MEN zamierza ograniczyć uprawnienia kuratora oświaty, zamiast zlikwidować tę strukturę nadzoru politycznego. Dlaczego nie chce ich zlikwidować? Nie udało się to ministrzycy Katarzynie Hall, to Barbara Nowicka mogłaby zasłużyć się dla oświaty silniejszą pozycją i sprawstwem. Byłyby pieniądze na wyższe płace dla nauczycieli.
Być może osoby niezwiązane z oświatą dadzą się nabrać na rzekomo pełen dobroci gest ministry wobec samorządowców, bo w niczym więcej nie zmienia to patologicznej sytuacji w ustroju szkolnym. Zapowiedziana zmianka ma dotyczyć możliwości przejęcia m.in. "małej szkoły" przez nowy podmiot (rzecz jasna prywatny). Zmieni się władza, to przywróci poprzednie prawo.
"
Projekt przewiduje, że opinia kuratora oświaty (KO), dotycząca tworzenia
bibliotek pedagogicznych, placówek doskonalenia nauczycieli oraz przekazywania
prowadzenia szkół przez jednostki samorządu terytorialnego (JST), przestanie
mieć charakter wiążący, a będzie jedynie doradcza". Nie będzie
zatem konieczne uzyskanie "(...) opinii organu
nadzoru pedagogicznego – przejęcie szkoły przez nowy podmiot w drodze zmiany
dotychczasowej umowy, nawet jeśli szkoła przekroczy limit 70 uczniów" (Sewastianowicz, 2025).
Powiedzmy
to wprost: kuratoria oświaty są najbardziej przestarzałą, najmniej
funkcjonalną i najbardziej szkodliwą instytucją polskiej edukacji.
Tak, można dyskutować o podstawach programowych.
Tak, można debatować o płacach nauczycieli.
Ale żaden inny element systemu nie generuje tak mało wartości, a tak
dużo szkód.
Kuratoria
są jak stary, zardzewiały klucz, którym wciąż próbujemy otwierać nowe drzwi.
Przy każdym obrocie sypią iskry, kaleczą palce, blokują zamek — ale trzymamy go
w dłoni, bo „zawsze był”.
A
przecież szkoła, XXI wiek i zdrowy rozsądek od dawna krzyczą, że czas
wymienić zamek, a nie polerować klucz. Kuratoria nie pilnują jakości
kształcenia i wychowania w szkołach quasi publicznych, a już w żadnej mierze w
tych niepublicznych, ale z uprawnieniami tych pierwszych. Rolą kuratoriów
jest wspieranie władzy partiokratycznej w państwie. W żadnym normalnym
systemie edukacji nadzór jakości nauczania nie polega na kontroli
administracyjno-prawnej.
(źródło: Fb - wolna szkoła)
W
Polsce reprodukowany jest z pieczołowitością model penitencjarnej polityki
władztwa, które z pedagogiką XXI wieku nie ma nic wspólnego, ale ma służyć
wymiennej nomenklaturze partyjnej do tzw. awansu pionowego. Czy się stoi, czy
się leży, kuratorium się należy.
W Polsce kuratorium ma za zadanie m.in. kontrolowania dyrektorów przedszkoli i szkół oraz niepoprawnych politycznie nauczycieli, by nie wykazali się zbytnią autonomią oraz by nie wprowadzali dzieci i młodzieży w „nieprawidłowy” zakres i sposób myślenia.
KO sprawdzi, czy
uczeń naprawdę się uczy, czy ma w szkole bezpieczną atmosferę, czy lekcja lub wycieczka mają sens a szkoła się rozwija. Jak otrzyma donos lub przeczyta artykuł w lokalnej
lub krajowej prasie czy social mediach o jakimś krytycznym zdarzeniu w jednej z
podległych mu placówek, to podejmie jedynie słuszną decyzję.
Od
tego jest nadzór, by władza centralna była usatysfakcjonowana z terenowej tresury
biurokratycznej. Kuratoria nie wspierają szkół, gdyż one je
duszą. Dyrektorzy mówią o tym wprost, ale po cichu. Nauczyciele zaś
komunikują niezadowolenie z KO jeszcze ciszej, bo kuratoria mają władzę
awansową, kontrolną, sankcyjną i polityczną. Dlatego zdecydowana większość
dyrektorów zdaje sobie sprawę z tego, że innowacja w szkole nie jest dla nich
ryzykiem pedagogicznym, tylko kuratoryjnym.
Jeśli
kurator nie zrozumie lub nie zaakceptuje zgłaszanej
przez nauczycieli innowacji, to zaczyna się seria kontroli, notatek, pism,
wyjaśnień. Paradoks? Dyrektor nawet świetnej szkoły może dostać po głowie,
jeśli ma odwagę robić coś inaczej, co nie oznacza koniecznie nowocześnie.
Kuratoria
są instytucjonalnie i ustrojowo sprzeczne z samorządnością
(przed-)szkolną. W Polsce szkołę rzekomo
publiczną prowadzi samorząd, ale de facto rządzi nią dyrektor jako
ostatnie ogniwo nadzoru pedagogicznego, którego rozlicza z tego kurator
oświaty. Samorząd płaci rachunki, odpowiada za infrastrukturę,
zatrudnia dyrektora, decydując o tym, czy dyrektor/-ka i jego/jej nauczyciele
„może”, „powinien”, „ma prawo”.
Niezależnie od tego, kto rządzi w MEN, kuratoria
są narzędziem politycznym władzy partyjnej, bowiem urzędnicy są
świetnym narzędziem do dyscyplinowania dyrektorów, kontrolowania treści
nauczania, ręcznego sterowania szkołą, zastraszania niepokornych, a przede
wszystkim do niemalże codziennej obecności w mediach ministrów, wiceministrów i
kuratorów, bo to im się opłaca. Zapisują się dzięki temu w świadomości
społecznej jako dobrodzieje, darczyńcy, którzy w trosce o status nauczycieli podwyższą im wynagrodzenia w 2026 roku o 3 proc.
Każda władza z tego korzystała i nadal korzysta, bo może. Problem nie polega na tym, że kuratoria są „złe”, ale na tym że są one zaprojektowane do zbytecznej działalności, w niczym niesprzyjającej jakości edukacji. Mają przecież służyć polityce, a nie edukacji.
(źródło: facebook_1685209194643_7068279665930298531.jpg)Kuratoria
nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za byle-jakość kształcenia i patologie w
systemie oświatowym, bo ich kadry nawet jeśli to potrafią, to i tak nie są
do tego zobowiązane. Natomiast mogą kontrolować, przestrzegać
przepisów. Kuratoria są nieusuwalnym hamulcem każdego systemu
szkolnego, skoro ich kadry nie rozumieją rozwoju środowisk
edukacyjnych. One rozumieją zgodność z rozporządzeniem.
Kuratoria
są nadzorem z minionego świata, w którym ważne
są dokumenty, procedury, odchylenia od rozporządzenia itp. W niczym nie
przyczyniają się do redukcji czy zmniejszenia skali przemocy psychicznej,
emocjonalnych ran, wypalenia zawodowego i uczniowskiego, depresji, samotności,
stresu, fobii szkolnej itp. Kuratorium docieka, czy jest procedura reagowania,
ale ta jeszcze nigdy nikogo nie uratowała, gdyż o tym decydują ludzie.
Gdyby
dziś kuratoria zniknęły, a zastąpił je Inspektorat Jakości Edukacji,
nowoczesny, apolityczny, profesjonalny , to Polska zmierzałaby w stronę
Holandii, Estonii, Szkocji czy Singapuru. W obecnym kształcie ustrojowym stoimy
w miejscu.
Najbardziej
cierpi na tym młode pokolenie, gdyż na końcu każdej
kontroli, każdego pisma, każdego rozporządzenia, każdej kontroli doraźnej
jest nauczyciel, uczeń i jego rodzice. Uczeń, który traci nauczyciela, bo
ten się wypala, traci dyrektora, bo ten boi się zrobić coś nowego, traci sens
szkoły, bo ta nie ma przestrzeni na oddech. Szkoła jest dla KO, dla
systemu.
Dlatego
właśnie czas na zmianę, której cechą jest o
uczciwość. Państwo powinno przestać udawać, że instytucja z XX wieku jest
adekwatna do wyzwań XXI wieku. Kiedy przestaniemy się bać KO, szkoła zacznie
"oddychać własną piersią".
(We współpracy z ChatGPT 5)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam