S
Książka
Stuarta Ritchiego odsłania rzeczywistą produkcję fikcji wewnątrz
instytucji akademickich, które kulturowo i społecznie powinny służyć prawdzie a
nie jej pozorowaniu. \
Tytuł Science
Fictions jest dwuznaczny. Autorowi zapewne nie chodzi o fantastykę
naukową, lecz o fikcje wytwarzane przez naukowców, których wyniki
badań są niepowtarzalne. Rzecz dotyczy tych danych empirycznych, które zostały
sfabrykowane przez autora jakiegoś raportu.
Co
z tego, że zostały one opracowane zgodnie z modelami statystycznymi?
Nauka nie sprowadza się do dowodzenia przez autorów rozpraw, że opanowali
wiedzę z zakresu metod badań statystycznych. Coraz
więcej publikacji - zdaniem tego autora - jest
"napompowane" medialnie przez globalnych wydawców, którzy przekonują
klientów, że publikuje się rzekomo przełomowe odkrycie naukowe, choć
jego przesłanki i wnioski są kruche teoretycznie czy/i metodologicznie.
Najważniejsza
teza tej monografii brzmi: problemem nie są wyłącznie pojedynczy oszuści,
choć oszustwa istnieją. Problemem jest cały ekosystem, który czasami premiuje
nie prawdę, lecz sloty, nowość, cytowalność, grantowość, medialność i karierę,
co kojarzymy z patologicznym habitusem akademickim.
Ritchie
pokazuje cztery główne źródła deformacji nauki:
1.
Oszustwo — fałszowanie danych, ilustracji, eksperymentów, wyników, a więc
jest to najbardziej spektakularna forma patologii, co nie oznacza, że jest
najczęstszą.
2.
Stronniczość — dobieranie, interpretowanie i publikowanie wyników zgodnych
z oczekiwaniami badacza/-ki, jego/jej światopoglądu, środowiska, redakcji albo
dominującego paradygmatu.
3.
Niedbalstwo — błędy metodologiczne, powierzchowna analiza danych,
niestaranne procedury, brak rzetelnej replikacji badań.
4.
Szum medialny — przekształcanie ostrożnych wyników w sensacyjne
komunikaty: „przełom”, „rewolucja”, „dowiedziono”, „naukowcy odkryli”.
Dlatego
patologia w nauce nie jest tu fantazmatem przeciwników akademii, ale jest empirycznie
rozpoznawalnym zjawiskiem w środowisku naukowym. Ritchie nie pisze książki
antynaukowej, a wprost przeciwnie, broni nauki przed jej własnymi
deformacjami.
Warto
zwrócić uwagę na to bardzo ważne rozróżnienie. Krytyka patologii nauki nie jest
krytyką nauki jako takiej, ale warunkiem jej ocalenia. Patologia w
nauce nie jest science fiction, natomiast science fiction zaczyna się wtedy,
gdy środowisko naukowe udaje, że patologii nie ma.
Monografia
Ritchiego odsłania także mechanizm szczególnie groźny dla nauk społecznych i
humanistycznych, które są najbardziej na nią podatne. Opublikowane rozprawy
wcale nie muszą znaczyć, że są nośnikiem prawdy. Artykuł, monografia,
afiliacja, grant, cytowania czy parametryzacja nie są jeszcze gwarancją
poznawczej rzetelności. To są przejawy wytworów pracy nauczycieli akademickich,
ale nie zawsze dowodzą one prawdy.
Z
perspektywy pedagogiki akademickiej ta książka jest szczególnie cenna, bo
pokazuje, że nauka potrzebuje nie tylko procedur, lecz także formacji
moralnej badacza: uczciwości, pokory, gotowości do korekty, przyjęcia wyniku
negatywnego, szacunku dla replikacji, odporności na pokusę autopromocji. Tej
zaś jest nadmiar w social mediach.
Patologia
w nauce nie utrzymuje się tylko dlatego, że istnieją nieuczciwi badacze,
lecz dlatego, że środowisko akademickie często nie ma wystarczającej woli,
odwagi ani interesu, by reagować na deformacje, które powstają wewnątrz własnej
wspólnoty. Najbardziej bolesna jest tu nie sama obecność oszustwa,
stronniczości czy niedbalstwa, lecz mechanizm milczącej lojalności
instytucjonalnej.
Wielu/-e recenzentów/-ek przekonało się, że ujawnienie patologii oznacza nie tylko
wskazanie „błędu” w artykule czy projekcie badawczym, ale wymaga naruszenia
sieci zależności koleżeńskich, grantowych, promotorskich, recenzenckich,
wydziałowych, redakcyjnych, rankingowych.
Rzetelna
recenzja ujawnia deformacje w czyjejś pracy akademickiej, przez co uderza nie
tylko w konkretną osobę, lecz także w tych, którzy ją wcześniej legitymizowali:
recenzentów, promotorów, współautorów, kierowników projektów, członków rady
dyscypliny naukowej, redakcje czasopism, komisje konkursowe itp. Dlatego
reakcja bywa opóźniana, rozmywana albo przenoszona na język proceduralny:
„sprawa jest złożona”, „trzeba poczekać”, „nie mamy podstaw”, „to różnica
interpretacyjna”, „nie należy szkodzić wizerunkowi jednostki”.
W
tym sensie patologia nauki ma charakter relacyjny i systemowy, bowiem nie
jest tylko czynem sprawcy, lecz także skutkiem ochronnej ciszy otoczenia.
Wydana z fundamentalnymi błędami monografia pokazuje, że nauka ma formalnie
mechanizmy autokorekty, korekty redakcyjnej: recenzje, replikacje, korekty,
retrakcje, komisje etyczne, jawność danych. Jednocześnie dowodzi, że te
mechanizmy działają słabo, gdy wchodzą w konflikt z interesem instytucji,
prestiżem środowiska albo karierami ludzi, którzy już zajęli mocne pozycje.
Chroniąc patologiczną rozprawę, ukrywa się zarazem jej recenzentów
wydawniczych.
Pedagogika
akademicka nie powinna badać tylko patologii wychowania, szkoły czy polityki
oświatowej, ale również umieć spojrzeć na własne środowisko jako
przestrzeń socjalizacji do konformizmu, oportunizmu i milczenia. Z tej
perspektywy deformacja nauki nie jest incydentem, lecz testem kultury
akademickiej.
Można sformułować pytanie - Czy wspólnota naukowa potrafi być lojalna wobec prawdy bardziej niż
wobec własnych kadr? I tu odpowiedź autora recenzowanej monografii jest
pesymistyczno-realistyczna: często nie potrafi. Nie dlatego, że wszyscy są
nieuczciwi, lecz dlatego, że system nagradza produktywność, widzialność i
prestiż, a karze tych, którzy zakłócają wygodną fikcję normalności.
Patologia w nauce trwa nie tylko dzięki fałszerzom, lecz także dzięki życzliwym obserwatorom, ostrożnym recenzentom, milczącym współpracownikom i władzom uczelni, które bardziej boją się skandalu niż nieprawdy. Diagnoza autora książki nie odbiera sensu nauce. Ona raczej odbiera złudzenie, że sama instytucjonalna przynależność do świata akademickiego automatycznie chroni przed konformizmem, interesownością, tchórzostwem czy moralną ślepotą.
Smutne jest to, że nauka, która ma uczyć odwagi prawdy, często sama boi się prawdy o sobie. Nie jest to jednak powód do rezygnacji z krytyki naukowej, ale przypomnienie, że ethos akademicki nie polega na obronie środowiska za wszelką cenę, lecz na obronie sensu poznania, także wtedy, gdy wymaga to bolesnego spojrzenia na własne praktyki, własne recenzje, własne awanse, własne milczenia. Najważniejsze dla władz akademickich są trzy argumenty, które można wyłonić z rozprawy Ritchiego.
Pierwszym powodem niezadowolenia z badań w naukach społecznych jest kryzys replikacji badań w naukach społecznych. Od lat zwracają na to uwagę krytycy badań psychologicznych, skoro 99 proc. z nich jest niereplikowalna. To jest trudny argument do zlekceważenia, bo nie dotyczy intencji
badaczy, lecz weryfikowalności poprawności uzyskanych przez nich wyników. Jeśli badań nie da się powtórzyć, jeśli
efekty znikają przy ponownym teście, jeśli całe obszary wiedzy opierają się na
kruchych podstawach, to nie mamy sporu światopoglądowego, lecz problem
epistemologiczny.
Drugi powód dotyczy stronniczości publikacyjnej i p-hackingu. Ritchie pokazuje, że nauka może produkować pozór pewności nie dlatego, że ktoś jawnie fałszuje dane, ale dlatego, że system preferuje wyniki pozytywne, efektowne, „nowe”, statystycznie atrakcyjne. To jest szczególnie groźne, bo deformacja nie wygląda jak przestępstwo, ale jawi się jako normalna praktyka akademicka.
Trzecim powodem są błędy instytucjonalne. Dostrzeżenie ich pozwala wyjść poza personalne oskarżenia, aczkolwiek nie usprawiedliwia wykorzystywania przez niektórych nauczycieli akademickich okazji do nadużyć. Problemem nie jest
wyłącznie „nierzetelny pracownik naukowy”, ale system, który nagradza za wskaźniki bardziej
niż rzetelność, szybkość bardziej niż kontrolę, cytowalność bardziej niż
prawdę, a prestiż czasopisma bardziej niż solidność danych.
Szczególnie ważne są przejawy patologii z medycyny, psychologii, edukacji, terapii, zdrowia publicznego czy polityk publicznych. Jeśli nierzetelne badania wpływają na leczenie, programy profilaktyczne, decyzje ministerstwa edukacji, diagnozy psychologiczne, politykę oświatową czy finansowanie reform, to przestają być „wewnętrzną sprawą akademii”. Autor książki nie pisał jej dla obrony wizerunku nauki, lecz upomina się o konieczność obrony jej zdolności do samonaprawy. Moim zdaniem jest ona niemożliwa w Polsce, bo proces ustrojowego niszczenia zaszedł już zbyt daleko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam