W jednym z najnowszych tekstów publicystycznych za "Forum Akademickim" poświęconych sytuacji materialnej
nauczycieli akademickich pojawia się ton, który w polskich realiach
akademickich brzmi niemal jak groteska: oto bowiem profesorowie uczelni
publicznych — po kolejnej, symbolicznej „podwyżce” — mają rzekomo należeć do
grupy relatywnego dobrobytu, a ich pozycja finansowa ma nie odbiegać istotnie
od standardów międzynarodowych. Narracja ta, podszyta uspokajającym optymizmem
i językiem „systemowych uwarunkowań”, zasługuje nie na polemikę emocjonalną,
lecz na chłodną dekonstrukcję empiryczną.
Najwyższy czas na zdymisjonowanie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz na generalny strajk akademicki. Problemem nie jest to, że profesorowie w Polsce zarabiają „mało” w sensie
absolutnym, ale to, że oczekuje się od nich rywalizacji w
globalnym polu naukowym, dysponując kapitałem finansowym i instytucjonalnym
charakterystycznym dla peryferii systemu światowego.
To jest bezczelne informowanie o rzekomej „podwyżce”, która niczego nie zmienia.
Minimalne
wynagrodzenie zasadnicze profesora uczelni publicznej w Polsce ma wynosić od
2026 roku 9 650 zł brutto miesięcznie. Wzrost o około 3% (w stosunku do grudnia 2024 roku!) przedstawiany jest
jako dowód troski państwa o środowisko akademickie. Jednak już na tym poziomie
narracja ta ujawnia swój pozorny charakter.
Po
pierwsze, mówimy o minimum ustawowym, które w praktyce jest nie tylko
punktem odniesienia, ale bardzo często realnym poziomem wynagrodzenia znacznej
części profesury.
Po drugie, wzrost ten nie kompensuje nawet inflacyjnej erozji wynagrodzeń z
ostatnich lat, a tym bardziej nie zmienia pozycji strukturalnej profesji w
systemie gospodarczym.
Jednak
kluczowe nie jest to, ile wynosi ta kwota w złotych. Kluczowe jest to, jaką
ma realną siłę nabywczą i jak wypada w porównaniach międzynarodowych.
Zwracam uwagę na siłę nabywczą płac w uczelniach państwowych, by zdemistyfikować mit jakoby w Polsce było taniej, więc po co godnie nagradzać profesorów i adiunktów.
Po
przeliczeniu wynagrodzeń full profesorów na international dollars (PPP)
— czyli jednostkę pozwalającą porównywać realną siłę nabywczą między krajami —
obraz staje się jednoznaczny i brutalny, a kompromitujący kolejna formację władzy w Polsce.
Wykres 1. „Światowa drabina profesorska” (PPP, international $/miesiąc) dla 7 krajów:
Polska, Hiszpania, Estonia, Czechy, Japonia, USA, Singapur (źródło: AI 2026)
Profesor
uczelni publicznej w Polsce dysponuje realnym dochodem rzędu ok. 4 600
international $ miesięcznie.
Dla
porównania:
- Czechy: ok. 6 300 int.$
- Estonia: ok. 6 000 int.$
- Hiszpania: ok. 5 900 int.$
- Japonia: 6 000–8 000 int.$
- USA: 10 000–13 000 int.$
- Singapur: 14 000–18 000 int.$
To
oznacza, że nawet po uwzględnieniu różnic kosztów życia polski profesor
pozostaje o 25–30% poniżej poziomu krajów Europy Środkowej i Południowej, i
ponad dwukrotnie poniżej realnej siły nabywczej profesury w krajach rdzenia
globalnej nauki.
Argument
o „niższych kosztach życia” nie tylko nie ratuje tej narracji — on ją ostatecznie
kompromituje.
Mamy być konkurencyjni bez kapitału, a to jest systemowy paradoks. Chyba, że ktoś będzie członkiem partii władzy i otrzyma lukratywną pracę poza uczelnią lub dodatkowo.
W
tym miejscu dochodzimy do sedna absurdu, który tak wyraźnie przebija z
entuzjastycznych komentarzy o „dobrobycie” polskich profesorów.
Otóż
MNiSW oraz instytucje oceniające naukę oczekują od polskich uczonych:
- publikowania w tych samych
czasopismach,
- rywalizacji o te same granty,
- budowania międzynarodowych zespołów,
- spełniania identycznych wskaźników
parametrycznych,
jakich
wymaga się od badaczy funkcjonujących w systemach, gdzie profesura dysponuje
2–4-krotnie większym kapitałem ekonomicznym i infrastrukturalnym.
Nie
jest to już kwestia indywidualnej zaradności czy „etosowej motywacji”. Jest to problem
strukturalnej nierówności pola naukowego, w którym polska akademia
funkcjonuje jako dostarczyciel taniej pracy intelektualnej, a nie równorzędny
partner.
Jeśli ktoś chce w pełni zrozumieć absurd resortowej narracji o „dobrobycie” polskich profesorów i
oczekiwaniach wobec ich globalnej konkurencyjności, konieczne jest wyjście poza
poziom prostych porównań płacowych i sięgnięcie do aparatu pojęciowego
socjologii pola naukowego. W tym kontekście szczególnie użyteczna pozostaje
koncepcja Pierre’a Bourdieu, zwłaszcza jego rozróżnienie kapitału
ekonomicznego, kulturowego i symbolicznego oraz pojęcie pola jako
struktury relacyjnej.
Pole
naukowe — wbrew deklaracjom o jego uniwersalizmie — nie jest przestrzenią
równej konkurencji. Jest polem hierarchicznie ustrukturyzowanym, w
którym pozycje aktorów zależą od ilości i struktury posiadanego kapitału.
Kapitał ekonomiczny (wynagrodzenia, stabilność zatrudnienia, infrastruktura
badawcza) nie jest tu elementem zewnętrznym, lecz warunkiem możliwości
akumulacji kapitału symbolicznego, czyli prestiżu, cytowalności,
rozpoznawalności i zdolności do narzucania obowiązujących kryteriów
doskonałości naukowej.
W
tym sensie polska profesura funkcjonuje w warunkach peryferyjności
strukturalnej. Nie dlatego, że produkuje wiedzę gorszej jakości, lecz
dlatego, że działa w polu, w którym reguły gry ustanawiane są przez centra
dysponujące nieporównanie większym kapitałem ekonomicznym i instytucjonalnym.
Oczekiwanie, że aktorzy peryferyjni będą konkurować na tych samych zasadach,
przy radykalnie asymetrycznych zasobach, jest klasycznym przykładem tego, co
Bourdieu określał mianem symbolicznej przemocy — przemocy niewidzialnej,
bo ukrytej pod pozorem neutralnych procedur i „obiektywnych wskaźników”.
Narracja
o „wystarczającym” poziomie wynagrodzeń profesorów pełni w tym układzie funkcję
legitymizującą. Skoro bowiem formalnie spełnione są minimalne standardy bycia
„klasą średnią”, to wszelka krytyka może zostać zredukowana do indywidualnego
niezadowolenia, a strukturalny deficyt kapitału — do problemu motywacji lub
zarządzania czasem. W ten sposób niedobór ekonomiczny zostaje przekształcony
w moralne zobowiązanie do heroizmu, a peryferyjność — w cnotę skromności.
Tymczasem
w logice pola naukowego kapitał symboliczny nie jest nagrodą za wysiłek, lecz rezultatem
długotrwałej akumulacji zasobów, możliwej tylko w warunkach stabilności
materialnej. Profesor, który musi permanentnie kompensować deficyt ekonomiczny
dodatkowymi zajęciami dydaktycznymi, administracyjnymi lub pozauczelnianymi,
traci nie tylko czas, ale przede wszystkim zdolność uczestnictwa w grze o
najwyższą stawkę — definiowanie problemów badawczych, agendy dyscypliny i
kryteriów doskonałości.
W
tym sensie polska akademia nie tyle „przegrywa konkurencję”, ile została
wpisana w rolę podporządkowaną, w której oczekuje się od niej
internalizacji reguł ustalanych gdzie indziej, bez realnej możliwości ich
współtworzenia. Zachwyt nad rzekomym dobrobytem profesury jest więc nie tylko
empirycznie fałszywy, ale teoretycznie naiwny: ignoruje bowiem fakt, że symboliczna
równość w polu naukowym bez ekonomicznej równoważności jest jedynie
ideologiczną fikcją.
Język samozadowolenia władz MNiSW stał się narzędziem dyscyplinowania akademików.
Szczególnie
niepokojące jest to, że narracja o rzekomym dobrobycie profesury pełni funkcję dyscyplinującą.
Skoro „nie jest tak źle”, skoro „na tle kraju to i tak elita”, to:
- każda krytyka może być uznana za
roszczeniowość,
- każda próba porównania
międzynarodowego — za „oderwanie od realiów”,
- każda refleksja strukturalna — za
narzekanie.
W
ten sposób język publicystyki zastępuje analizę polityki naukowej, a
statystyka krajowa wypiera porównania systemowe. To nie jest niewinny błąd
interpretacyjny. To jest mechanizm normalizacji peryferyjności.
Tymczasem nie
istnieje coś takiego jak konkurencyjna nauka bez konkurencyjnych warunków
pracy.
Nie istnieje globalna rywalizacja bez porównywalnego kapitału ekonomicznego.
Nie istnieje prestiż profesury tam, gdzie jej materialne podstawy lokują ją
poniżej poziomu europejskiego minimum.
Dlatego
zachwyt nad „dobrobytem” polskich full profesorów nie jest tylko intelektualnie
nieuczciwy. Jest szkodliwy systemowo, bo legitymizuje trwanie w modelu,
w którym od polskiej akademii oczekuje się ambicji centrum przy zasobach
peryferii. A
to nie jest strategia rozwoju. To jest strategia zarządzania niedoborem poprzez narrację troski władz państwowych o kulturę akademicką i poziom sukcesów naukowych.
Ranking wynagrodzeń profesorów tytularnych w poniższych krajach:
| Miejsce | Kraj | int.$ / mies. | Relacja do Polski |
|---|
| 1️⃣ | Singapur | ~14 000 – 18 000 | 3,0 – 3,9× |
| 2️⃣ | Stany Zjednoczone | ~10 000 – 13 000 | 2,2 – 2,8× |
| 3️⃣ | Japonia | ~6 000 – 8 000 | 1,3 – 1,7× |
| 4️⃣ | Czechy | ~6 300 | 1,37× |
| 5️⃣ | Estonia | ~6 000 | 1,31× |
| 6️⃣ | Hiszpania | ~5 930 | 1,29× |
| 7️⃣ | Polska | ~4 600 | 1,00× |
„Podwyżka” rzędu 3 proc. w 2026 nie zmienia mapy świata:
- nie przesuwa Polski ani o jedno
miejsce,
- nie skraca dystansu do Japonii,
- utrwala
dystans do USA i Singapuru.
Profesor
uczelni publicznej w Polsce po „podwyżce” w 2026 roku zarobi rocznie tyle, ile jego
odpowiednik w USA w… dwa miesiące. Koszty życia i system
podatkowy mocno zmieniają realną siłę nabywczą.
Pozycja profesora w strukturze państwa. Dla porównania:
-
dyrektor departamentu w administracji państwowej: 20–30 tys. zł miesięcznie
-
sędzia / prokurator: 18–25 tys. zł
-
menedżer średniego szczebla w sektorze prywatnym: 20–40 tys. zł
Profesor już nie jest nawet formalną elitą, ale prekariatem finansowym, bo dzięki temu rząd może kontynuować politykę populizmu. Czyżby konieczny był ogólnopolski strajk akademicki? Czy może urzędujący ministrowie i wice- podadzą się do dymisji?
***
Purchasing power parity data expose a stark and politically inconvenient reality: Polish full professors rank at the bottom of the European academic ladder and far outside the global core. In real terms, their monthly income amounts to roughly 4,600 international dollars—around 30 per cent less than in neighbouring Czechia or Estonia, and more than two to three times lower than in Japan, the United States or Singapore. Yet Poland’s science policy continues to demand performance according to identical global metrics, publication regimes and competitiveness standards. This is not meritocracy but structural hypocrisy: a system that proclaims international excellence while systematically underfunding the very actors expected to deliver it. Official claims about the “relative prosperity” of Polish professors do not withstand comparative scrutiny; they function instead as political narrative management, masking the long-term peripheralisation of academic labour.
***
(Dziękuję AI za pozyskanie danych i tłum. notatki)