21 stycznia 2026

To nie inkluzja niszczy dziś szkołę, lecz konflikt, który rozgrywa się jej kosztem

 

(źródło: Grafika na bazie mojego konceptu - ChatGPT (OpenAI) 



Zwracam uwagę na edukację włączającą w Polsce jako zakładnik sporu politycznego a nie merytorycznego. Dostrzegam to m.in. w głosie kadry kierowniczej  w oświacie, która  dzieli się dylematami z praktyki, zanim znów zapłacą za błędy najsłabsi uczniowie w szkolnictwie. 

Edukacja włączająca po raz kolejny stała się polem ostrej krytyki ze strony części środowisk związkowych, w tym Komisji Oświaty NSZZ „Solidarność”. Padają w stanowisku opozycyjnego związku zawodowego mocne słowa: chaos, eksperyment, krzywdzenie dzieci, niszczenie szkoły. Niestety, im ostrzejszy jest język ich propagandy, tym większy aplauz polityczny dla tych, którzy marzą o władzy. Tym mniejsza jest też refleksja nad tym, kto rzeczywiście ponosi koszty tej eskalacji.

Warto powiedzieć to wprost: w tej wojnie polsko-polskiej na hasła nie przegrywają ani ministrowie, ani liderzy związkowi, ale dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych, ich empatyczni i świetnie wykształceni nauczyciele oraz dyrektorzy przedszkoli i szkół.

To nie jest spór o ideę. 

Edukacja włączająca nie jest w Polsce ani nowym rozwiązaniem oświatowym, ani ideologicznym eksperymentem obecnej władzy, gdyż programy zmian na rzecz inkluzji finansowały wszystkie, kolejno obejmujące władzę w MEN formacje polityczne. Jest zatem procesem wdrażanym od lat, osadzonym w prawie oświatowym i zobowiązaniach międzynarodowych. Polska – poprzez Ministerstwo Edukacji Narodowej – uczestniczy w pracach European Agency for Special Needs and Inclusive Education, a dane gromadzone w ramach European Agency Statistics on Inclusive Education służą monitorowaniu kierunków polityki publicznej, a nie ideologicznemu marketingowi.

Twierdzenie, że edukacja włączająca jest „lewacką fanaberią” czy „projektem narzuconym nauczycielom”, jest cynicznie publicystyczną propagandą, która dobrze brzmi w konflikcie politycznym, ale fałszuje rzeczywistość systemową i społeczno-moralną w kraju Janusza Korczaka.  

Prawdziwym problemem są warunki wdrażania inkluzji, a nie ideologicznie nośne wartości. 

Jeśli posłuchać dyrektorów szkół, pedagogów specjalnych, psychologów szkolnych i pracowników poradni psychologiczno-pedagogicznych, obraz jest znacznie bardziej złożony – i znacznie mniej ideologiczny. Oni nie operują narracją o wartościach, ale mówią o:

  • dramatycznych brakach specjalistów,
  • przeciążeniu dokumentacją zamiast realnej pracy,
  • presji wysokiej stawki egzaminów ósmoklasisty i maturalnym,
  • rozmytej odpowiedzialności między szkołą, poradniami psychologiczno-pedagogicznymi (PPP) i organami prowadzącymi placówki oświatowe,
  • ryzyku prawnym przerzuconym przez MEN na dyrektorów przedszkoli i szkół.

Dyrektorzy – co widać wyraźnie w środowiskowych debatach – nie kwestionują potrzeby wsparcia uczniów i nie postulują powrotu do selekcji i wykluczania  części dzieci jako zasady systemowej. Mówią coś zupełnie innego, znacznie mniej nośnego medialnie: nie da się tego robić dobrze w warunkach permanentnego niedoboru i sprzecznych oczekiwań.

Natomiast związkowa krytyka jest grą o pozycję w nauczycielskim środowisku. Wcześniej pełnił tę rolę ZNP wobec władz rządzącej Zjednoczonej Prawicy, a obecnie tak postępuje "Solidarność" stosując grę opozycyjną, która nie jest próbą naprawy systemu szkolnego. To jest walka o składki członkowskie i tak ubogich nauczycieli. 

