17 czerwca 2026

Perwersja ethosu universitas

 


Patologia wytwarza własną spiralę milczenia. Artykuły o nieuczciwości akademickiej Marka Wrońskiego na łamach "Forum Akademickiego" od lat potwierdzają, że są tacy rektorzy uniwersytetów, którzy czynią wszystko, by wyciszyć, zamieść ZŁO we własnym środowisku pod przysłowiowy dywan. Uczelnie zaś z definicji i własnych dziejów, które mają być dowodem autonomii moralnej i poznawczej, nie reagują skutecznie na anomię moralną. 

Anomia moralna jest zatem wspierana przez anomię epistemologiczną.

Ta bowiem prowadzi nas już poza samą diagnozę marginalnej części kadr akademickich ku teorii instytucjonalnego poznania. Stawiam pytanie: czy wspólnota, która moralnie milczy, może jeszcze epistemicznie widzieć i stać po stronie prawdy. Odpowiem więc nie tylko publicystycznie, ale także wskazując na kategorie pojęciowe tych zjawisk.

Anomią epistemologiczną określiłbym nie tylko brak wiedzy, chociaż ten występuje u niektórych osób ze stopniem doktora, lecz rozpad znacznie poważniejszy deficyt kompetencyjny, bo dotyczący norm, które powinny regulować dochodzenie do wiedzy.

Anomia moralna oznacza, że wspólnota akademicka wie, czym jest dobro, uczciwość, odpowiedzialność, ale nie potrafi albo nie chce postępować według tych wartości.

Anomia epistemologiczna oznaczałaby analogicznie, że wspólnota uniwersytecka wie, czym jest rzetelność poznawcza, jawność danych, krytyka, replikacja, recenzja, korekta błędu itp., ale nie stosuje tych norm wtedy, gdy zagrażają one interesowi środowiska, instytucji albo osób, którym wbrew anomii zamierza się nadać stopień naukowy.

To jest szczególnie niebezpieczne, bo uniwersytet traci wtedy nie tylko moralny autorytet, ale także zdolność rozpoznawania prawdy o samym sobie.

Gdy naukowcy wiedzą, ale milczą wobec zła, to wsópłtworzą anomię moralną. Gdy to milczenie zaczyna organizować sposób widzenia, oceniania, recenzowania i awansowania, mamy już anomię epistemologiczną.

W takim układzie nieprawda nie musi być jawnie głoszona. Wystarczy, że zostaje proceduralnie osłonięta. Komisja habilitacyjna wnioskuje o odmowę nadania stopnia naukowego, ale rada dyscypliny to ignoruje. Władze nie muszą twierdzić: „bronimy patologii”. Wystarczy, że taką decyzją komunikują: „dbamy o dobre imię uczelni”, „nie eskalujmy”, „sprawa jest złożona”, „nie ma podstaw formalnych”, „to konflikt personalny”, „nie możemy szkodzić reputacji jednostki”. 

Język administracyjny staje się wtedy narzędziem epistemicznego zaciemnienia, ukrywania patologii we własnym środowisku.  To jest właśnie spirala milczenia w nauce: najpierw milczy świadek, potem milczy komisja, potem milczy rada dyscypliny, potem milczy rektor, potem milczy środowisko, a na końcu milczenie zostaje uznane za dowód, że „nic się nie stało”.

Najgorsze jest to, że taka pseudonaukowa wspólnota nadal może publikować artykuły, organizować konferencje na temat etosu nauki, opracowywać strategie doskonałości, akcentować własną pozycję w rankingach, składać sprawozdania, podkreślać rolę ewaluacji i powoływać się na kodeksy etyczne. Dla opinii publicznej, dla osób z zewnątrz szkoły wyższej wygląda to tak, jakby rzeczywiście miała w niej miejsce nauka. Wewnątrz uczelni może jednak jej kadra tracić to, co stanowi jej rdzeń: odwagę korekty.

W tym sensie patologia nie jest tylko naruszeniem norm. Ona zaczyna produkować własny porządek normatywny. Powstaje odwrócona aksjologia akademicka:

uczciwy uczony - staje się „kłopotliwy”,
dociekliwy członek rady - staje się „wścibski”,
recenzent krytyczny - staje się „nielojalny, toksyczny”,
a ten, kto zamiata pod dywan, uchodzi za „odpowiedzialnego za wizerunek instytucji” czy za uchronienie przez ujawnieniem skandalu. 

To już nie jest zwykła słabość organizacyjna. To jest perwersja ethosu universitas.

Wspólnota uczących się i nauczających, podporządkowana prawdzie, argumentacji, sporowi, autonomii poznania prowadzi do przekształcenia pseudonauki w immunitet środowiskowy. Następuje dramatyczne odwrócenie sensu: autonomia nie chroni prawdy przed władzą zewnętrzną, lecz chroni instytucję przed prawdą o sobie.


16 czerwca 2026

Optymalizacja nauki w Polsce?

 


 

Polityka Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego determinowana jest przede wszystkim przez ograniczone, na bardzo niskim poziomie źródła finansowania badań naukowych, pozorowanie troski rządu o ich umiędzynarodowienie, koncentrację zasobów w NCN i NCBiR, natomiast radykalnie pozbawia środków finansowych wspomagających aktywność badawczą pracowników uczelni. Pojawiające się mediach artykuły, informacje o raportach MNiSW odsłaniają to, co dzieje się „pod spodem” tych procesów, a więc niepewność i/lub brak poczucia sensu zatrudnienia w uczelni wyższej, ewaluacja dyscyplin naukowych, jakości kształcenia i zmieniające się kryteria oceniania nauczycieli akademickich, w tym administracyjne zarządzanie niedoborem.

Raport "Nauka Polska" (2025) jest technokratyczną optyką rekonstrukcji danych o systemie kształcenia i badań naukowych.  Deklaruje intencje władzy, że finansowanie nauki jest inwestycją w przyszłość, warunkiem konkurencyjnej gospodarki opartej na wiedzy oraz podstawą prowadzenia badań wysokiej jakości, która własną nieudolnością temu zaprzecza. 

Co z tego, że kolejne władze tego resortu wskazują na potrzebę systematycznego zwiększania budżetów instytucji finansujących naukę, aby większa liczba badaczy mogła realizować projekty? Jednocześnie autorzy raportu opierają większość analiz na danych z lat 2019–2024, które dotyczą finansowania projektowego przez MNiSW, NCN, NCBR i NAWĘ.

Naukę opisuje się przede wszystkim przez pryzmat systemu przepływu środków, wniosków, projektów, grantów, współczynników sukcesu i umiędzynarodowienia. Jest to dla władz i propagandy obraz empirycznie użyteczny, ale niepełny. Nie odpowiada bowiem wprost na pytanie: jaki koszt ponoszą akademicy pracujący w tym systemie?

Coraz częściej czytamy o nauczycielach akademickich, którzy są zmuszeni do ponoszenia kosztów realizacji obowiązujących ich zadań. Młody naukowiec musi jednocześnie projektować badania, publikować, prowadzić zajęcia, pisać wnioski o grant, budować własną rozpoznawalność i funkcjonować w niepewności zależnej od oceny, konkursu, budżetu uczelni albo zakończenia projektu. Nawet pozytywna ocena okresowa nie musi oznaczać automatycznej stabilizacji, toteż nauczyciele akademiccy żyją od oceny do oceny, od projektu do projektu a przy tym są obciążani licznymi przedmiotowo zajęciami dydaktycznymi.

Pojawia się próba korekty patologii ewaluacyjnej w nauce. Czytamy bowiem o nowym modelu oceny działalności naukowej, który jest najbliższy językowi reformy systemowej. Projektowana zmiana ma odejść od modelu skoncentrowanego głównie na wynikach dyscyplin, liczbie i punktacji publikacji, ku dwuelementowej ocenie: ewaluacji dyscyplin naukowych oraz eksperckiej ocenie potencjału jednostek akademickich. Do oceny mają wejść m.in. strategia rozwoju, jakość środowiska pracy, wsparcie kadry, przeciwdziałanie niepożądanym praktykom publikacyjnym, transfer wiedzy, popularyzacja nauki i stabilność kadrowa.

Za aktywnością kadr akademickich stoi coraz słabsza kultura akademicka, bo jest to raczej kultura przymusu, presji i krótkookresowej optymalizacji wyników niż rzeczywistej współpracy. Nowy model oceny próbuje zatem wskazać na to, że jakość nauki nie wynika wyłącznie z liczby projektów, punktów i środków, ale także z trwałości środowiska naukowego, odpowiedzialnej polityki kadrowej, etyki akademickiej i dojrzałości organizacyjnej.

Można powiedzieć, że nowy model oceny jest próbą przejścia od pytania: ile pozyskano? do pytania: w jakim środowisku i jakim kosztem to pozyskano? Na odpowiedź poczekamy do następnych raportów. 

 

15 czerwca 2026

Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom


Książka Stuarta Ritchiego odsłania rzeczywistą produkcję fikcji wewnątrz instytucji akademickich, które kulturowo i społecznie powinny służyć prawdzie a nie jej pozorowaniu. \

Tytuł Science Fictions jest dwuznaczny. Autorowi zapewne nie chodzi o fantastykę naukową, lecz o fikcje wytwarzane przez naukowców, których wyniki badań są niepowtarzalne. Rzecz dotyczy tych danych empirycznych, które zostały sfabrykowane przez autora jakiegoś raportu. 

Co z tego, że zostały one opracowane zgodnie z modelami statystycznymi?  Nauka nie sprowadza się do dowodzenia przez autorów rozpraw, że opanowali wiedzę z zakresu metod badań statystycznych. Coraz więcej publikacji - zdaniem tego autora - jest "napompowane" medialnie przez globalnych wydawców, którzy przekonują klientów, że publikuje się  rzekomo przełomowe odkrycie naukowe, choć jego przesłanki i wnioski są kruche teoretycznie czy/i metodologicznie.

Najważniejsza teza tej monografii brzmi: problemem nie są wyłącznie pojedynczy oszuści, choć oszustwa istnieją. Problemem jest cały ekosystem, który czasami premiuje nie prawdę, lecz sloty, nowość, cytowalność, grantowość, medialność i karierę, co kojarzymy z patologicznym habitusem akademickim.

Ritchie pokazuje cztery główne źródła deformacji nauki:

1. Oszustwo — fałszowanie danych, ilustracji, eksperymentów, wyników, a więc jest to najbardziej spektakularna forma patologii, co nie oznacza, że jest najczęstszą.

2. Stronniczość — dobieranie, interpretowanie i publikowanie wyników zgodnych z oczekiwaniami badacza/-ki, jego/jej światopoglądu, środowiska, redakcji albo dominującego paradygmatu.

3. Niedbalstwo — błędy metodologiczne, powierzchowna analiza danych, niestaranne procedury, brak rzetelnej replikacji badań.

4. Szum medialny — przekształcanie ostrożnych wyników w sensacyjne komunikaty: „przełom”, „rewolucja”, „dowiedziono”, „naukowcy odkryli”.

Dlatego patologia w nauce nie jest tu fantazmatem przeciwników akademii, ale jest empirycznie rozpoznawalnym zjawiskiem w środowisku naukowym. Ritchie nie pisze książki antynaukowej, a wprost przeciwnie, broni nauki przed jej własnymi deformacjami. 

Warto zwrócić uwagę na to bardzo ważne rozróżnienie. Krytyka patologii nauki nie jest krytyką nauki jako takiej, ale warunkiem jej ocalenia. Patologia w nauce nie jest science fiction, natomiast science fiction zaczyna się wtedy, gdy środowisko naukowe udaje, że patologii nie ma.

Monografia Ritchiego odsłania także mechanizm szczególnie groźny dla nauk społecznych i humanistycznych, które są najbardziej na nią podatne. Opublikowane rozprawy wcale nie muszą znaczyć, że są nośnikiem prawdy. Artykuł, monografia, afiliacja, grant, cytowania czy parametryzacja nie są jeszcze gwarancją poznawczej rzetelności. To są przejawy wytworów pracy nauczycieli akademickich, ale nie zawsze dowodzą one prawdy.

Z perspektywy pedagogiki akademickiej ta książka jest szczególnie cenna, bo pokazuje, że nauka potrzebuje nie tylko procedur, lecz także formacji moralnej badacza: uczciwości, pokory, gotowości do korekty, przyjęcia wyniku negatywnego, szacunku dla replikacji, odporności na pokusę autopromocji. Tej zaś jest nadmiar w social mediach.

Patologia w nauce nie utrzymuje się tylko dlatego, że istnieją nieuczciwi badacze, lecz dlatego, że środowisko akademickie często nie ma wystarczającej woli, odwagi ani interesu, by reagować na deformacje, które powstają wewnątrz własnej wspólnoty. Najbardziej bolesna jest tu nie sama obecność oszustwa, stronniczości czy niedbalstwa, lecz mechanizm milczącej lojalności instytucjonalnej.

Wielu/-e recenzentów/-ek przekonało się, że ujawnienie patologii oznacza nie tylko wskazanie „błędu” w artykule czy projekcie badawczym, ale wymaga naruszenia sieci zależności koleżeńskich, grantowych, promotorskich, recenzenckich, wydziałowych, redakcyjnych, rankingowych.  

Rzetelna recenzja ujawnia deformacje w czyjejś pracy akademickiej, przez co uderza nie tylko w konkretną osobę, lecz także w tych, którzy ją wcześniej legitymizowali: recenzentów, promotorów, współautorów, kierowników projektów, członków rady dyscypliny naukowej, redakcje czasopism, komisje konkursowe itp. Dlatego reakcja bywa opóźniana, rozmywana albo przenoszona na język proceduralny: „sprawa jest złożona”, „trzeba poczekać”, „nie mamy podstaw”, „to różnica interpretacyjna”, „nie należy szkodzić wizerunkowi jednostki”.

W tym sensie patologia nauki ma charakter relacyjny i systemowy, bowiem nie jest tylko czynem sprawcy, lecz także skutkiem ochronnej ciszy otoczenia. Wydana z fundamentalnymi błędami monografia pokazuje, że nauka ma formalnie mechanizmy autokorekty, korekty redakcyjnej: recenzje, replikacje, korekty, retrakcje, komisje etyczne, jawność danych. Jednocześnie dowodzi, że te mechanizmy działają słabo, gdy wchodzą w konflikt z interesem instytucji, prestiżem środowiska albo karierami ludzi, którzy już zajęli mocne pozycje. Chroniąc patologiczną rozprawę, ukrywa się zarazem jej recenzentów wydawniczych.

Pedagogika akademicka nie powinna badać tylko patologii wychowania, szkoły czy polityki oświatowej, ale również umieć spojrzeć na własne środowisko jako przestrzeń socjalizacji do konformizmu, oportunizmu i milczenia. Z tej perspektywy deformacja nauki nie jest incydentem, lecz testem kultury akademickiej. 

Można sformułować pytanie - Czy wspólnota naukowa potrafi być lojalna wobec prawdy bardziej niż wobec własnych kadr? I tu odpowiedź autora recenzowanej monografii jest pesymistyczno-realistyczna: często nie potrafi. Nie dlatego, że wszyscy są nieuczciwi, lecz dlatego, że system nagradza produktywność, widzialność i prestiż, a karze tych, którzy zakłócają wygodną fikcję normalności. 

Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom, lecz także dzięki życzliwym obserwatorom, ostrożnym recenzentom, milczącym współpracownikom i władzom uczelni, które bardziej boją się skandalu niż nieprawdy. Diagnoza autora książki nie odbiera sensu nauce. Ona raczej odbiera złudzenie, że sama instytucjonalna przynależność do świata akademickiego automatycznie chroni przed konformizmem, interesownością, tchórzostwem czy moralną ślepotą.

Smutne jest to, że nauka, która ma uczyć odwagi prawdy, często sama boi się prawdy o sobie. Nie jest to jednak powód do rezygnacji z krytyki naukowej, ale przypomnienie, że ethos akademicki nie polega na obronie środowiska za wszelką cenę, lecz na obronie sensu poznania, także wtedy, gdy wymaga to bolesnego spojrzenia na własne praktyki, własne recenzje, własne awanse, własne milczenia. Najważniejsze dla władz akademickich są trzy argumenty, które można wyłonić  z rozprawy Ritchiego.

Pierwszym powodem niezadowolenia z badań w naukach społecznych jest kryzys replikacji badań w naukach społecznych. Od lat zwracają na to uwagę krytycy badań psychologicznych, skoro 99 proc. z nich jest niereplikowalna. To jest trudny argument do zlekceważenia, bo nie dotyczy intencji badaczy, lecz weryfikowalności poprawności uzyskanych przez nich wyników. Jeśli badań nie da się powtórzyć, jeśli efekty znikają przy ponownym teście, jeśli całe obszary wiedzy opierają się na kruchych podstawach, to nie mamy sporu światopoglądowego, lecz problem epistemologiczny.

Drugi powód dotyczy stronniczości publikacyjnej i p-hackingu. Ritchie pokazuje, że nauka może produkować pozór pewności nie dlatego, że ktoś jawnie fałszuje dane, ale dlatego, że system preferuje wyniki pozytywne, efektowne, „nowe”, statystycznie atrakcyjne. To jest szczególnie groźne, bo deformacja nie wygląda jak przestępstwo, ale jawi się jako normalna praktyka akademicka.

Trzecim powodem są błędy instytucjonalne. Dostrzeżenie ich pozwala wyjść poza personalne oskarżenia, aczkolwiek nie usprawiedliwia wykorzystywania przez niektórych nauczycieli akademickich okazji do nadużyć. Problemem nie jest wyłącznie „nierzetelny pracownik naukowy”, ale system, który nagradza za wskaźniki bardziej niż rzetelność, szybkość bardziej niż kontrolę, cytowalność bardziej niż prawdę, a prestiż czasopisma bardziej niż solidność danych.

Szczególnie ważne są przejawy patologii z medycyny, psychologii, edukacji, terapii, zdrowia publicznego czy polityk publicznych. Jeśli nierzetelne badania wpływają na leczenie, programy profilaktyczne, decyzje ministerstwa edukacji, diagnozy psychologiczne, politykę oświatową czy finansowanie reform, to przestają być „wewnętrzną sprawą akademii”.  Autor książki nie pisał jej dla obrony wizerunku nauki, lecz upomina się o konieczność obrony jej zdolności do samonaprawy. Moim zdaniem jest ona niemożliwa w Polsce, bo proces ustrojowego niszczenia zaszedł już zbyt daleko.