26 stycznia 2026

Drogami przeszłości Iwanny Maszczak

 

Obraz zawierający tekst, Ludzka twarz, plakat, ubrania

Zawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.


Dzisiaj, gdy Ukraina doświadcza ze strony Rosji imperialnej wojny wobec suwerennego kraju, w tym na ludność cywilną, przywołam Iwannę Maszczak, autorkę książek autobiograficznych, więźnia sowieckich łagrów (Kołyma). W lipcu 2025 roku ukończyła 100 lat, a zmarła dwa dni temu.  

Wraz z Nią odchodzi ten rodzaj pamięci, który nie jest ani muzealnym eksponatem, ani hasłem w podręczniku. To pamięć żywa, ciepła w głosie, niekiedy oszczędna w słowach, a jednak zdolna przenosić człowieka przez całą epokę: od galicyjskiej codzienności, przez noc przesłuchań i wagony deportacyjne, po białą ciszę Kołymy.

W jej biografii wszystko ma ciężar konkretu. Przyszła na świat 11 lipca 1925 roku, w rodzinie greckokatolickiego księdza, niosła od początku dwa dziedzictwa: modlitwę i odpowiedzialność, tę cichą, domową, a potem tę publiczną, która przychodzi, gdy historia brutalnie przekracza próg domowej izby.

Nie była „bohaterką z plakatu”, natomiast z opisów i udzielonych przez nią wywiadów wyłania się ktoś, kto znał smak zwykłego życia: szkołę, wędrówki, młodość i tę kruchą nadzieję, że świat, nawet jeśli niesprawiedliwy, ma jakiś sens. Potem nastąpiło to, co w XX wieku przychodziło zbyt często - państwowa przemoc, która pozoruje prawo,  aresztowania, opresja, rozrywanie więzi międzyludzkich, przesuwanie ludzi po mapie jak pionków na szachownicy. „Wisła” — słowo, które brzmi jak rzeka, a oznaczało wygnanie.

Jej los jest jednym z tych, które uczą, że totalitaryzm ma własną metafizykę, bowiem chce nie tylko złamać ciało, ale przejąć język, pamięć, wstyd i dumę. W kwietniu 1949 roku I. Maszczak dostała wyrok 10 lat „za zdradę ojczyzny”. Jakże przewrotne było nazwanie zdradą tego, co było wiernością własnej tożsamości, własnemu systemowi wartości.

Już samo samo brzmienie słowa Kołyma jest jak uderzenie zimnego metalu. Tam człowiek uczył się, że głód potrafi być systemem, a mróz — administracją. Iwanna Maszczak należała do tych, którzy przetrwali nie dlatego, że mieli w sobie mniej lęku, ale dlatego, że potrafili ocalić w sobie coś ważniejszego, poczucie sensu życia i własnej godności. 

W jednym z tekstów o niej pojawia się motyw haftu, kobiecej pracy rąk, z pozoru niepotrzebnej w miejscu, gdzie liczyła się łopata i kilof. A jednak w łagrach haft stawał się znakiem, że „jestem”, „pamiętam”, „nie dam się wymazać”. Nitki wyciągane z byle czego, igły robione prowizorycznie , stawały się w tym miejscu upartą lekcją cywilizacji humanum.

W takich, wydawałoby się prozaicznych działaniach, najpełniej widać charakter bohaterki dzisiejszego wspomnienia o dzielności kobiety, która przejawiała się nie tyle w wielkich deklaracjach, ile w drobnych gestach oporu, jak utrzymaniu kondycji fizycznej, pielęgnowanie języka ukraińskiego, a także w tym, że nawet po wszystkim człowiek nie pozwala sobie odebrać wewnętrznego światła. 

Gdy czyta się opisy spotkań autorskich z I. Maszczak i teksty o jej książce „Drogami minулого” (2019), odnosi się wrażenie, że jej narracja nie była celem samym w sobie, „wspomnieniem dla wspomnienia”, lecz — jakby wyraziła to pedagogika pamięci — próbą ocalenia miary człowieczeństwa.

Po zwolnieniu wróciła do Polski, a potem wybrała Londyn, gdzie spotkała wielu ludzi połamanych przez historię. Tam też podjęła się pracy w archiwum chroniąc pamięć społeczną o losie człowieka w czasach totalitarnych. W bibliotece i archiwum diaspory porządkowała to, co było rozproszone po świecie; przypominała, że naród istnieje nie tylko w granicach państwa, lecz także w listach, fotografiach, książkach i wspólnotach, które trwają mimo odległości. 

Dlatego warto dziś mówić o niej nie tylko jako o „więźniarce Kołymy” czy „autorce wspomnień”, lecz jako o przedstawicielce określonej postawy: postawy długiego trwania. Trwania w prawdzie, w pamięci, w elementarnej uczciwości wobec własnego doświadczenia.

W londyńskim parku, wśród kwiatów, w barwach, które zdawały się zaprzeczać szarości łagru, jakby sama natura dawała jej twórczość malarską, której nie potrafiła zniszczyć żadna władza. Ten kontrast, jakim stał się kolor obrazów i Kołyma, nie jest ozdobą jej biografii, ale sensem jej życia, bo Maszczak była świadkiem, że człowiek może przejść przez Zło, nie stając się nośnikiem Zła. Jakże piękne są jej ukraińskie hafty (wyszywki): 

  
вишивки Іванну Мащак 

Kto przeszedł przez totalitarny system, który opierał się na niszczeniu pamięci, wie, że archiwum jest formą oporu równie ważną jak manifest.

W lipcu 2025 roku dożyła stu lat. To symboliczna liczba: całe stulecie, które przeszło przez jej życie: wojny, deportacje, imperia, upadki, emigrację, odrodzenia i kolejne zagrożenia wolności, a jednak w relacjach o własnym jubileuszu wracał nie patos, tylko fenomen niezłomności, który w takich historiach jest najprawdziwszy. 

Jej autobiograficzne książki, wśród których najbardziej znana jest Drogami minuloho (Drogami przeszłości), nie są sensacyjną literaturą faktu ani martyrologiczną opowieścią. To narracje spokojne, zdyscyplinowane, pozbawione patosu, których siłą jest rzeczowość. Maszczak nie buduje legendy, ale rejestruje przemoc, pokazuje mechanizmy represji, codzienność łagru, ale też powojenne zagubienie ludzi wracających z „innego świata”, którzy musieli na nowo nauczyć się zwyczajnego życia.

Ważnym wątkiem jej późniejszych lat było również malarstwo. W obrazach, które przedstawiały kwiaty, pejzaże, jasne kompozycje, jakby świadomie wybierała kolor przeciwko szarości, światło przeciwko mrokowi. To nie była ucieczka od przeszłości, lecz jej dopełnienie, dowód, że doświadczenie zła nie musi prowadzić do duchowego zubożenia.

Jej życie przypomina, że największym zwycięstwem nad totalitaryzmem nie jest spektakularny bunt, lecz fakt, że człowiek po wszystkim potrafi nadal nazywać dobro dobrem, zło złem – i opowiadać o tym spokojnym głosem.

 W lipcu 2025 roku ukończyła sto lat. Jej jubileusz był nie tylko prywatnym świętem, lecz także symbolicznym momentem dla środowisk diaspory i wszystkich, którzy zajmują się historią XX wieku. Odeszła przedstawicielka generacji, która stopniowo znika z naszego świata fizycznego, pozostawiając po sobie pytanie: co zrobimy z ich świadectwem?

W czasach, gdy historia coraz częściej staje się narzędziem politycznej doraźności, a pamięć bywa selektywnie porządkowana pod bieżące narracje, los I. Maszczak nabiera szczególnego znaczenia. Gdy odchodzą ostatni świadkowie epoki łagrów i deportacji, odpowiedzialność za pamięć przechodzi na następne pokolenia. Od tego, czy potraktują ją jako żywe zobowiązanie, czy jedynie jako archiwalny zasób, zależy, czy historia pozostanie przestrzenią refleksji, czy stanie się kolejnym polem manipulacji.

Dziś, gdy odeszła do wieczności, pozostawiła po sobie coś więcej niż datę i nazwisko, a mianowicie pewien sens ludzkiego istnienia: cichy, stanowczy, wierny wartościom. Pozostaje pamięć, którą trzeba unieść dalej, bo są ludzie, którzy nawet po śmierci pozostawiają nam zobowiązanie, że chociaż wolność zaczyna się od krzyku w dniu przyjścia na świat, to przecież nie po to, by dać sobie odebrać prawdę o sobie i ponadczasowych wartościach.



źródła: 

Іванна Мащак: Бути українцями і відверто про це заявляти…https://rozmova.wordpress.com/2014/03/09/ivanna-mashchak/ Автор: Аріадна Войтко

Микола Дупляк За любов до України окупанти відняли від неї найкращі роки молодости (Іванна Мащак. Дорогами минулого. Київ, 2019. 256 с.) , ВІСНИК ТАВРІЙСЬКОЇ ФУНДАЦІЇ (Осередку вивчення української діаспори) Випуск 18 Херсон Просвіта; ФОП Вишемирський В. С. 2021 

БібліографіяСтратегія читанняІсторія України – уроки минулого і сьогодення. Мащак, Іванна. Дорогами минулого. 

Ірина Штогрін, Українка в ГУЛАГу. Чому вчить книга бранки радянських концтаборів Іванни Мащак «Дорогами минулого»30 травня 2019. 

Фото: Association of Ukrainians in Great Britain, Gala PT в Facebook : https://www.ukrinform.ua/rubric-diaspora/3063011-v-souzi-ukrainciv-u-velikij-britanii-privitali-z-95riccam-ivannu-masak.html: 




 


25 stycznia 2026

Nonsens zmian oświatowych w strategii top-down

(grafika wygenerowana przez AI - ChatGPT)


Najpierw cytat z wypowiedzi ministry Barbary Nowackiej w ramach briefingu prasowego (za: Ministerstwo Edukacji Narodowej)

"— Założenia mamy ambitne. Zakładam, że co najmniej 20 tys. nauczycieli i nauczycielek w skali kraju osobiście uda się nam jako kierownictwu resortu spotkać na tych rozmowach — mówiła Barbara Nowacka przed pierwszym spotkaniem na trasie „Kierunek: Kompas Jutra”. — Zaczynamy konsultacje dobrej, mądrze przygotowanej, potrzebnej zmiany, która spowoduje, że i młodzież będzie wiedziała, po co się uczy, i nauczyciele odnajdą sens w uczeniu, w sile swojej, w autonomii i prestiżu zawodu. — Mamy w Polsce wspaniałych nauczycieli i nauczycielki, ale chcemy mieć pewność, że będą oni podążać za śladami tworzonej reformy — mówiła ministra. Spotkania mają potrwać do czerwca. "

Analizuję tę wypowiedź ministry ze studentami, gdyż krystalizuje ona istotę centralizmu oświatowego językiem pozornie dialogicznym, a strukturalnie paternalistycznym. Taka narracja już działa przeciwskutecznie, bez względu na intencje, które są skrywane przez władze resortu edukacji.

Dla społeczeństwa informacja o spotkaniach kierownictwa MEN z 20 tysiącami nauczycieli brzmią imponująco, ale z perspektywy nauczycielskich reakcji ujawnia się zasadniczy problem: konsultacje pojawiają się po sformułowaniu kierunku "wędrówki", a nie przed nim. 

Zwróćmy uwagę na język:

  • „Kierunek: Kompas Jutra” – kierunek już jest, chociaż i ten nie jest akceptowany,
  • „dobra, mądrze przygotowana zmiana” – ocena już zapadła,
  • nauczyciele mają „odnaleźć sens”, czyli jest on do odnalezienia, a nie do współtworzenia.

Nauczyciele doskonale to rozumieją: „ktoś już zdecydował, a my mamy się w tym odnaleźć”.

Ministra mówi o autonomii, prestiżu, sile nauczycieli, ale zaraz potem pada kluczowe zdanie: chcemy mieć pewność, że będą oni podążać za śladami tworzonej reformy”. Z punktu widzenia profesjonalizmu nauczycielskiego to sprzeczność logiczna:

  • autonomia oznacza prawo do współdecydowania i różnicowania praktyk,
  • „podążanie za śladami” oznacza konformizm proceduralny.

Dokładnie ten dysonans jest rozpoznawany jako pozorna autonomia przykrywająca realne podporządkowanieDlaczego to jest groźne w świetle badań pedeutologicznych?

Nauczyciele nie kwestionują potrzeby zmiannie odrzucają dialoguale nie akceptują sytuacji, w której sens ich pracy jest im „przywracany” odgórnie. Tymczasem tu mamy dokładnie komunikat: reforma sprawi, że nauczyciele odnajdą sens w nauczaniu innych, co dla wielu wrażliwych i ambitnych brzmi jak podważenie ich dotychczasowego profesjonalizmu.

Ministra wprost sugerowała, że dotychczas sensu nie było albo zaginął z ich winyJeśli konsultacje są prowadzone, kierunek reformy jest ustalony, a wdrożenie będzie obowiązkowe, to bardzo łatwo w kolejnym kroku powiedzieć: „Rozmawialiśmy. Tysiące nauczycieli uczestniczyło. Jeśli ktoś nie potrafi odnaleźć sensu albo nie podąża, to problem leży po jego stronie”.

Takie podejście do zmian jest prostą drogą do pogłębienia wypalenia, przyspieszenia odejść z zawodu i wzmocnienia oddolnej narracji, którą podzielił się jeden z nauczycieli: 

"Znów chce się z nas zrobić przysłowiową Siłaczkę, która będzie na własnych barkach nieść cały ciężar, bo to przecież służba, a nie zawód, misja do wypełnienia. Co to ma wspólnego ze słowami " nauczyciele będą podążać za śladami reformy?" Najważniejsze, by ogłupić społeczeństwo" (tamże).

Nie ma co liczyć na jakiekolwiek uczciwe konsultacje, bo ministra spotyka się z podległymi jej urzędnikami kuratoriów oświaty i też jej podlegającymi dyrektorami placówek oświatowych, jako nadzorem pedagogicznym. Nauczyciele nie mają autonomii, gdyż są adresatami poleceń służbowych, nawet jeśli rozmowa z nimi ma konsultacyjną formę. 

W takiej relacji istnieje asymetria decyzyjnaryzyko sankcji pośrednich (oceny, awans, „wizerunek dyrektora”), a więc istnieje autocenzura oraz przestrzeń zarządzanego konsensusuW mediach społecznościowych nauczyciele bardzo wyraźnie odróżniają my w klasie” vs „oni w zarządzaniu

Kuratoria nadal są narzędziem kontroliodpowiadają za ewaluację, zalecenia, interpretację prawa, zaś perspektywy nauczyciela kuratorium to instancja, przed którą się tłumaczę, nie ta, z którą negocjuję sens mojej pracy.  W sytuacji „pseudo-konsultacji” nauczyciele wiedzą, że mają one charakter informacyjny, instruktażowy i legitymizujący. 

W takim trybie wprowadzania zmian w oświacie nie ma miejsca na oryginalne innowacje, eksperymenty, gdyż wszystko musi mieć charakter wdrożeniowy, naśladowczy. Oni mają iść po śladach wyznaczonych im przez IBE-PIB.  

Nic dziwnego, że prawda o ich stosunku do zmian w strategii "tom-down" jest prezentowana przez nauczycieli w mediach społecznościowych, w tym także jako komentarz do oficjalnego dyskursu władzy, bo tam nie grozi im ocena służbowa.

Jeśli więc MEN mówi: „rozmawiamy z nauczycielami”, to oni doskonale widzą, że rzekome konsultacje toczą się w relacji hierarchicznej, z udziałem nadzoru, a to skutkuje odwrotnym efektem do spodziewanego przez nadzór pedagogiczny. Wzmacnia bowiem cynizmpogłębia bezradność i utwierdza nauczycieli w przekonania, że ich potrzeba profesjonalnej samorealizacji nie ma żadnego znaczenia

Opór nauczycieli będzie jeszcze większy, gdyż stanowi racjonalną reakcję profesjonalistów na asymetrię władzySens pracy nauczyciela nie jest rezultatem odgórnej reformy, lecz warunkiem wstępnym reform oddolnych. Żadna zmiana systemowa nie może „przywrócić” sensu pracy pedagogicznej, jeśli nie uznaje ona nauczyciela za współtwórcę procesu kształcenia, ale traktuje go wyłącznie jako wykonawcę ustanowionych procedur.

Na koniec kilka charakterystycznych wypowiedzi nauczycieli:

1) "Owszem mamy w Polsce wspaniałych nauczycieli i nauczycielki zarabiających żenująco nisko. Mamy też we władzach ministerstwa osoby nie posiadające minimum kompetencji aby takie stanowisko zajmować. Od 20 lat mamy tylko obietnicę, przekładanie, mamienie oczu, arogancje, uśmiechy i wmawianie nam ,że jest dobrze. Reforma jest przygotowana fatalnie- są w niej bardzo fajne rzeczy a są i rzeczy skandaliczne. 1 Realna podwyżki. 2.Szacunek. 3. Koniec kłamstwa i obłudy. 4. Koniec wykorzystywania szkoły do walki politycznej i promowania własnych idei. 5.We władzach MEN ludzie znający się na edukacji a nie myślący, że się znają. Ostatnie 20 lat to zmarnowany czas. Rządy się zmieniają a my mamy te same obietnice te same problemy, tak samo mało zarabiamy tylko szacunku już do nas przez te głupie decyzje rządzących już nikt nie ma …a jedno się zmienia…Bałagan coraz większy".

2) "Nauczyciele już przeżyli tyle reform, ze nie mają już oczekiwań, entuzjazmu też nam brakuje. Elementy gimnazjum, np. tydzień projektowy to nic nowego. Reforma bez polotu, bez przekonania i bez pieniędzy. Teraz ministra chce rozmawiać? Byłam na wcześniejszym spotkaniu z ministrą (przed wyborami prezydenckimi) padło tam kilka pytań o przyszłość edukacji - dziś nie mam już złudzeń. Rozmawiajmy o reformie, ale nie o pieniądzach, rozmawiajmy o edukacji zdrowotnej, ale nie o pieniądzach, rozmawiajmy o tygodniu projektowym, ale nie o pieniądzach (choćby na materiały), rozmawiajmy o wyjściach/wycieczkach z klasą, ale nie o czasie pracy ponad normę i zasady BHP. Rozmawiajmy...". 

3) "Mogę podążać śladami, nie ma problemu. Śladami wyżłobionymi w wyboistej, dziurawej drodze, której nikt nie chce wyremontować bo szkoda pieniędzy. Tylko jak wpadnę w jakąś większą dziurę i zrobię sobie krzywdę to będzie moja wina? Czy wina tych, którzy nie wyremontowali drogi?" 

4) "To nie nauczyciele powinni nadążać za reformą. To oni powinni być głównymi podmiotami i mieć swój głos w tych zmianach ( przez swoich przedstawicieli którzy są autorytetami w środowisku). Jeśli to będzie na zasadzie nakazowo-rozdzielczej to słabo to widzę".

5) "Ja na pewno nie będę podążać. Usuwa się większość geografii z klas 5-6, a ja mam nagle uczyć chemii, fizyki. To nie jest tak, że sobie nie poradzę. Ministerstwo wyrzuca do kosza cały mój warsztat pracy. Budowanie nowego mi się nie opłaca, biorąc pod uwagę fakt, że po wyborach znowu może się wszystko zmienić. Brak mi tez już siły na ciągłe zmiany. Wszystko co wypracowałam musiałam po kilku latach wyrzucać i robić od nowa".

Tego typu wypowiedzi, nawet znacznie ostrzejszych, jest więcej niż 20 tysięcy uczestników spotkań z ministrą i jej kompletnie nonsensownych współtwórców. Nic dziwnego, że z przewodniczenia Zespołowi monitorującemu deformę zrezygnował profesor, matematyk,  b. wiceminister edukacji. Kolejni też mają iść po śladach. 



24 stycznia 2026

"Biografia i tożsamość" Magdy Karkowskiej

 



Są w naukach społecznych i humanistycznych książki, które coś tłumaczą, są takie, które coś porządkują i są takie, które po prostu nie chcą przeszkadzać w myśleniu. Najnowsza monografia mojej współpracowniczki w Katedrze Teorii Wychowania - Magdy Karkowskiej należy do trzeciej kategorii. Autorka jest socjolożką edukacji, która przygotowuje rozprawy naukowe bez intencji wpływania na czytelników, pouczania ich czy modelowania czyichś sposobów myślenia.  Chce pozostać uczciwą wobec doświadczenia, nawet jeśli czytelnik z tym doświadczeniem nic „nie zrobi”. 

W pedagogice, a nawet szerzej  -  w humanistyce, jest to postawa graniczna, bowiem autorka nie oferuje metodyki działania czy action research, nie obiecuje skuteczności, nie wpisuje się w logikę aplikacji treści. Nie pisze podręczników właśnie dlatego, by nie kolonizować w zakresie analizowanego fenomenu czyjegoś myślenia, nie instrumentalizować kategorii tożsamości.  

Podtytuł monografii Magdy Karkowskiej – Wybrane zagadnienia teoretyczne – pełni w strukturze pracy funkcję nie tylko deskryptywną, lecz także wyraźnie strategiczną. Z jednej strony zapowiada on brak ambicji systematycznego ujęcia problematyki tożsamości i biografii, z drugiej – już na poziomie lekturowym rodzi pytanie, czy owa deklarowana wybiórczość nie staje się parawanem dla głębszej niespójności narracyjnej, a być może również dla nie w pełni ujawnionego zaangażowania autobiograficznego autorki.

W naukach społecznych jest wiele rozpraw poświęconych zarówno tożsamości, jak i biografii jako ważnym fenomenom intra- i interpersonalnym. Karkowska deklaruje narrację o charakterze przeglądowo-eseistycznym, explicite zaznaczając brak rygoru paradygmatycznego oraz interdyscyplinarny w swoich analizach. Tego rodzaju strategia jest dziś w humanistyce w pełni uprawniona. Problem polega jedynie na tym, że w przypadku tej monografii brak rygoru nie zostaje zrekompensowany wyraźnym rygorem interpretacyjnym.

Narracja autorki oscyluje pomiędzy analizą pojęć: narracja, autonarracja, tożsamość, podmiotowość , samopoznanie a opisem zjawisk społecznych, jak wykluczenie, inność, kryzys, lęk, samotność, czy między refleksją egzystencjalno-aksjologiczną a zdarzeniami. Nie jest to samo w sobie zarzut. Jednak brakuje wyraźnego „centrum ciężkości”, które spinałoby tę narrację. W efekcie podtytuł  - Wybrane zagadnienia może być czytany nie tylko jako zapowiedź pluralizmu, lecz także jako retoryczne usprawiedliwienie braku wewnętrznej dyscypliny narracyjnej. 

Powyższe kategorie są często przywoływane w literaturze z metodologii badań biograficznych, ale także w pedagogicznej, toteż w książce Karkowskiej pojawiają się z wyraźną intensywnością emocjonalną i aksjologiczną, przekraczającą chłodny dystans analityczny. Narracja niekiedy sprawia wrażenie, jakby badaczka nie tyle analizowała te zjawiska, ile je rozpoznawała jako jej szczególnie bliskie egzystencjalnie. 

Możliwe są m.in. następujące jej odczytania:

1.     Interpretacja metodologiczna (łagodna)
Autorka świadomie przyjmuje perspektywę fenomenologiczną i humanistyczną, w której doświadczenie graniczne stanowi uprzywilejowane źródło wiedzy o tożsamości. W tym sensie emocjonalna gęstość narracji jest konsekwencją przyjętego paradygmatu.

2.     Interpretacja biograficzna (bardziej ryzykowna, ale zasadna) 
Dobór zagadnień, ich analiza oraz sposób narracji mogą wskazywać, że książka pełni również funkcję autobiograficznej fascynacji ta problematyką, choć funkcja ta nie zostaje ujawniona ani poddana własnej refleksji. W takim ujęciu teoria staje się językiem mówienia o sobie, a nie wyłącznie o badanym przedmiocie.

Kluczowe jest to, że M. Karkowska nie problematyzuje własnej biografii, mimo iż konsekwentnie akcentuje znaczenie autonarracji, spotkania i pracy nad sobą. Powstaje zatem konsekwentnie utrzymana asymetria: badani mają prawo do narracyjnej prawdy, podczas gdy badacz pozostaje dla innych „niewidzialny”. Wyjątkowym fragmentem tej książki jest rozdział poświęcony biografiom akademickim i tożsamości naukowca. 

Tutaj język staje się bardziej konkretny, momentami krytyczny, a nawet osobisty (np. figura homo sovieticus w uniwersytecie). Ten fragment sprawia wrażenie najbardziej osadzonego w realnym doświadczeniu społecznym. Można odnieść wrażenie, że właśnie w tej części pojawia się napięcie między teorią a doświadczeniem, choć nadal nie zostaje nazwane wprost. Paradoksalnie to ten rozdział jest najbardziej spójny, jakby autorka poruszała się w obszarze, który zna nie tylko z literatury, lecz także z własnej praktyki biograficznej.

Dla M. Karkowskiej „podmiot” jest transwersalny, „biografia” – ahistoryczna rozwojowo, zaś „tożsamość” jest kategorią egzystencjalną. Otrzymujemy zatem pogłębiony wgląd w to, jak dojrzały, refleksyjny podmiot doświadcza własnej tożsamości i jak pedagog może temu doświadczeniu towarzyszyć. Już we wstępie stwierdza: "Główna myśl, a zarazem problem badawczy, jaki towarzyszył autorce, wyrażony jest pytaniem o to, jak podstawowe pojęcia – biografia i tożsamość – funkcjonują w szeroko rozumianym kontekście analizy, wchodząc w interakcje z istotnymi kategoriami go tworzącymi. Kolejna kwestia to pytanie o tworzywo i uwarunkowania przebiegu biografii: artystycznych, akademickich czy sportowych. Interesuje mnie także, jak kształtują tożsamość kluczowe doświadczenia biograficzne i egzystencjalne. W części drugiej podstawową kwestią wydaje się być pytanie o to, jak możemy wspierać i facylitować proces konstruowania tożsamości" (s.10).

Wyjątkowym fragmentem książki jest rozdział poświęcony biografiom akademickim i tożsamości naukowca. Tutaj język staje się bardziej konkretny, momentami krytyczny, a nawet osobisty (np. figura homo sovieticus w uniwersytecie). Ten fragment sprawia wrażenie najbardziej osadzonego w realnym doświadczeniu społecznym i najmniej abstrakcyjnego.

Można odnieść wrażenie, że właśnie tutaj napięcie między teorią a doświadczeniem najbardziej się ujawnia, choć nadal nie zostaje nazwane wprost. Paradoksalnie to ten rozdział jest najbardziej spójny, jakby autorka poruszała się w obszarze, który zna nie tylko z literatury, lecz także z własnej praktyki biograficznej.

Autorka nie pyta tak, jak Giddens: Jak nowoczesność warunkuje tożsamość?, lecz raczej docieka: Jak podmiot przeżywa, opowiada i integruje swoje doświadczenia. Odpowiedź na pytanie nie jest niespójną mozaiką zagadnień, lecz myślą zakorzenioną w tradycji interakcjonistycznej i narracyjnej, a więc bliższej Mead–Ricoeur–Bruner niż Giddensowi. Jej fragmentaryczność jest efektem przyjęcia założenia, że tożsamość ujawnia się w opowieściach, a nie w systemach, organizacjach. Tożsamość nie jest tu kategorią wyjaśniającą, lecz kategorią współodczuwaną, a jest to rzadkie stanowisko w pedagogice szkoły wyższej.

Rozprawa M. Karkowskiej wpisuje się w pedagogikę refleksyjną, hermeneutyczną, pogranicza, operującą kategoriami zapożyczonymi, ale nie w celu ich integracji we własny model teoretyczny, lecz w celu ich osadzenia w naukach o wychowaniu. Nie tworzy teorii, nie projektuje ram badawczych, a raczej empatycznie rekonstruuje pola doświadczeń społecznych, dokonując próby rozpoznania kategorii tożsamości w różnych jej wymiarach (narracyjnym, egzystencjalnym, biograficznym, symbolicznym), bez roszczenia do syntezy. 

Brakuje mi jasno określonego adresata naukowego tej rozprawy, jednak niewątpliwą jej zaletą jest stworzenie przestrzeni refleksji pedagogicznej, w której można inaczej analizować fenomen tożsamości i biografii. Opublikowany akapit z recenzji wydawniczej Marii Mendel potwierdza, że "(...) treść tej publikacji płynie jakby wprost z mikrokosmosu myśli Autorki". Można dostrzec w słowach recenzentki, że Karkowska nie dystansuje się od swoich kategorii, ale i nie traktuje ich jako narzędzi. Ona nimi myśli a my – jako czytelnicy – mamy możliwość wniknąć w ten sposób myślenia, albo pozostać na zewnątrz, poza nim.

Karkowska konsekwentnie pokazuje znaczenie narracji i autonarracji, rolę spotkania, wagę doświadczeń granicznych, sens kryzysów, dezintegracji, epifanii, potrzebę przestrzeni dialogowej i niespiesznej refleksji. Można zatem wyprowadzić z jej narracji ogólne wskazania pedagogiczne, a mianowicie, by nie redukować tożsamości do normy rozwojowej, nie patologizować kryzysów, uznać narrację za narzędzie sensotwórcze oraz traktować podmiot jako sprawcę znaczeń. Są to wskazania filozoficzno-pedagogiczne, a nie strategie wsparcia. Nie wszystko trzeba nazwać, nie wszystko trzeba wyjaśnić, nie wszystko trzeba zastosować.

Łódzka pedagożka nie uprawia fenomenologii w sensie filozoficznym, ale jej myślenie jest fenomenologiczne egzystencjalnie, bowiem interesuje ją jak coś się jawijak jest przeżywanejak zostaje opowiedziane oraz jak osadza się w biografii. Nie przeprowadza redukcji, nie rekonstruuje struktur świadomości, ale traktuje doświadczenie jako pierwotne wobec teorii. Jej fenomenologia jest zatem bez aspiracji ontologicznych, za to z ogromnym szacunkiem dla życia każdej istoty.

Autorka nie pyta: jak zmienić człowiekajak go ukształtowaćjak optymalizować tożsamość i biografię. Pyta raczej: jak nie zranić procesu, który już się dziejejak nie odebrać znaczenia temu, co kruche oraz jak być obok kogoś, a nie ponad nią/nim. Dlatego oryginalność tej książki nie tkwi w nowości twierdzeń, lecz w konsekwencji: postawy, w ochronie doświadczenia, w nieufności wobec uproszczeń oraz w stawaniu po stronie podmiotu. 

Karkowska reprezentuje wrażliwość akademicką, która nie chce mieć racji zanim czytelnik zdąży opowiedzieć swoją historię życia. Widać to szczególnie w rozdziałach o kryzysach, doświadczeniach granicznych, dezintegracji pozytywnej. przez całą rozprawę przenika myśl, że człowiek nie musi być spójny, żeby być sobą

Warto polemizować z Autorką, która zamyka swoje studium następującym zdaniem: "Każdy z nas, konstruując siebie w procesie formowania tożsamości, pełni wiele ról – bywa naśladowcą innych, twórcą, zaadaptowanym konformistą bądź outsiderem, baumanowskim turystą lub włóczęgą, wędrowcem, przede wszystkim jednak jest bohaterem własnej biografii" (s. 254). Moim zdaniem - nie każdy.