czwartek, 5 stycznia 2012

O potrzebie zmiany myślenia w projektowaniu i finansowaniu badań pedagogicznych

Dotychczasowy model szkoły wyższej, oparty na edukacji i badaniach naukowych (tzw. uniwersytet Humboldtowski) zdaniem władz nie został zastąpiony, ale poszerzony o przygotowanie do przedsiębiorczości, rozumianej jako kształtowanie aktywnych zachowań naukowców umożliwiających im samodzielne działanie na rynku (tzw. uniwersytet trzeciej generacji, przedsiębiorcza akademia). Pomoc państwa w finansowaniu nauki została zatem przesunięta z jego podziału wewnątrz każdego uniwersytetu czy akademii na rynkową walkę o pozyskanie środków w ramach kolejno i systematycznie ogłaszanych konkursów przez Narodowe Centrum Nauki. Młodzi naukowcy jeszcze nie zorientowali się, gdzie i w jaki sposób zabiegać o finanse na badania własne, dzięki którym będą mogli chociaż częściowo pokryć koszty ich przeprowadzenia, a w ich następstwie zacząć publikować osiągnięcia w najwyżej ocenianych na świecie czasopismach naukowych.

Przeprowadzając tak radykalne zmiany w podziale budżetu resortu nauki i szkolnictwa wyższego chciano zapewne „zmusić” najbardziej kreatywne kadry akademickie do większej mobilizacji własnych sił, jeszcze lepszej konceptualizacji własnych projektów badawczych, by proponowane na giełdzie problemy badawcze, jak i projektowany sposób ich rozwiązywania, mogły zagwarantować optymalny, a liczący się w świecie wynik, którego ogłoszenie w renomowanych źródłach wzmocniłoby prestiż polskiej nauki i wyniosło na szczyty różnych rankingów także polskie uniwersytety, politechniki czy akademie. Trudno jest w tej sytuacji przestawić się z myślenia o realizacji jakiegoś własnego, wąskiego problemu badawczego na wpisujący się w proces możliwego uznania go w skali międzynarodowej za wyjątkowo ważny, uniwersalny (globalny), ponadczasowy, a przy tym rozwiązany w sposób dotychczas niepraktykowany, nieznany, oryginalnymi metodami czy także technikami badań.

Zapewne nadchodzą czasy koniecznej zmiany myślenia o własnej pracy naukowo-badawczej, w jakiejś mierze adaptacyjnej, przystosowawczej, nastawionej na „zrobienie” doktoratu czy habilitacji, gdyż tego typu zamysły nie znajdą uznania w oczach recenzentów zgłaszanych do NCN wniosków. Nie oznacza to, że wynikiem projektu badawczego nie może być rozprawa doktorska czy habilitacyjna. Jak najbardziej, tyle tylko, że jeśli ma ona powielać stare schematy, odwieczne koncentrowanie się na problemach, które mają już swoje teoretyczne i empiryczne wyjaśnienie, to trzeba będzie to czynić zapewne z własnych środków lub wysupłanych z budżetów własnego wydziału czy katedry. Nadchodzi czas konfrontacji po ponad dwudziestu latach transformacji i przyzwyczajeń do konsumowania uniwersyteckiego prestiżu, by zacząć zarabiać w nauce i dzięki nauce bez jej pozorowania.

Jeszcze nasze środowisko korzysta z funduszy unijnych z tzw. programów operacyjnych, ale głównie do realizacji projektów o charakterze aplikacyjnym, nastawionych na doskonalenie czy zmianę praktyki odziaływań społecznych (edukacyjnych, opiekuńczych, wychowawczych itp.). Wielu naukowcom wydaje się, że jak zorganizują w ramach tych środków konferencję naukową w pięciogwiazdkowym hotelu i wydadzą publikację zbiorową z rozproszonymi tematycznie artykułami, których wartość poznawcza może być wysoka, ale nie wpisuje się wysoko w ocenie parametrycznej ich dokonań, to wkrótce przekonają się, że w ten sposób sami wykluczają się z możliwości aplikowania o środki w NCN. Ich nawet najlepsze wnioski, będą bowiem już na starcie ocenione jako niekonkurencyjne, skoro ich autor nie ma dorobku liczącego się w skali międzynarodowej. Nie ma za tego typu publikacje wymiernych korzyści, poza może osobistą satysfakcją, że się przedyskutowało ważny nawet społecznie problem, spotkało z koleżankami i kolegami w pięknym kurorcie i wyspało w apartamentach. Być może nawet dzięki temu jakoś zmieniła się praktyka, chociaż jak obserwuję efekty realizowanych od kilku lat pewnych projektów tego typu (terytorialnych), to można powiedzieć o nich, że ktoś dzięki nim zmienił sobie samochód na lepszą markę czy nowszy model, wybudował dom, spędzał wakacje w Egipcie lub na Majorce, a może nawet cieszy się, że będzie miał wyższą emeryturę.

Jak pogodzić to, by badania naukowe służyły nie tylko nam, osobiście, ale także państwu czy szeroko rozumianemu społeczeństwu? Co uczynić, by nie wylać przysłowiowego dziecka z kąpielą i mieć środki na realizację tematów badawczych, którymi nie zainteresuje się redakcja ani europejskiego, ani amerykańskiego czasopisma, a tym samym nie zarobimy odpowiedniej liczby punktów do ubiegania się we własnym kraju, służących czemuś więcej, niż tylko powdwyższeniu naszego, a tym samym i uniwersyteckiego wskaźnika konkurencyjności?

Toruńscy naukowcy proponują, by został utworzony Narodowy Program Rozwoju Nauk Społecznych. W roku ubiegłym rozpisany i rozstrzygnięty został konkurs Ministra Nauki - Narodowy Program Rozwoju Humanistyki (NPRH). Składa się on z trzech kluczowych modułów: badawczy; wspierający młodych humanistów; upowszechniający wyniki polskich badań w świecie. Humanistyka rozumiana jest dość wąsko, jako historia, filozofia, literaturoznawstwo i językoznawstwo… Ogółem sfinansowano aż 249 projektów na kwotę ponad 113,5 mln zł.

Może warto/należy upomnieć się o podobne potraktowanie nauk społecznych, a wśród nich jest pedagogika?
Stąd inicjatywa prof. Ryszarda Borowicza z UMK w Toruniu zmierzająca do ogłoszenia także konkursu dla nauk społecznych. Byłby to istotny bodziec dla ich rozwoju. Polityka finansowa dla naszych dyscyplin jest - jego zdaniem - niekorzystna, co znajduje swoje odzwierciedlenie w różnych konkursach otwartych.

4 komentarze:

  1. Rzeczywiście, ma profesor rację. Na uniwerku cały czas słyszę o tym, że na nic nie ma pieniędzy. Mój przełożony jest prorektorem w prywatnej uczelni, w związku z czym ma gdzieś rozwój naukowy zakładu. Jemu nic nie zrobią, bo jest samodzielnym pracownikiem naukowym. Trzymają go, mimo że nic nie robi, nie tworzy, ani nie stara się o grant badawczy, ani nie włącza nas w prace badawcze. Takiego obiboka tolerują władze dziekańskie i rektorskie, a o nasz rozwój naukowy nikt się nie troszczy. Co mam zatem sama robić, sokor jak pytają mnie, kto jest moim przełożony, to z politowaniem kiwają głową i mi współczują? Zasuwam w jakimś projekcie wydziałowym, który z nauką tyle ma wspólnego, co zeszłoroczny śnieg.

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja szefowa urządziła w prywatnej szkole przystań dla żagłowek, gabinety kosmetyczne, masażu itd. A studenci płacą i wydaje im się, że za jakość kształcenia....

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze,
    startowałam w ostatniej edycji konkursu NCN (ogłoszenie konkursu 06-2011, rozstrzygnięcie 11-2011). Nie przeszłam 2. etapu. Zdarza się.
    Najgorsze jest to, że tak żenującej i wykluczającej się recenzji nie widziałam. Osoby recenzujące mój wniosek nie przeczytały go chyba. Zarzuciły w recenzji, że nie ma kilku rzeczy, a one bły opisane.
    Złożyłam odwołanie. Nie liczę na pozytywny efekt, ale jestem ciekawa odpowiedzi NCN.
    Moim problemem jest to, że na swojej uczelni nie mogę liczyć na żadne merytoryczne/naukowe wsparcie. Najbliższe sensowne środowisko naukowe to odległość 300km. Pozostaje uciekać :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Trudno jest się wypowiadać o sprawie, której się nie zna. Ja bym się tym przejął pozytywnie, to znaczy, zastanowił się nad tym, dlaczego recenzent czy recenzenci mogli czegoś w moim wniosku nie dostrzec, mimo, że to było. Może nie były tam właściwe argumenty, uzasadnienia, może jedno nie korelowało z drugim? Po to są recenzje, żeby potraktować je, nawet jak sa negatywne, jako pomoc do poprawienia czegoś. Nie rezygnowałbym, jeśli uważam, że projekt jest warto realizacji. Nadal pracowałbym nad jego ulepszeniem i ponownie zgłosił. W mojej "karierze" dwukrotnie odpadły moje wnioski. Jeden, bo recenzent uznał, że nie mogę być promotorem grantu z pedagogiki wczesnoszkolnej (mimo, że jestem po pedagogice nauczania początkowego i prowadziłem w tym zakresie eksperyment pedagogiczny). Nie wiedział, bo i ja nie wiedziałem, że powinienem o tym napisać, że jestem promotorem zastępczym, gdyż zmarł profesor tej doktorantki a ja byłem jedyną osobą na wydziale, która opiniowała ten wniosek dla rady wydziału. Różne zatem są koleje losów naszych wniosków. Ja czegoś nie dopisałem, a recenzent miał prawo tego nie wiedzieć.
    Inny mój wniosek miał dwie opinie wyróżniające, a trzecią słabą, bo recenzent uznał, że powinienem był badać kogoś innego, niż tych, którzy byli moim zdaniem słusznie wskazani. ot...

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.