piątek, 23 sierpnia 2013

Nie mylmy kształcenia nauczycielskiego ze studiowaniem na pedagogice























Jeszcze w sierpniu na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" ukazał się artykuł Justyny Sucheckiej pod tytułem "Upadek pedagogiki. Nauczycielami zostaną osoby, które ledwo zdały maturę". W wersji online miał jednak nieco łagodniejszą treść, bowiem został zatytułowany: "Pedagogika zaprasza. Nawet ten, kto ledwo zdał maturę może zostać nauczycielem"

Tekst ten był powielany wraz z tytułem o upadku pedagogiki w wydaniach różnych gazet. Tak kręci się spirala bełtania ludziom w głowach.

Za tydzień zaczyna się kolejny rok szkolny. Po przeczytaniu niekompetentnie i nierzetelnie napisanego artykułu zastanawiałem się nad tym, w którym z państw Unii Europejskiej tak poniewiera się środowiskiem nauczycielskim, tak perfidnie manipuluje opinią publiczną? Doprawdy, byłem już w różnych krajach. Czytam na bieżąco prasę niemiecką, czeską i słowacką, ale tak paskudnie szykanujących nauczycieli artykułów nie spotkałem. Nie "pluje się" na elity mające kształcić elity. Nie usprawiedliwiają tego patologiczne postaci, które nie stanowią w tym środowisku nawet jednego promila całej populacji.

Jakie kompleksy muszą mieć nie tylko niektórzy polscy dziennikarze czy urzędnicy MNiSW (bo w tym artykule wypowiadał się nawet jeden z nich), ale i jakie urazy z własnej edukacji szkolnej, skoro są w stanie bezceremonialnie, bez pokrycia w faktach, degradować polskich nauczycieli przy każdej nadarzającej się okazji? Autorka powinna wykupić sobie za honorarium udział w studiach podyplomowych na Uniwersytecie Warszawskim, żeby się trochę douczyć. Może też pojechać na Białoruś lub na Ukrainę, na Kubę czy do Rosji, bo jeszcze tam obraża się nieposłusznych wobec władzy nauczycieli.

Tytuł artykułu: Upadek pedagogiki sugeruje, że mamy oto do czynienia z upadkiem pedagogiki jako nauki, dyscypliny naukowej. Skądże znowu. Ona pedagogiki nie zna, nie ma o niej pojęcia. Trudno zatem, by wieściła upadek czegoś, co jest jej obce. Egzemplifikacją jest pierwsze zdanie tekstu tego "artykułu", które brzmi:

"Na dziennych studiach pedagogicznych w całym kraju pozostały tysiące wolnych miejsc. Na niektóre uczelnie dostaną się nawet ci, którzy ledwo zdali maturę. Efekt? Dzieci będą uczyć coraz słabsi nauczyciele. Kryzys dopadł pedagogikę - studia, po których w szkołach znajdą pracę nauczyciele teoretycznie najlepiej przygotowani do zajęć z dziećmi, czyli pedagodzy przedszkolni i nauczyciele w podstawówkach.

Prof. DSW Mirosława Nowak-Dziemianowicz musiała pouczyć ignorantkę w wywiadzie dla GW, że istnieje zasadnicza różnica między studiami nauczycielskimi (dla nauczycieli) a studiami pedagogicznymi. Na kierunku pedagogika prowadzona jest tylko i wyłącznie jedna specjalność, która ma charakter ściśle nauczycielski, bowiem dotyczy edukacji wczesnoszkolnej (przedszkolnej i kształcenia zintegrowanego w klasach I-III szkoły podstawowej).

Natomiast nauczycieli kształcenia przedmiotowego w klasach IV-VI szkół podstawowych, w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych edukuje się poza kierunkiem pedagogicznym. Wydziały pedagogiczne w większości uniwersytetów i akademii (nawet pedagogicznych) nie mają nic wspólnego z tym kształceniem. Unika się wysokiej klasy specjalistów z pedagogiki i psychologii w przygotowywaniu kandydatów do tej profesji mimo tego, że z tych właśnie dyscyplin każdy nauczyciel powinien otrzymać określone minimum wiedzy i umiejętności. Oba resorty - MNiSW oraz MEN odrzuciły projekt środowisk pedagogicznych zwiększenia liczby godzin na zajęcia warsztatowe, metodyczne, konwersatoryjne, który mógł skończyć w naszym kraju z prymitywnym, minimalistycznym i pozaprofesjonalnym przekazywaniem wiedzy z psychologii i pedagogiki kandydatom do zawodu nauczycielskiego właśnie z wydziałów niepedagogicznych - humanistycznych, społecznych, matematyczno-fizycznych, przyrodniczych, nauk o ziemi itd.
Dobra, kwalifikowana edukacja musi kosztować, ale kogo to obchodzi? Lepiej jest zatrudnić do prowadzenia zajęć z pedagogiki czy psychologii na niepedagogicznych kierunkach uratowanych od rotacji asystentów, wykładowców, niż zaoferować prowadzenie zajęć z nauk o wychowaniu i kształceniu oraz z podstaw psychologii ogólnej, społecznej, a nawet klinicznej odpowiednio pedagogom i psychologom, którzy na wydziałach pedagogicznych sukcesywnie podnoszą swoje kwalifikacje, prowadzą badania naukowe i mają praktyczne doświadczenie w oświacie.

Słusznie zatem profesor DSW we Wrocławiu - M. Nowak-Dziemianowicz stwierdziła w swojej rozmowie z red. Aleksandrą Pezdą :

"A przecież sama metodyka nauczycielom nie wystarczy. Muszą mieć wiedzę pedagogiczną, psychologiczną i socjologiczną. Inaczej nie pomogą uczniom rozwijać się i rozpoznawać swoich mocnych stron, możliwości i uzdolnień. Żeby być dobrym nauczycielem, dziś nie wystarczy być dobrym chemikiem."

Niestety, ignorancja panuje nie tylko w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego, w którym pedagogika ma skrytego wroga, kogoś, kto robi wszystko, by ją lekceważyć, ale także wśród szacownych psychologów, socjologów lub marnych akademików, którzy mają wciąż w swojej pamięci, w dużej mierze nędzną - i tu się z nimi w pełni zgadzam - pedagogikę socjalistyczną. Mogliby jednak zadać sobie trud sięgnięcia po rozprawy średniego i młodego pokolenia, które reprezentuje już inne nauki pedagogiczne.

Niech lepiej Polska Komisja Akredytacyjna zacznie publikować na swojej stronie raporty z akredytacji kierunku pedagogika, a zatem niech ktoś wreszcie zacznie wykonywać tam swoje obowiązki, bo ostatnie dane są sprzed dwóch lat. Tymczasem wiele wyższych szkół prywatnych nie spełnia minimalnych nawet wymagań do kształcenia na tym kierunku! Niektóre, nawet wydawałoby się z treści stron internetowych tych szkół, "renomowane" (zapewne tylko już z nazwy) tzw. "wsp", utraciły swoją cnotę, skoro w wyniku tegorocznej oceny jakości kształcenia otrzymały ocenę warunkową lub negatywną, a - jak słusznie pisze o tym jedna z komentatorek tego bloga - kłamstwo informacyjne króluje w ich medialnym wizerunku.

Niech wreszcie PKA i NIK zaczną kontrolować (byle-)jakość kształcenia nie tylko w niektórych uczelniach prywatnych, ale także publicznych, gdzie edukacja nauczycieli woła o pomstę do nieba!

Jak to jest możliwe, że po tylu latach doświadczeń - PKA wyraża zgodę na uruchamianie nowych kierunków studiów w szkolnictwie prywatnym jedynie na podstawie... przedłożonej dokumentacji i oświadczeń?! Czy ktoś wreszcie zacznie sprawdzać kłamstwa, jakie są w nich zawarte? Czy ministra prof. Barbara Kudrycka nie zamierza skończyć z ułatwianiem biznesowi kreowania nowych kierunków, w ramach których informatyki będzie uczył geograf, a wiedzy o mediach - biolog? Nie, ponieważ w resortach rządu Donalda Tuska zatrudnia się - wbrew opublikowanym zasadom konkursu czy przetargu - osoby, które nie spełniają podstawowych kryteriów!

Kiedy skończy się to przyzwalanie na wprowadzanie młodych pokoleń w przestrzeń oszustwa, wyłudzeń i cwaniactwa, które nie ma nic wspólnego z przygotowywaniem do zawodu rzeczywiście wysokiej klasy specjalistów? Właściciele tych szkółek przecież doskonale wiedzą, że po uzyskaniu zgody mają co najmniej 3 lata na wysysanie kasy od naiwnych, bo nikt nie przeprowadzi w ich szkółkach kontroli.

To się nie skończy, bo niektórzy politycy i urzędnicy mają w tym także swój prywatny interes.

Są jeszcze wolne miejsca w uczelniach publicznych na kierunku pedagogika. Nieprzychylna pedagogice opinia na temat rzekomo niższej wartości wykształcenia na tym kierunku studiów, może dotyczyć dużej części wyższych szkół prywatnych, ale nie uczelni publicznych, w których prowadzi się badania naukowe, zatrudnia profesjonalne kadry akademickie systematycznie podnoszące swoje kwalifikacje naukowo-badawcze i dydaktyczne. To, że niektórzy mają jakieś osobiste problemy z pedagogiką i usiłują ją za wszelką cenę wymazać z mapy nauk humanistycznych i społecznych, jest tylko i wyłącznie świadectwem ich żenującej ignorancji, być może własnych kompleksów lub innych dysfunkcji.

23 komentarze:

  1. Sprawa wygląda niestety nawet gorzej niż Pan pisze. Poprzez odpowiednią politykę (nie)finansowania Państwo zmusiło uczelnie do obniżenia poziomu wykształcenia i zwiększania liczby studentów studiów niestacjonarnych i podyplomowych (płatnych). Nieszczęściem są zwłaszcza tzw. studia kwalifikacyjne. Okazuje się bowiem, że nie trzeba studiować 3/5 lat, żeby być przygotowanym do uczenia w szkole - jeśli się zapłaci, to stosowne "kwalifikacje" nabywa się w 1,5 roku. Niestety ta hipokryzja trwa od lat. Wówczas modne były kursy "pedagogiczne" po zaliczeniu których absolwenci uczelni np. rolniczych i technicznych stawali się w pełni wykwalifikowanymi nauczycielami (nabywając jakimś sposobem nie tylko wiedzę i umiejętności pedagogiczno-psychologiczne ale także merytoryczne z zakresu matematyki, fizyki czy chemii). I tak naprawdę prawdziwym problemem jest to co już się stało, a nie stan obecny. Tamci ludzie uczą bowiem w szkole, a dzisiejsi studenci w 95% do nich nie trafią, bo teraz się zwalnia a nie zatrudnia ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze,

    Po przeczytaniu pańskiego wpisu odczułem, że nareszcie mówi się basta na tematy rzekomego upadku pedagogiki. Zgadzam się i popieram w pełni pańskie słowa. Od nie dawna zaczęła interesować mnie jakość kształcenia na uniwersytecie na którym mam zaszczyt studiować. Stwierdzić zatem muszę, że sporo winy jest również w nas samych (studentach)Zaczynamy być bardzo leniwym i oczekującym wsparcia środowiskiem akademickim, ponieważ nie egzekwuje się od nas wymaganej i podawanej w sylabusach wiedzy. Samo studiowanie lub też to pojęcie inaczej jest już rozumiane. Dostrzegam w tym Herbertowskie przekazywanie wiedzy i klasyczną zasadę ZZZ. Jako student nie ma się łatwego życia. Jednak patrząc na swoje doświadczenie muszę powiedzieć, że czasami żal iść na zajęcia. Oczywiście zależy to od kompetencji wielu osób w tym naszych własnych oraz ambicji nami kierującymi. Mam cały czas głęboką nadzieję i wierzę w to, że po moich studiach pedagogicznych będę dobrze przygotowany do pełnienia powierzonych mi zadań w systemie oświaty. Ponad to sama uczelnia czy metodyka nie wystarczy. Doświadczenie i dodatkowa praktyka oraz wolontariat podczas takich studiów na wiele tych rzeczy otwierają umysł i pozwalają weryfikować siebie samego. Profesorze serdecznie dziękuję za ten wpis.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodziło szanownemu przedmówcy o HERBARTOWSKIE, a nie HERBERTOWSKIE przekazywanie wiedzy...
      No i mamy poziom pedagogów...

      Usuń
    2. to oczywista literówka, a więc tylko ktoś małostkowy może zwracać na to uwagę. No i taki mamy poziom nie-pedagogów

      Usuń
  3. Ale z językiem polskim nie jest chyba na studiach pedagogicznych za dobrze ... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobnie, jak na filologii polskiej, dziennikarstwie, historii, etnologii, psychologii, filozofii, kulturoznawstwie itd., itd.

      Justyna

      Usuń
  4. Panie Profesorze, czy jednak nie ma w tych artykułach ziarna prawdy? Na studia pedagogiczne rzeczywiście przyjmowani są wszyscy, często absolwenci słabi intelektualnie i z problemami natury psychologicznej. Byłabym również bardziej krytyczna, jeśli chodzi o uczelnie państwowe. Otrzymują one bowiem środki z budżetu państwa, a zatem przyjmują kogo się tylko da. Media huczą od informacji, że zwalnia się z nowym rokiem szkolnym setki nauczycieli, a państwowe uczelnie udają, że o tym nie słyszały, i przyjmują wszystkich, tak jak do tej pory. Jest to wielkie oszustwo i krzywda wyrządzana kandydatom na te studia (brak limitów miejsc, brak rozmów kwalifikacyjnych czy egzaminów wstępnych, badających motywację, przygotowanie merytoryczne i sprawność psychiczną). Jeśli potępiamy niektóre uczelnie prywatne za to, że reklamują się bardziej niż powinny, zważywszy na realny poziom oferowanych studiów, to uważam, że powinniśmy także zwrócić uwagę na fakt, że choć pedagogice jako nauce daleko jest do upadku, to jednak to, co się dzieje na studiach pedagogicznych państowych uczelni jest wysoce niestosowne. W tym wypadku można więc raczej mówić nie tyle o upadku naukowym, co obyczajowym, i kompletnym zaślepieniu pieniędzmi.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest prawda, ale - jak zwykle - częściowa, bowiem autorka nie zechciała przyjrzeć się przyczynom tego stanu rzeczy. Z jednej strony doskonale wiemy, że wraz z likwidacją egzaminów wstępnych nie ma już selekcji na studia wyższe, poza kilkoma kierunkami, na których obowiązuje dodatkowy sprawdzian wiedzy i/lub umiejętności. Z drugiej strony, gdyby w uniwersytetach i politechnikach,a nawet uczelniach ekonomicznych nie było naboru na bardzo dobrze prowadzone studia na kierunku pedagogika, to trzeba byłoby zlikwidować katedry czy instytuty fizyki, chemii, filologii, historii i wiele, wiele innych, gdyż nie utrzymałyby się przy życiu z nędznego naboru. To pedagogika i psychologia utrzymują wiele tzw. deficytowych kierunków-dyscyplin naukowych.
    Natomiast nie ulega wątpliwości, że to MNiSW było od początku lat 90. zainteresowane otwieraniem w nieskończoność szkół prywatnych i uruchamianiem w nich głównie pedagogiki, marketingu i zarządzania czy administracji i socjologii oraz politologii, by zbijać na tym kasę i nie dotować z budżetu państwa naukowców i nauki w uczelniach publicznych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba Pan nieco przesadza. Po pierwsze, nie bardzo wiem dlaczego pedagogika miała utrzymywać inne kierunki/instytuty. Przecież chyba nie dawała zatrudnienia chemikom czy fizykom, bo oni tam raczej nie uczyli. Poza tym to sami pedagodzy ustalali limity przyjęć i w związku z tym oni są odpowiedzialni za te tłumy studiujących pedagogikę. Dlaczego to robili, to pewnie Pan wie lepiej. Ja słyszałem o niesamowitych liczbach nadgodzin (płatnych :)). Niestety faktem jest, że nie pozostawało to bez wpływu zarówno na jakość kształcenia jak i na rozwój naukowy wielu pedagogów.
    Nie bardzo też wiem w jaki sposób MNiSW zbija(ło) kasę na otwieraniu prywatnych uczelni. Raczej robiło to wielu naukowców, w szczególności tych którzy (a były takie przypadki) pracowali w kilku(nastu!) miejscach jednocześnie. Może więc warto poszukać też winy we własnym środowisku, a nie zwalać wszystko na ministerstwo (którego niestety rzeczywiście nie ma za co chwalić). No i przecież nie dlatego otwierano tam kierunki pedagogiczne, "biznesowe" czy politologiczne, że takie były nakazy władzy. Po prostu takie było/jest zapotrzebowanie i młodzi ludzie wybierali studia na których dawali sobie bez problemów radę. A do takich należy właśnie pedagogika ... Po latach zreflektowano się, że "produkuje" się wykształcone rzesze bezrobotnych i pojawiły się kierunki zamawiane. Niestety często jest to także wyrzucanie pieniędzy w błoto. Nie mogę też zrozumieć dlaczego płaci się studentom po tysiąc złotych (miesięcznie) stypendium nie gwarantując, że później je Polsce (!) "odpracują".

    OdpowiedzUsuń
  7. No cóż, anonimowy nie musi interesować się polityką uczelni publicznych, ale warto, by dostrzegł, że gdyby nie były przekazywane do dyspozycji rektorów (w rozumieniu - administracji centralnej) przez wydziały kształcące na kierunku pedagogika miliony złotych z tytułu prowadzonego na nich kształcenia m.in, na kierunku pedagogika, to nie byłoby w kasie uniwersytetów pieniędzy na utrzymanie fizyków, chemików itd. Tak więc nie ma co odwracać kota ogonem.
    O patologiach akademickiego środowiska pedagogicznego już pisałem w artykułach i książce: Klinika akademickiej pedagogiki" (Kraków: 2011) oraz w tym blogu, więc trudno, bym nieustannie powtarzał te same kwestie.
    Co do roli MNiSW - niestety, ale jest ona kluczowa, bowiem top w tym, resorcie powstają regulacje sprzyjające tego typu dewiacjom, a także to ten resort jest niewydolny w obszarze kontroli i nadzoru. Ot, tyle i aż tyle. Nie jest prawdą, że po latach zreflektowano się w tych kwestiach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam (tak - jak rozumiem - jak Pan) sytuacji na WSZYSTKICH publicznych uczelniach, ale cieszę się, że są one w stanie zarobić miliony na kształceniu studentów pedagogiki (choć trudno mi sobie wyobrazić jakim cudem mają aż tyle na "darowizny", bo biorąc pod uwagę opłaty wnoszone przez studentów za studia niestacjonarne (rzędu 4 tysięcy rocznie) i koszty związane z prowadzeniem studiów oznacza to studentów liczonych w tysiącach).

      A refleksja, wbrew temu co Pan pisze, jednak przyszła, bo obecnie MNiSW promuje (całkiem słusznie) studia na kierunkach ścisłych.

      Usuń
    2. Musiałby Anonimowy przemnożyć dane przez liczbę roczników.
      To proszę sprawdzić, ilu opłacanych w ramach stypendiów na kierunkach zamawianych przez MNiSW je kończy. Wówczas zobaczymy, gdzie są zyski a gdzie straty i czy jako obywatel jest anonimowy z tych darowizn usatysfakcjonowany?

      Usuń
  8. Kierunki zamawiane kończy i tak nawet za dużo studentów. Dotyczy to tak naprawdę wielu kierunków, także niezamawianych, ścisłych i jest wymuszone polityką państwa. Ale właśnie m.in. z tego, że nie są to studia dla wszystkich i ich rozpoczęcie nie jest równoznaczne z ukończeniem wynika(ło) to, że kandydaci nie szturmowali tych kierunków pomimo, że we wszystkich rozwiniętych krajach właśnie taki tym wykształcenia jest najbardziej ceniony. A zysków nie widzę ani w częściowym kształceniu "ścisłowców" ani w pełnym (bezrobotnych) pedagogów.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jesteśmy co do tego zgodni, z jedną tylko wątpliwością: dlaczego do pedagogów przypisuje anonimowy kategorię bezrobotnych? Są nimi też inżynierowie, chemicy, fizycy, politolodzy, socjolodzy, ekonomiści, prawnicy, a nawet lekarze, niektórzy z własnego wyboru.

    OdpowiedzUsuń
  10. Z powodu o którym sam Pan wspominał - masowości :). Gdyby na medycynę zamiast 200 osób przyjmowano 2000, to wkrótce i po tych studiach sytuacja byłaby podobna. A kierunki zamawiane mają w teorii kształcić osoby o kwalifikacjach, których brakuje na rynku pracy ...

    OdpowiedzUsuń
  11. Masowość w uczelniach publicznych jest mitem. Gdyby nie ponad 300 wyższych szkół prywatnych, to by jej nie było. Zgoda?
    Wystarczy porównać dane z Raportu MNiSW o szkolnictwie wyższym na temat odsetka studentów na studiach niestacjonarnych w uczelniach publicznych i niepublicznych. Od roku 2008 jest on wyższy w szkolnictwie prywatnym w stosunku do szkolnictwa publicznego.
    To min. Kudrycka wprowadziła ograniczniki przyjęć dla uczelni publicznych, a szkoły prywatne na tym skorzystały. Jak anonimowy sądzi - dlaczego tak uczyniła? Wszyscy o tym doskonale wiedzą.

    OdpowiedzUsuń
  12. Powstanie uczelni prywatnych nie tłumaczy wszystkiego. Państwo wymusiło bowiem także od tych publicznych, aby "kształciły" bez opamiętania (nawet jeśli studenci nie mieszczą się w salach), choć same uczelnie nie są tu bez winy skuszone przewidywanymi zyskami. Jeszcze 20 lat temu jeśli student nie radził sobie z programem, to po prostu nie zaliczał kursu. Dziś wszyscy mają z tyłu głowy tzw. efektywność kształcenia i świadomość, że bez studentów nie będzie pieniędzy i pracy. Zwiększano liczbę studiujących żeby dobić do średniej europejskiej i ukryć bezrobocie, a teraz mamy tego efekty. I rzecz nie w tym, że niepotrzebni są np. wykształceni pedagodzy. Są potrzebni, ale nie w takiej masie w jakiej kształci się ich od lat. To samo dotyczy również właściwie wszystkich kierunków nauczycielskich (w szczególności fizyki, która prawie nie istnieje w szkołach, z których w ostatnich latach się nie zatrudnia a zwalnia) ale także np. prawa.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kto odpowiada w Polsce za kryteria przydziałów środków na kształcenie i naukę w uczelniach publicznych? Przecież nie rektorzy uniwersytetów czy politechnik.
    Z danych Bilansu Kapitału Społecznego wynika, że najwyższy odsetek bezrobotnych wśród absolwentów uczelni jest nie wśród magistrów nauk pozatechnicznych (tu odsetek wynosi 10,3), ale wśród inżynierów (12,m3%) oraz magistrów inżynierów (10,1%). To oznacza, że mamy patologiczną strukturę wykształcenia właśnie inżynierskiego I i II stopnia.

    OdpowiedzUsuń
  14. Gwoli ścisłości - z danych, które Pan podał (których nie mam zamiaru ani sprawdzać ani kwestionować) wynika, że bezrobotnych magistrów inżynierów jest jednak mniej niż magistrów nauk pozatechnicznych :). Są to jednak ilości porównywalne, ale nie jest to najważniejszy wskaźnik. Ważniejsze jest to ilu absolwentów pracuje w wyuczonym zawodzie/tam gdzie niezbędne jest ich wykształcenie. Bo to po tym można poznać przydatność studiów ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż 22,6% bezrobotnych inżynierów i magistrów inżynierów to jest mało??? Gratuluję.

      Usuń
    2. Czy Pan żartuje czy celowo wprowadza czytelników w błąd? Przecież odsetek oznacza, że na 100 inżynierów bezrobotnych jest 12,3, a na 100 magistrów inżynierów 10,1. Czy gdyby wyszczególniono wśród magistrów nauk pozatechnicznych np. pedagogów, historyków, prawników i jeszcze 7 specjalności, to zsumowałby Pan te procenty uzyskując (załóżmy, że w przypadku każdej z tych grup odsetek bezrobotnych jest taki sam i wynosi 10,3%) 103%?! Niezrozumienie czy manipulacja?

      Zaciekawiony Pańskimi "rachunkami" sięgnąłem przy okazji do Bilansu Kapitału Społecznego i znalazłem (http://bkl.parp.gov.pl/system/files/Downloads/20110616070806/Bezrobotni_-_niewykorzystane_zasoby_polskiej_gospodarki.pdf?1308200909 - tabela 12 na stronie 27) tam informację, że bezrobotni z wyższym wykształceniem deklarowali ukończenie następujących studiów (wybór z miejscami):
      1. Ekonomiczne i administracyjne - 35%
      2. Pedagogiczne - 17%
      3. Społeczne - 8%
      4. Humanistyczne - 7%
      10. Inżynieryjno-techniczne - 3%
      15. Fizyczne - 2%
      19. Matematyczne i statystyczne - 1%

      Raport nie jest najnowszy (badania z 2010), czyżby w ciągu 2 lat tak dużo się zmieniło?

      Usuń
    3. Każdy z nas korzystał z innego źródła. Powinienem podać, że podane dane zostały opracowane przez Karolinę Topolską i opublikowane na podstawie wspomnianego przez nią źródła: Bilans Kapitału Ludzkiego, w artykule pt. Prywatne firmy zaktywizują najbardziej zniechęconych bezrobotnych (Dziennik Gazeta Prawna 2013 nr 158, s. B6). Tam jest schemat przedstawiający na podstawie w/w źródła sytuację zawodową absolwentów szkół ponadgimnazjalnych oraz uczelni, w tym są dane wskazujące na odsetek bezrobotnych osób z danym profilem wykształcenia, które szukają pracy. Autorka nie podała przy swoim źródle daty jego wydania, natomiast jej opracowanie jest na podstawie pilotażu "Partnerstwo dla pracy", w którym agencje zatrudnienia poszukują pracy dla długotrwale bezrobotnych. Nie manipuluję zatem danymi tak, jak czyni to np. MEN w swoich spotach.
      Co ciekawe, zdaniem autorki tego artykułu aż 30% długotrwale bezrobotnych w Warszawie nie jest w ogóle zainteresowanych znalezieniem pracy. Po co zatem utyskiwać na wskaźniki bezrobocia czy wartości kształcenia na kierunkach zamawianych, skoro być może ich absolwenci wcale nie zamierzają podejmować pracy, a my za to tez płacimy podobnie, jak za edukację na pedagogice, psychologii, socjologii czy naukach o polityce lub komunikacji i mediach.

      Usuń
  15. Najbardziej przykre jest jednak to, że wielu ludziom zrobiono krzywdę, kłamiąc i wprowadzając w błąd.

    Chwaleni za "osiągnięcia" (na studiach I stopnia), motywowani do dalszej nauki (aby był mgr), wprowadzani w świat publikacji, konferencji (płać za studia doktoranckie).

    Oszukiwani.

    Obrzydliwe, bowiem jest to przemoc na całym pokoleniu, przemoc wobec rzeszy ludzi, którym "autorytety" zrobiły wodę z mózgu. I teraz te wspaniałe autorytety wypowiadają się w mediach, odwracają kota ogonem, obwiniają naiwnych studentów, którzy obecnie są tanią siłą roboczą. Winny "X" bo miał wybór, przecież mógł studiów nie podjąć, przecież zamiast na pedagogikę mógł iść po zawód.

    A jednak - ktoś ich przekonał, ktoś im wmówił, że warto. Brzydzę się takich "pedagogów", którzy mówią co innego, a robią co innego.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.