piątek, 12 kwietnia 2013

Doktoranci pedagogiki w kończącej się dobie vacatio legis


Nie zazdroszczę sytuacji, w jakiej znaleźli się dzisiejsi doktoranci, którymi są - w jednostkach akademickich o pełnych prawach akademickich - najczęściej młodzi ludzie, absolwenci studiów II stopnia. Jedni trafiają do uczelni publicznych z takimi uprawnieniami w sposób naturalny. Najczęściej kończyli na tym samym wydziale studia magisterskie z pedagogiki a promotor ich pracy dyplomowej zachęcił ich do kontynuowania na studiach III stopnia własnego rozwoju zorientowanego na naukową karierę.

Inni, a jest ich znacznie mniej, trafili na studia doktoranckie w wyniku znalezienia oferty konkursowej o rekrutacji postanowili sprawdzić, czy mają jakieś szanse na włączenie się do życia akademickiego w sposób już profesjonalny. Te dwie grupy studentów mają najczęściej bardzo wysoką motywację do pracy nad sobą, do samokształcenia i sprawdzenia własnych możliwości i kompetencji dydaktycznych, pisarskich oraz badawczych.

Są też tacy, którzy traktują studia doktoranckie jak przedłużenie "dorosłego dzieciństwa" (juwenalizację), bycia jeszcze przy rodzicach, ale bez zatrudniania się w wyuczonym zawodzie. Odroczenie tej decyzji czyni udział w studiach III stopnia środkiem do zupełnie innych celów niż te, którym powinny one służyć.

Dla dwóch pierwszych kategorii studiujących i pracujących w roli doktoranta nie ma znaczenia to, jakie jest prawo o szkolnictwie wyższym i co reguluje ustawa o stopniach i tytułach naukowych, gdyż oni i tak o niczym innym nie marzą, jak tylko o własnej pasji. W dużej mierze właśnie tacy doktoranci realizują się w pracy naukowo-badawczej, organizacyjno-dydaktycznej w środowisku akademickim, nie dostrzegając w tym przeciążeń. Są w uczelni, która szczyci się nie tylko mistrzami akademickiej pedagogiki, ale stawia sobie oraz im nieustannie nowe zadania, podnosi progi wymagań i otwiera drzwi do świata NAUKI.

Ci ostatni zaś interesują się przede wszystkim prawem, regulacjami, formalnymi normami, gdyż chcą wiedzieć, jak przetrwać w tym środowisku pozorując pracę naukowo-badawczą, ale zarazem trochę się przy tej okazji wzmocnić osobowościowo (poczucie wyższości w stosunku do innych, rozpierająca duma, próżność) czy społecznie (wejście do nieznanej sobie dotychczas nowej sieci kontaktów, konsumpcja krajoznawczo-turystyczna (wyjazdy na krajowe lub zagraniczne konferencje, by uczestniczyć w nich biernie w czasie obrad, a czynnie po obradach).

Jak w jednostce jest klimat, atmosfera wzajemnego inspirowania się do pracy naukowo-badawczej, jak ma miejsce - ze strony kierownictwa studiów doktoranckich i władz jednostki - wspieranie pasji poznawczych (finansowanie czy dofinansowywanie udziału w konferencjach, wydanie publikacji naukowej doktoranta, podwyższenie stypendium doktoranckiego, premiowanie grantami uczelnianymi czy wydziałowymi itp.), to nawet ci najsłabsi, najmniej umotywowani zaczynają zmieniać się i mobilizować do pracy naukowo-badawczej albo wycofują się z tych studiów, rezygnują z dotychczasowych a nieadekwatnych aspiracji do własnego i uczelnianego potencjału rozwojowego.

Są osoby, które - jak im ich bezpośredni przełożony powie, że nie dostaną dofinansowania do udziału w konferencji czy na delegację celem przeprowadzenia badań terenowych, gdyż nie ma na to pieniędzy - obrażą sie, poczują dotknięte i ... albo pogodzą się ze strukturalną przemocą, a mimo to będą łożyć środki na rozwój naukowy z "własnej kieszeni", byle tylko przeżyć, przetrwać, dotrwać do finału, albo zniechęcą się, uciekną w emigrację wewnętrzną lub odejdą z uczelni. Nie będą czekać na łaskę swoich bezpośrednich przełożonych i zaczną się rozglądać za inną pracą.

Nie zazdroszczę dzisiejszym doktorantom, gdyż na spełnienie wszystkich wymogów mają zaledwie 4 lata. Już wybierając studia III stopnia powinni mieć swojego przyszłego opiekuna naukowego, formułując uzgodniony z nim temat pracy doktorskiej oraz przyjęty paradygmat badawczy. Mężczyźni-doktoranci jakoś sobie z tym radzą. Czytają, prowadzą badania, piszą i publikują.

Kobiety - doktorantki mają dużo trudniejszą sytuację, kiedy są już mężatkami i/czy matkami z dziećmi. Okazuje się bowiem, że doktorantka-karmiąca matka nie ma na nic zniżek, ulg, nie ma z tego tytułu jakichkolwiek ułatwień. Nie przysługuje takiej doktorantce-matce prawo do urlopu macierzyńskiego, a kiedy w jej związku małżeńskim/partnerskim ona jest studentką a on jest bezrobotny, to partnerowi nie przysługuje prawo np. do tacierzyńskiego urlopu. Jeśli władze wydziału mają na tyle wypracowane własne środki finansowe, że mogą ułatwić doktorantce-matce realizowanie obciążeń dydaktycznych w następnym semestrze, to jest to godne pochwały.

Są też takie jednostki, ktorych władze zachęcają doktorantów do aplikowania o środki wydziałowe na badania naukowe. Dzięki temu mają oni szansę na to, że nie tylko sami będą musieli finansować swój wyjazd do innej uczelni, poza granice kraju itp.

Ja miałem na przygotowanie i obronienie dysertacji doktorskiej 8 lat, chociaż nastąpiło to wcześniej, niż wskazana przez władze uczelni granica. W humanistyce i w naukach społecznych skrócenie cyklu akademickiego terminowania z 8 do 4 lat sprawia, że albo doktoranci przeżyją na głębokiej wodzie, albo poszukają sobie innego akwenu.

Od października 2011 r. można przeprowadzać przewody doktorskie także w nowym trybie. W większości uczelni postępowania awansowe biegną w starym trybie. Tymczasem nie zwraca się uwagi na to, że istniejący okres vacatio legis skończy się z dniem 30 września br. i trzeba będzie dokończyć własną dysertację zgodnie z nowymi regulacjami. Pojawia się pytanie: Czy doktoranci wiedzą, co im grozi lub co ich czeka? Czy będą w stanie przedłożyć swoją dysertację do recenzji? Czy zdążą opublikować do tego czasu odpowiednią liczbę artykułów naukowych? Czy zdążą opublikować co najmniej dwa artykuły w czasopiśmie z listy B, czy może - jak określa to Z. Melosik - przerzucą się na fast naukę, czyli naukę typu instant?

3 komentarze:

  1. Panie Profesorze, dlaczego tak wielu wykształconych ludzi używa uparcie tego dziwacznego, ośmieszającego mężczyzn, absolutnie niepoprawnego słowa "tacierzyński"? "Macierzyński" pochodzi od słowa "macierz", a cóż to jest, przepraszam, "tacierz"? Jeśli ma to być jakieś nawiązanie do "taty", to mówmy konsekwentnie urlop "mamiński" - od "mamy". Dlaczego nie możemy, najzwyczajniej w świecie, mówić o urlopie "ojcowskim"? Jest to poprawne językowo i umożliwia poważną dyskusję o poważnym problemie. Jestem oburzona taką bylejakością i kompletnie niezrozumiałą nowomową, której używa nie tylko młodzież, ale i poważni politycy w mediach oraz wykształceni ludzie. Proszę nie myśleć, że jestem zgorzkniałą staruszką, mam dwadzieścia sześć lat, jestem doktorantką pedagogiki, po prostu nie umiem zgodzić się na bylejakość języka i obyczajów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Posłużyłem się określeniem polityków i prawników. Nazwa "macierzyński urlop" pochodzi od macierzyństwa. Mnie podoba się sugestia nazwy "urlop ojcowski".

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowa Koleżanko! Niestety, nie jest to takie proste, jakby się Pani wydawało. Mnie też irytowała nazwa "urlop tacierzyński", ale sprawdzałem źródło takiego nowotworu. Urlop ojcowski to coś zupełnie innego, niż to, co popularnie określane jest odrzeczownikowym przymiotnikiem "tacierzyński". "Urlop ojcowski" to przysługujące ojcu 2 tygodnie (wcześniej i już daaawno, zanim wymyślono tacierzyństwo - był to 1 tydzień). Urlop zwany "tacierzyńskim" to nowość, związana z możliwością "zastąpienia" matki w przysługującym jej urlopie (bo np. jest chora albo rezygnuje formalnie z przysługującego jej urlopu). Kodeks pracy nazywa to pozostałością urlopu macierzyńskiego do wykorzystania przez ojca (zatem nie sądzę, że prawnicy tak mówią, tak się chyba wydaje "w tłumie" wypowiadających się). Nie chciałbym zatem pouczać Pani Doktorantki, że jeśli cyt. "chcemy rozpocząć poważną dyskusję", to jak na adepta nauki przystało trzeba najpierw sprawdzić źródła. Język jest tworem żywym, niestety nie na wszystko znajdzie się określenie (przykładem równie nieszczęsna "sobota pracująca"), zatem nie jest to kwestia podobania się się jakiejś nazwy, tylko tymczasowości pewnych określeń (albo i nie). Zgodnie z obecnym stanem prawnym może Pani mówić, że "ojciec jest na urlopie macierzyńskim", tylko wzbudzi Pani uśmieszek i nikt nie będzie wiedział o co chodzi. Może za jakiś czas znajdzie się lepsze określenie - nie wiem, np. urlop niemowlęcy albo dla opieki nad niemowlęciem. To pierwsze co mi przychodzi do głowy. Skoro jest urlop wychowawczy, albo dla poratowania zdrowia, albo naukowy - to mniej lub bardziej udolnie i zręcznie nazwy te wskazują na cel, a nie na osobę, której ten urlop jest udzielany. Proszę zwrócić uwagę, że w tym kontekście to określenie "urlop macierzyński", choć ładne, było odstępstwem od reguły. Informacji o urlopach jestem pewien (jak to kandydat na tatusia, nota bene wcale nie czuję się ośmieszany przez tę nazwę!), reszta wypowiedzi dotyczących nazewnictwa jest tylko moją prywatną dywagacją. Lubię język jako żywy twór, nawet z jego i naszymi ludzkimi ułomnościami! Można podyskutować, nawet pobawić się słowami, ale nie oburzajmy się na język :))
    Pozdrawiam i mam madzieję, że nie moje słowa nie zabrzmiały jak słowa zgorzkniałego staruszka :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.