W Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł Magdalenay Warchala-Kopeć pt. "Ile kosztuje matura? Na korepetycje chodzą już niemal wszyscy, ceny rosną w zawrotnym tempie". Jak autorka informuje czytelników:
"Coroczne badanie CBOS, które monitoruje wydatki rodziców na edukację dzieci, od lat pokazuje rosnące zainteresowanie płatnymi zajęciami pozaszkolnymi. W roku szkolnym 2025/2026 aż 80 proc. rodziców zadeklarowało, że zainwestuje w tego typu zajęcia. To najwyższy wynik w historii i wyraźny wzrost względem poprzedniego roku, gdy podobną deklarację składało 73 proc. badanych".
Jednak M. Warchala-Kopeć nie ma do końca racji, bowiem ponoszenie przez rodziców kosztów z tytułu udziału ich dziecka w zajęciach pozaszkolnych nie dotyczy tylko czy w ogóle korepetycji, ale udziału w zajęciach wolnoczasowych a rozwijających dziecięce pasje, zainteresowania czy uzdolnienia. Elżbieta Putkiewicz prowadząc niezwykle ważne badania korzystania z korepetycji przez uczniów w Polsce już w tytule raportu sugerowała, że są one szarą strefą edukacji.
Rzeczywiście, korepetycje w Polsce są zjawiskiem od dziesiątek lat, będąc bardziej problemem rodziców aniżeli ich dzieci, głównie nastolatków w okresie poprzedzającym egzamin państwowy - ósmoklasisty czy maturalny. Nie są też wyłącznie następstwem niskich płac nauczycieli, skoro przy tak nędznym wynagradzaniu część z nich wspomaga rozwój dzieci czy młodzieży. Lubią swoją profesję, bo cenią sobie kontakt z uczniami, których rozwój osobowościowy stanowi dla wielu nauczycieli wyjątkową "zapłatę" za ich pracę w trudnych warunkach.
To jednak jest wygodnym alibi władz państwowych, które od lat nie potrafią albo nie chcą tak zorganizować płacowych warunków pracy nauczycielskiej w szkole, by zwiększać poziom satysfakcji z jakości kształcenia bez względu na to, których uczniów miałby ten proces dotyczyć, skoro w publicznej edukacji nie chodzi tylko o tych najzdolniejszych, utalentowanych czy o specjalnych potrzebach rozwojowych.
Powszechnie uważa się, że skoro nauczyciele zarabiają mało, to muszą dorabiać, chociaż dotyczy to głównie nauczycieli przedmiotów selekcyjnych a egzaminacyjnych. Rodzice
się boją, martwią o swoje pociechy, więc płacą podwójnie za publiczną edukację (płacąc podatki i za korepetycje). Uczniowie są pozbawieni realnego wsparcia autodydaktycznego w szkole, więc biorą korepetycje. Wszyscy przyjmują to jako normę, ze zrozumieniem.
Problem
w tym, że ta empatia służy do unieważnienia odpowiedzialności systemowej władz państwowych. Jeśli
korepetycje są „naturalną reakcją rynku”, to MEN nie musi zmieniać podstaw
programowych, nie musi doskonalić egzaminów zewnętrznych, szkoła nie musi uczyć inaczej, a zatem i nauczyciel
nie musi niczego tłumaczyć skuteczniej. Wystarczy, że ktoś zapłaci za to po godzinach szkolnej quasi edukacji.
Określam tę sytuację jako patologię, która ma w Polsce charakter strukturalny, systemowy, skoro korepetycje nie są wsparciem, lecz warunkiem sukcesu, obejmują niemal wszystkich maturzystów (co potwierdzają CBOS i analizy rynku), a wynikają z przeładowanych podstaw programowych, selekcyjnej matury i rekrutacji punktowej, braku indywidualizacji nauczania oraz erozji zaufania do szkoły i egzaminów. W praktyce nastolatkowie pozbawieni korepetycji ryzykują wykluczenie ze starań dostania się na bezpłatne studia.
Dorabianie korepetycjami nie jest zatem neutralnym zjawiskiem. Nauczyciel w Polsce ma bowiem prawo dorabiać korepetycjami, gdyż prawo tego nie zakazuje. Gdyby tak nawet było, to przecież można „podrzucać” uczniów innemu nauczycielowi i wszystko jest lege artis.
Jednak to nie jest neutralne dla systemu szkolnego. Jeśli w szkole sprawdza się i ocenia, promuje lub pozbawia promocji, a poza szkołą tłumaczy się i ratuje, to szkoła przestaje być miejscem nauki. Staje się bramką selekcyjną, przez którą przechodzą tylko ci, których rodziców stać na „abonament edukacyjny”.
Nie jest to zatem spór o intencje nauczyciel, ale o mechanizm systemu, który premiuje bierność dydaktyczną. Korepetycje są w nim bowiem mechanizmem demobilizacji kultury kształcenia w szkole. Najbardziej destrukcyjne w polskiej wersji ukrytej systemowo zachęty a nawet presji do korzystania z korepetycji nie jest to, że są drogie, ale to, że zwalniają kadry nauczycielskie z obowiązku zmian w m.in. sferze własnych kompetencji a MEN godnego wynagradzania za nie.
Skoro uczniowie „i tak nauczą się poza szkołą”, rodzice „i tak dopłacą”, nauczyciele „i tak nadrobią własne dochody prywatnie”, to po co redukować przeładowaną podstawę programową? po co inwestować w indywidualizację? po co zmieniać ocenianie, skoro spełniają swoją funkcję zasady selekcji? po co uczyć, skoro wystarczy egzekwować? Po o lepiej płacić, skoro olimpijczyków, laureatów konkursów przedmiotowych mają w swoich klasach nauczyciele o tym samym poziomie wynagrodzeń co ci, którzy tylko narzekają na niskie płace?
Korepetycje są prywatnym buforem porażki polityki oświatowej kolejnej formacji kierowniczej w MEN. Oficjalnie mówi się o legalnych korepetycjach, działalności gospodarczej, podatkach, a nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że ogromna część rynku działa poza systemem. I to też jest wygodne.
Państwo nie musi liczyć skali zjawiska, nie musi go monitorować, nie musi odpowiadać na pytanie, dlaczego szkoła nie wystarcza, a jeśli nawet pojawiają się w przestrzeni publicznej powyższego rodzaju wyniki diagnoz, to zawsze można je lekceważyć, bo ministrowie i ich kadry kierownicze nie ponoszą żadnej odpowiedzialności cywilnej, karnej czy administracyjnej. Im większa ignorancja wśród ministrów, tym wyższej są lokowani w strukturach władz poselskich czy administracji państwowej.
Szara strefa korepetycji nie jest patologią uboczną, ale funkcjonalnym elementem systemu, który pozwala udawać, że wszystko działa. Każda kolejna debata publiczna o skali korepetycji, bo przecież nie sejmowa, omija jedno z zasadniczych pytań: Czy dziś w Polsce można z satysfakcją zdać zewnętrzny egzamin państwowy bez korzystania z korepetycji?
Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to nie mamy do czynienia z rynkiem usług edukacyjnych, ale pogłębiającym się kryzysem szeroko pojmowanej polityki oświatowej państwa polskiego. Mamy bowiem do czynienia z ukrytym podatkiem edukacyjnym, płaconym w PLN przez rodziców i rodziny nauczycieli, ale także obciążającym wszystkie podmioty stresem negatywnym. Państwo pobiera ten podatek pośrednio, a odpowiedzialność przerzuca na rynek.
Zadania egzaminacyjne są tak kalibrowane, żeby ich wyniki „jakoś się zgadzały z ustanowioną przez polityków władzy dopuszczalną normą niepowodzeń. Dla części nauczycieli bilans finansowy się domyka, bo sobie dorobią online, a więc bez specjalnego wysiłku i strat czasowych, a dla opinii publicznej, bo może tkwić w fałszywym przeświadczeniu: „tak było, jest i będzie”, a może nawet tak jest wszędzie, także w innych krajach.
Jedynym podmiotem, który nie ma wyboru, jest uczeń, który uczy się, że szkoła nie służy rozumieniu, wiedza jest towarem, a sens nauki zaczyna się dopiero po opuszczeniu budynku.
Nikt nie będzie rozliczał władz resortowych z uczciwości i współodpowiedzialności , mimo że nie tylko sam wzrost wydatków rodziców na korepetycje, ale konieczność z sięgania po nie obnaża każdą reformę edukacyjną. Czy po kolejnej deformie rodzice będą mogli zrezygnować z korepetycji bez ryzyka porażki dziecka?
Tego nie wiemy, ale upublicznione założenia, które niewiele mają wspólnego z psychopedagogicznymi fundamentami procesu kształcenia i samokształcenia pozwalają na hipotezę, że nadal będzie w szkolnictwie zarządzanie nędzą, zaś korepetycje będą pełnić rolę szczególnego rodzaju alibi.
Proszę nie odczytywać mojego wpisu jako zobowiązania nauczycieli do większego poświęcenia. Nie apeluję o heroizm,
misję ani „zaciskanie zębów dla dobra dzieci”. Przeciwnie, odrzucam ten język
jako wygodne narzędzie dla każdej władzy populistycznej a lekceważącej naukę, w tym także nauki ekonomiczne. Mit nauczyciela-siłaczki działa zawsze tak
samo, a mianowicie państwo nie płaci, nie organizuje i pozoruje reformy, a w zamian oczekuje „lepszego nauczania”, większego zaangażowania
i moralnej odpowiedzialności za skutki własnych zaniedbań.
Nie mówię nauczycielom: „pracujcie więcej”, ale że „nie da się dobrze uczyć w warunkach, które temu zaprzeczają”. Jeśli nauczyciel pracuje w przeładowanej klasie, realizuje absurdalnie szczegółową podstawę programową w systemie klasowo-lekcyjnym, jest obciążony biurokracją off-i online, a otrzymuje wynagrodzenie, które nie pozwala na godne życie i inwestowanie we własny rozwój, to żądanie, by dodatkowo „uratował system”, jest nadużyciem.
Dlatego krytyka zjawiska korepetycji nie jest krytyką nauczycieli. Jest krytyką MEN, które używa rynku korepetycji jako alibi, by nie zmieniać polityki kadrowej, płacowej i organizacyjnej. To oznacza, że nauczyciele nie powinni musieć lepiej, skuteczniej, innowacyjnie edukować siebie i innych do uczenia się przez całe życie.
Jeśli korepetycje są dziś konieczne, to nie dlatego, że nauczyciele są zbyt mało ofiarni, lecz dlatego, że system opiera się na ich przeciążeniu i przerzuca koszty swojej niewydolności na rodziny. Apeluję zatem nie tyle o więcej pracy, ale o odmowę zgody na moralne szantażowanie nauczycieli. Pytanie, które naprawdę powinniśmy zadać, brzmi „Dlaczego władze III RP wciąż nie czynią tego, co do nich należy?” W końcu utrzymujemy te władze płacąc podatki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam