Wojna
w Ukrainie jest dla świata nie tylko testem zdolności logistycznych i
politycznych, lecz przede wszystkim próbą dostrzeżenie sensu ludzkiego życia i
suwerenności państwa, które w zaufaniu dla prawa międzynarodowego dokonało
kilkanaście lat temu redukcji własnych, militarnych zasobów obronnych.
Po
pandemii COVID-19, która obnażyła kruchość systemów, wojna odsłoniła kruchość
relacji – pytanie o to, kim jest dla nas Inny w sytuacji granicznej. Polska
znalazła się w tej próbie w szczególnym miejscu. Po raz pierwszy od II wojny
światowej doświadczyła wielomilionowej fali uchodźców uciekających przed
realną, a nie medialnie zapośredniczoną wojną.
To
doświadczenie przyszło nagle, bez przygotowania instytucjonalnego, bez języka
procedur, ale z potężnym zapleczem kulturowym i moralnym, streszczanym w
porzekadle: Gość w dom, Bóg w dom. Przez pierwsze a długie tygodnie
i miesiące 2022 roku pomoc polskich rodzin nie była jeszcze polityką, ale
odruchem ludzkich serc, ryzykiem, decyzją podejmowaną w przestrzeni prywatnej,
w domach setek tysięcy rodzin.
W
tym sensie wydana właśnie na Uniwersytecie Śląskim książka socjologów Rafała
Cekiery, Justyny Kijonki i Moniki Żak pt. "Pod jednym dachem.
Doświadczenie goszczenia uchodźców z Ukrainy w polskich domach" (Katowice,
2025) dokumentuje moment formacyjny, który w wielu krajach Europy Zachodniej
zdążył już przejść w fazę normalizacji i systemowego zarządzania. Autorzy nie
opisują systemu pomocy ani skuteczności polityk integracyjnych, asymilacyjnych,
intencjonalnie charytatywnych, ale analizują doświadczenie gościnności jako
wydarzenie egzystencjalne, które cechowało współdzielenie przestrzeni,
zawieszenie rutynowej aktywności, asymetrię relacji, zmęczenie, ambiwalencję,
ulgę lub tęsknotę po rozstaniu.
Dom
rodzinny stał się tu laboratorium spotkania, które było nieprzewidywalne,
kruche, czasem bolesne, ale głęboko formujące osoby po obu stronach kultur i
narodów. To właśnie ta przedinstytucjonalna faza gościnności, która okazała się
relacyjną, personalistyczną, pozbawioną „instrukcji obsługi” wydaje się dziś
najcenniejszą a zarazem najbardziej zagrożoną w wyniku wewnątrzkrajowych sporów
politycznych.
Zachód
zna uchodźstwo inaczej. Doświadczenie wojny na Bałkanach, w Syrii, na Bliskim
Wschodzie czy w Afryce sprawiło, że charytatywna a solidarnościowa pomoc
została tam w dużej mierze zinstytucjonalizowana, wpisana w programy,
regulacje, kontrakty i metody zarządzania ryzykiem. Jest to zrozumiałe i w
wielu aspektach konieczne. Jednak wraz z tą racjonalizacją pomoc stopniowo
traciła swój wymiar egzystencjalny, stając się elementem politycznej gry o
bezpieczeństwo, stabilność i – niekiedy – o elektorat wrażliwy na cudze
cierpienie.
Polska
gościnność A.D. 2022 roku była inna nie dlatego, że była „lepszą”, lecz
dlatego, że późną w stosunku do powyższych. Weszła bowiem w doświadczenie
uchodźcze nie przez debatę polityczną, lecz przez bezpośrednie spotkanie z
wojną i traumą jej ofiar. Pytanie, które dziś powraca z rosnącą siłą, brzmi,
czy w procesie nieuniknionej instytucjonalizacji pomocy zdołamy ocalić sens tej
pierwotnej gościnności, zanim zostanie ona całkowicie wyziębiona przez
administrację i instrumentalizację polityczną.
Niniejsza
monografia zwraca uwagę na różnicę między relacją a gościnnością. Dotyka
zatem tego fenomenu, który uznajemy za fakt społeczny. Jest on
opisywany w literaturze socjologicznej, uznawany za poznawczo
istotny. Jednak relacja społeczna a gościnność, to są dwa różne statusy
poznawcze w wielokulturowych krajach od dziesiątek lat i w krajach jednolitych
kulturowo, narodowo.
W
anglosaskiej socjologii istnieją analizy relacji społecznych, obcości i
integracji, ale kategoria gościnności jako doświadczenia
egzystencjalno-kulturowego jest tam marginalna, rozproszona lub zastąpiona
podejściem systemowym (zob. Z. Bauman, A. Giddens, P. Sztompka). To, co w
książce Cekiery wybrzmiewa jako wydarzenie relacyjne, w teorii anglosaskiej
zostało w dużej mierze „odczarowane” i wbudowane w logikę nowoczesnego
zarządzania.
Otrzymujemy
rozprawę analizującą zjawisko masowego uchodźstwa, które cechuje się
niespodziewaną a nagłością wydarzenia, brakiem wcześniejszej normalizacji
doświadczania wielomilionowej migracji wojennej z Ukrainy oraz pierwszeństwem
relacji nad procedurami. Nie tylko polskie społeczeństwo weszło w doświadczenie
uchodźcze nie poprzez stopniowe uczenie się instytucjonalnych rozwiązań, lecz
poprzez bezpośrednie spotkanie z Innym w sytuacji granicznej – często w
przestrzeni prywatnej, pozbawionej języka. Z tego też powodu
badanie „gościnności późnego wejścia”, „spersonalizowanej
integracji” jest wkładem oryginalnych badań naukowych polskich
uczonych do dziedziny nauk społecznych na świecie.
W
dominującym nurcie socjologii nowoczesnej relacja jest
kategorią formalną lub nieformalną, symetryczną lub
asymetryczną, możliwą do utrwalania i modelowania w procesie socjalizacji,
inkulturacji. Relacja łączy podmioty, zachodzi w jakimś
systemie, środowisku, instytucji i daje się opisać przez role, pozycje,
interesy, zaufanie i wymianę. Jest zatem bezpieczna poznawczo, nie
wymaga wartościowania, zajęcia wobec niej stanowiska, a przy tym nie
warunkuje suwerenności badacza.
Natomiast gościnność nie
jest w tym sensie relacją, gdyż jest wydarzeniem. Ona nie jest
strukturą, zakłada asymetrię, ryzyko i naruszenie granic ludzkiej i
terytorialnej podmiotowości, gdyż dotyczy konkretnej osoby, jej domu,
czasu, zmęczenia. Gościnność nie jest neutralna, przez co jest
niewygodna dla badacza.
Anglosaska
socjologia społeczeństw otwartych „unika” fenomenu gościnności, gdyż
społeczeństwa zachodniej demokracji znacznie wcześniej stały się
wielokulturowe, szybciej przeszły od relacji do kontraktu i wcześniej
oddzieliły moralność prywatną od sfery publicznej. Dominacja języka
liberalnego w tradycji anglosaskiej ujmuje relację jako tożsamą z
interakcją jednostek, pomoc z polityką socjalną, polityką publiczną
a solidarność z mechanizmem redystrybucji środków pomocowych. Gościnność
została zinstytucjonalizowana (hospicja, ośrodki pomocy społecznej, obozy dla
uchodźców, akcja "Lekarze bez granic" itp.).
W
miejsce - przyjmij, spotkaj, ponieś koszt, pojawiło
się - wpłać, wesprzyj, zaufaj instytucji. Nie
chodzi o to, że fundacje, organizacje charytatywne czy Kościoły czynią coś
interesownie, ale że przejmują one ciężar moralny, pozwalając
jednostce zachować poczucie dobra bez wejścia w relację, a to
jest strukturalną ulgą dla ludzkich sumień. „Zimna gościnność”
, z którą spotykamy się w mediach społecznościowych czy w trakcie akcji
charytatywnych jest formą pomocy pozbawioną ryzyka relacyjnego.
Wystarczy
pozytywny lajk, przesłanie dalej błagalnego o pomoc wpisu czy zrealizowanie jej
przez transfer środków osobie potrzebującej, której nie widzimy, nie wchodzimy
w bezpośredni kontakt z nią. Delegujemy odpowiedzialność za udzielenie komuś
pomocy na aplikację, NGO, organizację charytatywną, odsuwając od siebie
doświadczanie czyjegoś cierpienia.
To
nie narusza naszej prywatności, nie
generuje zmęczenia, ambiwalencji postaw czy konieczności
reinterpretacji siebie. Zimna gościnność jest skuteczna
systemowo, bezpieczna moralnie, ale nie jest formacyjna, bowiem
nie zmienia człowieka, nie zmienia wspólnoty i nie zostawia śladu. Wpis na Fb
przykryty jest tysiącami innych.
Natomiast gościnność
jako dar, ryzyko, zawieszenie suwerenności gospodarza jest pojęciem
„podejrzanym”, bo wymyka się kalkulacji i kontroli. Dlatego książka
polskich socjologów jest tu tak „nieanglosaska”, bowiem autorzy "Pod
jednym dachem..." przywracają dom jako kategorię
analityczną, traktują relację jako doświadczenie graniczne, nie
oddzielają empatii od zmęczenia i nie separują pomocy od doświadczeń
biograficznych. Socjologia gościnności jest zakorzeniona kulturowo i
egzystencjalnie, przez co jest bliższa antropologii filozoficznej,
kulturowej, personalizmowi czy hermeneutyce relacji, niż
głównemu nurtowi anglosaskiej teorii społecznej.
Treść
tej rozprawy przypomniała mi „wskaźnik humanistyczny” Floriana Znanieckiego,
dla którego fakt społeczny nie istnieje „sam w
sobie”, lecz zawsze jako taki jest czyjś, przeżywany,
interpretowany. Gościnność idealnie wpisuje się w tę logikę. Nie da się
jej opisać bez odwołania do sensu nadawanego przez gospodarza i
gościa, nie istnieje bez rachunków sumienia i nie daje się „odjąć” od
doświadczenia.
Autorzy
tej książki poruszają swoimi badaniami najbardziej delikatny stan tak
pojmowanych relacji społecznych między osobami doświadczających na skutek
wojny różnych form jej opresji a tymi, które udzielają im schronienia.
Socjologia gościnności
w wydaniu autorów recenzowanej książki rejestruje drżenia sumienia,
poczucie wstydu, ulgi po rozstaniu, poczucia naruszenia czyjejś
prywatności, zmiany uprzednich funkcji własnego domu, a właśnie to
jest istotą gościnności. Dlatego różnica między relacją a gościnnością
jest różnicą poznawczą między opisem świata bez ponoszenia kosztów, a
jego opisem z ceną egzystencjalną udzielania gościnności.
Dominująca
socjologia relacji uczyniła świat społeczny poznawalnym, lecz bezpiecznym.
Gościnność – jako wydarzenie egzystencjalne, naruszające granice, wprowadzające
asymetrię i ryzyko – wymyka się temu paradygmatowi. Jej marginalizacja nie jest
przypadkowa: jest ceną, jaką nauka zapłaciła za neutralność. W epoce
delegowanej pomocy i zimnej solidarności pytanie o gościnność staje się
pytaniem nie tylko moralnym, lecz epistemologicznym: czy socjologia jest
jeszcze zdolna opisywać doświadczenie, które naprawdę coś kosztuje.
Z
badań empirycznych Cekiery, Kijonki i Żak można wyczytać bardzo wyraźne punkty
zwrotne, w których serdeczna, ciepła gościnność zaczęła
przechodzić w „zimną, czego autorzy nie nazywają wprost, ale ich decyzja
metodologiczna (oddanie głosu gospodarzom, narracyjna rekonstrukcja
doświadczenia) pozwala te progi wydobyć dla interpretacji. Wycofanie się z
ciepłej gościnności nie może być odczytywane jako porażka moralna.
Zdaniem Cekiery przejście
ku „zimniejszym” formom pomocy nie jest opisywane jako zdrada wartości, lecz
jako reakcja ochronna osób, które wcześniej weszły w relację pełnym
kosztem egzystencjalnym. Nie ma tu zatem cynicznej narracji, „zmęczenia
altruizmem”, ale z wypowiedzi respondentów wyłania się racjonalizacja
doświadczenia, które było zbyt intensywne, by je podtrzymywać bez
końca. Można zatem w analizowanych wypowiedziach wyczytać momenty
zmian sensu doświadczenia gościnności, progi ryzyka i punkty zwrotne ku
zdystansowanej gościnności, by zrozumieć powody, dla których dzielenie się
z uchodźczyniami własnym domem i rodziną nie w każdym przypadku mogło być
permanentnym stanem,
Pytając
o status samego badania nie chodzi o to, jak socjolodzy rozumieli gościnność,
lecz o granice ryzyka związane z jej zaistnieniem. Ta sytuacja prawdopodobnie
już się nie powtórzy, gdyż społeczeństwa uczą się unikać doświadczeń,
które tak wiele kosztują. Następnym razem wcześniej pojawią się procedury,
regulaminy, dystans, delegacja odpowiedzialności, toteż tym większa jest
wartość poznawcza i moralna tego, co zostało uchwycone „na gorąco”, zanim sens
gościnności zdążył w nas ostygnąć.
W
tym świetle "Pod jednym dachem" można czytać nie tylko jako
monografię socjologiczną, ani też narrację literacką czy sentymentalną, ale
jako książkę-pamięć. To jest zapewne także akt symbolicznego
uznania wobec tych Polaków, którzy bez nazwisk, bez kontraktów, bez
gwarancji postanowili pomóc uchodźczyniom z dziećmi, osobami starszymi, z
niepełnosprawnością. Oni nie „udzielali wsparcia”, lecz oddawali kawałek
własnego życia - czasu, przestrzeni, ciszy, snu, spokoju, włączyli obcych
w relacje rodzinne bez względu na koszty materialne i niematerialne.
W
tej gościnności stawką nie było heroizmu ani moralnej doskonałości, ale
ambiwalencja, zmęczenie, u niektórych ulga po rozstaniu, która wywołała z tego
powodu poczucie wstydu. Właśnie dlatego to doświadczenie jest tak cenne
poznawczo, że nie wszędzie było idealne, ale niewątpliwie było prawdziwe,
a przecież takie doświadczenia mają wartość formacyjną dla wspólnoty.
Jeśli
książka Cekiery ma stać się w jakiejś mierze darem podziękowania, to nie
przez patos ani normatywną ocenę, lecz przez nazwanie sensu tego, co się
wydarzyło, zanim zostanie to przykryte narracjami o „kosztach”, „zmęczeniu
społecznym” czy „konieczności racjonalizacji”. Nauka w tym ujęciu nie jest ani
neutralnym obserwatorem, ani narzędziem polityki. Jest formą pamięci
społecznej, która mówi: to się wydarzyło i miało znaczenie. Być
może właśnie taką rolę może odegrać ta książka nie tylko w Polsce, alei poza
nią, w Czechach, na Słowacji, w innych krajach, w których przyjęto uchodźców
wojennych.
Dziękuję
autorom, że dali świadectwo bolesnych wydarzeń wojny w Ukrainie, skoro
pomoc w krajach Europy Środkowo-Wschodniej nie była jeszcze rozwiązaniem
systemowym, a gościnność nie została oddzielona od kordialnej pedagogiki (vide
- Janusz Korczak, Maria Łopatkowa, Wasylij Suchomliński). Polscy socjolodzy nie
napisali tej rozprawy ze względu na ewaluację dyscyplin w szkolnictwie wyższym,
ani też po to, by idealizować polską gościnność. Nie pozwolili zniknąć temu
fenomenowi z przestrzeni badań społecznych. Nie każda gościnność musi
trwać, ale każda zasługuje na to, by zostać zrozumiana i zapamiętana, a
to już jest bardzo wiele.
(we współpracy z AI. ChatGPT 5.0).
