16 maja 2026

Uniwersytet, który boi się własnych uczonych

 

 


(źródło: opracowanie własne z wykorzystaniem narzędzia ChatGPT / DALL·E, OpenAI, 2026)


Uniwersytet najchętniej mówi o wolności akademickiej wtedy, gdy nikogo ona nic nie kosztuje.

W folderach promocyjnych, strategiach rozwoju, jubileuszowych przemówieniach i grantowych deklaracjach powtarza się słowa: dialog, autonomia, hedonizm, dobrostan, odpowiedzialność, wspólnota, zaufanie, kultura debaty. W uniwersyteckich wydawnictwach ukazują się książki o Habermasie, Arendt, Gadamerze, Foucaultcie, etyce komunikacji, demokracji deliberatywnej, krytycznym myśleniu i emancypacyjnej roli wiedzy. Uczonych nagradza się za publikacje o dyskursie, inkluzji, partycypacji i podmiotowości.

Jednak, gdy władze tego samego uniwersytetu otrzymując głos krytyczny we własnych murach, sięgają nie po rozmowę, lecz po paragraf, to zaczyna się głęboka destrukcja universitas. 

To jest jeden z najbardziej dotkliwych paradoksów współczesnej akademii: teoria dialogu stała się przedmiotem parametryzacji, ale praktyka dialogu została zastąpiona procedurą dyscyplinarną. O komunikacji można pisać monografie, organizować konferencje i zdobywać punkty. Nie wolno jej jednak zbyt poważnie praktykować, zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy realnej władzy.

W coraz większej liczbie uczelni krytyka nie jest traktowana jako wewnętrzny mechanizm samonaprawy instytucji, lecz jako zakłócenie zarządzania. Nie jako forma odpowiedzialności za dobro wspólne, lecz jako przejaw nielojalności. Nie jako troska o standardy, lecz jako „atak”, „destabilizacja”, „brak kultury organizacyjnej”, a w skrajnych przypadkach — jako rzekome uchybienie godności zawodu nauczyciela akademickiego.

W ten sposób powstaje uniwersytet osobliwie rozdwojony. Na zewnątrz — humanistyczny, otwarty, europejski, obywatelski, ale wewnątrz — hierarchiczny, defensywny, folwarczny, często korporacyjny w najgorszym znaczeniu tego słowa. Mówi językiem wspólnoty, ale działa logiką podporządkowania. Deklaruje autonomię, ale nie znosi autonomicznych głosów. Powołuje się na etos akademicki, lecz coraz częściej myli etos z posłuszeństwem.

Nie chodzi o to, by w uniwersytecie panowała dowolność wypowiedzi, agresja, pomówienie czy anarchia. Uczelnia ma prawo reagować na naruszenia norm. Ma prawo chronić godność osób, porządek pracy, bezpieczeństwo relacji i dobre imię instytucji. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzia przewidziane do ochrony wspólnoty akademickiej stają się narzędziami ochrony władzy przed wspólnotą.

Wówczas prawo przestaje być gwarancją ładu, a zaczyna pełnić funkcję knebla.

Najbardziej niepokojące jest to, że mechanizm ten uderza często nie w osoby obojętne wobec uniwersytetu, lecz w tych, którzy traktują go serio. W ludzi, którzy jeszcze wierzą, że uczelnia nie jest zakładem produkcji punktów, lecz instytucją sensu. W tych, którzy reagują, gdy widzą erozję standardów, pozorność procedur, nierówność kryteriów, klientelizm awansowy, administracyjne zawłaszczanie wspólnoty czy milczące przesuwanie granic przyzwoitości.

Paradoks polega na tym, że najbardziej kłopotliwi dla zarządzających bywają nie cynicy, lecz ideowcy. Cynik milczy, przystosowuje się, kalkuluje, załatwia sobie, kombinuje. Ideowiec pyta, a pytanie w instytucji zarządzanej lękiem zawsze brzmi podejrzanie.

Zamiast więc rozmawiać z krytycznym pracownikiem, władza uczelni coraz częściej zaczyna go lekceważyć, a kto lekceważy, ten przejmuje władzę nad znaczeniem. Krytyka staje się „eskalacją”. Ironia — „naruszeniem dyscypliny”. Sprzeciw — „brakiem lojalności”. Pytanie o standardy — „atakowaniem autorytetu”. Apel o przejrzystość — „działaniem na szkodę jednostki”. W ten sposób język administracyjny dokonuje przemocy symbolicznej: nie odpowiada na argument, lecz zmienia jego kwalifikację.

W tym miejscu kończy się uniwersytet jako wspólnota dyskursu, a zaczyna uniwersytet jako aparat zarządzania posłuszeństwem i grą pozorów.

Nieprzypadkowo współczesne uczelnie coraz częściej posługują się językiem korporacyjnym. Mówią o efektywności, wizerunku, strategii, interesariuszach, procedurach, audytach, zgodności, reputacji. Same w sobie te pojęcia nie są złe. Uczelnia potrzebuje sprawnej administracji. Problem polega na tym, że logika zarządcza zaczyna wypierać logikę akademicką. Tam, gdzie powinno być seminarium, pojawia się procedura. Tam, gdzie powinien być spór, pojawia się notatka służbowa. Tam, gdzie powinno być wysłuchanie, pojawia się zawiadomienie, donos.

Władza rektorska w wielu miejscach przestała być rozumiana jako służba wobec wspólnoty akademickiej, a zaczęła być praktykowana jako zarząd nad zasobem ludzkim. Tymczasem nauczyciel akademicki nie jest zasobem. Jest podmiotem konstytucyjnie chronionej wolności nauczania, badań i wypowiedzi naukowej. Jest współtwórcą uniwersytetu, a nie wykonawcą poleceń w strukturze przypominającej firmę doradczą.

Najbardziej zdradliwa jest tu pozorna legalność. Wszystko można ubrać w procedurę. Można powołać komisję. Można wszcząć postępowanie, wydać postanowienie, wysłać pismo, przytoczyć artykuł ustawy itp. Można stworzyć wrażenie, że działa państwo prawa w uniwersyteckiej miniaturze, ale legalizm bez kultury dialogu staje się tylko elegancką formą przemocy instytucjonalnej. Szczególnie humaniści powinni to rozumieć.

Pytanie nie brzmi jedynie: czy władza uczelni może wszcząć określoną procedurę? ale czy powinna?

Czy wyczerpała wcześniej możliwości rozmowy? Czy próbowała zrozumieć sens krytyki? Czy oddzieliła formę wypowiedzi od jej treści? Czy zastosowała zasadę proporcjonalności? Czy jednak od razu sięgnęła po najsilniejszy instrument, ponieważ łatwiej jest dyscyplinować niż rozmawiać?

Uniwersytet, który nadużywa procedur dyscyplinarnych wobec krytycznych pracowników, sam wystawia świadectwo własnej słabości. Silna wspólnota akademicka nie boi się pytań. Silna władza nie boi się sporu. Silny rektor nie potrzebuje produkować lęku, by utrzymać autorytet. Autorytet, który wymaga ochrony proceduralnej przed każdym głosem krytycznym, przestaje być autorytetem, a staje się stanowiskiem.

Najgroźniejsze skutki takich praktyk nie są natychmiastowe. Nie widać ich w tabelach ewaluacyjnych ani w sprawozdaniach rocznych. One odkładają się głębiej: w milczeniu rad wydziałów, instytutów, w autocenzurze młodszych pracowników, w rezygnacji z zadawania pytań, w prywatnych rozmowach prowadzonych szeptem, w odejściach najzdolniejszych, w wycofaniu najbardziej wrażliwych, w cynizmie tych, którzy zrozumieli, że bezpieczniej jest publikować o wolności niż korzystać z niej we własnej uczelni.

Tak rodzi się uniwersytet pozornej zgody.

Wszyscy wiedzą, ale nikt nie mówi. Wszyscy widzą, ale nikt nie pyta. Wszyscy rozumieją, ale każdy czeka, aż ktoś inny poniesie koszt nazwania rzeczy po imieniu. A gdy ktoś w końcu to zrobi, instytucja nie pyta: „co w tej krytyce jest prawdziwe?”, lecz: „jak zakwalifikować tę wypowiedź?”.

To jest moment moralnej degradacji akademii.

Nie dlatego, że ktoś skrytykował władzę. Przeciwnie — dlatego, że władza uznała krytykę za problem większy niż powód, dla którego ta krytyka się pojawiła.

Uniwersytet nie umiera wtedy, gdy pojawia się w nim konflikt. Konflikt jest naturalną częścią życia intelektualnego. Uniwersytet umiera wtedy, gdy konflikt przestaje być przedmiotem rozmowy, a staje się pretekstem do dyscyplinowania. Umiera wtedy, gdy prawo zostaje oddzielone od roztropności, procedura od sprawiedliwości, a władza od służby.

Dlatego trzeba dziś postawić pytanie niewygodne, ale konieczne: czy polskie uczelnie są jeszcze wspólnotami uczonych, czy już tylko strukturami zarządzania akademicką ciszą?

Nie chodzi o obronę nieodpowiedzialnych wypowiedzi. Chodzi o obronę samej możliwości odpowiedzialnego sporu. Bez niego nie ma nauki. Jest tylko administracja wiedzy, która może produkować raporty, strategie, monografie, rankingi i uroczyste przemówienia. Może nawet organizować konferencje o wolności akademickiej. 

Nie stanowi już jednak uniwersytetu, bo uniwersytet zaczyna się tam, gdzie uczony może powiedzieć władzy: „nie zgadzam się” — i nie musi natychmiast szukać obrońcy. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam