję i agresję wobec pedagogów, którzy najpierw musieli dziesiątki godzin poświęcić na opracowanie projektu, zapisanie go na kartach odpowiednich formularzy, by po uzyskaniu pozytywnej kwalifikacji móc go realizować".
    W moim artykule nie bez powodu wyliczyłem cześć dodatkowych zajęć pracownicy "od 100 tys. zł". Oprócz etatowych obowiązków w Centrum koordynowała ona (za 32 tys. zł), warty prawie 7 mln zł, projekt "Przedszkole dla malucha" oraz w tym samym czasie (za 28 tys. zł) była asystentką koordynatora, wartego 400 tys. zł, projektu przygotowującego nauczycieli do pracy z uczniami z dysfunkcjami zdrowotnymi, w którym prowadziła również szkolenia (za 18 tys. zł). W artykule nie wspomniałem, że pracownica prowadziła również stronę internetową projektu dla uczniów z dysfunkcjami (za prawie 6 tys. zł), zaprojektowaną także przez nią (za ok. tysiąc zł).
    Ogółem pracownica ŁCDNiKP była zaangażowana w kilkanaście dodatkowych działań. Sądzę, że dziennikarz ma prawo wyliczać te obowiązki, aby m.in. zapytać potem (co uczyniłem w artykule), czy tak niezwykle zabiegana jednostka znajduje czas, aby zająć się pracą na etacie. Czy unijnych projektów nie wykonuje w godzinach, kiedy płaci jej magistrat - a nie Unia. Zwłaszcza, że nie chodzi o szeregowego doradcę, a o jednego z najważniejszych kierowników w ŁCDNiKP.
    Kończąc wyliczenia dotyczące doradczyni "od 100 tys zł" wspomnę, że nie angażowała się ona wyłącznie w działania unijne. Zarabiała dodatkowo także na szkoleniach dla łódzkich rad pedagogicznych, choć władze ŁCDNiKP przyznają, że generalnie takie wykłady pracownicy Centrum powinni prowadzić "etatowo".

    OdpowiedzUsuń
  16. cz.2:
    Prof. Śliwerski zapewne pamięta dyskusję o wieloetatowości wykładowców akademickich oraz pytania, czy nie odbija się ona na jakości ich pracy dydaktycznej. Tamta debata skojarzyła mi się od razu, gdy wyliczałem kolejne projekty, którymi zajmowała się doradczyni "od 100 tys. zł".
    Autor "Pedagoga" wspomina, że dziennikarze powinni zająć się inną grupą – radnymi (po naszej publikacji sprawa "dorabiania" w ŁCDNiKP pojawiła się na ich sesji).
    - "A może napisze ów dziennikarz o tym, ile mogą zarobić radni na wspieraniu mieszkańców Łodzi? Czyżby radni utrzymywali się tylko z diet?" - pyta prof. Śliwerski.
    Szanowny Panie Profesorze. "Dziennik Łódzki" regularnie przygląda się zarobkom notabli z regionu, w tym łódzkich radnych. Przedstawiamy ich oświadczenia majątkowe, nasi Czytelnicy wiedzą, którzy z nich pracują w miejskich spółkach lub w pozostałych instytucjach zależnych od innych polityków.
    Jeśli pozwalamy sobie na "agresję" zaglądania do kieszeni, to na pewno nie tylko doradcom ŁCDNiKP.

    Pozdrawiam i przesyłam wyrazy szacunku

    Maciej Kałach

    "Dziennik Łódzki"

    OdpowiedzUsuń
  17. Szanowny Panie Redaktorze, no cóż, to Pan stosuje połajanki, ale projektuje je na mnie , bo mnie też krytykować Pana nie wolno? Nikomu nie wolno krytykować dziennikarza. Stwierdzenie, że nie jest Pan uczniem, w związku z tym nie życzy sobie krytyki, jest zaskakujące, "bo prawdziwa cnota krytyk się nie boi".
    Czytam natomiast niektóre Pańskie teksty i za część z nich wysoce Pana cenię, ale niektóre są poniżej normy. Akurat w przypadku ŁCDNiKP rzecz nie dotyczyła wprost Pańskiego tekstu w całości, tylko jednego akapitu, mocno bulwersującego, ale tego woli Pan nie dostrzegać. Mój wpis dotyczył zmasowanego ataku łódzkich mediów - bardziej bulwarowych, tak więc zanadto odbiera Pan cały mój tekst do siebie.
    Zarzucanie pracownikowi Centrum - chociaż nie mam zielonego pojęcia o kogo tu chodzi i mnie to w ogóle nie obchodzi - że ośmiela się kosztem własnego czasu , zdrowia być może i rodziny zarabiać dodatkowo, jest rodem z PRL, gdzie wszyscy mieli zarabiać tyle samo. Czy się stoi czy się leży 1000 zł się należy. Pan tego nie musi znać. Natomiast dziwię się, że nie zbadał Pan, zanim coś takiego napisał, czy rzeczywiście ów pracownik nic nie robił w Centrum, lekceważył swoje obowiązki itp.idt. Jeśli tak, to dlaczego Pan tego nie podał w swoim artykule? Wówczas nie byłoby mojego doń komentarza. Tego typu "agresja" i w takim stylu jest po prostu nieetyczna. Pańscy koledzy z DŁ i innych gazet zarabiają dodatkowo w wyższych szkołach prywatnych i uczelniach publicznych Łodzi, i co? Rzutuje to na ich gorszą pracę? Jeśli tak, to gdzie? W tych uczelniach prywatnych, publicznych czy w redakcji?
    Warto, by jednak przeczytał Pan teksty swoich kolegów z bulwarowej prasy i porównał je ze swoim. Żaden nie jest rzetelny, bo jest jednostronny.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  18. Dokładnie. Dziennikarz domniemywa, że ktoś nie wykonuje obowiązków. Nieźle - myślę, że Rada Etyki Mediów by się tym zainteresowała.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.