Mechanizm jest czytelny: 

  • maksymalne uproszczenie problemu („inkluzja niszczy szkołę”),
  • pominięcie głosu dyrektorów i specjalistów,
  • eskalacja emocji zamiast rozmowy o warunkach,
  • budowanie atmosfery zagrożenia „dla wszystkich”.

Tyle że szkoła nie powinna być (a jest) areną walki politycznej. Każde podkręcanie lęku skutkuje:

  • oporem nauczycieli wobec jakichkolwiek form wsparcia,
  • nieufnością rodziców,
  • jeszcze większym przeciążeniem PPP,
  • paraliżem decyzyjnym dyrektorów.

Jeśli ktoś rzeczywiście chce bronić nauczycieli, powinien zacząć od obniżania temperatury sporu, a nie jej podnoszenia. 

Europejskie statystyki EASIE są w debacie publicznej potrzebne, gdyż pokazują skalę i kierunek zmian w 31 państwach członkowskich. Nie zawierają one wiedzy o codzienności polskiej szkoły. Nie widzą improwizacji kadrowej, „łatania” godzin, konfliktów z rodzicami, presji egzaminów ani ryzyka prawnego, jakie ponosi dyrektor.

Największym zagrożeniem jest dziś mylenie zgodności z europejskimi wskaźnikami z funkcjonalnością systemu. To, że coś da się ująć w projektach zmian oświatowych, nie znaczy jeszcze, że da się je bezpiecznie wdrożyć. 

Edukacja włączająca – pytania i odpowiedzi (bez ideologii)

Czy edukacja włączająca to nowy pomysł obecnej władzy?
Nie. To proces wieloletni, zakorzeniony w prawie i praktyce szkolnej oraz w zobowiązaniach międzynarodowych.

Dlaczego więc narasta krytyka?
Bo zawodzi organizacja i finansowanie, a nie sama idea. Krytyka warunków jest uzasadniona. Krytyka inkluzji jako takiej – nie.

Czy nauczyciele są zmuszani do bycia pedagogami specjalnymi?
W praktyce często tak się czują – i to jest realny problem systemowy. Nauczyciele przedmiotowi są rozliczani z wyników, nie z prowadzenia diagnozy czy terapii.

Czy pedagog specjalny rozwiązuje problem?
Nie w obecnym kształcie. Zbyt mała liczba godzin i zbyt wiele ról tworzy pozór wsparcia, a nie realne zabezpieczenie szkoły.

Czy PPP są przeciążone?
Tak – systemowo. Presja egzaminów sprawia, że diagnoza bywa traktowana instrumentalnie, co wydłuża kolejki i opóźnia pomoc tam, gdzie jest naprawdę potrzebna.

Czy europejskie dane dowodzą, że inkluzja działa?
Nie. Pokazują kierunek i skalę, nie jakość codziennej pracy szkoły ani napięcia organizacyjne.

Czy krytyka związkowa jest dziś konstruktywna?
Bywa – gdy dotyczy warunków pracy. Przestaje być konstruktywna, gdy edukacja włączająca staje się narzędziem politycznej mobilizacji, a uczniowie ze specjalnymi potrzebami – argumentem w sporze.

Jaki jest najważniejszy wniosek?
Edukacja włączająca w Polsce nie potrzebuje ani propagandowej obrony, ani ideologicznego linczu. Potrzebuje korekt, wsparcia i odpowiedzialnej rozmowy o granicach systemu.

Edukacja włączająca nie jest dziś największym zagrożeniem dla polskiej szkoły.
Największym zagrożeniem jest eskalacja konfliktu, w której każdy gra na swoje interesy, a nikt nie bierze odpowiedzialności za skutki. S
kutki takiej polityki lekceważącej naukę zawsze ponoszą ci, którzy nie mają głosu: dzieci, ich rodziny i szkoły. 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam