W
debacie o szkole coraz częściej pojawia się słowo „dobrostan”. Brzmi dobrze.
Ciepło. Bezpiecznie. Jest niemal bezdyskusyjne, bo któż odważyłby się
powiedzieć, że nie należy dbać o dobro dziecka? Wszystkie dzieci są nasze,
wszystkie zasługują na troskę, wszystkie powinny doświadczać w szkole szacunku,
bezpieczeństwa i życzliwości. Politycznie jest to pojęcie wygodne, medialnie
nośne, społecznie akceptowalne. Można je wpisać do strategii, podstaw
programowych, projektów profilaktycznych i przemówień ministrów edukacji.
Problem
zaczyna się jednak wtedy, gdy „dobrostan” staje się pedagogiczną infantylizacją uczniów, a
nie warunkiem ich dojrzewania, gdy zaczyna oznaczać nie tyle troskę o integralny
rozwój dziecka, ile obietnicę komfortu. Szkoła, zamiast przygotowywać
uczniów do życia w świecie niepewności, napięć, porażek i konfliktów, zaczyna
udawać, że najważniejsze jest, aby dzieciom było miło. A przecież życie nie
zawsze będzie miłe. Nie zawsze będzie wspierające. Nie zawsze będzie
sprawiedliwe. Nie zawsze będzie dobrze.
Właśnie
dlatego tak ważna staje się kategoria rezyliencji — odporności psychicznej,
zdolności podnoszenia się po porażce, radzenia sobie z napięciem, uczenia się
mimo trudności, odbudowywania sprawczości po niepowodzeniu. Czeski pedagog
Milan Hausner celnie przeciwstawia ją źle rozumianemu wellbeingowi. Dobrostan
jest "poduszką" — pisze — rezyliencja jest kręgosłupem. Dobrostan obiecuje ukojenie,
rezyliencja przypomina, że trzeba umieć utrzymać kubek w dłoni także po trzecim
kryzysie. Dobrostan jest stanem, rezyliencja procesem. Dobrostan jest wygodą,
rezyliencja wewnętrzną mocą.
To
mocna metafora. Może nawet zbyt ostra, ale potrzebna. Bo współczesna szkoła
łatwo wpada w język miękkich deklaracji, podczas gdy codzienność wielu uczniów
wcale miękka nie jest. Dzieci i młodzież żyją pod presją ocen, porównań,
egzaminów, oczekiwań rodziców, algorytmicznych wzorców sukcesu, rówieśniczej
ekspozycji i nieustannej gotowości do bycia ocenianym. Jeśli do tego dochodzi
chłód emocjonalny dorosłych, obojętność nauczycieli, publiczne zawstydzanie,
ironia, lekceważenie trudności albo arogancja władzy szkolnej, to mówienie o
dobrostanie zaczyna brzmieć jak instytucjonalna dekoracja.
Nie
można bowiem najpierw ranić, a potem ogłaszać program leczenia ran.
Szkoła,
która ośmiesza ucznia za błąd, nie uczy go odporności. Szkoła, która publicznie
piętnuje słabszych, nie hartuje charakteru. Szkoła, która nagradza tylko
bezbłędność, szybkość i podporządkowanie, nie przygotowuje do życia, lecz do
unikania ryzyka. Uczeń nie uczy się wtedy odwagi, lecz maskowania niewiedzy.
Nie uczy się wytrwałości, lecz lęku przed kompromitacją. Nie rozwija
rezyliencji, lecz strategie przetrwania w systemie, który może go upokorzyć.
To
zasadnicza różnica. Rezyliencja nie jest przyzwyczajaniem dziecka do złego
traktowania. Nie jest zgodą na pedagogikę chłodu, presji i zawstydzania. Nie
jest powrotem do starej zasady: „niech się zahartuje, bo życie jest trudne”.
Tak rozumiana odporność jest jedynie cywilizowanym imieniem przemocy
symbolicznej. Można bowiem wychować dziecko, które „dużo wytrzyma”, ale będzie
wewnętrznie zamknięte, nieufne, cyniczne albo agresywne. Można wyprodukować
twardą skorupę, ale nie dojrzałą osobowość.
Prawdziwa
rezyliencja nie rodzi się z upokorzenia. Rodzi się z doświadczenia, że trudność
można przejść bez utraty godności. Że błąd nie jest hańbą. Że porażka nie
przekreśla człowieka. Że wysiłek ma sens. Że można poprawić. Że można poprosić
o pomoc. Że dorosły nie wykorzysta słabości dziecka przeciwko niemu. Że
wymaganie nie musi być poniżeniem, a troska nie musi być pobłażliwością.
Tu
właśnie ujawnia się zasadniczy problem współczesnej szkoły. Nie wystarczy
wpisać rezyliencji do dokumentów programowych. Nie wystarczy ogłosić kolejnego
programu profilaktycznego, przeprowadzić warsztatów z radzenia sobie ze stresem
i przygotować kolorowych materiałów o emocjach. Jeśli codzienny język szkoły
nadal będzie językiem presji, porównania, pogardy i selekcji, to każda lekcja o
odporności psychicznej stanie się hipokryzją. Uczeń bardzo szybko rozpozna, że
szkoła mówi jedno, a czyni drugie.
Dlatego
rezyliencja musi zaczynać się nie od ucznia, lecz od etyki instytucji. Od
pytania, czy w tej szkole wolno nie wiedzieć. Czy wolno zapytać. Czy wolno się
pomylić. Czy wolno być wolniejszym. Czy wolno przeżyć niepowodzenie bez utraty
twarzy. Czy nauczyciel potrafi odróżnić wymaganie od zawstydzania. Czy potrafi
nazwać błąd bez etykietowania osoby. Czy umie regulować własną frustrację,
zamiast przerzucać ją na dzieci.
To
nie jest sprawa dodatku psychologicznego do programu nauczania. To jest sprawa
kultury pedagogicznej.
Nauczyciel,
który ma wspierać rezyliencję ucznia, nie musi być terapeutą. Nie musi
prowadzić seansów emocjonalnych. Nie musi rezygnować z wymagań, ocen,
dyscypliny pracy czy intelektualnego wysiłku. Musi jednak rozumieć, że uczeń
nie staje się odporny dlatego, że został upokorzony. Staje się odporny wtedy,
gdy doświadczył trudności, ale nie został w niej porzucony. Gdy został
skonfrontowany z błędem, ale nie ośmieszony. Gdy musiał podjąć wysiłek, ale
widział jego sens. Gdy został potraktowany poważnie, a nie protekcjonalnie.
W
tym sensie rezyliencja jest kategorią o wiele bardziej wymagającą niż
dobrostan. Dobrostan można zadeklarować. Rezyliencję trzeba praktykować.
Dobrostan można opisać językiem troski. Rezyliencja wymaga zmiany sposobu
oceniania, komunikowania się, reagowania na błąd, organizowania współpracy,
prowadzenia konfliktu, wspierania ucznia po porażce. Dobrostan może stać się
politycznym ukłonem w stronę rodziców i opinii publicznej. Rezyliencja jest
mniej wyborcza, bo nie obiecuje komfortu. Obiecuje raczej przygotowanie do
tego, że komfort nie zawsze będzie dostępny.
Nie
oznacza to, że należy odrzucić dobrostan. Przeciwnie. Trzeba go obronić przed
banalizacją. Dobrostan bez rezyliencji jest miękki i krótkotrwały. Rezyliencja
bez dobrostanu może stać się brutalną szkołą przetrwania. Potrzebna jest więc
pedagogika trzeciej drogi: wymagająca troska. Taka, która nie chroni dziecka
przed każdym wysiłkiem, ale chroni je przed pogardą. Nie usuwa trudności, ale
nie zostawia ucznia samego. Nie obiecuje życia bez porażek, ale uczy, jak nie
utożsamić porażki z własną wartością.
Szkoła
przyszłości nie może być ani sanatorium dobrego samopoczucia, ani koszarami
odporności. Musi być miejscem, w którym uczeń doświadcza, że człowiek rozwija
się przez wysiłek, relacje, błędy, korekty, odpowiedzialność i nadzieję.
Miejscem, w którym dorosły nie mówi: „masz być szczęśliwy”, ani też: „masz
zacisnąć zęby”, lecz raczej: „spróbuj jeszcze raz, jestem obok, ale drogi za
ciebie nie przejdę”.
Jeśli
szkoła tego nie zrozumie, dobrostan pozostanie urzędniczym słowem, rezyliencja
modnym zapożyczeniem, a dzieci nadal będą stały między dwoma kamieniami
młyńskimi: presją szkoły i bezradnością świata dorosłych.
A
przecież prawdziwa troska o dziecko nie polega na tym, by świat uczynić dla
niego miękkim. Polega na tym, by pomóc mu wykształcić kręgosłup, bez łamania
go po drodze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam