13 lipca 2026

Standardy i dylematy przedłożenia i recenzji hybrydowych doktoratów z psychologii

 



 

 

Forma hybrydowa pracy doktorskiej może być bardzo wartościowa. Pozwala połączyć zalety publikacji naukowych, ich wcześniejszą recenzję przez wydawcę periodyku, obecność w obiegu międzynarodowym, dyscyplinę objętości i kontakt ze środowiskiem badawczym, z zaletami maszynopisu, który daje przestrzeń do przedstawienia pełnej architektury projektu, jego metodologii, syntezy wyników i oryginalnego wkładu autora.

Może jednak łatwo przekształcić się w konstrukcję pozorną: kilka artykułów zostaje opatrzonych obszernym komentarzem, a dopiero po ich opublikowaniu autor próbuje nadać im wspólny problem, model i znaczenie. Wtedy nie otrzymujemy rozprawy doktorskiej w nowej formie, lecz teczkę publikacji uzupełnioną autoreferatem. 

Nie wystarczy wykazać, że kilka artykułów dotyczy rozwiązania określonego problemu. Trzeba pokazać, że wyniki badań można metodologicznie i teoretycznie połączyć bez przekraczania granic danych. Recenzent hybrydowej pracy ocenia zatem także logikę całego programu badawczego, w którym uczestniczył doktorant.

Na pierwszy plan wysuwa się formalna dopuszczalność przedłożonej konstrukcji. Recenzent musi ustalić, czy hybrydowa forma doktoratu rzeczywiście może być uznana za rozprawę doktorską. Sprawdza zatem liczbę i status publikacji; ich tematyczne powiązanie; pozycję doktorantki w autorstwie; istnienie autoreferatu integrującego cykl oraz zgodność z ustawą i regulacjami uczelni. 

Zapewne z tego też powodu Komitet Psychologii PAN już w 2019 roku przyjął uchwałę rekomendującą doktorantom i ich promotorom "podwyższenie kryteriów uznawania jakiegoś zbioru artykułów naukowych za wypełniającego znamiona rozprawy doktorskiej", by było to zgodne z zapisami ustawowymi z 2018 roku. 

Otwarcie psychologów na wypieranie maszynopisów prac doktorskich przez cykl artykułów ma na celu spowodowanie, by "przewody doktorskie zaowocowały naukowo wartościowymi publikacjami", a tymi będą tylko takie, które zostały opublikowane w czasopismach dostępnych w światowych bazach: JCR i Scopus. 

Jak zapisano w uchwale: "Rozprawa doktorska powinna być wbudowana w plan badawczy jednostki naukowej, powinna stanowić element większego przedsięwzięcia badawczego i dlatego powinniśmy dopuszczać współautorstwo prac wchodzących do ustawowo rozumianego zbioru opublikowanych artykułów naukowych. Uważamy też, że i promotor powinien być współautorem przynajmniej jednego artykułu wchodzącego do rozprawy doktorskiej. W owym zbiorze prac powinna znaleźć się praca (prace), w której autor przedstawi podstawy teoretyczne przeprowadzonych badań. Jednakże nie przesądzamy tego, czy powinny być one wyłożone w jednym, osobnym artykule czy też rozłożone w dwóch-trzech artykułach.

A. Minimum dwa opublikowane artykuły w czasopismach z bazy JCR. Jeżeli są to prace współautorskie, to doktorant powinien być wiodącym autorem przynajmniej jednego artykułu, a jego wkład (potwierdzony przez współautorów) powinien być na poziomie co najmniej 50%. 

Albo: 

 B. Minimum trzy opublikowane artykuły: jeden w czasopiśmie z bazy JCR, a dwa w czasopismach z bazy Scopus. Doktorant powinien być wiodącym autorem artykułu zamieszczonego w czasopiśmie z bazy JCR, a jego wkład (potwierdzony przez współautorów) powinien być na poziomie co najmniej 50%. Artykuł dostępny w tzw. wersji online first z nadanym numerem DOI – traktujemy jako opublikowany." 

Jest to klarowne, jednoznaczne, co nie znaczy, że w praktyce traktowane jest jako zobowiązujące. Uchwała KP PAN nie ma charakteru prawnego, toteż pozostawia promotorom, doktorantom i recenzentom swobodę w konstruowaniu projektu badawczego i jego realizacji. Uznaję takie rozwiązanie za zasadne, ukierunkowujące czy orientujące osoby na zapewnienie swoim badaniom i ich wynikom względnej gwarancji sukcesu. 

Dotarłem do dwóch dysertacji doktorskich z psychologii, których (współ-)twórcy  skorzystali z możliwości przedłożenia do obrony rozprawy hybrydowej, a więc w części opublikowanej na łamach postulowanych w uchwale KP PAN czasopism i w części empirycznej przedłożonej w formie maszynopisu.  Obie rozprawy spełniają podstawowe wymagania publikacyjne, ale żadna nie realizuje w pełni całego standardu Komitetu Psychologii PAN.

Największa rozbieżność dotyczy nie liczby artykułów ani jakości czasopism, lecz dokumentowania indywidualnego wkładu doktoranta, potwierdzenia go przez współautorów, przejrzystości otwartej nauki oraz zdolności wykazania w autoreferacie, że przedłożony cykl artykułów rzeczywiście stanowi jedno oryginalne rozwiązanie problemu naukowego.

Wątpliwości budził b rak wskazania procentowego udziału doktoranta w autorstwie artykułu nawet wówczas, gdy jej/jego nazwisko jest na pierwszej pozycji wśród  członków zespołu współautorskiego. W odniesieniu do każdego artykułu wieloautorskiego powinien zostać podany procentowy i opisowy udział doktoranta, potwierdzony przez wszystkich współautorów. W przypadku jednej rozprawy nie podano procentowego udziału doktoranta w żadnej z pięciu publikacji, a recenzenci wskazali również na brak oświadczeń współautorów. 

Jak oceniać artykuły doktoranta, których współautorem (wszystkich tekstów) jest promotor rozprawy doktorskiej, zaś doktorant jest wymieniony jako pierwszy autor? Inna kwestia, to czy recenzenci zwrócili na to uwagę? 

Kolejnym problemem jest niepełna integracja omawianych w artykułach teorii psychologicznych z własnymi badaniami. Teorie są obecne zarówno w maszynopisie, jak i w artykułach, ale nie stanowią uzasadnienia dla modelu badań empirycznych. 

Według KP PAN autoreferat doktoranta powinien zawierać założenia teoretyczne; podsumowanie najważniejszych osiągnięć i dyskusję wyników w kontekście przyjętych założeń. Komitet bardzo wyraźnie zaznacza, że sama liczba publikacji nie wystarcza. Artykuły muszą przedstawiać oryginalne rozwiązanie problemu, a ich novum podlega niezależnej ocenie recenzentów.

 W jednej z rozpraw nie ma widocznych informacji o prerejestracji; repozytorium danych; kodach analiz; materiałach badawczych; protokole badań i trwałych linkach do zbiorów. Możliwe, że część danych nie mogła zostać udostępniona z przyczyn klinicznych i etycznych, ale standard Komitetu wymaga wówczas uzasadnienia. Takiego wyjaśnienia nie ma w autoreferacie czy maszynopisie dysertacji.

Najbardziej znamienne jest jednak to, że recenzenci deklarowali zgodność rozpraw ze standardami Komitetu, choć nie przeprowadzili systematycznej weryfikacji wszystkich jego kryteriów. W praktyce skupili się na liczbie artykułów, pierwszym autorstwie, randze czasopism i wartości metod, pozostawiając słabiej rozpoznane dokładnie te elementy, które Komitet uznał za zabezpieczenia przed zastąpieniem rozprawy doktorskiej zwykłym dorobkiem publikacyjnym.

 Recenzenci niekiedy stosują odmienne standardy wobec tej samej rozprawy, uznają bibliometrię za substytut jakości, domniemują samodzielność zamiast ją wykazać, dostrzegają braki, lecz nie wyciągają z nich konsekwencji, oceniają artykuły, ale nie zawsze rozprawę jako całość. W takiej sytuacji całkowite pozostawienie oceny „naturalnemu poczuciu niezależności” prowadzi do pluralizmu, który bywa twórczy, ale może też prowadzić do arbitralności.

W tego typu pracach doktorskich recenzent powinien móc ocenić rozprawę pozytywnie mimo pewnych odstępstw od rekomendacji KP PAN, ale powinien wyjaśnić:dlaczego dane odstępstwo nie obniża wartości pracy; jakie kryterium zostało spełnione w inny sposób; na czym dokładnie polega samodzielność oraz co świadfczy o tym, że obie części stanowią o rozwiązaniu problemu naukowego.

Zaproponowane przez Komitet standardy nie powinny być traktowane jako zamach na wolność akademicką profesor ow. Mogą pełnić funkcję podobną do metodologii badań: nie mówią, jaki ma być wynik, lecz określają, jak należy uzasadnić, że wynik jest wiarygodny.

 Nie wystarcza spójność tematyczna artykułów, gdyż potrzebna jest spójność z celem naukowym i programem badań. Każdy artykuł ma wprawdzie własny cel, ale wszystkie publikacje muszą być podporządkowane jednemu problemowi głównemu, którego nie rozwiązuje osobno żadna publikacja.

Szczególną rolę przypisuje się pierwszemu artykułowi, który nie ma być traktowany jako publikacyjny dodatek do maszynopisu dysertacji, ale jako uporządkowanie stanu wiedzy; krytyczna ocena wcześniejszych badań; identyfikacja luki; uzasadnienie dalszych badań i źródło własnych decyzji metodologicznych. Artykuł przeglądowy w doktoracie hybrydowym powinien nie tylko poprzedzać empirię chronologicznie, lecz także dostarczać jej podstaw metodologicznych.

Jeśli wszystkie artykuły są współautorskie, a promotor jest współautorem każdego lub kilku z nich, to rolą recenzentów jest sprawdzenie pozycji pierwszego autora; autorstwo korespondencyjne; udział w konceptualizacji; gromadzenie danych; analizę; przygotowanie pierwszych wersji tekstów czy/i prowadzenie projektu badawczego. Pierwsze autorstwo jest ważną przesłanką, lecz nie powinno automatycznie zastępować dokładnej oceny indywidualnego wkładu intelektualnego doktoranta Należy odróżniać wykonanie analiz; przygotowanie tekstu; autorstwo centralnej idei; zaprojektowanie sekwencji badań i  samodzielną interpretację rezultatów.

Opublikowanie przez doktoranta artykułów w prestiżowych czasopismach nie powinno być wyłącznym  świadectwem wysokiej jakości badań. Publikacja nie dowodzi przecież spójności całego doktoratu; samodzielności doktoranta; adekwatności kolejności badań; wartości syntezy czy  rozwiązania problemu głównego. 

W doktoracie hybrydowym warto ocenić nie tylko jakość każdego artykułu, lecz przede wszystkim jakość przejść między artykułami. To właśnie w tych przejściach ujawnia się, czy mamy do czynienia z jednym projektem naukowym, czy z trzema wartościowymi, lecz częściowo niezależnymi publikacjami.

Mam nadzieję, że zaprezentowane tu analizy hybrydowych doktoratów z socjologii i psychologii pozwolą także pedagogom podjąć debatę na ten temat, by zmierzyć się z własną kulturą badań naukowych w ramach postępowań o nadanie stopnia naukowego doktora. 

 

 

 

12 lipca 2026

Doktorat z uwzględnieniem cyklu publikacji to nie suma tekstów, lecz integralme rozwiązanie problemu naukowego

 



      W dniu 23 czerwca 2026 roku podjąłem w blogu problem kryteriów pisania/rcenzowania rozprawy doktorskiej, którą  może stanowić praca pisemna, w tym monografia naukowa, zbiór opublikowanych i powiązanych tematycznie artykułów naukowych, (...) a także samodzielna i wyodrębniona część pracy zbiorowej. 

Nie spotkałem się jeszcze z takim podejściem w pedagogice, ale być może powstała już w tej dyscyplinie hybrydowa dysertacja doktorska. Natomiast wiem, że są już obronione tego typu prace doktorskie z socjologii i psychologii

Postanowiłem przyjrzeć się tym rozprawom z perspektywy naukoznawczej, a nie merytorycznej, gdyż ta ostatnia jest w gestii profesorów powyższych dyscyplin naukowych. Zacznę od dysertacji doktorskiej z socjologii, która składa się z cyklu pięciu artykułów opublikowanych w czasopismach naukowych oraz maszynopisu pracy prezentującego założenia metodologiczne badań w paradygmacie jakościowym wraz z analizą uzyskanych danych.

Z dostępnych w sieci trzech recenzji dysertacji z nauk socjologicznych wynika, że profesorowie ostatecznie nie poddali dostatecznie rygorystycznej ocenie samodzielności doktorantki ze względu na formę cyklu rozpraw z badań zespołowych. Interesowało mnie, czy pięć publikacji rzeczywiście stanowiło jedno oryginalne rozwiązanie problemu naukowego?   

Przedłożony do obrony cykl artykułów składa się z pięciu publikacji, ale:

  • tylko jedna jest jednoautorska;
  • w jednej autorka ma deklarowany udział 50%;
  • w kolejnych jej udział wynosi 20%, 30% i 33,3%;
  • koncepcja całego projektu i pozyskanie finansowania należały do kierowniczki projektu;
  • część ram teoretycznych, analiz i tekstów była tworzona zespołowo;
  • dane należą do dużego projektu badawczego.

Oświadczenia współautorów szczegółowo opisują wkład doktorantki, co jest zaletą. Wynika z nich, że prowadziła ona wywiady, analizowała dane, przygotowywała fragmenty metodologiczne i wyniki, a w jednym rozdziale koordynowała proces publikacyjny. Jednak doktorat powinien potwierdzać samodzielność rozwiązania problemu naukowego. Przy tak zespołowym cyklu trzeba bardzo dokładnie ustalić: 

  • co jest indywidualnym problemem doktorantki;
  • które kategorie teoretyczne opracowała samodzielnie;
  • które analizy wykonała samodzielnie;
  • jaki wkład wykracza poza wykonanie zadań w cudzym projekcie;
  • czy synteza (,...) jest rzeczywistym oryginalnym wkładem autorki.

Autoreferat doktorantki próbuje taką syntezę stworzyć, ale cykl nie jest w pełni jej własnym, samodzielnie zaprojektowanym przedsięwzięciem.Autorka przedstawia cele i zakresy analiz, ale nie formułuje w autoreferacie jednego precyzyjnego pytania głównego cyklu.

Przedłożony cykl artykułów jest tematycznie spójny, lecz jego spójność w pewnej mierze została skonstruowana dopiero w autoreferacie. Poszczególne artykuły korzystają z różnych podzbiorów materiału; odmiennych ram teoretycznych; różnych zespołów autorów oraz różnych problemów szczegółowych.

Współpraca zespołowa mogła wzmacniać jakość analizy, ale sama obecność zespołu nie jest jeszcze gwarancją intersubiektywnej kontroli. Doktorantka powinna wykazać, jak ta kontrola przebiegała. Brakuje w dysertacji szczegółów, które pozwalałyby dobrze ocenić wiarygodność analizy uzyskanych danych:

  • kto dokładnie kodował poszczególne materiały;
  • czy fragmenty były kodowane niezależnie przez więcej niż jedną osobę;
  • w jaki sposób uzgadniano różnice interpretacyjne;
  • czy prowadzono noty analityczne;
  • czy poszukiwano przypadków negatywnych;
  • jak zmieniało się drzewo kodowe;
  • na jakiej podstawie kończono rozwijanie kategorii;
  • jak oddzielono kategorie wyprowadzone z teorii od kategorii wyłonionych z materiału.

Co ciekawe, brakuje w tej rozprawie jednego wyraźnego problemu głównego! Autorka przedstawia cele i zakresy analiz, ale nie formułuje w autoreferacie jednego precyzyjnego pytania głównego cyklu. 

Na podstawie lektury trzech recenzji można stwierdzić, że jedna z nich odczytuje tę pracę bardzo krytycznie, druga częściowo rozpoznaje jej ograniczenia, a trzecia pozostaje przede wszystkim afirmacyjna. Wspólnym problemem wszystkich trzech jest to, że ostatecznie nie poddają dostatecznie rygorystycznej ocenie samodzielności doktorantki ze względu na cykl artykułów z badań zespołowych oraz nie rozstrzygają wyraźnie, czy pięć publikacji rzeczywiście stanowi jedno oryginalne rozwiązanie problemu naukowego.

Pierwsza recenzentka zwraca uwagę na niedostateczną spójność teoretyczną całego cyklu; brak klarownej konceptualizacji pojęć; niejasną ich operacjonalizację; zbyt słabe osadzenie wyników w debacie teoretycznej; niedostateczne wykorzystanie intersekcjonalności; pominięcie znaczenia kluczowych dla problemu kategorii; nieuzasadnioną arbitralność klasyfikacji fenomenów; skrótowe, głównie opisowe wnioski; różnice jakościowe między tekstem jednoautorskim a współautorskimi. 

Bardzo ważne jest jej spostrzeżenie o możliwym „znikaniu” zamysłu teoretycznego doktorantki w pracach wieloautorskich. Recenzentka zauważa, że w tekstach zespołowych teoria bywa słabiej obecna w dyskusji i wnioskach, natomiast najlepszy tekst cyklu jest jednoautorski. Zdaniem recenzentki jeden z artykułów cechuje chaotyczna struktura; błędy rzeczowe i bibliograficzne; powierzchowne użycie teorii (...) brak dostatecznego opisu analizy danych; słabe empiryczne uzasadnienie fazy agregacji danych i nadmierne oparcie interpretacji na modelu (...).

Drugi recenzent zauważa: nieprecyzyjne pojęcia; metaforyczność i psychologizujący język; brak definicji kluczowych wyrażeń; nadmiar terminów potocznych; słabość jednego pojęcia; banalność części typologii emocjonalnych; obecność zdań oczywistych; ograniczenie próby (...); brak możliwości odpowiedzi na pytania (...);brak perspektywy (...); fakt, że niektóre „mikro-odkrycia” są raczej interesującymi obserwacjami niż przełomowym wkładem teoretycznym.

Nie jest to wada dyskwalifikująca, ale nie należy utożsamiać powiązania tematycznego z jednym konsekwentnie przeprowadzonym projektem doktorskim. Największe wątpliwości dotyczą nie tyle elementarnej poprawności metodologicznej, lecz stopnia samodzielności naukowej i sposobu spięcia zespołowych publikacji w indywidualną rozprawę doktorską.

Recenzent przyjmuje oświadczenia współautorów jako wystarczające i uznaje, że „nie można mieć wątpliwości co do autorstwa”. Procent udziału i opis wykonanych czynności nie odpowiadają jeszcze na pytanie, kto sformułował problem; zbudował teorię; podjął decyzje interpretacyjne i kto stworzył końcową syntezę?! 

W trzeciej recenzji pojawia się najważniejszy fragment niemalże na jej końcu, w którym pisze, że przy udziale 20%, 30%, 33% czy 50% „tak naprawdę nie wiadomo dokładnie, co kto pisał” i zaleca, aby przy kolejnych stopniach naukowych przygotować samodzielną publikację. To jest bardzo istotna wątpliwość. Dotyczy przecież samego rdzenia doktoratu: samodzielności naukowej.

Recenzentka nie wyprowadza z powyższych opinii konsekwencji. Przeciwnie, kończy ją oceną o „perfekcyjnie zbudowanym aparacie analitycznym” i wysokiej samodzielności. W tej części recenzja staje się niespójna: z jednej strony nie wiadomo dokładnie, co było wkładem doktorantki, z drugiej — stwierdza się jej pełną samodzielność i perfekcyjny warsztat. 

Profesorka nie dostrzega też wyraźnie słabości jednego z artykułów; niejasności modelu (...); niedostatku dyskusji teoretycznej; niepełnej konceptualizacji pojęć oraz problemu z przejściem od opisów jednostkowych do końcowej tezy. Jej recenzja trafnie pokazuje bogactwo materiału i znaczenie tematu, ale przecenia wartość teoretyczną i metodologiczną cyklu artykułów.

 Oceny trzech recenzentów są ze względu na hybrydową formę doktoratu nazbyt wysokie w trzech punktach:

·  samodzielność naukowa doktorantki nie została dostatecznie wykazana;

·  spójność tematyczna została częściowo utożsamiona ze spójnością problemową i teoretyczną;

·  pojęciowy i teoretyczny wkład pracy został przeceniony względem jej głównie opisowo-interpretacyjnej wartości.

 Forma hybrydowa może być bardzo wartościowa. Pozwala połączyć zalety publikacji naukowych — ich wcześniejszą recenzję, obecność w obiegu międzynarodowym, dyscyplinę objętości i kontakt ze środowiskiem badawczym — z zaletami maszynopisu, który daje przestrzeń do przedstawienia pełnej architektury projektu, jego metodologii, syntezy wyników i oryginalnego wkładu autora.

Może jednak łatwo przekształcić się w konstrukcję pozorną: kilka artykułów zostaje opatrzonych obszernym komentarzem, a dopiero po ich opublikowaniu autor próbuje nadać im wspólny problem, model i znaczenie. Wtedy nie otrzymujemy rozprawy doktorskiej w nowej formie, lecz teczkę publikacji uzupełnioną autoreferatem.

 W kolejnym wpisie przyjrzę się hybrydowym doktoratom z psychologii.  


(Grafika:z okładki książki M. Kaczmarczyka pod tytm tytułem)

 

11 lipca 2026

Czy tytuł profesora jest jeszcze sprawą nauki, czy już tylko prawa wraz z jego lukami?

 

Nie każdy uczony musi być prawnikiem. Nie każdy humanista, pedagog, socjolog, historyk, psycholog czy filozof ma obowiązek śledzić spory dotyczące doktryn prawa administracyjnego. A jednak są takie momenty w karierze akademickiej, kiedy język prawa wchodzi w nasze życie niemal bez zaproszenia. Jednym z nich jest postępowanie o nadanie tytułu profesora.

Wydawałoby się, że sprawa jest prosta. Uczony przez lata prowadzi badania, publikuje, kieruje zespołami, promuje doktorów, uczestniczy w życiu naukowym, a następnie — jeśli spełnia ustawowe warunki — składa wniosek o tytuł profesora. Dorobek oceniają recenzenci, następnie Rada Doskonałości Naukowej podejmuje decyzję, a Prezydent RP dokonuje aktu nadania tytułu. W świadomości wielu osób jest to uroczyste zwieńczenie kariery naukowej, a nie przedmiot sporu prawnego.

W dniu 30 czerwca 2026 roku została obroniona na Uniwersytecie Zielonogórskim rozprawa doktorska Artura Woźniaka p.t. „Sądowa ochrona prawa do tytułu profesora”. Jej autor wyjaśnia jednak, że za tą pozornie oczywistą procedurą kryje się bardzo ważne pytanie: czy kandydat do tytułu profesora jest jedynie petentem oczekującym na akt państwowego uznania, czy też jest podmiotem prawa, któremu przysługuje ochrona przed przewlekłością, arbitralnością i niepewnością proceduralną?

Niniejsze pytanie ma znaczenie nie tylko dla prawników. Powinno zainteresować szczególnie przedstawicieli nauk społecznych, teologicznych, nauk o rodzinie i humanistycznych, bo to właśnie w tych dziedzinach dorobek naukowy bywa najłatwiej uwikłany w spory o pamięć, tożsamość, religię, władzę, wychowanie, nierówności, mniejszości, przemoc symboliczną czy odpowiedzialność wspólnoty. Nie dlatego, że nauki te są mniej naukowe, ale przeciwnie, z tego powodu, że ich przedmiotem jest człowiek w świecie wartości, konfliktów politycznych, instytucji i znaczeń.

Wskazując na tę dysertację nie chodzi mi o budowanie podejrzliwości wobec państwa, Prezydenta RP, RDN czy sądów, ale o coś bardziej elementarnego: o zrozumienie procedury, w której uczony sam uczestniczy, często nie znając wszystkich jej konsekwencji.

Recenzenci rozprawy Woźniaka podkreślają, że jej temat jest aktualny, doniosły i słabo dotąd opracowany. Prof. Andrzej Powałowski pisze, że praca wypełnia lukę w literaturze dotyczącej ochrony prawa do tytułu naukowego profesora i może być przydatna zarówno kandydatom, jak i osobom zaangażowanym w procesy awansowe oraz sądom administracyjnym. Prof. Michał Biliński także zwraca uwagę, że brakuje kompleksowych opracowań poświęconych ochronie prawnej osób ubiegających się o tytuł naukowy.

Najważniejsza teza rozprawy jest dla nieprawników dość prosta, choć jej uzasadnienie wymaga specjalistycznego aparatu pojęciowego. Kandydat do tytułu profesora nie jest tylko kimś, kto „prosi” o prestiżowy tytuł. Jest stroną szczególnego postępowania administracyjnego. Ma interes prawny, a po pozytywnej decyzji Rady Doskonałości Naukowej — jak argumentuje Autor — jego sytuacja może przekształcać się w publiczne prawo podmiotowe, czyli prawo wymagające realnej ochrony. 

Prof. Biliński rekonstruuje ten wniosek wyraźnie: po pozytywnym rozstrzygnięciu RDN interes prawny kandydata ewoluuje w kierunku publicznego prawa podmiotowego i , roszczenia wobec Prezydenta RP o nadanie tytułu.

W tym sensie jest to bardzo ważne, że postępowanie profesorskie nie powinno być rozumiane jako sfera całkowicie uznaniowa, ceremonialna czy polityczna. Oczywiście akt Prezydenta RP ma znaczenie ustrojowe i symboliczne, skoro tytuł profesora jest nadawany przez głowę państwa, ale i tu tkwi sedno sporu. Każdy   bowiem kandydat przechodzi najpierw przez procedurę oceny naukowej, eksperckiej, recenzyjnej i administracyjnej. Jeśli uprawniony organ, jakim jest Rada Doskonałości Naukowej stwierdził, że spełnia warunki, pojawia się pytanie: czy ktoś może jeszcze raz, poza kryteriami naukowymi, zakwestionować ten dorobek?

Dr A. Woźniak odpowiada ostrożnie, ale stanowczo: Prezydent RP nie powinien być traktowany jako dodatkowy recenzent dorobku naukowego. Także recenzenci pracy dostrzegają wagę tej argumentacji. Prof. Biliński podkreśla, że Prezydent, przed którym toczy się druga faza postępowania, nie ma prawnych ani faktycznych kompetencji do kwestionowania przesłanek materialnoprawnych ocenionych przez RDN. 

Recenzentka - prof. Katarzyna Chałubińska-Jentkiewicz przywołuje zaś znaczenie wyroku NSA z 8 października 2024 r., w którym nadanie tytułu profesora zostało określone jako „władcze rozstrzygnięcie administracyjne”.

Dla humanistów i przedstawicieli nauk społecznych płynie stąd ważna lekcja. Dorobek naukowy powinien być oceniany w trybie naukowym, przez kompetentnych recenzentów i właściwe organy środowiska akademickiego. Sąd administracyjny nie zastępuje recenzenta, nie rozstrzyga, czy monografia jest wybitna, czy artykuły są przełomowe, czy dorobek ma odpowiednią rangę międzynarodową. Bada jedynie legalność procedury: czy RDN działała zgodnie z prawem, czy nie naruszyła praw strony, czy nie było przewlekłości, czy decyzja została właściwie uzasadniona.

To rozróżnienie jest fundamentalne. Nie należy bać się prawa jako czegoś zewnętrznego wobec nauki. Prawo nie ma zastępować nauki. Ma chronić uczonego wtedy, gdy procedura naukowa zostaje wciągnięta w stan niepewności, milczenia lub sporu kompetencyjnego.

Nie chodzi zatem o to, by z każdego postępowania profesorskiego czynić batalię prawną. Byłoby to szkodliwe i dla nauki, i dla kandydatów. Chodzi raczej o świadomość, że system awansów naukowych jest także systemem gwarancji. Kandydat ma prawo wiedzieć, na jakim etapie znajduje się jego sprawa, jakie rozstrzygnięcia zapadły, jakie środki ochrony mu przysługują i gdzie kończy się ocena naukowa, a zaczyna odpowiedzialność organów państwa za działanie zgodne z prawem.

Recenzenci pracy A. Woźniaka nie byli wobec niej bezkrytyczni. Wskazali na brak podsumowań w rozdziałach, miejscami zbyt rozbudowane partie historyczne, potrzebę większej precyzji pojęciowej czy lepszego uzasadnienia części porównawczej. Prof. Powałowski sugeruje nawet, że tytuł rozprawy mógłby być szerszy — nie tylko „Sądowa ochrona prawa do tytułu profesora”, lecz po prostu „Ochrona prawa do tytułu profesora”, bo autor faktycznie analizuje więcej niż sam wymiar sądowy. 

Chałubińska-Jentkiewicz zwraca uwagę, że autor powinien wyraźniej wskazać, którą koncepcję publicznych praw podmiotowych przyjmuje, a także ostrożniej operować pojęciami dotyczącymi naruszeń praw autorskich.

Te uwagi nie osłabiają jednak znaczenia rozprawy. Przeciwnie, pokazują, że praca otwiera potrzebną debatę także naukoznawczą. Nie jest tekstem zamykającym problem, lecz rozprawą, która pozwala dostrzec coś, co dotąd bywało ukryte za ceremoniałem nominacji profesorskich.

Najdelikatniejsza kwestia dotyczy udziału Prezydenta RP. Łatwo byłoby sprowadzić ją do sporu politycznego, ale nie warto tego robić. Tytuł profesora powinien pozostać dobrem nauki, a nie narzędziem bieżącej polaryzacji. Każdy prezydent, niezależnie od osoby i zaplecza politycznego, działa w określonym porządku konstytucyjnym. 

Problem nie polega więc na tym, kto personalnie sprawuje urząd, lecz na tym, czy przepisy dostatecznie jasno określają relację między oceną naukową, decyzją RDN, aktem Prezydenta, kontrasygnatą Prezesa Rady Ministrów i ochroną sądową.

Dwa znane przypadki odmowy lub próby odmowy nadania tytułu profesora pozytywnie ocenionym kandydatom nie powinny być powodem do zniechęcenia kolejnych uczonych. Przeciwnie, powinny być impulsem do lepszego rozumienia procedur i do ich ewentualnego doprecyzowania. Nie są dowodem, że „nie warto składać wniosków”, ale uświadamiają nam, że nawet rzadkie przypadki mogą ujawnić słabe punkty systemu awansowego w polskiej nauce.

Nie należy więc rezygnować z ubiegania się o tytuł profesora ze strachu przed polityzacją. W ogromnej większości przypadków procedura przebiega zgodnie z przyjętym modelem: dorobek oceniają eksperci, RDN podejmuje rozstrzygnięcie, a akt nadania tytułu zamyka wieloletnią drogę naukową. Warto jednak, by kandydaci wiedzieli, że nie uczestniczą wyłącznie w rytuale akademickim. Uczestniczą w procedurze prawnej, która powinna być przejrzysta, uzasadniona i kontrolowalna.

Dla nauk społecznych, nauk o rodzinie, nauk teologicznych i humanistycznych ta świadomość ma dodatkowe znaczenie. Badacze tych dziedzin często podejmują tematy wrażliwe, niewygodne, wywołujące społeczne emocje. Tym bardziej potrzebują jasnej zasady: dorobek naukowy ocenia się według kryteriów naukowych, a nie według stopnia zgodności z aktualnym klimatem ideowym. 

Państwo może uroczyście potwierdzać rangę nauki, ale nie powinno zastępować wspólnoty uczonych w ocenie jej merytorycznego dorobku. Dlatego rozprawa Artura Woźniaka jest ważna także dla nieprawników. Uczy, że język prawa, który choć jest trudny, hermetyczny i pełen pojęć takich jak „publiczne prawo podmiotowe”, „kognicja sądów administracyjnych”, „prerogatywa”, „kontrasygnata” czy „decyzja administracyjna”, dotyczy realnych losów ludzi nauki. 

Za tymi pojęciami kryje się pytanie o godność procedury, przewidywalność państwa i zaufanie uczonego do instytucji.

Można więc zakończyć tę refleksję spokojnym, a nie alarmistycznym wnioskiem: kandydaci do tytułu profesora powinni nadal składać wnioski, jeśli ich dorobek i aktywność naukowa spełniają ustawowe wymagania. Warto jednak czynić to ze świadomością, że tytuł profesora jest nie tylko zwieńczeniem kariery, ale także sprawą prawa, zaś dobrze pojmowane prawo nie powinno być zagrożeniem dla nauki. Jest jedną z form ochrony jej autonomii.