16 czerwca 2026

Optymalizacja nauki w Polsce?

 


 

Polityka Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego determinowana jest przede wszystkim przez ograniczone, na bardzo niskim poziomie źródła finansowania badań naukowych, pozorowanie troski rządu o ich umiędzynarodowienie, koncentrację zasobów w NCN i NCBiR, natomiast radykalnie pozbawia środków finansowych wspomagających aktywność badawczą pracowników uczelni. Pojawiające się mediach artykuły, informacje o raportach MNiSW odsłaniają to, co dzieje się „pod spodem” tych procesów, a więc niepewność i/lub brak poczucia sensu zatrudnienia w uczelni wyższej, ewaluacja dyscyplin naukowych, jakości kształcenia i zmieniające się kryteria oceniania nauczycieli akademickich, w tym administracyjne zarządzanie niedoborem.

Raport "Nauka Polska" (2025) jest technokratyczną optyką rekonstrukcji danych o systemie kształcenia i badań naukowych.  Deklaruje intencje władzy, że finansowanie nauki jest inwestycją w przyszłość, warunkiem konkurencyjnej gospodarki opartej na wiedzy oraz podstawą prowadzenia badań wysokiej jakości, która własną nieudolnością temu zaprzecza. 

Co z tego, że kolejne władze tego resortu wskazują na potrzebę systematycznego zwiększania budżetów instytucji finansujących naukę, aby większa liczba badaczy mogła realizować projekty? Jednocześnie autorzy raportu opierają większość analiz na danych z lat 2019–2024, które dotyczą finansowania projektowego przez MNiSW, NCN, NCBR i NAWĘ.

Naukę opisuje się przede wszystkim przez pryzmat systemu przepływu środków, wniosków, projektów, grantów, współczynników sukcesu i umiędzynarodowienia. Jest to dla władz i propagandy obraz empirycznie użyteczny, ale niepełny. Nie odpowiada bowiem wprost na pytanie: jaki koszt ponoszą akademicy pracujący w tym systemie?

Coraz częściej czytamy o nauczycielach akademickich, którzy są zmuszeni do ponoszenia kosztów realizacji obowiązujących ich zadań. Młody naukowiec musi jednocześnie projektować badania, publikować, prowadzić zajęcia, pisać wnioski o grant, budować własną rozpoznawalność i funkcjonować w niepewności zależnej od oceny, konkursu, budżetu uczelni albo zakończenia projektu. Nawet pozytywna ocena okresowa nie musi oznaczać automatycznej stabilizacji, toteż nauczyciele akademiccy żyją od oceny do oceny, od projektu do projektu a przy tym są obciążani licznymi przedmiotowo zajęciami dydaktycznymi.

Pojawia się próba korekty patologii ewaluacyjnej w nauce. Czytamy bowiem o nowym modelu oceny działalności naukowej, który jest najbliższy językowi reformy systemowej. Projektowana zmiana ma odejść od modelu skoncentrowanego głównie na wynikach dyscyplin, liczbie i punktacji publikacji, ku dwuelementowej ocenie: ewaluacji dyscyplin naukowych oraz eksperckiej ocenie potencjału jednostek akademickich. Do oceny mają wejść m.in. strategia rozwoju, jakość środowiska pracy, wsparcie kadry, przeciwdziałanie niepożądanym praktykom publikacyjnym, transfer wiedzy, popularyzacja nauki i stabilność kadrowa.

Za aktywnością kadr akademickich stoi coraz słabsza kultura akademicka, bo jest to raczej kultura przymusu, presji i krótkookresowej optymalizacji wyników niż rzeczywistej współpracy. Nowy model oceny próbuje zatem wskazać na to, że jakość nauki nie wynika wyłącznie z liczby projektów, punktów i środków, ale także z trwałości środowiska naukowego, odpowiedzialnej polityki kadrowej, etyki akademickiej i dojrzałości organizacyjnej.

Można powiedzieć, że nowy model oceny jest próbą przejścia od pytania: ile pozyskano? do pytania: w jakim środowisku i jakim kosztem to pozyskano? Na odpowiedź poczekamy do następnych raportów. 

 

15 czerwca 2026

Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom


Książka Stuarta Ritchiego odsłania rzeczywistą produkcję fikcji wewnątrz instytucji akademickich, które kulturowo i społecznie powinny służyć prawdzie a nie jej pozorowaniu. \

Tytuł Science Fictions jest dwuznaczny. Autorowi zapewne nie chodzi o fantastykę naukową, lecz o fikcje wytwarzane przez naukowców, których wyniki badań są niepowtarzalne. Rzecz dotyczy tych danych empirycznych, które zostały sfabrykowane przez autora jakiegoś raportu. 

Co z tego, że zostały one opracowane zgodnie z modelami statystycznymi?  Nauka nie sprowadza się do dowodzenia przez autorów rozpraw, że opanowali wiedzę z zakresu metod badań statystycznych. Coraz więcej publikacji - zdaniem tego autora - jest "napompowane" medialnie przez globalnych wydawców, którzy przekonują klientów, że publikuje się  rzekomo przełomowe odkrycie naukowe, choć jego przesłanki i wnioski są kruche teoretycznie czy/i metodologicznie.

Najważniejsza teza tej monografii brzmi: problemem nie są wyłącznie pojedynczy oszuści, choć oszustwa istnieją. Problemem jest cały ekosystem, który czasami premiuje nie prawdę, lecz sloty, nowość, cytowalność, grantowość, medialność i karierę, co kojarzymy z patologicznym habitusem akademickim.

Ritchie pokazuje cztery główne źródła deformacji nauki:

1. Oszustwo — fałszowanie danych, ilustracji, eksperymentów, wyników, a więc jest to najbardziej spektakularna forma patologii, co nie oznacza, że jest najczęstszą.

2. Stronniczość — dobieranie, interpretowanie i publikowanie wyników zgodnych z oczekiwaniami badacza/-ki, jego/jej światopoglądu, środowiska, redakcji albo dominującego paradygmatu.

3. Niedbalstwo — błędy metodologiczne, powierzchowna analiza danych, niestaranne procedury, brak rzetelnej replikacji badań.

4. Szum medialny — przekształcanie ostrożnych wyników w sensacyjne komunikaty: „przełom”, „rewolucja”, „dowiedziono”, „naukowcy odkryli”.

Dlatego patologia w nauce nie jest tu fantazmatem przeciwników akademii, ale jest empirycznie rozpoznawalnym zjawiskiem w środowisku naukowym. Ritchie nie pisze książki antynaukowej, a wprost przeciwnie, broni nauki przed jej własnymi deformacjami. 

Warto zwrócić uwagę na to bardzo ważne rozróżnienie. Krytyka patologii nauki nie jest krytyką nauki jako takiej, ale warunkiem jej ocalenia. Patologia w nauce nie jest science fiction, natomiast science fiction zaczyna się wtedy, gdy środowisko naukowe udaje, że patologii nie ma.

Monografia Ritchiego odsłania także mechanizm szczególnie groźny dla nauk społecznych i humanistycznych, które są najbardziej na nią podatne. Opublikowane rozprawy wcale nie muszą znaczyć, że są nośnikiem prawdy. Artykuł, monografia, afiliacja, grant, cytowania czy parametryzacja nie są jeszcze gwarancją poznawczej rzetelności. To są przejawy wytworów pracy nauczycieli akademickich, ale nie zawsze dowodzą one prawdy.

Z perspektywy pedagogiki akademickiej ta książka jest szczególnie cenna, bo pokazuje, że nauka potrzebuje nie tylko procedur, lecz także formacji moralnej badacza: uczciwości, pokory, gotowości do korekty, przyjęcia wyniku negatywnego, szacunku dla replikacji, odporności na pokusę autopromocji. Tej zaś jest nadmiar w social mediach.

Patologia w nauce nie utrzymuje się tylko dlatego, że istnieją nieuczciwi badacze, lecz dlatego, że środowisko akademickie często nie ma wystarczającej woli, odwagi ani interesu, by reagować na deformacje, które powstają wewnątrz własnej wspólnoty. Najbardziej bolesna jest tu nie sama obecność oszustwa, stronniczości czy niedbalstwa, lecz mechanizm milczącej lojalności instytucjonalnej.

Wielu/-e recenzentów/-ek przekonało się, że ujawnienie patologii oznacza nie tylko wskazanie „błędu” w artykule czy projekcie badawczym, ale wymaga naruszenia sieci zależności koleżeńskich, grantowych, promotorskich, recenzenckich, wydziałowych, redakcyjnych, rankingowych.  

Rzetelna recenzja ujawnia deformacje w czyjejś pracy akademickiej, przez co uderza nie tylko w konkretną osobę, lecz także w tych, którzy ją wcześniej legitymizowali: recenzentów, promotorów, współautorów, kierowników projektów, członków rady dyscypliny naukowej, redakcje czasopism, komisje konkursowe itp. Dlatego reakcja bywa opóźniana, rozmywana albo przenoszona na język proceduralny: „sprawa jest złożona”, „trzeba poczekać”, „nie mamy podstaw”, „to różnica interpretacyjna”, „nie należy szkodzić wizerunkowi jednostki”.

W tym sensie patologia nauki ma charakter relacyjny i systemowy, bowiem nie jest tylko czynem sprawcy, lecz także skutkiem ochronnej ciszy otoczenia. Wydana z fundamentalnymi błędami monografia pokazuje, że nauka ma formalnie mechanizmy autokorekty, korekty redakcyjnej: recenzje, replikacje, korekty, retrakcje, komisje etyczne, jawność danych. Jednocześnie dowodzi, że te mechanizmy działają słabo, gdy wchodzą w konflikt z interesem instytucji, prestiżem środowiska albo karierami ludzi, którzy już zajęli mocne pozycje. Chroniąc patologiczną rozprawę, ukrywa się zarazem jej recenzentów wydawniczych.

Pedagogika akademicka nie powinna badać tylko patologii wychowania, szkoły czy polityki oświatowej, ale również umieć spojrzeć na własne środowisko jako przestrzeń socjalizacji do konformizmu, oportunizmu i milczenia. Z tej perspektywy deformacja nauki nie jest incydentem, lecz testem kultury akademickiej. 

Można sformułować pytanie - Czy wspólnota naukowa potrafi być lojalna wobec prawdy bardziej niż wobec własnych kadr? I tu odpowiedź autora recenzowanej monografii jest pesymistyczno-realistyczna: często nie potrafi. Nie dlatego, że wszyscy są nieuczciwi, lecz dlatego, że system nagradza produktywność, widzialność i prestiż, a karze tych, którzy zakłócają wygodną fikcję normalności. 

Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom, lecz także dzięki życzliwym obserwatorom, ostrożnym recenzentom, milczącym współpracownikom i władzom uczelni, które bardziej boją się skandalu niż nieprawdy. Diagnoza autora książki nie odbiera sensu nauce. Ona raczej odbiera złudzenie, że sama instytucjonalna przynależność do świata akademickiego automatycznie chroni przed konformizmem, interesownością, tchórzostwem czy moralną ślepotą.

Smutne jest to, że nauka, która ma uczyć odwagi prawdy, często sama boi się prawdy o sobie. Nie jest to jednak powód do rezygnacji z krytyki naukowej, ale przypomnienie, że ethos akademicki nie polega na obronie środowiska za wszelką cenę, lecz na obronie sensu poznania, także wtedy, gdy wymaga to bolesnego spojrzenia na własne praktyki, własne recenzje, własne awanse, własne milczenia. Najważniejsze dla władz akademickich są trzy argumenty, które można wyłonić  z rozprawy Ritchiego.

Pierwszym powodem niezadowolenia z badań w naukach społecznych jest kryzys replikacji badań w naukach społecznych. Od lat zwracają na to uwagę krytycy badań psychologicznych, skoro 99 proc. z nich jest niereplikowalna. To jest trudny argument do zlekceważenia, bo nie dotyczy intencji badaczy, lecz weryfikowalności poprawności uzyskanych przez nich wyników. Jeśli badań nie da się powtórzyć, jeśli efekty znikają przy ponownym teście, jeśli całe obszary wiedzy opierają się na kruchych podstawach, to nie mamy sporu światopoglądowego, lecz problem epistemologiczny.

Drugi powód dotyczy stronniczości publikacyjnej i p-hackingu. Ritchie pokazuje, że nauka może produkować pozór pewności nie dlatego, że ktoś jawnie fałszuje dane, ale dlatego, że system preferuje wyniki pozytywne, efektowne, „nowe”, statystycznie atrakcyjne. To jest szczególnie groźne, bo deformacja nie wygląda jak przestępstwo, ale jawi się jako normalna praktyka akademicka.

Trzecim powodem są błędy instytucjonalne. Dostrzeżenie ich pozwala wyjść poza personalne oskarżenia, aczkolwiek nie usprawiedliwia wykorzystywania przez niektórych nauczycieli akademickich okazji do nadużyć. Problemem nie jest wyłącznie „nierzetelny pracownik naukowy”, ale system, który nagradza za wskaźniki bardziej niż rzetelność, szybkość bardziej niż kontrolę, cytowalność bardziej niż prawdę, a prestiż czasopisma bardziej niż solidność danych.

Szczególnie ważne są przejawy patologii z medycyny, psychologii, edukacji, terapii, zdrowia publicznego czy polityk publicznych. Jeśli nierzetelne badania wpływają na leczenie, programy profilaktyczne, decyzje ministerstwa edukacji, diagnozy psychologiczne, politykę oświatową czy finansowanie reform, to przestają być „wewnętrzną sprawą akademii”.  Autor książki nie pisał jej dla obrony wizerunku nauki, lecz upomina się o konieczność obrony jej zdolności do samonaprawy. Moim zdaniem jest ona niemożliwa w Polsce, bo proces ustrojowego niszczenia zaszedł już zbyt daleko. 

14 czerwca 2026

NCN ogranicza reprodukcję grantowej oligarchii

 

(Ilustracja wygenerowana z pomocą AI (ChatGPT / DALL·E) według koncepcji autora)



"Rada Narodowego Centrum Nauki informuje o planowanych działaniach mających na celu dostosowanie zasad udziału w konkursach NCN do aktualnych wyzwań związanych z rosnącą liczbą wniosków oraz zwiększającymi się kosztami realizacji projektów przy utrzymującym się ograniczonym budżecie Centrum. 

W ostatnich latach NCN obserwuje systematyczny wzrost liczby składanych wniosków, co powoduje, że wskaźnik sukcesu utrzymuje się na niskim poziomie. W konsekwencji znacząco rośnie też obciążenie organizacyjne Centrum oraz ekspertów oceniających aplikacje, co stwarza realne zagrożenie dla utrzymania wysokiej jakości i terminowości procesu oceny. Istotnym wyzwaniem jest stale rosnąca kosztochłonność badań, co dodatkowo ogranicza liczbę projektów możliwych do sfinansowania, w tym projektów bardzo wysoko ocenionych.

W obliczu tych wyzwań Rada NCN planuje wprowadzenie bardziej selektywnych mechanizmów konkursowych, które wpłyną na ograniczenie liczby składanych wniosków i jednocześnie zachęcą naukowców doświadczonych w realizacji grantów NCN do większej aktywności w pozyskiwaniu środków na badania w programach europejskich. Pozwoli to także na dywersyfikację źródeł finansowania badań oraz utrzymanie dostępności oferty konkursowej NCN dla badaczy na wszystkich etapach kariery naukowej.

Rada NCN planuje wdrożenie następujących rozwiązań:

Od roku 2027: wprowadzenie ograniczeń w liczbie składanych wniosków w konkursach NCN. Ta sama osoba będzie mogła być wskazana jako kierownik projektu tylko w jednym wniosku złożonym w konkursach NCN w ciągu danego roku kalendarzowego. 

Od roku 2028: wprowadzenie ograniczenia udziału w konkursie OPUS. Kierownik projektu, który w ciągu ostatnich 10 lat otrzymał co najmniej dwa granty OPUS, będzie mógł wystąpić z kolejnym wnioskiem w konkursie OPUS pod warunkiem wcześniejszego złożenia wniosku w programach ERC (na zasadach zbliżonych do obowiązujących w konkursie MAESTRO).

Szczegółowe regulacje oraz przepisy związane z wdrożeniem zmian Rada NCN przyjmie jesienią bieżącego roku. Jednocześnie Rada NCN nie wyklucza, że wprowadzone ograniczenia będą miały charakter czasowy i zostaną zmodyfikowane, jeżeli budżet Centrum zostanie znacząco zwiększony". 

*** 

Komunikat NCN można czytać nie tylko jako techniczną korektę zasad konkursowych, lecz jako symptom wyczerpania modelu finansowania badań podstawowych w Polsce. Władze NCN mówią językiem racjonalizacji: rośnie liczba wniosków, rosną koszty badań, budżet pozostaje ograniczony, więc trzeba zmniejszyć presję na system oceny. Ale za tym językiem kryje się głębszy mechanizm: skoro państwo nie zwiększa wystarczająco środków, agencja musi ograniczać dostęp do konkursów.

Raport Nauka w Polsce (OPI PIB/MNiSW, 2025) dostarcza tu twardego tła. W latach 2019–2024 w krajowych konkursach NCN złożono ponad 63 tys. wniosków, finansowanie otrzymało 12 616, czyli średnio co piąty. Liczbowy współczynnik sukcesu wyniósł 20%, a finansowy 19%. Raport pokazuje też, że stagnacja finansowa NCN i wzrost kosztochłonności badań bezpośrednio przełożyły się na spadek współczynników sukcesu; w pierwotnych rozstrzygnięciach z 2023 r. finansowanie uzyskało tylko 16% wniosków. Dopiero dodatkowe 200 mln zł w 2024 r. pozwoliło podnieść ten wskaźnik do 18%.

W tym sensie komunikat Rady NCN jest bardzo znamienny. Rada zapowiada, że od 2027 r. ta sama osoba będzie mogła być kierownikiem tylko jednego wniosku NCN rocznie, a od 2028 r. kierownik, który w ostatnich 10 latach otrzymał co najmniej dwa granty OPUS, będzie mógł złożyć kolejny wniosek OPUS dopiero po wcześniejszym aplikowaniu do ERC. To rzeczywiście wygląda jak próba wypchnięcia najbardziej doświadczonych, „grantowo sprawnych” badaczy ku finansowaniu europejskiemu.

Gdyby istotą tego planu było ograniczenie reprodukcji grantowej oligarchii, ale towarzyszyło temu realne i znaczące zwiększenie budżetu NCN, to mógłbym wyrazić lekką aprobatę. Granty, ewaluacja i umiędzynarodowienie mają budować doskonałość polskiej nauki, ale bez stabilnego finansowania, bez uczciwej polityki kadrowej i ochrony młodych badaczy. Nadal ten system będzie reprodukować selekcję, wypalenie i odpływ talentów.