(źródło: Grafika na bazie mojego konceptu - ChatGPT (OpenAI)
Zwracam uwagę na edukację włączającą w Polsce jako zakładnik sporu politycznego a nie merytorycznego. Dostrzegam to m.in. w głosie kadry kierowniczej w oświacie, która dzieli się dylematami z praktyki, zanim znów zapłacą za błędy najsłabsi uczniowie w szkolnictwie.
Edukacja
włączająca po raz kolejny stała się polem ostrej krytyki ze strony części
środowisk związkowych, w tym Komisji Oświaty NSZZ „Solidarność”. Padają w stanowisku opozycyjnego związku zawodowego mocne
słowa: chaos, eksperyment, krzywdzenie dzieci, niszczenie szkoły. Niestety, im ostrzejszy jest język ich propagandy, tym większy aplauz polityczny dla tych, którzy marzą o władzy. Tym mniejsza jest też refleksja nad
tym, kto rzeczywiście ponosi koszty tej eskalacji.
Warto
powiedzieć to wprost: w tej wojnie polsko-polskiej na hasła nie przegrywają ani ministrowie, ani liderzy
związkowi, ale dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych, ich empatyczni i świetnie wykształceni nauczyciele oraz dyrektorzy przedszkoli i szkół.
To
nie jest spór o ideę.
Edukacja
włączająca nie jest w Polsce ani nowym rozwiązaniem oświatowym, ani ideologicznym
eksperymentem obecnej władzy, gdyż programy zmian na rzecz inkluzji finansowały wszystkie, kolejno obejmujące władzę w MEN formacje polityczne. Jest zatem procesem wdrażanym od lat, osadzonym w
prawie oświatowym i zobowiązaniach międzynarodowych. Polska – poprzez Ministerstwo
Edukacji Narodowej – uczestniczy w pracach European Agency for Special
Needs and Inclusive Education, a dane gromadzone w ramach European
Agency Statistics on Inclusive Education służą monitorowaniu kierunków
polityki publicznej, a nie ideologicznemu marketingowi.
Twierdzenie,
że edukacja włączająca jest „lewacką fanaberią” czy „projektem narzuconym
nauczycielom”, jest cynicznie publicystyczną propagandą, która dobrze brzmi w
konflikcie politycznym, ale fałszuje rzeczywistość systemową i społeczno-moralną w kraju Janusza Korczaka.
Prawdziwym problemem są warunki wdrażania inkluzji, a nie ideologicznie nośne wartości.
Jeśli posłuchać dyrektorów szkół, pedagogów specjalnych, psychologów szkolnych i pracowników poradni psychologiczno-pedagogicznych, obraz jest znacznie bardziej złożony – i znacznie mniej ideologiczny. Oni nie operują narracją o wartościach, ale mówią o:
- dramatycznych brakach specjalistów,
- przeciążeniu dokumentacją zamiast
realnej pracy,
- presji wysokiej stawki egzaminów ósmoklasisty i maturalnym,
- rozmytej odpowiedzialności między
szkołą, poradniami psychologiczno-pedagogicznymi (PPP) i organami prowadzącymi placówki oświatowe,
- ryzyku prawnym przerzuconym przez MEN na
dyrektorów przedszkoli i szkół.
Dyrektorzy
– co widać wyraźnie w środowiskowych debatach – nie kwestionują potrzeby
wsparcia uczniów i nie postulują powrotu do selekcji i wykluczania części dzieci jako zasady
systemowej. Mówią coś zupełnie innego, znacznie mniej nośnego medialnie: nie da
się tego robić dobrze w warunkach permanentnego niedoboru i sprzecznych
oczekiwań.
Natomiast związkowa krytyka jest grą o pozycję w nauczycielskim środowisku. Wcześniej pełnił tę rolę ZNP wobec władz rządzącej Zjednoczonej Prawicy, a obecnie tak postępuje "Solidarność" stosując grę opozycyjną, która nie jest próbą naprawy systemu szkolnego. To jest walka o składki członkowskie i tak ubogich nauczycieli.
Mechanizm
jest czytelny:
- maksymalne uproszczenie problemu
(„inkluzja niszczy szkołę”),
- pominięcie głosu dyrektorów i
specjalistów,
- eskalacja emocji zamiast rozmowy o
warunkach,
- budowanie atmosfery zagrożenia „dla
wszystkich”.
Tyle
że szkoła nie powinna być (a jest) areną walki politycznej. Każde podkręcanie lęku skutkuje:
- oporem nauczycieli wobec
jakichkolwiek form wsparcia,
- nieufnością rodziców,
- jeszcze większym przeciążeniem PPP,
- paraliżem decyzyjnym dyrektorów.
Jeśli ktoś rzeczywiście chce bronić nauczycieli, powinien zacząć od obniżania temperatury sporu, a nie jej podnoszenia.
Europejskie
statystyki EASIE są w debacie publicznej potrzebne, gdyż pokazują skalę i kierunek zmian w 31 państwach członkowskich. Nie zawierają one wiedzy o codzienności polskiej szkoły. Nie widzą improwizacji kadrowej,
„łatania” godzin, konfliktów z rodzicami, presji egzaminów ani ryzyka prawnego,
jakie ponosi dyrektor.
Największym zagrożeniem jest dziś mylenie zgodności z europejskimi wskaźnikami z funkcjonalnością systemu. To, że coś da się ująć w projektach zmian oświatowych, nie znaczy jeszcze, że da się je bezpiecznie wdrożyć.
Edukacja
włączająca – pytania i odpowiedzi (bez ideologii)
Czy
edukacja włączająca to nowy pomysł obecnej władzy?
Nie. To proces wieloletni, zakorzeniony w prawie i praktyce szkolnej oraz w
zobowiązaniach międzynarodowych.
Dlaczego
więc narasta krytyka?
Bo zawodzi organizacja i finansowanie, a nie sama idea. Krytyka warunków
jest uzasadniona. Krytyka inkluzji jako takiej – nie.
Czy
nauczyciele są zmuszani do bycia pedagogami specjalnymi?
W praktyce często tak się czują – i to jest realny problem systemowy.
Nauczyciele przedmiotowi są rozliczani z wyników, nie z prowadzenia diagnozy
czy terapii.
Czy
pedagog specjalny rozwiązuje problem?
Nie w obecnym kształcie. Zbyt mała liczba godzin i zbyt wiele ról tworzy pozór
wsparcia, a nie realne zabezpieczenie szkoły.
Czy
PPP są przeciążone?
Tak – systemowo. Presja egzaminów sprawia, że diagnoza bywa traktowana
instrumentalnie, co wydłuża kolejki i opóźnia pomoc tam, gdzie jest naprawdę
potrzebna.
Czy
europejskie dane dowodzą, że inkluzja działa?
Nie. Pokazują kierunek i skalę, nie jakość codziennej pracy szkoły ani napięcia
organizacyjne.
Czy
krytyka związkowa jest dziś konstruktywna?
Bywa – gdy dotyczy warunków pracy. Przestaje być konstruktywna, gdy edukacja
włączająca staje się narzędziem politycznej mobilizacji, a uczniowie ze
specjalnymi potrzebami – argumentem w sporze.
Jaki
jest najważniejszy wniosek?
Edukacja włączająca w Polsce nie potrzebuje ani propagandowej obrony, ani
ideologicznego linczu. Potrzebuje korekt, wsparcia i odpowiedzialnej
rozmowy o granicach systemu.
Edukacja
włączająca nie jest dziś największym zagrożeniem dla polskiej szkoły.
Największym zagrożeniem jest eskalacja konfliktu, w której każdy gra na
swoje interesy, a nikt nie bierze odpowiedzialności za skutki. Skutki takiej polityki lekceważącej naukę zawsze ponoszą ci, którzy nie mają głosu: dzieci, ich rodziny i
szkoły.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam