Przyznam szczerze, że nie mam już sił, by reagować na kolejne listy nauczycieli, którzy kierują do mnie pytanie, czy mają kwalifikacje pedagogiczne, by mogli pracować w szkole. Co ciekawe, wielu z nich od wielu lat pracuje już szkołach na stanowisku nauczyciela w świetlicy czy jako pedagodzy szkolni, logopedzi, nauczyciele wspierający itp., bo dyrekcja potrzebowała osób do pracy za nędzną płacę. Kto chce pracować w szkole za ok. 2 tys. złotych miesięcznie? Ukończyli studia na kierunku pedagogika, ale o innej specjalności niż ściśle nauczycielska . W szkolnej świetlicy potrzebny jest jednak opiekun-wychowawca, animator, kreator aktywności wolnoczasowej, korepetytor, nauczyciel wspomagający każe dziecko, które potrzebuje chociażby przytulić się, opowiedzieć o swoich problemach, troskach, zmartwieniach, niepowodzeniach czy radościach ... Nie. Nie można uznać prawa do pracy z dziećmi w szkole absolwentów pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej, pedagogiki resocjalizacyjnej, ...
Dobry wieczór.
OdpowiedzUsuńJa również Panie Profesorze, a przyglądałem się "owym tym" przez ostatnie dwa dni, nawet przez kilka godzin.
Pozdrawiam
/-/Druh
Dotyczy to szczególnie tych, którzy zbyt dużo zawdzięczają właśnie tym, których dokonania lekceważą. Nie tylko przez ostatnie dwa dni to obserwuję niestety...
OdpowiedzUsuńMa profesor rację: są tacy niby wielcy, a jednak jakże mali. Nie potrafią poradzić sobie z własną starością, koniecznych odchodzeniem, bo i tego godnie nie chcą czynić. Muszą zatem nieustannie pomniejszać tych, którzy są wartością samą w sobie, wpisywać ich w relacje antagonistyczne, by intrygami, pomówieniami, obrzydliwymi insynuacjami podkreślać jak oni są wielcy. Jednej osobie mówią o kimś dobrze, po czym po kilku godzinach lub dniach oczerniają ją. Takie schizofreniczne i coraz bardziej psychopatyczne karły w nauce. Tak niszczą własny dorobek i tracą szacunek, bo przecież jak jest, każdy, kto uczciwy, widzi.
OdpowiedzUsuńR.
W zasadzie mam jedną refleksję,
OdpowiedzUsuńśrodowisko Pedagogiczne* nie potrzebuje innych "wrogów"
samo siebie jest w stanie niszczyć, permanentnie i skutecznie.
Nie jest Mu potrzebne "jakieś" Kuratorium, czy któreś z Ministerstw, negujące lub zakłócające porządek.
Wystarczy, że zajrzy się na Wydziały i do Katedr.
Poziom antagonizmów wrzących dookoła przykrywany łagodnym uśmiecham i błahymi pytaniami... jest to nad wyraz, nadzwyczaj obłudne.
Niestety, ten stan rzeczy nie zmieni się dzięki zmianie pokoleniowej, obawiam się, że zostanie poniesiony niczym kaganek, przez kolejne pokolenia młodych (wzrastających w tym klimacie) pedagogów. Ci ostatni i tak żyjąc w stresie, "czy uda im się zostać na uczelni" już na poziomie studiów doktoranckich walczą między sobą wszelkimi metodami, zazwyczaj ostatnią metodą jest poziom ich badań i tekstów...
A wystarczyłoby zapożyczyć sobie treść zobowiązania instruktorskiego...
/-/Druh
*z pełną premedytacją z wielkiej litery, dla podkreślenia rangi tej Pedagogiki.
Tak jest w każdym środowisku naukowym, jeszcze silniej występuje to zjawisko w klanie medycznym, gdzie jednio donoszą na drugich do prokuratury. Tak więc w pedagogice jest i tak nieźle.
OdpowiedzUsuńPiotr
Zgadzam się, choć tylko w części, gdyż to właśnie środowisko medyków :-) (znane mi także) jest na zewnątrz monolityczne, silnie skonsolidowane, walczące o swoje.
OdpowiedzUsuńA pedagodzy? Pedagodzy nawet nie próbują mówić jednym głosem.
/-/Druh
... sami snujemy ów "czad".
OdpowiedzUsuń/-/Druh