18 kwietnia 2014

Ele - miele -MEN, czyli jak cofamy edukację o co najmniej 20 lat

(fot. Konferencja prasowa)


Kampania MEN-skiego sukcesu trwa dalej. W środę Premier Donald Tusk wraz z panią minister edukacji Joanną Kluzik-Rostkowską zorganizował konferencję prasową tylko po to, by pokazać Polakom okładkę "Elementarza" dla pierwszaków. Wczoraj jednak pojawiła się i treść, a wraz z nią kolejna konferencja prasowa (już bez premiera), żeby czasami naród nie myślał, że "w tym temacie" - jak powiadają publicyści - nic się nie robi.

Jak komunikuje NAM pani minister (przydałaby się korekta językowa): Przed Wami wielka przygoda. Ma 96 stron. Jest mądrze i ciekawie napisany, kolorowy i na wiele lat. Przedstawiam Państwu „Nasz elementarz”, pierwszą część darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Mnie przygoda nie kojarzy się ze stronami, chyba że dobrej powieści sensacyjnej, ale o taką trudno podejrzewać elementarz. Dlaczego przygoda rodzaju żeńskiego jest "...mądrze i ciekawie napisany..."?


Jak oznajmia pani minister:

Zdajemy sobie sprawę, że będzie to najdokładniej czytany podręcznik w Polsce, dlatego jesteśmy otwarci na wszelkie uwagi i sugestie. Liczymy na zainteresowanie dzieci, rodziców i nauczycieli. Już teraz, w trakcie całej pracy, „Elementarz” jest testowany, recenzowany, konsultowany, również przez uczniów.


Tak oto dowiadujemy się, że podręcznik jest w fazie ludowego testowania. Niby ma autorki, ale ich nie ma, bo przecież jako własność narodu przezeń może być dalej zmieniany, a nawet udoskonalany. Dopiero na zakończenie listu przewodniego pani minister ujawnia, do kogo był on adresowany: Drodzy uczniowie, w „Naszym elementarzu” znajdziecie miejsce na swoje nazwisko. Wpisując je, zaznaczycie, że w tym roku podręcznik należy do Was. Życzę Wam, by ten czas był dla Was prawdziwą przygodą.

Przekazuję zatem na gorąco kilka uwag do zamieszczonej na stronie MEN "pierwszej" wersji:

po pierwsze, elementarza nie wolno krytykować. Można go tylko ulepszać, poprawiać, udoskonalać, ale broń Panie Boże nie kwestionować jego zasadności, bo tylko zbytecznie strzępilibyśmy sobie pióra. Władza zabezpiecza się przed wszelką krytyką, głosząc: "przygotowany przez nas podręcznik dla uczniów klasy pierwszej ma charakter otwartej propozycji, która daje różne możliwości jej wykorzystania przez każdego nauczyciela. Ma raczej inspirować, niż być gotową ofertą do bezwzględnego realizowania. Nauczyciel może wykorzystać zawarte w nim pomysły, dostosowując je do możliwości swoich uczniów, rozszerzać je, pogłębiać bądź wprowadzać własne". Tak więc ele-memle jest, ale jakoby go nie było;

po drugie, elementarza nie da się krytykować, skoro nie zostały ujawnione przez autorki jego założenia edukacyjne. Chyba, że ktoś chciałby im dopomóc i je dopisać, by w razie potrzeby miały w zapasie argumenty. Często nasi studenci tak postępują, że najpierw przeprowadzają badania, najczęściej diagnostyczne, a potem dorabiają do nich metodologię. Mam wrażenie, że tu jest podobnie, bowiem nigdzie autorki nie wykazują, jaka jest ICH, a nie NASZA, wizja kształcenia dziecka w toku wczesnej edukacji. Może chcą się tego dowiedzieć? A może wychodzą z założenia, że i tak nikogo to nie obchodzi, bo przecież skoro elementarz został już zrecenzowany, a treści tych opinii nikt nie uzyska, to znaczy się, że jest SUPER. Jak władza mówi, że coś jest wspaniałe, to ... mówi;

po trzecie, kiedy chwali się dzień przed zachodem Słońca, to nie ma szans, ale wystarczy chmura deszczu, porywisty wiatr, orkan, itp., by pod wieczór nań narzekać. Podobnie jest i z tym elementarzem. Struktura, treść, rodzaje zadań dydaktycznych ani nie oszałamiają, ani nie zachwycają chociażby w stopniu niskim. Mamy tu produkt - otwartą propozycję, a więc "nijaki". Na domiar wszystkiego produkt, który wyłącza odpowiedzialność autorów za jego wartość, bowiem coś, co nie ma swoich założeń a może być dowolnie, bo bez jakichkolwiek kryteriów metodycznych - uzupełniane, zmieniane, dopisywane sprawia, że rozmywa się nie tylko odpowiedzialność autorka, ale i pedagogiczna jego "twórców:

po czwarte, elementarz, który powinien być - jeśli już - pierwszą, szkolną książką dziecka, nie może zawierać w swej treści, na poszczególnych stronach wskazówek dla nauczyciela. Od tego są odrębnie pisane przewodniki, wskazówki dla pracujących z danym źródłem wiedzy. Chyba pomyliły się autorkom funkcje elementarza? To jest kompromitujące rozwiązanie nie tylko w sensie pedagogicznym. Profesjonalny wydawca na to by nie pozwolił;

po piąte, nie ma ławek, a narysowane na s. 6 stoliki nie są ustawione w klasie w podkowę! Toż to jest zaniedbanie, nieposłuszeństwo wobec władzy;

po szóste, alfabetyzacja dzieci została wpisana w 10 miesięcy szkolnej nauki, bowiem treści zapowiedzianych 4 części elementarza zostały przypisane do kwartałów:
1. Część I obejmuje miesiące: wrzesień, październik, listopad;
2. Część II obejmuje miesiące: grudzień, styczeń, luty;
3. Część III obejmuje miesiące: marzec, kwiecień;
4. Część IV obejmuje miesiące: maj, czerwiec.

zabrakło lipca i sierpnia, ale o tych miesiącach dzieci będą zapewne mówić i je przeżywać już w II klasie;

po siódme, ilustracje - niektóre są infantylne, archaiczne, nieadekwatne do zabawek i przedmiotów, z którymi dzisiaj obcują nasze dzieci. Mówienie zatem o nowoczesności oznacza, że niektórzy graficy i fotografowie mentalnie tkwią jeszcze w XX wieku, a mamy przecież już drugą dekadę XXI wieku;

po ósme, elementarz nie ma swoich bohaterów, raz bowiem znajdująca się na kartach "rodzina" ma dwoje dzieci, oczywiście zgodnie z ideologią gender, o którą zatroszczyła się dr Iwona Chmura-Rutkowska, tylko raz są to chłopiec i dziewczynka, innym razem są to dwie córeczki? Totalny, postmodernistyczny chaos. Każdy może tu być każdym. Nie wiadomo, czy na tych ilustracjach jest rodzina, bo np. na s. 34 jest ponoć tata Tomka i Toli, ale na kanapie siedzi jakaś pani, chyba jego mama (babcia), bo nie przypuszczam, by to była jego żona czy partnerka czy lekarka weterynarz, która trzyma na kolanach kota? Może podlewający kwiatki na parapecie pan jest partnerem taty? Na dziadka nie wygląda;

po dziewiąte, recenzentami elementarza są osoby o różnym poziomie wykształcenia. O ile część poświęconą edukacji polonistycznej i społecznej oraz językowej opiniowali samodzielni pracownicy naukowi, o tyle już część przyrodniczą i "genderową" pomocniczy pracownicy naukowi, zaś edukację matematyczną osoba z wykształceniem zawodowym, magisterskim. Prawdziwe i pełne recenzje napiszą nauczyciele wczesnej edukacji, tak ci, którzy będą pracować z tym elementarzem, jak i ci, którzy go odrzucą, bo mają znacznie lepszy pomysł na wczesną edukację;

po dziesiąte, projekt sam w sobie jest stratą środków budżetowych. Przy tak infantylnej i nudnej treściowo strukturze, nieklarownej metodyce alfabetyzacji sprawi, że w szkołach troski o jakość kształcenia nie będzie warto pracować z tym źródłem. Mamy dużo lepsze źródła kształcenia zintegrowanego, bo w tym wydaniu, ma ono charakter potoczny. Już przed 20 laty krytykował takie podejście do integracji treści kształcenia prof. Ryszard Więckowski, ale kto dzisiaj studiuje wczesnoszkolną pedagogikę, skoro można pójść na skróty i ją zbanalizować?

Chętnie opublikuję radosne i merytoryczne komentarze na temat wysokiej wartości przedłożonego dzieła. Na szczęście moje dzieci mają już za sobą klasę pierwszą. Autorek tego opracowania chyba też?


Zapytałem świetną nauczycielkę wczesnej edukacji, co sądzi o tym "Elementarzu"? Oto jej opinia na gorąco:

Według mnie elementarz jest przeciętny.

Pierwsze wrażenie - cofnęłam się w czasie o jakieś 20 lat. Lorkowa napisała elementarz jakieś 20+ lat temu. Elementarz był przeciętny. Napisała za to dobre podręczniki do j. polskiego dla klas 2 i 3 (w szkole ośmioklasowej, zanim wprowadzono nauczanie zintegrowane).

- Elementarz jest infantylny. Dba głównie o rozwój językowy dziecka, ale zawiera teksty na poziomie dziecka przedszkolnego. Obawiam się, że przeciętnemu sześciolatkowi szybko znudzą się. Brakuje mi tu prostych, dobrze zilustrowanych tekstów popularnonaukowych. Mam teraz pierwszą klasę (uczę z podręczników Białobrzeskiej, Didasko.

- Wielu autorów podręczników dla klas młodszych próbowało włączyć do elementarza matematykę. Ten sposób nie sprawdził się - bardzo ograniczał możliwości planowania zajęć przez nauczyciela.

- Treści matematyczne są potraktowane po macoszemu. Nie uczą dzieci myślenia. Przynajmniej początek jest fatalny, tak, jakby skasowano jakieś 20 lat pracy dydaktyków w tym zakresie.

- Dziwi mnie brak różnicowania samogłosek i spółgłosek w schematach głoskowych wyrazów (kwadraciki obok obrazka przy wprowadzaniu nowej litery. Przydatne i potrzebne dla malucha.

- Nie widzę też sylabowej nauki czytania (dwukolorowe wyrazy - sąsiadujące sylaby w różnych kolorach).

- Zapewne zostanie skrytykowana kolejność wprowadzania liter (wcześnie ś, bardzo szybko u/ó - ale nie wiem, czy to wada książki, po prostu inaczej.

Według mnie widać, że elementarz powstawał szybko. Ze współczesnością łączą go tylko komórki , tablety, nowoczesne kształty wózków pojawiające się na ilustracjach.

Gdyby elementarz ten pojawił się na wolnym rynku, sądzę, że byłby wybierany przez nauczycieli, którym nie bardzo chce się pracować. Jest dużym krokiem wstecz.

17 kwietnia 2014


O powołaniu do życia przez zespół młodych naukowców nowego czasopisma - półrocznika PAREZJA objętego patronatem Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN już wspominałem w ub. roku, kiedy to został powołany zespół redakcyjny związany z samorządem Letnich Szkół Młodych Pedagogów KNP PAN. Z kolejnego komunikatu redakcji wynika, że lada moment powinien ukazać się pierwszy numer periodyku, którego twórcami, autorami są i mają być doktorzy nauk humanistycznych i społecznych związanych z pedagogiką. Szczególnie dziękuję władzom Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu w Białymstoku, które zgodziły się przygarnąć młodych-krytycznych redaktorów i pedagogów zarazem i wspomóc finansowo oraz organizacyjnie tę naukową inicjatywę. Nad projektem czuwa redaktor naczelna - pani dr Alicja Korzeniecka-Bondar wraz z współpracownikami i członkami zespołu redakcyjnego.

Redakcja "Parezji" serdecznie zaprasza młodych badaczy do współpracy i nadsyłania tekstów do najbliższych numerów czasopisma poświęconych następującej tematyce:

Numer II – UPOKORZENIE; termin nadsyłania tekstów – do 30 maja 2014

Numer III – NIEPOSŁUSZEŃSTWO; termin nadsyłania tekstów – do 31 października 2014

Numer IV – NIERÓWNOŚĆ; termin nadsyłania tekstów – do 31 marca 2015




Półrocznik będzie miał następujące działy:
OD REDAKCJI (wprowadzenie w specyfikę tekstów lub tematykę tomu);

NA NASZE ZAPROSZENIE (tekst zaproszonego gościa);

AKADEMICY NA RZECZ PRAKTYKI (prezentacja inicjatywy podejmowanej przez akademików na rzecz praktyki edukacyjnej);

STUDIA I ESEJE (artykuły teoretyczne, polemiczne);

Z WARSZTATU BADAWCZEGO (raporty badawcze, koncepcje badań, komunikaty z badań, odniesienie/omówienie badań innych autorów);

STUDIUM RECENZYJNE (obszerna, dyskutująca recenzja wybranej lektury);

Z ŻYCIA NAUKOWEGO MŁODYCH PEDAGOGÓW (informacje o działaniach, konferencjach, awansach naukowych młodych pedagogów);

POD PRĘGIERZEM ŚMIECHU (esej ironiczny o tym, co nam doskwiera /prześmiewczo o rzeczywistości).

Głównym zadaniem czasopisma jest promowanie nowatorskich i nieoczywistych ujęć opracowywanych przez humanistów zaangażowanych na rzecz edukacji, nie godzących się na banał, pozór i „równanie w dół”. Jesteśmy otwarci na niesztampowe perspektywy, idee, metody badania i opisywanie rzeczywistości edukacyjnej i społecznej. Pragniemy publikować teksty wprowadzające do dyskursu naukowego oryginalne tematy, perspektywy teoretyczne oraz badawcze.

Wymogi dotyczące edytowania tekstów znajdują się na www.parezja.uwb.edu.pl Tam też można kierować wszelkie zapytania, zgłoszenia itp. Zachęcamy do czytania, prowadzenia badań i dzielenia się wynikami tej pracy na łamach "Parezji".


16 kwietnia 2014

Profesor pedagogiki sportu

Kolejnym z nominowanych przez Prezydenta B. Komorowskiego profesorów nauk społecznych, w oparciu o dorobek naukowy, organizacyjny i dydaktyczny, jest
prof. dr hab. Piotr Błajet.




Najmłodszy z nominowanych w tym miesiącu profesorów pedagogiki ukończył studia magisterskie z wyróżnieniem w Akademii Wychowania Fizycznego na kierunku nauczycielsko-trenerskim w Warszawie w 1979 r. Tuż po uzyskaniu magisterium złożył egzamin na studia doktoranckie i został na nie przyjęty, przygotowując rozprawę doktorską p.t. Wydolność fizyczna koszykarek o różnym poziomie zaawansowania i stażu sportowego . Jego opiekunem naukowym była pani prof. dr hab. Irena Wojcieszak. Pracę obronił w czerwcu 1984 r. w macierzystej uczelni.

Po uzyskaniu stopnia naukowego doktora Piotr Błajet prowadził w Toruniu działalność trenerską i nauczycielską w Akademickim Związku Sportowym, z którym jest czynnie związany do chwili obecnej. Równolegle zaangażował się w proces kształcenia i doskonalenia zawodowego nauczycieli podejmując w l. 1985-1990 pracę na stanowisku adiunkta w Oddziale Doskonalenia Nauczycieli IKN w Toruniu, gdzie kierował Pracownią Kultury Fizycznej i przewodniczył Zespołowi Specjalistycznemu ds. Stopni Specjalizacji Zawodowej. Uzyskał uprawnienia trenerskie I klasy w zakresie koszykówki, pracując następnie jako trener w sporcie kobiet kolejno w II lidze, ekstraklasie i wreszcie w kadrze narodowej.

Od września 1983 r. Piotr Błajet był nauczycielem wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 6 w Toruniu, a od 1993 pracował w pierwszym niepublicznym liceum ogólnokształcącym w Toruniu, które założył prof. Aleksander Nalaskowski. Była to, bo niestety, już została rozwiązana po ponad dwudziestu latach znakomitej działalności, Szkoła Laboratorium - Liceum i Gimnazjum w Toruniu.

W październiku 2001 r. ówczesny dr Piotr Błajet został zatrudniony na stanowisku adiunkta w Instytucie Pedagogiki UMK w Toruniu. W tym środowisku przygotowywał swoją dysertację habilitacyjną, uzyskując w 2006 r. na podstawie dorobku i książki habilitacyjnej stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika. Jego zainteresowania naukowo-badawcze od samego początku naukowej kariery lokują się na pograniczu antropologii pedagogicznej i pedagogiki sportu.
Postępowanie na tytuł naukowy profesora przeprowadziła Rada Wydziału Nauk Pedagogicznych IUMK w Toruniu.

Wśród licznych publikacji tego naukowca warto odnotować, takie, jak:

Ciało w kulturze współczesnej. Wątki socjopedagogiczne (WSIiE TWP Olsztyn 2005)

Ciało jako kategoria pedagogiczna. W poszukiwaniu integralnego modelu edukacji (UMK Toruń 2006 - rozprawa habilitacyjna);

„Szkice o wychowaniu agonistycznym” (WSG Bydgoszcz 2008),

„Miłość. Rozwój. Wychowanie" (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2011) i



Jako autor rozpraw z pedagogiki sportu znakomicie łączy własne doświadczenie sportowe i trenerskie z badaniami naukowymi. Wpisuje się swoimi rozprawami w pedagogikę zdrowia jako pedagogikę normatywną, upominając się z jednej strony o wyeliminowanie zarówno z teorii, jak i praktyki szkolnej - tzw. negatywnej pedagogiki cielesności, z drugiej zaś strony zabiega o przywrócenie jej równorzędnego miejsca wśród tradycyjnie wymienianych wszystkich dziedzin wychowania. Wykorzystuje przy tym - jakże charakterystyczny dla „toruńskiej szkoły” Aleksandra Nalaskowskiego - styl narracji przewrotnej, miejscami prowokacyjnej, metaforycznej i społecznie zaangażowanej, by silniej wzbudzić właściwą recepcję formułowanych tez i ich uzasadnień. Teksty tego pedagoga czyta się z dużą przyjemnością, gdyż stanowią ten typ przekazu wiedzy, dzięki któremu poznajemy świat poprzez ludzkie ciało ze świadomością tego, że choć każdy z nas nie jest do końca poznawalny, to jednak podjęcie wysiłku na rzecz rozumienia i zaakceptowania ubezpiecza nas przeciw wątpieniu i stwarza nadzieje na lepsze wykorzystanie dla własnego rozwoju. Często w swojej stylistyce wypowiedzi prof. P. Błajet przechodzi od języka pedagogiki krytycznej czy filozofii fenomenologicznej do egzemplifikacji z literatury pięknej czy sztuki.

O pracy trenerskiej i naukowej prof. Piotra Błajeta można przeczytać także w prasie lokalnej. W artykule z 2008 r. "Piotr Błajet - naukowiec czy trener?" z pasją mówił dziennikarzowi Joachimowi Przybyle o swoich planach sportowych i naukowych. Jak widać, po 5 latach udowodnił, że można połączyć kulturę fizyczną z duchową. Tekst ten jest też źródłem zamieszczonego tu zdjęcia.