poniedziałek, 6 maja 2013

Od naukowców z uczelni, ktore z definicji powinny świadczyć prawdę i etos, wymagam więcej

Tego nauczyła mnie znakomita Profesor andragogiki - OLGA CZERNIAWSKA, kiedy w kilka miesięcy po habilitacji otrzymałem do recenzji, bez uprzedzenia, rozprawę habilitacyjną z jednego z uniwersytetów. Jej autorem był ksiądz katolicki, doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika. Po przeczytaniu jego dysertacji zastanawiałem się, co z nią uczynić, bowiem ponad połowa jej zawartości była tłumaczeniem na język polski (oczywiście bez wskazania na to w przypisie) książki niemieckiego profesora pedagogiki. Byłem tego pewien, gdyż autor pisał rozprawę na temat, który był przedmiotem moich wieloletnich zainteresowań badawczych. Zgromadziłem poważną literaturę z tego zakresu i przeczytałem chyba wszystko, co się ukazało w Niemczech na interesujący mnie problem. Mój niemiecki przewodnik po literaturze pedagogicznej, mistrz i mentor prof. Erich Dauzenroth z Uniwersytetu w Giessen nawet śmiał się, że jego koledzy nie znają tego, z czym ja zdołałem się zapoznać w czasie krótkich pobytów stażowych w tej uczelni.

Promotor nie mógł tego odkryć. Doktorant skorzystał z książki, która ukazała się w małym nakładzie. Nie mógł przypuszczać, że trafi na recenzenta, który jednak czytał i znał tę samą, niemieckojęzyczną literaturę naukową. Drugi recenzent, utytułowany, też nie mógł tego odkryć, gdyż sam nie znał żadnego języka obcego (może znał rosyjski, nie wiem). Tak więc promotor i recenzent byli niejako usprawiedliwieni. Gorzej, kiedy usiłowali mnie przekonać, że chyba czytałem inną pracę... Zostawiam to teraz na boku.

Wydawałoby się, że nie był to plagiat w dosłownym tego słowa znaczeniu - kopiuj+ wklej, skoro ktoś tak się wysilił, że dokonał przekładu, trudnego zresztą tekstu naukowego, na język polski. A jednak w moim przekonaniu był to plagiat, bowiem niemalże treść całej książki została wpisana do doktoratu jako własna, łącznie z tytułami podrozdziałów. Cóż miałem zrobić? Była połowa lat 90.XX w. Nikt wówczas nie tropił i nie napiętnował plagiatów, plagiaryzmu. Zdarzała się w środowisku akademickim "wolna amerykanka". Udałem się do mojej Profesor, kierowniczki Katedry z zapytaniem, co powinienem uczynić w takiej sytuacji? Jest to moja pierwsza recenzja, nie mam żadnego doświadczenia, nie wiem, jak postępuje się w takich sytuacjach?

Odpowiedź była poprzedzona najpierw tym, co w środowisku powszechnie obowiązuje, a mianowicie, jeśli nie chcemy dać wyrazu w postaci negatywnej oceny czyjejś rozprawy naukowej, to:

- można rozprawę odesłać do jednostki z informacją, że nie będziemy jej opiniować (niektórzy podają powód: choroba, nadmiar obowiązków, niezgodność problematyki z własnym dorobkiem i wiedzą itp.);

- można napisać recenzję pozytywną, a tylko "między wierszami" dać do zrozumienia członkom rady wydziału, promotorowi pracy i doktorantowi (-ce), że mamy tu do czynienia z nieuczciwością autora;

- można napisać pochwalną, apologetyczną opinię, bo przecież nikt się nie zorientuje;

- można wreszcie uczciwie napisać, że pracę oceniamy negatywnie, ponieważ autor dokonał fałszerstwa przypisując sobie cudze treści. Na koniec tego wywodu moja Profesor dodała: a skoro jest to ksiądz katolicki, to tym bardziej trzeba być wymagającym i rzetelnym w ocenie jego dorobku, bo on powinien być wzorem cnót, wartości.

Wczoraj rozmawiałem z moim przyjacielem, który recenzował właśnie - jako młody doktor habilitowany - rozprawę zbiorową. Był w niej m.in. artykuł pewnej osoby z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. To, co uczyniła, wywołało w nim słuszne wzburzenie. Okazało się, że owa pani magister, zapewne w pogoni za mnożeniem własnego dorobku, a może i przed otwarciem przewodu doktorskiego, przywołała w swoim artykule, w jednym z przypisów, kilka obcojęzycznych rozpraw tak, jakby je rzeczywiście przeczytała. Kiedy sprawdził, czy jest to możliwe, bo teksty były wydane jeszcze w latach 70. i 80. XX wieku, a problematyka dotyczyła współczesności, okazało się, że pani magister wkleiła jako własny tekst obcy, który został zamieszczony w Internecie jako praca dyplomowa w ramach jakichś studiów podyplomowych. Nie dotyczyło to akapitu, dwóch zdań, ale.. kilkunastu stron!!!

Mamy nadzieję, że redaktor tomu, po otrzymaniu negatywnej recenzji, ów plagiat usunie i go nie opublikuje. Gdyby jednak mój przyjaciel nie podał w wątpliwość wiarygodności tego tekstu, to ukazałby się on i kogo by cytowano, zwielokrotniając indeks Hirscha? Oczywiście - tę panią z KUL-u.

Są jednak, jak się okazuje, różne sposoby na omijanie prawa i uzyskiwanie cudzym kosztem kolejnych publikacji. Wystarczy, że taki pseudonaukowiec w "swoim" artykule będzie cytował co rusz innego autora, nie wnosząc niczego nowego do omawianej problematyki, poza wtrąceniami i jednozdaniowymi komentarzami czy łącznikami cytowanych treści. Na podstawie czyjejś jednej książki niektórzy piszą "swoje" artykuły i ... mają dorobek.

7 komentarzy:

  1. Korzystam na co dzień z literatury niemieckiej, ponieważ od kilku lat mam stałe związki z tym krajem i mam szczęście potrzebować do swojej pracy korzystać z biblioteki (np. w Berlinie), tworzyć teksty, również porównywać pedagogiczną literaturę z różnych krajów, w tym z Polski i Niemiec. Dość dobre oczytanie (mam nadzieję) pozwoliło mi na dokonanie ciekawych odkryć, np. takich że bardzo liczna literatura jest w mniejszym lub większym stopniu kopiowana. Czynią to zarówno adepci nauki, jak i sztandarowe postacie polskiej myśli nazwijmy to oględnie społeczno-humanistycznej. Zaobserwowałem kilka stopni zapożyczeń:
    1. Bezczelne - "autor" rżnie cały duży fragment łącznie z przypisami pierwowzoru. (Zdumiałby się Pan jacy ludzie tego dokonują).
    2. Bezczelne z (pseudo)asekuracją - "autor" podaje autora źródła na początku bloku tekstu i czuje się "usprawiedliwiony", a potem leci tak jak plagiator z p.1.
    3. Półplagiat - część zapożyczeń jest wzięta w cudzysłów część nie. (Przecież stosuje przypisy, co ty się czepiać!!!!) Te kilka przypisów ma uspokoić sumienie, że jednak się stara, ale ma za mało w głowie, aby parafrazować.
    4. Eksperci od parafrazy - zamieniają tekst przy użyciu synonimów. Mieszają różne cytaty ze sobą, że trudno się zorientować. W sensie "nowego" tekstu także.
    5. Niedbali tłumacze - podają liczne przypisy, lecz czasem coś tam zapomną, przeoczą, a przed drukiem, z braku czasu już nie chce się do tego wracać, albo sądzą: i tak nikt się nie pozna.
    Wyczerpałem z grubsza podstawowe sposoby chwyty itd.

    Co Pan Profesor powie na taką sytuację. Studiując literaturę obcojęzyczną (inną niż niemiecką), autor zapowiada, że będzie zżynał z mojego tekstu. Potem leci jak wg p. nr 2, całym długim blokiem. Z jednej strony powinienem się cieszyć, że mam takie zacytowanie, ale żaden wskaźnik Hirscha czy Web of Science i tak tego nie wychwyci. A co zrobić z cytatami w cyrylicy? Google.scholar tego nie wychwytuje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze;
    Pragnę jeszcze raz zwrócić uwagę na pewne kwestie. Załóżmy, że pisze prace o subkulturach i mam rozdział dotyczący sposobu ukazywania rzeczywistości przez artystów na podstawie tekstów ich autorskich utworów muzycznych. Chcąc pokazać istotę ich myślenia i postrzegania świata staram się przytaczać duże części tych tekstów, które mają spory zasób słów, bo wynikają ze słowotoku i rymowania autorów (wycinek tekstu zawierającego 20 słów nie ukaże istotnych cech). Po przywołaniu kilkunastu takich utworów moja praca staje się plagiatem. System antyplagiatowy treści, które staram się analizować ujednolica sugerując, że praca jest napisana przy użyciu internetu. Dylemat swój rozumiem jako rozgraniczenie pomiędzy aktywnymi treściami zamieszczanymi w pracy czyli takimi, które pisze osobiście plus ewentualnie rozważania teoretyczne i treściami biernymi czyli materiałem, który jest mi potrzebny by móc zainicjować tworzenie treści aktywnych. Nie mogę analizować czegoś czego nie mogę przywołać. Nie mogę się zgodzić na to by antyplagiat homogenizował wszystkie treści.
    Pytanie więc czy da się z tym fantem coś uczynić?

    Pozdrawiam - Andrzej

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo słuszna uwaga. Istotnie, jeśli punktem wyjścia są dla nas inne teksty, które poddajemy krytycznej analizie współczynnik podobieństwa może być mylący a jego bezkrytyczna interpretacja krzywdząca. W dobie gdzie panuje istne szaleństwo związane z oskarżaniem wszystkich o wszystko warto o tym pamiętać. Choć jakiś czas temu autor bloga sam zwracał uwagę aby nie kierować się bezkrytycznie samym współczynnikiem podobieństwa bo jaki taki sam niczego nie rozstrzyga.

