Co obiecuje teoria zawarta w publikacjach poświęconych transformacji cyfrowej w szkolnictwie wyższym? Odniosę się tylko do wyróżnionych tu rozpraw na ten temat, bo blog nie jest czasopismem do prowadzenia debat naukowych. W ostatnio dostępnych mi publikacjach transformacja cyfrowa w edukacji wyższej, ale i szkolnej, jest najczęściej redukowana do kwestii e-learningu, albo także lub wyłącznie do problemów kompetencyjnych nauczycieli/edukatorów i ich uczniów/studentów.
Dostrzegam
w niektórych pracach pęknięcie między narracją strategiczną a codzienną
praktyką akademicką. Jeśli bowiem zestawić dominującą teorię transformacji
cyfrowej szkolnictwa wyższego z realiami polskich uczelni, to okaże się, że
obraz jest dość klarowny a raczej mało optymistyczny. Pisałem o tym wczoraj na temat książki Andrzeja Paradysza.
W monografiach o uniwersytecie 4.0, o usieciowieniu nauki,
transformacja cyfrowa obejmuje jednocześnie:
- zarządzanie
uczelnią (data-driven university, interoperacyjne systemy),
- badania naukowe (otwarta nauka,
repozytoria, platformy współpracy),
- dydaktykę (projektowanie uczenia
się, a nie tylko „zajęcia na platformie”),
- relacje społeczne (nowe role
nauczyciela akademickiego, zmiana kultury organizacyjnej).
W
tym sensie preferowane przez autorów teorie komunikują dość jasno, że cyfryzacja
bez zmiany logiki instytucji jest tylko cyfrową dekoracją. Władze i
kadry uczelni redukują rzekomą transformację do narzędzi cyfrowych, toteż
badania empiryczne nad cyfrową edukacją akademicką coraz częściej sygnalizują,
że w danej uczelni dominuje technologiczny, a nie pedagogiczny model
wdrożeń. Platformy LMS są traktowane jako „miejsce zamieszczania w nich
treści prezentacji, dokumentów, publikacji, spotów itp.”, a rzadziej są środowiskiem
do interaktywnego studiowania. Brakuje systemowego projektowania
dydaktycznego (ADDIE, constructive alignment), mimo że jest ono dobrze opisane
i znane w teorii.
Praca
Wierzbickiej nie powinna być czytana jako „metodyczna”, gdyż zawiera mocny sygnał ostrzegawczy. Jej kluczowy wątek
o e-edukacji akademickiej opiera się na modelach projektowych sprzed
dekady, skoro platformy LMS i scenariusze dydaktyczne nie nadążają
za multimodalnością komunikacji, algorytmizacją uwagi
i skróceniem cykli poznawczych studentów.
W
następstwie takiego podejścia do cyfryzacji nie dochodzi do zmiany paradygmatu kształcenia akademickiego studentów (nie tylko
kierunków pedagogicznych, nauczycielskich, ale także zarządzania, historii,
filozofii, psychologii itp.). Z badań wynika dość jednoznacznie, że
transformacja cyfrowa w polskich uczelniach kształcących na kierunkach niezwiązanych z informatyką, technologią cyfrową, jest fragmentaryczna i pozbawiona jest filozofii życia.
Dzisiaj
nauczyciel szkolnictwa powszechnego i wyższego ma zwiększone przez
władze obowiązki cyfryzacji własnej pracy i jej wyników, oczywiście pro publico bono i
w ramach misji. Nic dziwnego, że przy niskich płacach szkoły wyższe realizują
raczej logikę przetrwania, doganiania minimum cyfrowej komunikacji i
biurokratyzacji, a nie generują rozwoju kadr i ich podopiecznych. Tak zwane reformy są przedstawiane „kolorowo i graficznie, w PowerPoint”, w mapach „myśli”, w filmowych "rolkach", a realna praktyka jest pełna
improwizacji i czyjejś dobrej woli.
Źródłem regresu w uczeniu się dorosłych jest zdaniem Chmielnickiej - brak transformacyjnego uczenia się kadry akademickiej, gdyż doświadcza ona cyfryzacji głównie jako presji, destabilizacji ich pracy naukowo-badawczej, konieczności adaptacji technicznej, a nie jako procesu zmiany paradygmatu wielostronnego nauczania i uczenia się.
Uczelnie nie mają
mechanizmów aktualizacji kompetencji w czasie rzeczywistym, pracy
opartej na błędzie czy eksperymentowania bez grożących im sankcji negatywnych. Dzieje się tak
w momencie, w którym teoria potencjału cyfrowego traci
znaczenie, a zaczyna się problem cyfrowej niewydolności systemowej.
Analizy dyskursu i komunikacji w e-edukacji zwracają uwagę na coś jeszcze ważniejszego, a mianowicie, że w wielu szkołach kształcenie na odległość rozszczelnia tradycyjny dystans akademicki, gdyż nauczyciele często nie mają narzędzi językowych i metodycznych, by zarządzać nową formą relacji.
Studenci zaś szybciej adaptują się kulturowo do cyfrowego środowiska niż
ich uczelnia. W praktyce prowadzi to do dysonansu komunikacyjnego, którego uczelnie nie są w stanie uniknąć, gdyż dominuje w niektórych jednostkach model adaptacyjny („naucz
się obsługi”), a nie refleksyjny („zmień sposób rozumienia dydaktyki”).
Wierzbicka uchwyciła zjawisko kompetencyjnego starzenia się kadry, nawet jeśli formalnie „korzysta ona z technologii”. Nie chodzi to, że kompetencje nauczycieli akademickich się dezaktualizują, ale że krzepną, bo brakuje w uczelni warunków do refleksyjnego przełomu. Cyfryzacja jest doświadczeniem obciążającym, a nie rozwojowym, co zapewne wyjaśnia skalę oporu lub przedwczesnego wypalenia wobec niej.
Współczesna
pedagogika szkoły wyższej od lat tworzy podstawy teoretyczne i modele uczącego
się uniwersytetu. Rzeczywistość jest jednak inna, bowiem uczelnie reagują
na cyfrowe środowisko kryzysowo. Jak była pandemia to firmy
zarabiały na oprogramowaniu typu Teams, Zoom itp. i „jakoś to działało”.
Wkrótce okazało się, że można dzięki tym aplikacjom uciec od odpowiedzialności
za jakość kształcenia, a nawet Polska Komisja Akredytacyjna także zdalnie
hospituje zajęcia. To już jest ostra patologia i pseudoakredytacja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam