08 czerwca 2026

Postulat de lege ferenda

 



Chaos legislacyjny w resorcie nauki jest ewidentny. Ponad 2,5 roku urzędnicy wraz z KEN nie byli w stanie przygotować nowego zaktualizowanego wykazu czasopism. 

Ministerstwo ogłosiło bowiem w dniu 2 czerwca 2026, że nowy wykaz czasopism naukowych NIE wejdzie w życie w 2026 r., tylko dopiero na początku 2027 r.

Gdyby minister podpisał wykaz jeszcze w 2026 r., to obowiązywałby wstecznie przy następnej ewaluacji, co byłoby niekorzystne dla części naukowców, którzy planowali publikacje według wciąż obowiązujących zasad i kryteriów.

Co to znaczy dla każdego naukowca? Punktacja za artykuły w czasopismach zostaje bez zmian przez cały 2026 r. Mamy zatem czas, żeby dostosować swoje plany publikacyjne do nowych zasad dopiero od 2027 r. Jak je dostosować, skoro nie znamy warunków? 

Datą graniczną, według której sprawdza się, które czasopisma są w wykazie (Scopus, Web of Science, DOAJ, ERIH+ i inne), będzie 1 lipca 2026 r. 

Następna ewaluacja dyscyplin ma objąć okres 2026-2029.  Brak zaktualizowanej punktacji czasopism i wydawców sprawia, że będą liczyć się punkty, które zostały przypisane czasopismom i ich wydawcom  w okresie do 2025 roku, a więc na obecnym poziomie. 

W tej sytuacji rok 2026 powinien być de lege ferenda, żeby znowelizowane zasady punktacji czasopism w zaktualizowanym wykazie MNiSW obowiązywały dopiero od 2027 do 2030 roku.  Mamy sytuację, w której:

  • Stary wykaz czasopism i wydawnictw de facto wygasł, bo nowe rozporządzenie go uchyla
  • Nowy wykaz jeszcze nie istnieje, bo ponoć pojawi się dopiero w 2027 roku
  • Ewaluacja już się zaczęła, gdyż okres 2026–2029 biegnie od 1 stycznia 2026 r.

Rok 2026 jest więc rokiem, w którym naukowcy publikują, ale nikt nie wie, według jakich ostatecznych reguł wyniki ich pracy naukowej zostaną ocenione. To nie jest normalne vacatio legis, to jest po prostu luka w systemie spowodowana nieodpowiedzialną pracą urzędników, także członków KEN. 

Obecne rozwiązanie tworzy okres ewaluacyjny, który zaczyna się przed wejściem w życie reguł, według których będą oceniane osiągnięcia naukowców, co jest legislacyjną niekonsekwencją i może być podstawą do kwestionowania wyników przyszłej ewaluacji przez jednostki na tym tracące.

07 czerwca 2026

Wartości referencyjne dyscypliny naukowej PEDAGOGIKA

 



Co kilka lat ministerstwo ocenia każdy wydział/instytut osobno w każdej dyscyplinie i przyznaje mu kategorię naukową: A+, A, B+, B lub C. Od tej kategorii zależy m.in. wysokość dotacji, prawo do nadawania stopnia naukowego doktora czy także doktora  habilitowanego, a zatem i prestiż jednostki akademickiej.

Żeby przyznać kategorię, trzeba mieć jakiś punkt odniesienia, a tym właśnie są wartości referencyjne, czyli konkretne progi punktowe, które określają: „żeby dostać kategorię A, trzeba w swojej dyscyplinie osiągnąć co najmniej tyle i tyle punktów" za publikacje, granty i wpływ społeczny.

Jak to działa w praktyce?

Każda jednostka zbiera punkty w trzech obszarach:

1.     Publikacje (artykuły, monografie) — waga największa, zwykle 50–70%

2.     Granty i przychody z badań — waga 10–35% zależnie od dziedziny

3.     Wpływ na społeczeństwo i gospodarkę (tzw. impact) — waga 15–20%

Następnie wynik jednostki porównuje się z wartościami referencyjnymi dla danej dyscypliny. Jeśli przekroczysz próg dla A — dostajesz A. Jeśli nie dobijasz do B — dostajesz C.

Co nowego ogłoszono 2 czerwca 2026 r.?

Minister zatwierdził konkretne liczby progów dla wszystkich dyscyplin. Dla przykładu — w dokumencie pojawia się fragment dotyczący pedagogiki:

  • Kategoria A: ~292 pkt (publikacje), ~8,6 pkt (granty), ~80 pkt (wpływ)

  • Kategoria B+: ~230 pkt, ~6,8 pkt, ~63 pkt

  • Kategoria B: ~135 pkt, ~4 pkt, ~37 pkt

Każda dyscyplina ma swój własny zestaw takich liczb.

Dlaczego jest to ważne dla nauczycieli akademickich nie tylko w jednej uczelni?

Bezpośrednio może nie robić różnicy w codziennej pracy, ale:

  • Kategoria zatrudniającej jednostki wpływa na jej finansowanie i uprawnienia (np. do nadawania stopni)
  • Jeśli jednostka spadnie do C, mogą pojawić się restrukturyzacje i zwolnienia
  • Znajomość progów pozwala kierownictwu świadomie planować strategię publikacyjną — i wiedzieć, czy np. warto bardziej naciskać na granty, czy na publikacje w dobrych czasopismach

Progi obowiązują do następnej ewaluacji, więc teraz każda jednostka wie dokładnie, do czego dąży.


06 czerwca 2026

Promotor przed sesją, czyli o tym, czego nie widać w pracy dyplomowej

 


(Ilustracja: wygenerowana z pomocą narzędzia AI ChatGPT / DALL·E według koncepcji autora,
3 czerwca 2026).



Zbliża się sesja. Każdy student i nauczyciel akademicki postrzega ją jako szczególny czas w uczelnianym kalendarzu. Uniwersyteckie korytarze zaczynają gęstnieć od nerwowego oczekiwania, a skrzynki mailowe promotorów puchną od plików o nazwach: „ostateczna wersja”, „ostateczna poprawiona”, „ostateczna naprawdę”, „wersja finalna po poprawkach 3” itp. Student oddycha z ulgą, bo „już napisał”. Promotor oddycha ostrożnie, bo wie, że to dopiero początek końca.

Praca dyplomowa ma tę osobliwą cechę, że bardzo często wygląda na gotową, chociaż naprawdę taką nie jest. Ma stronę tytułową, spis treści, rozdziały, przypisy, bibliografię, aneks, a w nim narzędzia badań. Z zewnątrz przypomina akademicki dom. Dopiero po wejściu do środka okazuje się, że czasem drzwi prowadzą donikąd, schody kończą się w połowie piętra, a w salonie stoi wanna, bo student uznał, że „też pasuje do tematu”.

Nie chodzi jednak o złośliwość. Przeciwnie. Większość prac dyplomowych powstaje z autentycznego wysiłku, niepewności i ambicji. Studenci najczęściej chcą pisać dobrze. Tyle że nie zawsze wiedzą, na czym polega to „dobrze” w pracy dyplomowej. Promotor zaś, przytłoczony liczbą prac, zajęć, recenzji, zebrań i administracyjnych rytuałów, nie zawsze ma czas zatrzymać studenta we właściwym momencie. Ten zaś pojawia się wcześniej, niż zwykle sądzimy: nie przy korekcie przecinków, lecz przy pierwszym pytaniu — co właściwie chcesz zbadać? Na jakie pytanie chciał(a)byś znaleźć odpowiedź? 

To pytanie wydaje się banalne, ale jest najważniejsze. Zbyt wiele prac grzęźnie w potoczności nie dlatego, że student nie umie pisać, lecz dlatego, że nie wie, gdzie kończy się temat, a zaczyna jego zarys. Tytuł obiecuje jedno, cel pracy mówi drugie, pytania badawcze sugerują trzecie, ankieta bada czwarte, a wnioski dotyczą piątego, zaś wszystko to dzieje się w dobrej wierze.

Student pisze: „wpływ X na Y uczniów”, ale przeprowadza niewielką obserwację i ankietę, które mogą pokazać raczej postrzeganie zajęć niż rzeczywisty wpływ w sensie naukowym. Inny pisze o „skuteczności czegoś”, ale bada na ten temat opinie, a nie realne efekty rozwojowe. Jeszcze inny zapowiada analizę określonego zjawiska, po czym okazuje się, że najżywsza pamięć respondentów dotyczy czegoś innego. To nie są katastrofy, ale miejsca, w których promotor powinien zapalić małą lampkę metodologiczną.

W pracach dyplomowych z psychologii, socjologii i pedagogiki studenci wpadają w powyższą pułapkę językową. Powinni wyraźniej rozróżnić dwa poziomy użycia pojęcia „wpływ”:

1.     wpływ jako kategoria metodologiczna — wtedy wymagałby projektu badawczego pozwalającego uchwycić zależności przyczynowe lub przynajmniej silniej kontrolowane relacje między zmiennymi;

2.     wpływ jako kategoria potoczno-opisowa — obecna w języku publicznym, medialnym i codziennym, gdzie oznacza raczej oddziaływanie, inspirację, sugestię, podatność, identyfikację, naśladowanie albo deklarowane znaczenie danej osoby czy treści. 

Skoro problem główny jest pytaniem dopełnienia, to warto konsekwentnie zastępować to pojęcie terminami bardziej adekwatnymi do przyjętej procedury badawczej: deklarowane znaczenie, postrzegane oddziaływanie, inspiracja, identyfikacja, modelowanie zachowań, samoocena relacji. Przy pytaniu dopełnienia główny problem badawczy ma charakter opisowo-rozpoznawczy, a nie zależnościowy. Nie pytamy zatem: „czy X wpływa na Y?”, „w jakim stopniu X warunkuje Y?”, „jaki jest związek między X a Y?”, lecz raczej: „jak X postrzega…?”, „jakie znaczenie przypisuje…?”, „w jakich obszarach dostrzega rolę…?”, „jakie deklaracje formułuje…?”

W takim układzie nie ma podstaw do mówienia o korelacji, zależności przyczynowej ani wpływie w sensie metodologicznym. Można natomiast mówić o strukturze odpowiedzi, deklarowanych doświadczeniach, częstości wskazań, sposobach interpretowania zjawiska przez badanych, ewentualnie o tendencjach w badanej próbie.

W pracy dyplomowej największym grzechem nie jest skromność badań, ale udawanie, że skromne badanie mówi więcej, niż może powiedzieć.

Promotor powinien więc przypominać studentowi: ankieta nie mierzy wszystkiego, wywiad nie daje reprezentatywności, studium przypadku nie uprawnia do generalizacji, deklaracja nie jest faktem, opinia nie jest dowodem skuteczności, a korelacja nie jest wpływem. To jest kwestia uwrażliwiania studentów w zakresie uczciwości poznawczej, której także powinni się nauczyć.

Druga rzecz, która wymyka się uwadze, to pedagogiczna tożsamość pracy. Studenci często wybierają tematy ważne społecznie, ale temat pedagogiczny nie staje się takim tylko dlatego, że dotyczy dziecka, ucznia, szkoły, nauczyciela albo rodzica. 

Praca pedagogiczna powinna odpowiedzieć na pytanie: co z tego wynika dla wychowania, nauczania, opieki, terapii, relacji, instytucji edukacyjnej albo pracy nauczyciela? Bez tego łatwo zamienić pedagogikę w publicystykę społeczną, psychologię potoczną, przegląd raportów albo katalog dobrych intencji.

Warto zapytać o klimat szkoły, odpowiedzialność wychowawczą, milczenie instytucji, język nauczycieli, procedury bezpieczeństwa czy dotknąć praktyki edukacji przedszkolnej, socjalizacji w rodzinie, infrastruktury opiekuńczo-wychowawczej, barier, nauczycielskich nawyków itp. Promotor powinien zatem pytać nieustannie: gdzie w tej pracy jest pedagogika?

Nie jako dekoracja, nie jako słowo w tytule rozprawy czy we wprowadzeniu do niej, nie jako cytat z podstawy programowej kształcenia ogólnego itp. Pedagogika musi być sposobem widzenia interesującego nas problemu.

Trzecia kwestia dotyczy teorii czy teoretycznych podstaw analizowanego problemu. Studenci chętnie gromadzą definicje. wymieniają jedną po drugiej - definicja pierwsza, druga, trzecia, klasyfikacja, typologia. Dorzucą do tego rys historyczny, napiszą - „już w starożytności”, albo - „według słownika”, „jak podaje autor X”. Wszystko to może być potrzebne, ale teoria w pracy dyplomowej nie powinna przypominać magazynu mebli, do którego zniesiono wszystko, co znaleziono w literaturze. 

Teoria ma pracować. Ma prowadzić do pytań badawczych, uzasadniać metodę, porządkować interpretację wyników.

Dobry promotor powinien zapytać studenta po każdym rozdziale teoretycznym: po co ten fragment jest w twojej pracy? Jeśli odpowiedź brzmi: „bo znalazłem”, to za mało. Jeśli brzmi: „bo z tego wynika moje pytanie badawcze”, jesteśmy bliżej nauki.

Czwarta sprawa to język. Nie chodzi wyłącznie o literówki, choć te potrafią być bolesne, zwłaszcza na stronie tytułowej, gdzie nawet nazwa uczelni zamienia się nagle w typograficzną przygodę. Chodzi o język kategorii pedagogicznych. Jakże trudno jest wyegzekwować potoczne pojęcie „wpływu”, które wymaga metodologicznej ostrożności. Także kategoria „skuteczności” powinna mierzyć, a nie tylko o nią pytać, bo wprawdzie może wystarczyć w rozmowie z koleżanką czy kolegą ze studiów, ale nie w pracy dyplomowej.

Język nie jest kosmetyką nauki, ale narzędziem myślenia. Gdy student pisze nieprecyzyjnie, często także nieprecyzyjnie myśli. Promotor nie powinien więc poprawiać wyłącznie stylu, ale pytać: czy to słowo naprawdę znaczy to, co chcesz powiedzieć? 

Piąta kwestia dotyczy proporcji. Nie każda praca magisterska i licencjacka musi odkrywać nowe kontynenty. Nie każda praca dyplomowa musi budować teorię. Licencjat powinien być poprawnym ćwiczeniem z rozpoznania problemu, a magisterium powinno już pokazywać pewną samodzielność analityczną. Tymczasem bywa, że praca magisterska pozostaje na poziomie referatu z ankietą, a licencjacka próbuje rozstrzygać problemy, które wymagają zespołu badawczego i kilku lat na przeprowadzenie diagnozy.

Rolą promotora jest nauczyć studenta skali. Nie zniechęcać, lecz urealniać. Nie mówić: „tego nie wolno badać”, ale: „tym narzędziem możesz zbadać tylko tyle”. To jedna z najważniejszych lekcji akademickich.

Wreszcie rzecz ostatnia: wnioski. Studenci kochają wnioski z dużym kwantyfikatorem. „Badania potwierdziły, że…”, „wykazano wpływ…”, „udowodniono skuteczność…”. Promotor powinien wtedy spokojnie zaproponować słowa skromniejsze, ale uczciwsze: „wyniki sugerują”, „w badanej grupie zaobserwowano”, „respondenci deklarowali”, „materiał pozwala przypuszczać”, „badanie wskazuje na potrzebę dalszych analiz”.

Prosta zasada:

Jeśli nie masz pomiaru przed i po, grupy porównawczej, kontroli zmiennych albo przynajmniej dobrze zaprojektowanej analizy zależności — nie pisz „wpływ”.

Zamiast tego możesz pisać:

rola — gdy chodzi o funkcję danego zjawiska;
znaczenie — gdy chodzi o ocenę lub sens przypisywany przez badanych;
postrzegane oddziaływanie — gdy badani deklarują, że coś ich zdaniem działa;
deklarowany związek — gdy ankieta pokazuje współwystępowanie opinii;
zaobserwowane reakcje — gdy podstawą jest obserwacja;
potencjał dydaktyczny — gdy opisują możliwość zastosowania metody;
opinie respondentów — gdy badanie jest sondażowe;
przejawy aktywności — gdy opisują zachowania dzieci na zajęciach.

 

W nauce ostrożność nie jest brakiem odwagi, ale formą odpowiedzialności.

Sesja dyplomowa jest więc nie tylko czasem studentów. to jest także sprawdzian promotorów i to nie z liczby obronionych prac, ale z jakości pytań, które zdążyli zadać przed egzaminem dyplomowym.

Dobra praca dyplomowa nie zaczyna się od pięknego spisu treści. Zaczyna się od prostego, niewygodnego pytania: co naprawdę możesz powiedzieć na podstawie tego, co naprawdę zbadałaś?

Jeśli promotor pomoże studentowi uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, to nawet skromna praca stanie się czymś więcej niż dokumentem do archiwum. Będzie bowiem pierwszą lekcją rzetelności naukowej.