Uniwersytet
najchętniej mówi o wolności akademickiej wtedy, gdy nikogo ona nic nie
kosztuje.
W
folderach promocyjnych, strategiach rozwoju, jubileuszowych przemówieniach i
grantowych deklaracjach powtarza się słowa: dialog, autonomia, hedonizm, dobrostan, odpowiedzialność, wspólnota, zaufanie, kultura debaty. W uniwersyteckich
wydawnictwach ukazują się książki o Habermasie, Arendt, Gadamerze, Foucaultcie,
etyce komunikacji, demokracji deliberatywnej, krytycznym myśleniu i
emancypacyjnej roli wiedzy. Uczonych nagradza się za publikacje o dyskursie,
inkluzji, partycypacji i podmiotowości.
Jednak, gdy władze tego samego uniwersytetu otrzymując głos krytyczny we własnych murach,
sięgają nie po rozmowę, lecz po paragraf, to zaczyna się głęboka destrukcja universitas.
To
jest jeden z najbardziej dotkliwych paradoksów współczesnej akademii: teoria
dialogu stała się przedmiotem parametryzacji, ale praktyka dialogu została
zastąpiona procedurą dyscyplinarną. O komunikacji można pisać monografie,
organizować konferencje i zdobywać punkty. Nie wolno jej jednak zbyt poważnie
praktykować, zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy realnej władzy.
W
coraz większej liczbie uczelni krytyka nie jest traktowana jako wewnętrzny
mechanizm samonaprawy instytucji, lecz jako zakłócenie zarządzania. Nie jako
forma odpowiedzialności za dobro wspólne, lecz jako przejaw nielojalności. Nie
jako troska o standardy, lecz jako „atak”, „destabilizacja”, „brak kultury
organizacyjnej”, a w skrajnych przypadkach — jako rzekome uchybienie godności
zawodu nauczyciela akademickiego.
W
ten sposób powstaje uniwersytet osobliwie rozdwojony. Na zewnątrz —
humanistyczny, otwarty, europejski, obywatelski, ale wewnątrz — hierarchiczny,
defensywny, folwarczny, często korporacyjny w najgorszym znaczeniu tego słowa.
Mówi językiem wspólnoty, ale działa logiką podporządkowania. Deklaruje
autonomię, ale nie znosi autonomicznych głosów. Powołuje się na etos
akademicki, lecz coraz częściej myli etos z posłuszeństwem.
Nie
chodzi o to, by w uniwersytecie panowała dowolność wypowiedzi, agresja,
pomówienie czy anarchia. Uczelnia ma prawo reagować na naruszenia norm. Ma
prawo chronić godność osób, porządek pracy, bezpieczeństwo relacji i dobre imię
instytucji. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzia przewidziane do ochrony
wspólnoty akademickiej stają się narzędziami ochrony władzy przed wspólnotą.
Wówczas
prawo przestaje być gwarancją ładu, a zaczyna pełnić funkcję knebla.
Najbardziej
niepokojące jest to, że mechanizm ten uderza często nie w osoby obojętne wobec
uniwersytetu, lecz w tych, którzy traktują go serio. W ludzi, którzy jeszcze
wierzą, że uczelnia nie jest zakładem produkcji punktów, lecz instytucją sensu.
W tych, którzy reagują, gdy widzą erozję standardów, pozorność procedur,
nierówność kryteriów, klientelizm awansowy, administracyjne zawłaszczanie
wspólnoty czy milczące przesuwanie granic przyzwoitości.
Paradoks
polega na tym, że najbardziej kłopotliwi dla zarządzających bywają nie cynicy,
lecz ideowcy. Cynik milczy, przystosowuje się, kalkuluje, załatwia sobie, kombinuje. Ideowiec pyta, a pytanie w instytucji zarządzanej lękiem zawsze brzmi podejrzanie.
Zamiast
więc rozmawiać z krytycznym pracownikiem, władza uczelni coraz częściej zaczyna
go lekceważyć, a kto lekceważy, ten przejmuje władzę nad znaczeniem. Krytyka staje
się „eskalacją”. Ironia — „naruszeniem dyscypliny”. Sprzeciw — „brakiem
lojalności”. Pytanie o standardy — „atakowaniem autorytetu”. Apel o
przejrzystość — „działaniem na szkodę jednostki”. W ten sposób język
administracyjny dokonuje przemocy symbolicznej: nie odpowiada na argument, lecz
zmienia jego kwalifikację.
W
tym miejscu kończy się uniwersytet jako wspólnota dyskursu, a zaczyna
uniwersytet jako aparat zarządzania posłuszeństwem i grą pozorów.
Nieprzypadkowo
współczesne uczelnie coraz częściej posługują się językiem korporacyjnym. Mówią
o efektywności, wizerunku, strategii, interesariuszach, procedurach, audytach,
zgodności, reputacji. Same w sobie te pojęcia nie są złe. Uczelnia potrzebuje
sprawnej administracji. Problem polega na tym, że logika zarządcza zaczyna
wypierać logikę akademicką. Tam, gdzie powinno być seminarium, pojawia się
procedura. Tam, gdzie powinien być spór, pojawia się notatka służbowa. Tam,
gdzie powinno być wysłuchanie, pojawia się zawiadomienie, donos.
Władza
rektorska w wielu miejscach przestała być rozumiana jako służba wobec wspólnoty
akademickiej, a zaczęła być praktykowana jako zarząd nad zasobem ludzkim.
Tymczasem nauczyciel akademicki nie jest zasobem. Jest podmiotem konstytucyjnie
chronionej wolności nauczania, badań i wypowiedzi naukowej. Jest współtwórcą
uniwersytetu, a nie wykonawcą poleceń w strukturze przypominającej firmę
doradczą.
Najbardziej
zdradliwa jest tu pozorna legalność. Wszystko można ubrać w procedurę. Można
powołać komisję. Można wszcząć postępowanie, wydać postanowienie, wysłać pismo, przytoczyć artykuł ustawy itp. Można stworzyć wrażenie, że działa państwo prawa w uniwersyteckiej miniaturze, ale legalizm bez kultury dialogu staje się tylko elegancką formą
przemocy instytucjonalnej. Szczególnie humaniści powinni to rozumieć.
Pytanie nie brzmi jedynie: czy władza uczelni może wszcząć określoną procedurę? ale czy powinna?
Czy
wyczerpała wcześniej możliwości rozmowy? Czy próbowała zrozumieć sens krytyki?
Czy oddzieliła formę wypowiedzi od jej treści? Czy zastosowała zasadę
proporcjonalności? Czy jednak od razu sięgnęła po najsilniejszy instrument,
ponieważ łatwiej jest dyscyplinować niż rozmawiać?
Uniwersytet,
który nadużywa procedur dyscyplinarnych wobec krytycznych pracowników, sam
wystawia świadectwo własnej słabości. Silna wspólnota akademicka nie boi się
pytań. Silna władza nie boi się sporu. Silny rektor nie potrzebuje produkować
lęku, by utrzymać autorytet. Autorytet, który wymaga ochrony proceduralnej
przed każdym głosem krytycznym, przestaje być autorytetem, a staje się
stanowiskiem.
Najgroźniejsze
skutki takich praktyk nie są natychmiastowe. Nie widać ich w tabelach
ewaluacyjnych ani w sprawozdaniach rocznych. One odkładają się głębiej: w
milczeniu rad wydziałów, instytutów, w autocenzurze młodszych pracowników, w rezygnacji z
zadawania pytań, w prywatnych rozmowach prowadzonych szeptem, w odejściach
najzdolniejszych, w wycofaniu najbardziej wrażliwych, w cynizmie tych, którzy
zrozumieli, że bezpieczniej jest publikować o wolności niż korzystać z niej we
własnej uczelni.
Tak
rodzi się uniwersytet pozornej zgody.
Wszyscy
wiedzą, ale nikt nie mówi. Wszyscy widzą, ale nikt nie pyta. Wszyscy rozumieją,
ale każdy czeka, aż ktoś inny poniesie koszt nazwania rzeczy po imieniu. A gdy
ktoś w końcu to zrobi, instytucja nie pyta: „co w tej krytyce jest prawdziwe?”,
lecz: „jak zakwalifikować tę wypowiedź?”.
To
jest moment moralnej degradacji akademii.
Nie
dlatego, że ktoś skrytykował władzę. Przeciwnie — dlatego, że władza uznała
krytykę za problem większy niż powód, dla którego ta krytyka się pojawiła.
Uniwersytet
nie umiera wtedy, gdy pojawia się w nim konflikt. Konflikt jest naturalną
częścią życia intelektualnego. Uniwersytet umiera wtedy, gdy konflikt przestaje
być przedmiotem rozmowy, a staje się pretekstem do dyscyplinowania. Umiera
wtedy, gdy prawo zostaje oddzielone od roztropności, procedura od
sprawiedliwości, a władza od służby.
Dlatego
trzeba dziś postawić pytanie niewygodne, ale konieczne: czy polskie uczelnie są
jeszcze wspólnotami uczonych, czy już tylko strukturami zarządzania akademicką
ciszą?
Nie chodzi o obronę nieodpowiedzialnych wypowiedzi. Chodzi o obronę samej możliwości odpowiedzialnego sporu. Bez niego nie ma nauki. Jest tylko administracja wiedzy, która może produkować raporty, strategie, monografie, rankingi i uroczyste przemówienia. Może nawet organizować konferencje o wolności akademickiej.
Nie stanowi już jednak uniwersytetu, bo uniwersytet zaczyna się tam, gdzie uczony może powiedzieć władzy: „nie zgadzam się” — i nie musi natychmiast szukać obrońcy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam