W
ostatnich miesiącach „Biała Księga AI w szkole” zaczęła funkcjonować w debacie
publicznej jako niemal założycielski dokument dla rozmów o roli sztucznej
inteligencji w polskiej edukacji. Kluczowe tezy tej publikacji są przywoływane
w wystąpieniach konferencyjnych, cytowane w dokumentach programowych, a nawet
wprost lub półgębkiem traktowane są jako dowód, że edukacja szkolna w Polsce
już weszła w epokę sztucznej inteligencji.
W tym właśnie miejscu zaczyna się postprawda i to nie dlatego, że dokument jest niekompetentny czy źle napisany. Przeciwnie, jest to spójne, erudycyjne opracowanie, napisane językiem rzekomo współczesnej polityki oświatowej, które zostało osadzone w raportach międzynarodowych.
Problem polega na celowym wprowadzeniu czytelników w błąd dla
usprawiedliwienia mylnej diagnozy systemowej, która powinna dotyczyć
realnej praktyki szkolnej w naszym kraju. Autorzy zastosowali makropolityczną
narrację przestrzeni, którą w rzetelnej analizie powinny konfrontacyjnie uzupełniać diagnozy w
skali mikro- i mezoinstytucjonalnej systemu szkolnego.
Rzekoma
diagnoza z tzw. "lotu ptaka" oznacza, że jej przedmiotem nie jest
rzeczywista praca dydaktyczna nauczycieli w klasie szkolnej, ani też nie
dotyczy ona zastosowania AI przez uczniów, lecz kreuje się architekturę
systemu polityki publicznej, strategii państwa, globalnych trendów
technologicznych, czy nawet zmian w paradygmatach dydaktycznych. Autorzy
dociekają bowiem, czy polski system edukacji jest gotowy na cywilizacyjną
zmianę wywołaną przez AI? Czy władze państwowe zaprojektowały warunki dla sensownego,
etycznego i pedagogicznie uzasadnionego wykorzystania nowych technologii w
procesie kształcenia młodych pokoleń?
Na
tym poziomie diagnoza jest trafna i w dużej mierze bezlitosna. System jest
reaktywny, fragmentaryczny i radykalni spóźniony w stosunku do tego, jak kraje
ościenne inwestują nie tylko w sprzęt do cyfrowej edukacji, ale przede
wszystkim w kompetencje nauczycieli i uczniów, ich rodziców a nawet członków
rodzin. Przeważają u nas parcjalne tematycznie i kompetencyjnie szkolenia
zamiast stosowania długofalowych ścieżek rozwoju dzieci, młodzieży i osób
dorosłych. Reaguje się głównie zakazem, tam, gdzie potrzebne jest rozumienie
dynamiki zmian, które są konieczne w codziennym życiu technopolowych
społeczeństw.
Studia
makropolityczne są ważne pod warunkiem, że uwzględniają diagnozy tego, co
faktycznie dzieje się w szkołach. Nie podważam sensowności wiedzy, jaką otrzymujemy o państwie jako projektancie zmiany, jednak niewiele jest w raporcie mowy o szkole jako miejscu codziennej praktyki wspomagania lub hamowania
rozwoju młodych generacji, a to jest zasadnicza różnica. Z perspektywy polityki
publicznej widzimy, że system „nie jest gotowy”, zaś z perspektywy pedagogiki
szkolnej jest to stanowczo za mało.
Nauczyciel wciąż jest postrzegany jako postulowana rola zawodowa.
W
„Białej Księdze” nauczyciel pojawia się dość często, ale niemal wyłącznie jako figura
normatywna. Zgodnie z duchem czasu projektuje się potrzebę zmian oddziaływań osób podających wiedzę, narzucających zredukowane do curriculum
kompetencje na rzecz bycia dla uczniów tutorem, przewodnikiem, partnerem
uczenia się, architektem procesu dydaktycznego. Jest to wizja atrakcyjna,
zgodna z nowoczesnymi koncepcjami pedagogicznymi i dobrze wpisująca się w język
kompetencji przyszłości.
Problem
jednak tkwi w tym, że jest to nauczyciel z projektu, a nie z empirycznego
opisu. Nie wiemy, ilu nauczycieli rzeczywiście korzysta z AI i w jaki sposób.
Nie wiemy, czy robią to świadomie, metodycznie, czy raczej doraźnie i „po
cichu”. Nie dowiemy się, czy AI służy im do projektowania zadań, oceniania, komunikacji
z uczniami, czy wyłącznie do przygotowania prezentacji i kart pracy. Nie wiemy
wreszcie, jak nauczyciele radzą sobie z napięciami etycznymi, jakie AI
wprowadza do codziennej pracy z oceną samodzielności, z odpowiedzialnością
uczniów czy/i z presją rodziców.
W
efekcie nauczyciel w „Białej Księdze” nie jest tym, którego spotkamy w
powszechnej edukacji, ale tym, jakim on powinien się stawać. Normatywny
nauczycieli nie negocjuje sensu swojej praktyki dydaktycznej z realnymi
ograniczeniami systemu szkolnego, tylko ma realizować wizję, która – choć
pedagogicznie może wydawać się sensowną – nie została skonfrontowana z rzeczywistością szkolną.
Uczniowie
i ryby głosu nie mają?
Jeszcze
wyraźniejsza luka w tym raporcie dotyczy uczniów. W analizowanym tu
dokumencie są oni przede wszystkim beneficjentami rzekomej personalizacji,
wsparcia, wyrównywania szans, korzystania z nowych środków poznawczych. Otrzymujemy zatem
wizerunek ucznia racjonalnego, refleksyjnego, gotowego do krytycznej współpracy
z najnowszą technologią.
Tymczasem
badani przez nas uczniowie są strategicznymi dla niniejszego projektu aktorami
zmiany. Oni od dłuższego czasu używają AI, by przyspieszyć drogę poznania, testują
granice wiedzy, sprawdzają, co im wolno, a czego jeszcze nie zakazano. Młode
pokolenie negocjuje sens uczenia się z algorytmem a nie z nauczycielami, którzy
nie są do tego przygotowani (albo mentalnie, albo kompetencyjnie). Ono
wie, że dzięki cyberprzestrzeni ma szybszy, cierpliwszy i mniej stresujący i wymagający
dostęp do wiedzy niż oferowana jemu (ocenzurowana) wiedza przez szkołę (MEN).
„Biała Księga” nie pyta o to, jak AI zmienia motywację uczniów, ich wysiłek poznawczy, stosunek do autorstwa i odpowiedzialności, nie pyta, czy uczniowie traktują AI jako narzędzie rozwoju, czy jako protezę poznawczą. Bez tej wiedzy opowieść o kompetencjach przyszłości pozostaje deklaracją, a nie diagnozą, czego moglibyśmy się spodziewać.
Każda
szkoła jest organizacją z własną kulturą, z nieformalnymi normami, lękami,
strategiami unikania ryzyka, ale i z przeciwstawnymi im postawami
części nauczycieli.
Nie
wiemy, czy i jak AI jest przedmiotem rozmów na radach pedagogicznych. Nie
wiemy, jaką rolę odgrywa dyrektor szkoły, który zamiast bycia lider zmiany,
jako przedstawiciel nadzoru pedagogicznego jest strażnikiem spokoju czy
administratorem ryzyka. Nie wiemy, jak na praktyki nauczycielskie wpływa presja
rodziców, oczekujących jednocześnie „nowoczesności” i wysokich wyników
egzaminacyjnych.
Tymczasem
na tym właśnie poziomie szkoły jako instytucji o niskiej, przeciętnej czy
elitarnej kulturze rozstrzyga się los każdej makrostrategii, a tym samym
przyszłość uczniów. Bez diagnozy kultury organizacyjnej rekomendacje pozostają
na papierze, a innowacja sprowadza się do indywidualnych, często ryzykownych
eksperymentów nielicznych nauczycieli.
Analiza
makro jest potrzebna, ale nie powinna być substytutem diagnoz
empirycznych. Najpoważniejszy problem nie polega na samym braku diagnoz
mikro i mezo, ale na tym, że makrodiagnoza zaczyna je zastępować. Wizja
systemowa – zamiast być punktem wyjścia do badań terenowych – jest traktowana
jako dowód, że zmiana już się dokonuje.
Im wyżej patrzymy, tym łatwiej uwierzyć, że proces transformacji jest w toku. Z góry nie widać jednak improwizacji, lęków i sprzeczności, które definiują codzienność szkoły. Nie widać nauczyciela, który nie wie, jak stymulować czy ocenić pracę ucznia. Nie widać dyrektora, który boi się skargi rodzica. Nie widać też ucznia, który nauczył się, że algorytm zawsze da mu właściwą odpowiedź.
Bez
diagnozy mikro i mezo AI pozostanie w polskiej szkole nie tyle narzędziem
zmiany, ile językiem uspokajania sumień lub wywoływania lęku. Szkoła zaś,
zamiast stać się miejscem krytycznego oswajania technologii, pozostanie
przestrzenią improwizacji, w której globalne wizje rozmijają się z lokalną
codziennością.
Jeśli
chcemy naprawdę rozmawiać o AI w edukacji, musimy zejść z poziomu strategii do
poziomu szkół, bo inaczej białe księgi będą mnożyć się szybciej niż realna
zmiana.
(źródło: Sekcja Edukacji Cyfrowej Komitetu Informatyki PAN, Sztuczna inteligencja w polskiej szkole. Biała księga. Wnioski, spostrzeżenia, rekomendacje. Warszawa-Tarnów, maj 2025.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam