14 grudnia 2025

Czy się stoi, czy się leży, kuratorom się należy

 


MEN zamierza ograniczyć uprawnienia kuratora oświaty, zamiast zlikwidować tę strukturę nadzoru politycznego. Dlaczego nie chce ich zlikwidować? Nie udało się to ministrzycy Katarzynie Hall, to Barbara Nowicka mogłaby zasłużyć się dla oświaty silniejszą pozycją i sprawstwem. Byłyby pieniądze na wyższe płace dla nauczycieli. 

Być może osoby niezwiązane z oświatą dadzą się nabrać na rzekomo pełen dobroci gest ministry wobec samorządowców, bo w niczym więcej nie zmienia to patologicznej sytuacji w ustroju szkolnym. Zapowiedziana zmianka ma dotyczyć możliwości przejęcia m.in. "małej szkoły" przez nowy podmiot (rzecz jasna prywatny).   Zmieni się władza, to przywróci poprzednie prawo.

 " Projekt przewiduje, że opinia kuratora oświaty (KO), dotycząca tworzenia bibliotek pedagogicznych, placówek doskonalenia nauczycieli oraz przekazywania prowadzenia szkół przez jednostki samorządu terytorialnego (JST), przestanie mieć charakter wiążący, a będzie jedynie doradcza". Nie będzie zatem konieczne uzyskanie "(...)  opinii organu nadzoru pedagogicznego – przejęcie szkoły przez nowy podmiot w drodze zmiany dotychczasowej umowy, nawet jeśli szkoła przekroczy limit 70 uczniów" (Sewastianowicz, 2025).

Powiedzmy to wprost: kuratoria oświaty są najbardziej przestarzałą, najmniej funkcjonalną i najbardziej szkodliwą instytucją polskiej edukacji.
Tak, można dyskutować o podstawach programowych.
Tak, można debatować o płacach nauczycieli.
Ale żaden inny element systemu nie generuje tak mało wartości, a tak dużo szkód.

Kuratoria są jak stary, zardzewiały klucz, którym wciąż próbujemy otwierać nowe drzwi.
Przy każdym obrocie sypią iskry, kaleczą palce, blokują zamek — ale trzymamy go w dłoni, bo „zawsze był”.

A przecież szkoła, XXI wiek i zdrowy rozsądek od dawna krzyczą, że czas wymienić zamek, a nie polerować klucz. Kuratoria nie pilnują jakości kształcenia i wychowania w szkołach quasi publicznych, a już w żadnej mierze w tych niepublicznych, ale z uprawnieniami tych pierwszych.  Rolą kuratoriów jest wspieranie władzy partiokratycznej w państwie. W żadnym normalnym systemie edukacji nadzór jakości nauczania nie polega na kontroli administracyjno-prawnej. 

(źródło: Fb - wolna szkoła) 


W Polsce reprodukowany jest z pieczołowitością model penitencjarnej polityki władztwa, które z pedagogiką XXI wieku nie ma nic wspólnego, ale ma służyć wymiennej nomenklaturze partyjnej do tzw. awansu pionowego. Czy się stoi, czy się leży, kuratorium się należy.    

W Polsce kuratorium ma za zadanie m.in. kontrolowania dyrektorów przedszkoli i szkół oraz niepoprawnych politycznie nauczycieli, by nie wykazali się zbytnią autonomią oraz by nie wprowadzali dzieci i młodzieży w „nieprawidłowy” zakres i sposób myślenia. 

KO sprawdzi, czy uczeń naprawdę się uczy, czy ma w szkole bezpieczną atmosferę, czy lekcja lub wycieczka mają sens a szkoła się rozwija. Jak otrzyma donos lub przeczyta artykuł w lokalnej lub krajowej prasie czy social mediach o jakimś krytycznym zdarzeniu w jednej z podległych mu placówek, to podejmie jedynie słuszną decyzję. 

Od tego jest nadzór, by władza centralna była usatysfakcjonowana z terenowej tresury biurokratycznej. Kuratoria nie wspierają szkół, gdyż one je duszą. Dyrektorzy mówią o tym wprost, ale po cichu. Nauczyciele zaś komunikują niezadowolenie z KO jeszcze ciszej, bo kuratoria mają władzę awansową, kontrolną, sankcyjną i polityczną. Dlatego zdecydowana większość dyrektorów zdaje sobie sprawę z tego, że innowacja w szkole nie jest dla nich ryzykiem pedagogicznym, tylko kuratoryjnym. 

Jeśli kurator nie zrozumie lub nie zaakceptuje zgłaszanej przez nauczycieli innowacji, to zaczyna się seria kontroli, notatek, pism, wyjaśnień. Paradoks? Dyrektor nawet świetnej szkoły może dostać po głowie, jeśli ma odwagę robić coś inaczej, co nie oznacza koniecznie nowocześnie. 

Kuratoria są instytucjonalnie i ustrojowo sprzeczne z samorządnością (przed-)szkolną.  W Polsce szkołę rzekomo publiczną prowadzi samorząd, ale de facto rządzi nią dyrektor jako ostatnie ogniwo nadzoru pedagogicznego, którego rozlicza z tego kurator oświaty. Samorząd płaci rachunki,  odpowiada za infrastrukturę, zatrudnia dyrektora, decydując o tym, czy dyrektor/-ka i jego/jej nauczyciele „może”, „powinien”, „ma prawo”. 

Niezależnie od tego, kto rządzi w MEN, kuratoria są narzędziem politycznym władzy partyjnej, bowiem urzędnicy są świetnym narzędziem do dyscyplinowania dyrektorów, kontrolowania treści nauczania, ręcznego sterowania szkołą, zastraszania niepokornych, a przede wszystkim do niemalże codziennej obecności w mediach ministrów, wiceministrów i kuratorów, bo to im się opłaca. Zapisują się dzięki temu w świadomości społecznej jako dobrodzieje, darczyńcy, którzy w trosce o status nauczycieli podwyższą im wynagrodzenia w 2026 roku o 3 proc.      

Każda władza z tego korzystała i nadal korzysta, bo może. Problem nie polega na tym, że kuratoria są „złe”, ale na tym że są one zaprojektowane do zbytecznej działalności, w niczym niesprzyjającej jakości edukacji. Mają przecież służyć polityce, a nie edukacji. 

(źródło: facebook_1685209194643_7068279665930298531.jpg)

Kuratoria nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za byle-jakość kształcenia i patologie w systemie oświatowym, bo ich kadry nawet jeśli to potrafią, to i tak nie są do tego zobowiązane. Natomiast mogą kontrolować, przestrzegać przepisów. Kuratoria są nieusuwalnym hamulcem każdego systemu szkolnego, skoro ich kadry nie rozumieją rozwoju środowisk edukacyjnych. One rozumieją zgodność z rozporządzeniem. 

Kuratoria są nadzorem z minionego świata, w którym ważne są dokumenty, procedury, odchylenia od rozporządzenia itp. W niczym nie przyczyniają się do redukcji czy zmniejszenia skali przemocy psychicznej, emocjonalnych ran, wypalenia zawodowego i uczniowskiego, depresji, samotności, stresu, fobii szkolnej itp. Kuratorium docieka, czy jest procedura reagowania, ale ta jeszcze nigdy nikogo nie uratowała, gdyż o tym decydują ludzie. 

Gdyby dziś kuratoria zniknęły, a zastąpił je Inspektorat Jakości Edukacji, nowoczesny, apolityczny, profesjonalny , to Polska zmierzałaby w stronę Holandii, Estonii, Szkocji czy Singapuru. W obecnym kształcie ustrojowym stoimy w miejscu. 

Najbardziej cierpi na tym młode pokolenie, gdyż na końcu każdej kontroli, każdego pisma, każdego rozporządzenia, każdej kontroli doraźnej jest  nauczyciel, uczeń i jego rodzice. Uczeń, który traci nauczyciela, bo ten się wypala, traci dyrektora, bo ten boi się zrobić coś nowego, traci sens szkoły, bo ta nie ma przestrzeni na oddech.  Szkoła jest dla KO, dla systemu. 

Dlatego właśnie czas na zmianę, której cechą jest o uczciwość. Państwo powinno przestać udawać, że instytucja z XX wieku jest adekwatna do wyzwań XXI wieku. Kiedy przestaniemy się bać KO, szkoła zacznie "oddychać własną piersią".

 



(We współpracy z ChatGPT 5)

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam