22 stycznia 2026

AI, centralizm i pozorna ciągłość zmian w polityce MEN

 




Każda kolejna opowieść o technologicznej rewolucji w polskiej szkole zaczyna się od gestu zerwania. Oto nadchodzi nowa epoka, nowy paradygmat, nowy megatrend, który rzekomo unieważnia dotychczasowe doświadczenia. Wczoraj była to informatyzacja, potem cyfryzacja, następnie kompetencje kluczowe, edukacja 4.0, a dziś – sztuczna inteligencja. Każdorazowo język jest podobny: pilność, nieuchronność, przełom, zaś w tle pojawia się za każdym razem to samo pytanie, które jest rzadko zadawane wprost: co stało się z poprzednimi reformami i programami?

Od co najmniej dwóch dekad Ministerstwo Edukacji Narodowej – niezależnie od zmieniających się ekip rządzących – kreowało i wdrażało programy cyfryzacji szkół, finansowane zarówno ze środków unijnych, jak i krajowych. Były strategie, były platformy, były szkolenia, były miliardy złotych wydane na sprzęt, oprogramowanie i projekty pilotażowe. Jeśli dziś AI przedstawiana jest jako odpowiedź na strukturalną niegotowość szkoły do życia w świecie cyfrowym, to trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia nie z diagnozą nowej sytuacji, lecz z retorycznym wymazaniem historii.

Paradoks polskiej polityki oświatowej polega na tym, że zmiana władzy nie przerywa logiki jej działania. Centralizm jest tu kategorią ponadpartyjną. Kolejne kierownictwa MEN różnią się jedynie deklaracjami ideologicznymi, ale praktykują podobny model sterowania już niesterowną oświatą: projektowanie w strategii top-down, centralne finansowanie via samorządy terytorialne i lokalne wykonawstwo.

W tym modelu szkoła nie jest podmiotem zmiany, lecz jej adresatem. Samorządy są operatorami środków publicznych, zaś nauczyciele wykonawcami rozporządzeń ustanowionych przez partiokrację. Taka architektura sprzyja tworzeniu programów, lecz nie sprzyja uczeniu się systemu. Każda kolejna inicjatywa funkcjonuje w logice projektu: ma początek, harmonogram, wskaźniki i ... koniec. Po zakończeniu następuje cisza instytucjonalna, bez pogłębionej ewaluacji, bez transferu wiedzy, bez włączenia doświadczeń w trwałe praktyki.

To właśnie ten mechanizm można nazwać ciągłością pozorną, która dla niewtajemniczonych jawi się jako konsekwentna polityka modernizacyjna państwa. W rzeczywistości zaś jest serią niepołączonych epizodów, z których każdy kolejny zaczyna się tak, jakby poprzednie nie miały miejsca. 

Megatrend jako narzędzie resetu

W tym kontekście pojęcie „megatrendu” pełni funkcję szczególną. Nie jest jedynie kategorią analityczną, lecz narzędziem politycznym. Pozwala bowiem ogłosić, że oto zmieniły się warunki gry w stopniu tak radykalnym, iż wcześniejsze strategie tracą znaczenie. Skoro AI jest przełomem cywilizacyjnym, to wcześniejsza cyfryzacja mogła się nie udać, bo dotyczyła „innej epoki” albo "tamtej władzy". Władze MEN nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za straty finansowe, materialne czy związane z dystrybucją pomocy dydaktycznych do placówek oświatowych, itp.

Jest to sprytna figura retoryczna, która zdejmuje odpowiedzialność z instytucji, które przez lata zarządzały procesem modernizacji. Umożliwia rozpoczęcie nowego rozdania finansowego, a przy okazji tworzy przestrzeń dla nowych ekspertów, nowych programów, nowych linii grantowych. Megatrend nie tyle opisuje rzeczywistość, ile uzasadnia konieczność kolejnej interwencji władz centralnych, bo polityka etatystyczna  i populistyczna świetnie nadaje się do tego.

Problem nie sprowadza się do czyjegoś lobbingu, chociaż ten zapewne jest niewidoczny dla społeczeństwa, dopóki nie nastąpi zmiana formacji politycznej. Jest on głębszy i strukturalny, bowiem państwo polskie w obszarze edukacji technologicznej i odpowiadającej jej dydaktyki od lat ignoruje naukową wiedzę pedagogiczną. Nie prowadzi niezależnych od MEN systematycznych badań wdrożeniowych, nie buduje zaplecza analitycznego, nie rozwija trwałych zespołów eksperckich osadzonych w praktyce szkolnej, bo trzyma pod kontrolą/cenzurą IBE-PIB.

W efekcie wiedza o technologii w edukacji jest importowana w postaci raportów globalnych, ekspertyz zamawianych ad hoc, szkoleń oferowanych przez podmioty zewnętrzne. Sztuczna inteligencja jako szczególnie złożona technologia wzmacnia ten mechanizm. Zamiast rozwoju kompetencji instytucjonalnych mamy outsourcing myślenia.

Centralizm kontra adaptacyjność

Tymczasem sztuczna inteligencja obnaża w sposób szczególny słabość centralizmu oświatowego i będącą jego następstwem niską efektywność kształcenia w wyłącznie behawioralnym paradygmacie. Technologie oparte na AI zmieniają się szybciej, niż państwo jest w stanie reagować procedurami natury głównie administracyjno-prawnej, gdyż wymagają one lokalnego eksperymentowania, szybkiej adaptacji, uczenia się na błędach. To zaś jest w sprzeczności z modelem, w którym decyzje zapadają w MEN a odpowiedzialność rozmywa się w hierarchii władzy.

Szkoła zdolna do krytycznego wykorzystania AI musiałaby mieć przestrzeń do autonomii programowej, metodycznej, organizacyjnej, musiałaby móc popełniać błędy i wyciągać z nich wnioski. Tymczasem centralistyczna władza premiuje posłuszeństwo nauczycieli, dopuszcza zatrudnianie w szkołach osób bez odpowiednich kompetencji i motywacji, oczekuje braku refleksyjności, spokoju proceduralne, a nie innowacyjności.

Z powyższego powodu AI w edukacji jest czymś więcej niż tylko kolejną technologią, bowiem stało się lustrem ustrojowym, w którym odbija się kondycja polskiej polityki oświatowej. Najsilniej uwidoczniło się to w okresie pandemii Covid-19. Problemem nie jest zatem już brak nowoczesnych narzędzi, komunikatorów, lecz brak zaufania do lokalnych aktorów systemu dydaktycznego, braku politycznej akceptacji na rzecz autonomii szkoły, nauczycieli i dyrektorów jako gospodarzy środowiska funkcjonalnego uczenia się, współautorów zmiany a nie jako nadzorców poprawności politycznej, czy  wykonawców strategii wytworzonej przez niekompetentne kadry MEN.

Jeśli więc dziś słyszymy, że AI wymaga nowej strategii, nowego programu i nowych środków, warto zadać pytanie mniej efektowne, ale fundamentalne: dlaczego przez dwadzieścia lat cyfryzacji nie zbudowaliśmy zdolności szkoły do samodzielnej adaptacji technologii? Bez odpowiedzi na to pytanie każda kolejna „Biała księga” będzie raczej aktem dobromyślności niż dokumentem rozwojowym.

Nie potrzebujemy dziś kolejnego megatrendu, który przykryje ciągłość pozorów beneficjentów centralistycznego władztwa. Potrzebujemy zmiany logiki: odejścia od centralnego zarządzania innowacją na rzecz decentralizacji odpowiedzialności i wiedzy. AI może być do tego impulsem, ale tylko wtedy, gdy przestanie być alibi dla powtarzania tych samych błędów w nowym języku. W przeciwnym razie pozostanie jeszcze jednym rozdziałem w długiej historii reform, które miały zmieniać szkołę, a w rzeczywistości zmieniały jedynie narrację o niej.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam