piątek, 1 października 2010

Dlaczego odszedłem?

To pytanie, które nieustannie zadają małe dzieci, chcąc nie tylko czegoś się dowiedzieć, ale przede wszystkim zrozumieć interesujące je zjawisko czy fakty. Są jednak takie pytania, na które nie ma ani łatwych, ani jednoznacznych odpowiedzi, gdyż wynikają one ze splotu zbyt wielu kumulujących się w naszym życiu zdarzeń i osobistych doświadczeń. Jedno pytanie zapewne będzie mi stawiane nie przez dzieci, tylko przez dorosłych, którzy mają ze mną kontakt zawodowy, społeczny czy osobisty, a dotyczyć będzie powodów ustąpienia z funkcji rektora niepublicznej szkoły wyższej oraz całkowitego zrezygnowania z współpracy z nią. Ktoś może nie chcieć pełnić funkcji kierowniczej z powodu naruszania jego ustawowych obowiązków przez organ prowadzący. Ktoś inny może nie godzić się na łączenie jego osoby z kimś, kto nadużywa swojej władzy do ingerowania w sprawy, które nie tylko nie są w obszarze jego zadań czy ról, ale i kompetencji, gdyż narusza tym samym dobro określonej profesji i akademickiej wolności.

Najlepszym przykładem jest tu wypowiedź prezydenta Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi z okazji inauguracji roku akademickiego 2010/1011, który dziękując odwołanemu przez Zarząd rektorowi za jego postawę stwierdził, że: (...) Reprezentował on uczelnię w jej najbardziej dramatycznych momentach. Zawsze odważnie, rozmawiał ze studentami, którzy tracili uczelnię, rozmawiał z pracownikami, którzy tracili miejsce pracy, mnie podtrzymywał na duchu, dzielnie bronił pozycji AHE. Oddał swoją twarz znakomitego naukowca, pedagoga i wieloletniego Rektora Uniwersytetu Łódzkiego dla AHE – uczelni będącej na straconej pozycji.. (http://www.wshe.lodz.pl/index.php?lang=pl&content_id=46&category=news&id=827)

Na własną pozycję naukową pracuje się przez długie lata, ale stracić ją dla niemożliwej realizacji wartościowej edukacji akademickiej, dla blichtru czy poczucia doraźnych korzyści w sytuacji, gdy ktoś chce uczynić rektora jedynie środkiem do realizacji celów sprzecznych z obowiązującymi w świecie akademickim wartościami, to już jest kwestia nie tylko ponoszonego ryzyka zawodowego, ale i osobistej godności. Można rzecz jasna brnąć w fikcję, udawać, że jest wszystko w porządku, ale na takim „wozie” daleko się nie zajedzie, a spaść z niego można bardzo szybko i dotkliwie.

Jeden z niemieckich filozofów wychowania Hans Vaihinger ostrzegał przed życiem złudzeniami, a więc fikcją, za którą nie kryją się żadne dane. Miał on tu na uwadze złudzenia, jakimi kierują się w sowim życiu ludzie, jak gdyby były one oparte na prawdziwych danych. W rzeczywistości jednak z każdym dniem odsłaniane były stany, które dowodziły dobitnie, że nie ma co dłużej liczyć na spełnienie się tego, co nie jest możliwe. A jak nie jest, to nie ma co brnąć w fikcjonalizm, gdyż bardzo szybko można byłoby się rozczarować i tego mocno żałować. Można mieć funkcję urzędującego rektora, a więc kogoś, kto pełni swoją rolę w sposób administracyjny, urzędowo poprawny i posłuszny woli pracodawcy, albo być rektorem, a więc być kimś, kto względnie suwerennie kreuje rozwój uczelni, nadaje jej swoiste oblicze, wyznacza trendy, które są dla i przez innych niepowtarzalne licząc się z opinią Senatu.

Można zatem wpisywać się w to, by coś mieć lub by kimś być. Mój program funkcjonowania i rozwoju uczelni był od samego początku jawny, klarowny i upubliczniony. Każdy mógł na bieżąco śledzić zachodzące zmiany, a część osób i moich współpracowników idealnie i aktywnie się w nie wpisywała, dostrzegając szansę na udział w czymś wyjątkowym. Oczywiście, że sprawę idealizuję i nie odsłaniam zdarzeń, które mogły przyczynić się do zmiany kursu, w którym nie zamierzałem już dalej brać udziału. Nie w tej roli i nie z pewnymi osobami, gdyż z faryzeuszami przyzwoitych celów się nie osiąga. Nie tylko nie mam żalu do tej zmiany, ale wręcz dziękuję Bogu, że tak szybko odsłonił mi realia akademickiego świata, w którym aktywnie funkcjonowałem przez kilka ostatnich lat.

Z dniem 30 września zakończyłem współpracę z tą szkołą, co było konsekwencją przyjęcia przez właściciela tej uczelni mojej rezygnacji z funkcji rektora w dn. 4 maja br. oraz ukrywania przez nią przed całą społecznością akademicką przez pięć miesięcy próby odwołania mnie z niej w dn. 7 grudnia 2009 r. w czasie posiedzenia Senatu WSP. Bez podania merytorycznego powodu właścicielka postanowiła zmienić kurs zarządzania uczelnią - z współdziałającego z rektorem i senatem na właścicielsko-kanclerski, co rzecz jasna w szkolnictwie prywatnym jest możliwe, o ile godzi się na to rektor. Senat bowiem nie jest tu żadną władzą, gdyż sprawuje w niej jedynie rolę opiniodawczą.

W tym jednak przypadku było oczywiste, że nie zgodzę się na taki sposób kierowania uczelnią, który pozbawiałby mnie możliwości sprawowania w niej ustawowej władzy z jednoczesną koniecznością ponoszenia pełnej odpowiedzialności za wszystko, co wiąże się z tą funkcją i zadaniami szkoły wyższej. Osłabianie ustawowej autonomii rektora w kluczowych dla procesu kształcenia i badań naukowych czy projektowanych przeze mnie rozwiązań, które miały służyć dobru całej społeczności akademickiej, nie stwarzało minimalnych nawet warunków do dalszego współdziałania. Nasze drogi musiały się zatem rozejść.

Różnice stawały się tak istotne, że zamiast uzgodnić w sposób jawny i uczciwy ze mną oraz z senatem swoje zamiary, właścicielka postanowiła wszystkich zaskoczyć, prowadząc od wielu miesięcy potajemne rozmowy z profesorami pod kątem tego, czy nie podjęliby się pełnienia funkcji rektora. Trzeba przyznać, że nie tylko ów nietakt, ale i poziom arogancji w tym zakresie sprawił, że nie miałem zamiaru trwać przy mianowaniu na tej funkcji. Jedynie prośby prorektorów o to, by spróbować kierować w tak trudnych warunkach uczelnią dla dobra jej studentów sprawiły, że nie złożyłem natychmiastowej rezygnacji z funkcji, choć powinienem to uczynić. Już sam bowiem sposób przeprowadzenia tej operacji podważał wiarygodność właścicielki szkoły nie tylko do mnie.

W trybie szczególnym zwołała posiedzenie Senatu, by bez merytorycznego uzasadnienia wniosku zapytać jego członków o możliwość odwołania mnie z funkcji rektora. Posiedzenie Senatu przyjęło jednak niespodziewany dla właścicielki obrót, bowiem jej wniosek w sprawie odwołania mnie z funkcji rektora został w tajnym głosowaniu odrzucony przez wszystkich członków tego organu. Podziękowałem senatorom, mając jeszcze nadzieję, że w najbliższych dniach zostanie podjęta ze mną rozmowa na ten temat, i to nie po to, by cokolwiek usprawiedliwiać czy wyjaśniać. Sprawa była już dla mnie oczywista, że właścicielka nie zamierzała z nikim więcej dzielić się obowiązkami w zarządzaniu uczelnią, nawet z rektorem jako ustawowym organem władzy jednoosobowej, ale by bez strat dla procesu kształcenia przeprowadzić oczekiwaną przez nią zmianę. Niestety, do tego nie doszło.

Trudno jest w toku roku akademickiego znaleźć, poza własną szkołą, jakiegoś kandydata do objęcia tej funkcji, który nie wiedząc o jej uwarunkowaniach, zgodziłby się na to. Dlaczego nie podjęto żadnych działań w tym kierunku, tylko udawano, że nic się nie wydarzyło? Być może obawiano się, że wybuchnie skandal, który natychmiast przełoży się na mniejszą rekrutację w nowym roku akademickim i problemy z kadrą? A może korzystniej było trwać w pozorze współdziałania, by zdążyć uzyskać z ministerstwa szkolnictwa wyższego zmianę statutu uczelni i zgodę na jej działalność na czas nieokreślony? Być może do tego było potrzebne w prezentowanych wnioskach moje nazwisko jako jeszcze urzędującego rektora? Nikt przecież nie wiedział o wcześniejszym „zamachu” na funkcję rektora, a ja nie byłem informowany o tych działaniach, więc nawet nie mogłem na nie reagować.

Kiedy zatem właścicielka uzyskała z ministerstwa stosowne zmiany, przystąpiła do działań mających charakter jawnego już postponowania mojej osoby. Na stronie internetowej uczelni, a także w prasie opublikowała ogłoszenie, że WSP zatrudni doktorów habilitowanych i profesorów. To był jednoznaczny sygnał, że zamierza ręcznie sterować uczelnią, wymieniając w razie oporu czy niepokoju jej skład osobowy na „lepszy”. Nie było zatem sensu, bym dalej pełnił swoją funkcję. Takie ogłoszenie informowało społeczność, że dzieje się w niej coś złego, skoro nagle poszukuje się nowych kadr. Pełnić funkcję rektora w warunkach, które ograniczałyby jej akademicki rozwój i narażały na utratę autorytetu naukowego, a zarazem prowadziłyby do jego nadużywania w realizacji nieznanych mi postaw i działań właściciela, mógłby tylko ktoś, komu na niczym już nie zależy (poza może troską o własny interes ekonomiczny).

Złożyłem więc rezygnację z funkcji, która natychmiast została przez właścicielkę przyjęta. Myślę, że z dużą ulgą dla obu stron. Po 9 miesiącach paraliżu władzy w tej szkole nastąpiło jej przejęcie przez właścicielkę i mianowanego przez nią nowego rektora. Czas kryzysu został zakończony. Teraz uczelnię czeka nowa strategia funkcjonowania na łódzkim rynku niepublicznego szkolnictwa wyższego.

Kończę kolejny rozdział swojej akademickiej pracy w szkolnictwie niepublicznym. Wdzięczny jestem tym wszystkim, którzy we mnie pokładali nadzieje, a których nie zawiodłem. Miałem wiele dowodów na to, że współpracując ze mną mogli doświadczyć czegoś nowego, innego i tworzyć dobra korzystne tak dla ich osobistego, jak i zawodowego rozwoju. Wielokrotnie i wspólnie docieraliśmy do granic możliwości przy wielekroć niesprzyjających okolicznościach, ale zawsze najważniejszy był w tym człowiek i osiągany przez nas efekt końcowych zmagań. Kończy się pewien etap działań, które znajdą swój właściwy odbiór, osąd i następstwa. Wszyscy musimy się z nimi liczyć, w mniejszym lub większym zakresie, bo wszyscy w jakiejś mierze przyczyniliśmy się do tego. Ja także.

Taka jest „moja” praktyczna pedagogika i moja wierność pryncypiom, od których nie odstąpię za żadną cenę. Współpracuję z tymi, którzy akceptują wspólne wartości, mają honor i charakter. Niewątpliwie należą do osób mi najbliższych i do prawdziwych przyjaciół, bo ci, którzy przestali nimi być – jak powiada chińskie przysłowie – tak naprawdę z własnego powodu nigdy nimi nie byli. Gaudeamus igitur!