15 czerwca 2026

Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom


Książka Stuarta Ritchiego odsłania rzeczywistą produkcję fikcji wewnątrz instytucji akademickich, które kulturowo i społecznie powinny służyć prawdzie a nie jej pozorowaniu. \

Tytuł Science Fictions jest dwuznaczny. Autorowi zapewne nie chodzi o fantastykę naukową, lecz o fikcje wytwarzane przez naukowców, których wyniki badań są niepowtarzalne. Rzecz dotyczy tych danych empirycznych, które zostały sfabrykowane przez autora jakiegoś raportu. 

Co z tego, że zostały one opracowane zgodnie z modelami statystycznymi?  Nauka nie sprowadza się do dowodzenia przez autorów rozpraw, że opanowali wiedzę z zakresu metod badań statystycznych. Coraz więcej publikacji - zdaniem tego autora - jest "napompowane" medialnie przez globalnych wydawców, którzy przekonują klientów, że publikuje się  rzekomo przełomowe odkrycie naukowe, choć jego przesłanki i wnioski są kruche teoretycznie czy/i metodologicznie.

Najważniejsza teza tej monografii brzmi: problemem nie są wyłącznie pojedynczy oszuści, choć oszustwa istnieją. Problemem jest cały ekosystem, który czasami premiuje nie prawdę, lecz sloty, nowość, cytowalność, grantowość, medialność i karierę, co kojarzymy z patologicznym habitusem akademickim.

Ritchie pokazuje cztery główne źródła deformacji nauki:

1. Oszustwo — fałszowanie danych, ilustracji, eksperymentów, wyników, a więc jest to najbardziej spektakularna forma patologii, co nie oznacza, że jest najczęstszą.

2. Stronniczość — dobieranie, interpretowanie i publikowanie wyników zgodnych z oczekiwaniami badacza/-ki, jego/jej światopoglądu, środowiska, redakcji albo dominującego paradygmatu.

3. Niedbalstwo — błędy metodologiczne, powierzchowna analiza danych, niestaranne procedury, brak rzetelnej replikacji badań.

4. Szum medialny — przekształcanie ostrożnych wyników w sensacyjne komunikaty: „przełom”, „rewolucja”, „dowiedziono”, „naukowcy odkryli”.

Dlatego patologia w nauce nie jest tu fantazmatem przeciwników akademii, ale jest empirycznie rozpoznawalnym zjawiskiem w środowisku naukowym. Ritchie nie pisze książki antynaukowej, a wprost przeciwnie, broni nauki przed jej własnymi deformacjami. 

Warto zwrócić uwagę na to bardzo ważne rozróżnienie. Krytyka patologii nauki nie jest krytyką nauki jako takiej, ale warunkiem jej ocalenia. Patologia w nauce nie jest science fiction, natomiast science fiction zaczyna się wtedy, gdy środowisko naukowe udaje, że patologii nie ma.

Monografia Ritchiego odsłania także mechanizm szczególnie groźny dla nauk społecznych i humanistycznych, które są najbardziej na nią podatne. Opublikowane rozprawy wcale nie muszą znaczyć, że są nośnikiem prawdy. Artykuł, monografia, afiliacja, grant, cytowania czy parametryzacja nie są jeszcze gwarancją poznawczej rzetelności. To są przejawy wytworów pracy nauczycieli akademickich, ale nie zawsze dowodzą one prawdy.

Z perspektywy pedagogiki akademickiej ta książka jest szczególnie cenna, bo pokazuje, że nauka potrzebuje nie tylko procedur, lecz także formacji moralnej badacza: uczciwości, pokory, gotowości do korekty, przyjęcia wyniku negatywnego, szacunku dla replikacji, odporności na pokusę autopromocji. Tej zaś jest nadmiar w social mediach.

Patologia w nauce nie utrzymuje się tylko dlatego, że istnieją nieuczciwi badacze, lecz dlatego, że środowisko akademickie często nie ma wystarczającej woli, odwagi ani interesu, by reagować na deformacje, które powstają wewnątrz własnej wspólnoty. Najbardziej bolesna jest tu nie sama obecność oszustwa, stronniczości czy niedbalstwa, lecz mechanizm milczącej lojalności instytucjonalnej.

Wielu/-e recenzentów/-ek przekonało się, że ujawnienie patologii oznacza nie tylko wskazanie „błędu” w artykule czy projekcie badawczym, ale wymaga naruszenia sieci zależności koleżeńskich, grantowych, promotorskich, recenzenckich, wydziałowych, redakcyjnych, rankingowych.  

Rzetelna recenzja ujawnia deformacje w czyjejś pracy akademickiej, przez co uderza nie tylko w konkretną osobę, lecz także w tych, którzy ją wcześniej legitymizowali: recenzentów, promotorów, współautorów, kierowników projektów, członków rady dyscypliny naukowej, redakcje czasopism, komisje konkursowe itp. Dlatego reakcja bywa opóźniana, rozmywana albo przenoszona na język proceduralny: „sprawa jest złożona”, „trzeba poczekać”, „nie mamy podstaw”, „to różnica interpretacyjna”, „nie należy szkodzić wizerunkowi jednostki”.

W tym sensie patologia nauki ma charakter relacyjny i systemowy, bowiem nie jest tylko czynem sprawcy, lecz także skutkiem ochronnej ciszy otoczenia. Wydana z fundamentalnymi błędami monografia pokazuje, że nauka ma formalnie mechanizmy autokorekty, korekty redakcyjnej: recenzje, replikacje, korekty, retrakcje, komisje etyczne, jawność danych. Jednocześnie dowodzi, że te mechanizmy działają słabo, gdy wchodzą w konflikt z interesem instytucji, prestiżem środowiska albo karierami ludzi, którzy już zajęli mocne pozycje. Chroniąc patologiczną rozprawę, ukrywa się zarazem jej recenzentów wydawniczych.

Pedagogika akademicka nie powinna badać tylko patologii wychowania, szkoły czy polityki oświatowej, ale również umieć spojrzeć na własne środowisko jako przestrzeń socjalizacji do konformizmu, oportunizmu i milczenia. Z tej perspektywy deformacja nauki nie jest incydentem, lecz testem kultury akademickiej. 

Można sformułować pytanie - Czy wspólnota naukowa potrafi być lojalna wobec prawdy bardziej niż wobec własnych kadr? I tu odpowiedź autora recenzowanej monografii jest pesymistyczno-realistyczna: często nie potrafi. Nie dlatego, że wszyscy są nieuczciwi, lecz dlatego, że system nagradza produktywność, widzialność i prestiż, a karze tych, którzy zakłócają wygodną fikcję normalności. 

Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom, lecz także dzięki życzliwym obserwatorom, ostrożnym recenzentom, milczącym współpracownikom i władzom uczelni, które bardziej boją się skandalu niż nieprawdy. Diagnoza autora książki nie odbiera sensu nauce. Ona raczej odbiera złudzenie, że sama instytucjonalna przynależność do świata akademickiego automatycznie chroni przed konformizmem, interesownością, tchórzostwem czy moralną ślepotą.

Smutne jest to, że nauka, która ma uczyć odwagi prawdy, często sama boi się prawdy o sobie. Nie jest to jednak powód do rezygnacji z krytyki naukowej, ale przypomnienie, że ethos akademicki nie polega na obronie środowiska za wszelką cenę, lecz na obronie sensu poznania, także wtedy, gdy wymaga to bolesnego spojrzenia na własne praktyki, własne recenzje, własne awanse, własne milczenia. Najważniejsze dla władz akademickich są trzy argumenty, które można wyłonić  z rozprawy Ritchiego.

Pierwszym powodem niezadowolenia z badań w naukach społecznych jest kryzys replikacji badań w naukach społecznych. Od lat zwracają na to uwagę krytycy badań psychologicznych, skoro 99 proc. z nich jest niereplikowalna. To jest trudny argument do zlekceważenia, bo nie dotyczy intencji badaczy, lecz weryfikowalności poprawności uzyskanych przez nich wyników. Jeśli badań nie da się powtórzyć, jeśli efekty znikają przy ponownym teście, jeśli całe obszary wiedzy opierają się na kruchych podstawach, to nie mamy sporu światopoglądowego, lecz problem epistemologiczny.

Drugi powód dotyczy stronniczości publikacyjnej i p-hackingu. Ritchie pokazuje, że nauka może produkować pozór pewności nie dlatego, że ktoś jawnie fałszuje dane, ale dlatego, że system preferuje wyniki pozytywne, efektowne, „nowe”, statystycznie atrakcyjne. To jest szczególnie groźne, bo deformacja nie wygląda jak przestępstwo, ale jawi się jako normalna praktyka akademicka.

Trzecim powodem są błędy instytucjonalne. Dostrzeżenie ich pozwala wyjść poza personalne oskarżenia, aczkolwiek nie usprawiedliwia wykorzystywania przez niektórych nauczycieli akademickich okazji do nadużyć. Problemem nie jest wyłącznie „nierzetelny pracownik naukowy”, ale system, który nagradza za wskaźniki bardziej niż rzetelność, szybkość bardziej niż kontrolę, cytowalność bardziej niż prawdę, a prestiż czasopisma bardziej niż solidność danych.

Szczególnie ważne są przejawy patologii z medycyny, psychologii, edukacji, terapii, zdrowia publicznego czy polityk publicznych. Jeśli nierzetelne badania wpływają na leczenie, programy profilaktyczne, decyzje ministerstwa edukacji, diagnozy psychologiczne, politykę oświatową czy finansowanie reform, to przestają być „wewnętrzną sprawą akademii”.  Autor książki nie pisał jej dla obrony wizerunku nauki, lecz upomina się o konieczność obrony jej zdolności do samonaprawy. Moim zdaniem jest ona niemożliwa w Polsce, bo proces ustrojowego niszczenia zaszedł już zbyt daleko. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam