10 marca 2026

Przewodnik biograficzny Narodowej Akademii Nauk Pedagogicznych Ukrainy (1992-2025)

 


Narodowa Akademia Nauk Pedagogicznych Ukrainy (NAPN; (ukr. НАПНУ) została powołana w 1992 roku na mocy dekretów Prezydenta Ukrainy i Rady Ministrów Ukrainy. Jest to centralna instytucja naukowa zajmująca się pedagogiką, psychologią i naukami o edukacji. 

W skład NANP wchodzą cztery kategorie członków:

1. Członkowie rzeczywiści — akademicy posiadający stopień doktora habilitowanego (Doctor of Sciences, Dr. Hab.) w naukach pedagogicznych, psychologicznych lub pokrewnych, wybierani przez Walne Zgromadzenie Akademii. Akademicy mają pełne prawa głosu w sprawach Akademii, w tym decydują o wyborze nowych członków.

2. Członkowie korespondenci  - to naukowcy posiadający stopień doktora habilitowanego, którzy są afiliowani przy wydziałach odpowiadających ich dziedzinie i dyscyplinie naukowej. Stanowią liczniejszą grupę niż akademicy i pełnią ważną rolę w pracach badawczych instytutów.

3. Członkowie zagraniczni  Akademii liczą 26 członków zagranicznych. zaś nowi członkowie zagraniczni są wybierani na Walnym Zgromadzeniu Akademii. Ostatnie wybory odbyły się 11 lutego 2025 roku. Należą do nich wybitni naukowcy z innych państw, którzy współpracują z Akademią w zakresie badań nad edukacją.

4. Członkowie honorowi to znaczący w kraju i poza granicami naukowcy, którym przyznaje się tytuł honorowego akademika. Tytuł członkowski nadawany jest przez Akademię, która włącza wyróżnioną nim osobę do grona Akademii, choć bez pełnych praw wyborczych przysługujących akademikom i członkom korespondentom. Tytuł ten przyznawany jest zazwyczaj wybitnym naukowcom lub osobistościom życia publicznego, które wniosły szczególny wkład w rozwój nauk pedagogicznych lub systemu edukacji na Ukrainie. Jest to zatem forma przynależności do korporacji naukowej.

Doktorzy Honoris Causa - nie są członkami NANP, ale jest to najwyższe wyróżnienie akademickie, jakie ta instytucja naukowa może nadać osobie spoza swojego grona. W przypadku NAPN Ukrainy potwierdza ono szczególne zasługi dla nauki, edukacji lub współpracy międzynarodowej. Godność doktora honoris causa jest jednostronnym uhonorowaniem dorobku danej osoby, niezależnie od tego, czy jest ona naukowcem, czy osobą publiczną.  

Akademia podzielona jest na pięć wydziałów naukowych:

1.     Wydział Pedagogiki Ogólnej i Filozofii Edukacji

2.     Wydział Psychologii i Pedagogiki Specjalnej

3.     Wydział Ogólnego Kształcenia Średniego

4.     Wydział Kształcenia Zawodowego i Edukacji Dorosłych

5.     Wydział Szkolnictwa Wyższego     

Każdy wydział skupia zarówno akademików, członków korespondentów, członków zagranicznych, jak i akademików z tytułem honorowym. 

Narodowa Akademia Nauk Pedagogicznych Ukrainy wydała "Biograficzny Leksykon"  zawierający biogramy władz  Akademii na czele z jej Prezydentem profesorem filozofii wychowania Wasylem G. Kremieniem oraz 24 członkami Prezydium. Tom liczący łącznie 327 stron uwzględnia strukturę Akademii (z jej wydziałami) a w każdym odpowiadających im rozdziałów są biogramy uczonych pięciu kategorii. 

Już po wydaniu Leksykonu otrzymałem wiadomość, że Narodowa Akademia Nauk Pedagogicznych Ukrainy przyznała tytuł członka honorowego dwóm polskim pedagogom: 

dr. hab. Markowi Rembierzowi , profesorowi Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach 



i  

prof. dr hab. Wojciechowi Kojsowi - em. profesorowi filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. 

Gratuluję i życzę dalszych form współpracy z uczonymi Narodowej Akademii Nauk Pedagogicznych Ukrainy. 

 


Національна академія педагогічних наук України (1992-2025). Біоґрафічній довідник. Київ,  "Грамота" 2025.   

09 marca 2026

Patopolityka drobnego druku?

 




Filozof polityki      Andrzej Szahaj zadedykował swoją książkę pt. „Kapitalizm drobnego druku” członkom pierwszej „Solidarności” (Warszawa, 2014), ale minęło od jej wydania 12 lat i…  cisza. Związkowcy, elity polityczne  podszywające się pod walkę z reżimem PRL nie były i nie są zainteresowane jakąkolwiek solidarnością z uchwałami nie tylko z czasów 1980-1989, ale także – w odniesieniu do oświaty i nauki po dzień dzisiejszy.  Zdradzili etos Solidarności, bezwstydnie niszcząc kulturę polityczną demokracji, która została wpisana do Konstytucji III RP. Dla patoelit najważniejsze jest zadbanie o własne interesy.

To prawda, że przy okazji modernizowano Polskę, toteż nie można mówić, że nasz kraj jest w ruinie. Jeśli już, to moralnej. Kto zwrócił uwagę na dedykację w tej książce? Najczęściej autorzy wyrażają we wstępie wdzięczność swoim najbliższym – małżonkowi, dzieciom, rodzicom lub przyjaciołom, ale żeby dziękować członkom największego w Europie Środkowo-Wschodniej ruchu protestu przeciwko radzieckiemu reżimowi?  

To się nie wydarza. Mamy tu do czynienia z symbolem szczególnego rodzaju, i to nie pierwszym w literaturze naukowej ostatnich lat. Szahaj nie ukrywa już od pierwszego zdania, że jego książka jest wyrazem osobistej „[…] niechęci do dominującej obecnie formy kapitalizmu, a zarazem do neoliberalizmu, jako owej formy głównego ideowego sprawcy” (s. 9). Od 1989 roku elity Solidarności wdrażały kapitalizm z wilczą łapą.  

Cechuje taki ustrój powierzenie władzy państwowej urzędnikom-ignorantom – jak pisze Szahaj - partyjnym partaczom, ludziom, „(…) których jak w dawnych czasach dana partia rzuca na określony odcinek, gdzie mają pilnować jej interesów” (s. 169). Świetnie się zakorzenili dzięki rządom Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Prawa i Sprawiedliwości i innych kanapowych przystawek politycznych, których nomenklatura partyjna bez oglądania się na ostrzeżenia i diagnozy naukowców utrwala z roku na rok kapitalizm „spuszczony ze smyczy”, „kapitalizm drobnego druku”, a więc taki, gdzie zysk rządzących i elity biznesu jest osiągany za wszelką cenę, i to w wyniku czyjejś straty. W oświacie i w szkolnictwie widoczne jest to już gołym okiem.

Nieustannie pojawia się u tego autora retoryczne pytanie: „Dlaczego pozwalamy, aby nasz wspólny los był wydany wyłącznie na pastwę  żywiołowej gry sił rynkowych, czyniąc z braku dalekosiężnej polityki ekonomicznej i społecznej jedyną politykę?” (s. 17)

Dochodzący do władzy doskonale żywią się i bronią, chociaż jakże w odmiennym sensie tego zwrotu. W III RP „[…] nieliczni zwycięzcy w grze ekonomicznej zgarniają całą pulę nagród, reszcie pozostają ochłapy” (s. 49). Szahaj pisze wprost o patologicznej formie rządzenia w naszym państwie, które jest „[...] bardzo marnotrawne i nieefektywne. Rozbudowana biurokracja niszczy wolę działania jednostek i grup społecznych. Grupy interesu żerują na aparacie państwowym, czerpiąc niezasłużone korzyści ze swej pozycji przetargowej” (s. 63–64).

Nic dziwnego, że w tej sytuacji ludzie są zrażeni do aktywności obywatelskiej, zaś młodzież jest „wćwiczana”, socjalizowana do jej pozorowania. Trudno jest w naszym państwie o odrodzenie „[…} świadomości wspólnotowej, zmiany postaw z hiperindywidualistycznych na umiarkowanie prowspólnotowe oraz porzucenie nadziei, że jakiekolwiek problemy społeczne da się rozwiązać mocą indywidualnej przedsiębiorczości czy spontanicznego kształtowania się najlepszego ładu społecznego w wyniku nieskoordynowanych działań jednostkowych [...]”  (s. 19).

Jak długo będziemy pozwalać na zabetonowanie sceny politycznej w kraju, nieustanne, perfidne poddawanie manipulacjom obywateli przez rządzących? Ludzie w tak kreowanej polityce stają się środkiem do osiągania celów pozornie uwzględniających ich potrzeby i respektujących prawa. Jak podkreśla autor tej książki, „[…] konieczne jest przewartościowanie wszystkich wartości na nowy ruch kontrkultury, który wygeneruje Nową Solidarność” (s. 23), by nie pozwolić na dalsze utrwalanie się czy rozwijanie ideologii bezlitosnego darwinizmu społecznego. 

Szahaj nie jest – jak przyznaje – wrogiem gospodarki wolnorynkowej, ale nie godzi się na „rynkowy bolszewizm”, w świetle którego [...] człowiek i jego aktywność są tyle warte, ile da się przeliczyć na korzyści ekonomiczne. Pozwala to np. całkowicie ignorować pojęcie dobra wspólnego jako czegoś innego niż tylko suma tego, co za dobre dla siebie uważają poszczególne jednostki (s. 29).

Uczony odsłania nam zatem rzeczywistość, w której władza stara się ukryć mechanizmy zabezpieczania własnych interesów realizowanych kosztem obywateli, a nie oglądając się na to, co oni sami o tym sądzą. Kieruje się bowiem „[...] przekonaniem, iż wie się lepiej od obywateli, co leży w ich zbiorowym i indywidualnym interesie” (s. 40). Nie bez winy są przedstawiciele nauk humanistycznych, społecznych, spośród których część odeszła od humanistycznych źródeł, dając się zauroczyć modelami matematycznymi oraz poddała presji na ilościowe ujmowanie nie tylko ekonomicznych zjawisk. Znamy to jako proces kategoryzacji, ewaluacji, akredytacji i parametryzacji sfery, która wprawdzie może być określana modelowo, idealizacyjnie, ale w rzeczywistości jest od niego bardzo odległa.

Ignorowanie złożoności życia społecznego oraz humanistycznego wymiaru ekonomii zaowocowało w poprzednich latach „ekspansją arogancji niektórych ekonomistów, a szczególnie wszelkiej maści ekspertów ekonomicznych, którzy w sposób nieznoszący sprzeciwu wykładali swoje prawdy jak oczywiste, z wyraźnym lekceważeniem odnosząc się do tych, którzy mieli inne zdanie i już dawno  ostrzegali przed nadchodzącym kryzysem” (s. 54).

W edukacji widzimy coraz lepiej, jak także problemy polskiego szkolnictwa, kształcenia i wychowywania młodzieży poddawane są przez władze państwa interesom i celom politycznym międzynarodowych, globalnych organizacji gospodarczych (OECD, Bank Światowy). Najlepszym tego przykładem jest finansowanie z budżetu państwa politycznego monitoringu w ramach rzekomo naukowych badań umiejętności i wiedzy piętnastolatków (program PISA), a nawet kolejnych już grup wiekowych naszego społeczeństwa. Chciwość, pazerność, cynizm rządzących widoczna jest w rozdysponowaniu środków pomocowych, prorozwojowych Unii Europejskiej w ramach KPO.

W świetle studium Szahaja można mówić o kapitalizmie zorganizowanego częściowego marnotrawienia środków publicznych przez zakorzenioną w gremiach związanych z MEN i MNiSW nomenklaturę. Finanse służą konsumpcji, populistycznej polityce informacyjnej rządzących. Przy tym „[...] pojawiła się propaganda sukcesu oraz wykorzystywanie zaprzyjaźnionych lub skorumpowanych mediów w celach autopromocji” (s. 60).

Trafnie też autor konstatuje, że „[...] polska wersja katolicyzmu nie stała się zapleczem motywacyjnym dla powstania przyzwoitego społeczeństwa, a zatem takiego, w którym ludzi się nie upokarza na żaden z możliwych sposobów, w tym i ten najbardziej pospolity – przez wpędzanie ich w biedę” (s. 62). Sukces materialny przedstawicieli „jedynie słusznej siły” nie wynika ani z nadzwyczajnych zdolności polityków, ani z heroicznej pracowitości, lecz z tzw. układów i kontaktów, które okazują się najcenniejszym kapitałem ekonomicznym w nowych czasach.


08 marca 2026

Gdzie jest władza w uniwersytecie?

 


(źródło rys.: Fb) 

Dlaczego ubieganie się o tytuł naukowy profesora w Polsce coraz bardziej traci na wartości? Wynagrodzenie profesora tytularnego oscyluje dziś wokół 9–10 tys. zł brutto i jest porównywalne ze średnią krajową w dużych miastach. Nie rekompensuje ani  odpowiedzialności,  ani wartości dorobku naukowego, ani kosztów ponoszonych przez niego na skutek udziału w projektach międzynarodowych, sektorze prywatnym itp. 

W konsekwencji profesor tytularny nie jest już figurą władzy ekonomiczneja coraz rzadziej także figurą władzy instytucjonalnejZaszła zatem w III RP zasadnicza zmiana względem lat 90. XX wieku i ostatnich dwóch dekad.

Gdzie dziś naprawdę jest władza w uniwersytecie? Jest nią władza administracyjno-decyzyjna, która coraz częściej nie pokrywa się z najwyższym poziomem kompetencji czy stopni naukowychW praktyce rektor, prorektor, dziekan, dyrektor instytutu nie musi być profesorem tytularnym, a często jest to doktor habilitowany albo nawet doktor. 

Tymczasem kluczowe decyzje dotyczą   budżetów jednostek akademickich,  etatów,   struktur organizacyjnych i „strategii” pisanych pod kolejną ewaluację. To jest władza proceduralna, a nie naukowa, która premiuje sprawność organizacyjnąodporność na konflikty, umiejętność zarządzania napięciem a niekoniecznie wybitność naukową.

Paradoks jest realny i systemowy, który „być może”, w praktyce wygląda często tak, że ci, którzy mają pasję badawczą jeszcze są mobilni, działają w sieciach międzynarodowych, publikują, zdobywają granty, ale nie chcą uczestniczenia w  posiedzeniach, zawierania kompromisów personalnych, ponoszenia odpowiedzialności za cudze niedociągnięcia. Dla nich władza administracyjna jest kosztem poznawczym i czasowym.

Ci, którzy przejmują władzę, często wcześniej wypadają z obiegu krajowego, a tym bardziej nie posiadają nawet międzynarodowego, gdyż nigdy w nim realnie nie funkcjonowali. Nadrabiają zatem  statusem,  funkcją,  prestiżem lokalnym, dodatkami funkcyjnymi. Nie zawsze są to słabi naukowo nauczyciele akademiccy, ale system nie selekcjonuje ich według pozycji naukowej.

Profesura jest zatem kategorią „odmowy”. Dla rosnącej grupy profesorów tytularnych profesura nie jest ani nagrodą, ani trampoliną do władzy. Jest raczej potwierdzeniem autonomiimożliwością powiedzenia „nie”   biurokracji, ale także podlega presji lokalnej,  jałowym sporom czy atakom psychopatycznych frustratów, którzy nie uzyskali oczekiwanego awansu naukowego.

W tym sensie profesura staje się kategorią wolności poznawczej, a nie hierarchii, co tłumaczy, dlaczego nie widać masowego „marszu profesorów po władzę”, a jednocześnie widać realne badania robione obok władzy, a czasem mimo niej.

Zagrożenie dla nauki nie polega na tym, że władza jest w rękach doktorów czy doktorów habilitowanych, gdyż to samo w sobie nie jest problemem. Problem polega na tym, że rozchodzą się: władza i naukowy autorytet, a decyzje strategiczne zapadają  bez głębokiego zakorzenienia w logice badań, pod presją terminów i parametrycznych wskaźników.

W długim horyzoncie grozi to technokratyzacją uniwersytetu, marginalizacją myślenia długofalowego oraz  osłabieniem ciągłości szkół naukowych. W Polsce naukę coraz częściej uprawiają pasjonaci, a uczelniami państwowymi i prywatnymi zarządzają pragmatycy. Nie musi to oznaczać katastrofy szkolnictwa wyższego i nauki, ale jest to trwałe pęknięcie, które – bez refleksji systemowej – będzie się pogłębiać.


x