    OdpowiedzUsuń
  4. Poruszyłem tą kwestie tutaj, bowiem na mojej "uczelni" jak próbuje wytłumaczyć o co idzie to patrzą na mnie jak na "wariata" (fakt wyglądam tak, ale tylko ignorant sprowadza tożsamość człowieka jedynie do jego image), po za tym jak słyszę "w kwestii systemu antyplagiatowego nie ma dyskusji" to tym bardziej nie pojmuje w czym rzecz. Mogę się zgodzić, iż system ten jest niedoskonały, bo jest tworem niedoskonałego człeka i rozumiem tym samym, że są trudności z wprowadzeniem zmian czy innowacji. Jednakże wydaje mi się, że sprawę mogłyby załatwić pewne regulacje prawne, które pozwalałyby np. na dołączenie do pracy odpowiedniego zaświadczenia mówiącego, iż współczynnik jest wysoki, bowiem specyfika tematu wymagała posłużenia się treściami zawartymi w sieci. Oczywiście jest to tylko taki uproszczony i ogólnikowy pomysł. Myślę, że potrzeba dyskutować, bowiem poruszony problem może się z czasem komplikować, choćby nawet przez fakt, iż jest coraz więcej publikacji dostępnych w sieci, a co za tym idzie cytując książkę pożyczoną w bibliotece może się okazać, że cytujemy coś co jest w internecie. Być może nie rozumiem tych kwestii tak jak należy. Pisząc o tym mam nadzieje, że może dowiem się czegoś co umykało dotychczas mej uwadze.
    Pozdrawiam - Andrzej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z p. Andrzejem. Program antyplagiatowy ustala wskaźnik zapożyczeń wg norm określonych przez użytkownika. Tu konieczna jest analiza jakościowa i interpretacja wyniku. Natomiast inną kwestią jest przepusanie kilkudziesięciu stron z czyjegoś teksu jako własnych. Do stwierdzenia tego nie jest nam nawet potrzebny program antyplagiatowy.

      Usuń
  5. Szanowni Państwo:
    Mam pytanie, być może dla kogoś okazać się dziwne, czy powiedzmy trywialne, otóż czy można dokonać plagiatu aneksu (załącznika) dołączanego do pracy z którego się w niej korzysta? Czy jeśli uzyskałem dokument z np. jakiegoś Urzędu muszę wówczas znać niewyobrażalnie duże części zasobów internetowych, by przypadkiem nie przekroczyć współczynnika, bowiem nagle może się okazać, że tożsamy bądź wyjątkowo zbieżny dokument jest "gdzieś" w sieci?
    Pytam bowiem jakoś mój umysł nie potrafi znaleźć racjonalnych argumentów, które tłumaczyłby weryfikowanie aneksów za pomocą systemu antyplagiatowego, co obecnie jest praktykowane tylko nie bardzo rozumiem w jakim celu? Nie idzie mnie o "czepianie"
    się i szukanie na siłę problemów, jednakże jeśli coś obniża, bądź może obniżyć wartość mojej pracy to chce wiedzieć na jakiej podstawie i dlaczego.
    Pozdrawiam z poważaniem - Andrzej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedź na wszystkie problemy wynikające z użytkowaniem systemu antyplagiatowego jest prosta. Przekroczenie dozwolonych współczynników użycia zapożyczonej z internetu treści nie jest jeszcze plagiatem, staje się nim, gdy autor przedruku treść tę przypisuje sobie lub przez zwykłe roztargnienie nie podaje źródła. Naturalnie jeśli praca składa się w większości z cytatów i załączników (nawet opatrzonymi przypisami) rodzi się wątpliwość, na ile jest ona samodzielna. Zresztą jako promotorowi rożnych prac licencjackich i magisterskich zdarzają się sytuację, że piszący "rozprawę" abiturient przekracza dozwolone wskaźniki. Piszę wówczas oświadczenie, jeśli wynika to z konieczności przytoczenia pewnych dokumentów (usprawiedliwiam to nijako). Sam system "plagiat" jest narzędziem, które zresztą łatwo oszukać, wystarczą pewne zmiany słowne w zdaniach (przerywanie sekwencji słów) i współczynnik spada znacząco. Sparafrazowany plagiat jest dalej plagiatem, a współczynnik może wynosić nawet zero. Natomiast ostatecznie odpowiadając na pytanie, program liczy jak głupia maszyna wszystko. Promotor czy recenzent oddzielą jednak z łatwością to, co jest uczciwym tworzeniem, wkładem w naukę, a co niedbalstwem lub przechytrzeniem, oszukaniem. Sam program niczego jeszcze nie rozwiązuje, ale pomaga niekiedy wykryć idącego na skróty nieuczciwego autora.

      Usuń