poniedziałek, 19 września 2016

Polska szkoła drugiej dekady XXI wieku


nadal jest ostoją edukacji zinstytucjonalizowanej, formalnej, behawioralnej, realizowanej w systemie klasowo-lekcyjnym, a więc w warunkach przemocy strukturalnej, symbolicznej i temporalnej. Jedynie wczesna edukacja wyzwoliła się z tych pęt zabezpieczając sobie prawo do częściowego odstąpienia od rygorów i warunków, jakie mają miejsce w kształceniu systematycznym na kolejnych poziomach szkoły.

Nadal trzyma się dzieci w ławkach szkolnych, dzisiaj nieco zmodernizowanych (o różnych kształtach stoliki), ale usytuowanych w zamkniętej architektonicznie przestrzeni, w klasach jak w autobusie czy kinie, w rzędach, a więc dla potrzeb frontalnego nauczania. Co z tego, że dzieci mają dywaniki, kąciki, a nawet prawo do wnoszenia do tej przestrzeni własnych pluszaków czy zabawek, skoro nie to jest istotnym warunkiem konstruktywistycznego uczenia się.

Dzieci wciąż mają działać pod kierunkiem, na polecenie nauczyciela, według narzuconego im standardu zachowań, a więc nie jako istoty aktywnie poznające, ale działające w obszarze statycznie rozumianego poznawania wiedzy. Polska szkoła potrzebuje w procesie kształcenia ogólnego kilku przesunięć paradygmatycznych:

Po pierwsze administracyjnego, które polegałoby na zrealizowaniu postulatów z września 1981 r. (I Zjazd Solidarności w Gdańsku) a polegających na decentralizacji systemu szkolnego i decentracji władztwa szkolnego tak, by każda szkoła była rzeczywiście suwerennym środowiskiem (samo-)kształcenia, uczenia się, (samo-)wychowania i laboratorium (eksperymentatorium) poznawania świata;

Po drugie, radykalnego odejścia od systemu klasowo-lekcyjnego, na rzecz heterogenicznych grup, wspólnot uczących się, współstanowiących o miejscu, czasie i zakresie treściowym uczenia się tak w warunkach indywidualnych, jak i grupowych (community learning);

Po trzecie, uspołecznienia szkoły w wyniku powoływania rad szkolnych, które staną się platformą rozpoznawania wewnątrzszkolnych problemów, deficytów, zagrożeń, ale i aspiracji, misji, innowacji, które wymagają włączenia sił społecznych, także pozaszkolnych na rzecz profilaktyki, podejmowania koniecznych działań interwencyjnych czy terapeutyczno-naprawczych.

Po czwarte, przejścia od wychowawczej manipulacji, indoktrynacji i ideologicznej socjotechniki na rzecz kreowania wychowawczego środowiska samowychowawczego z poszanowaniem autoreflesyjnej biografii uczniów (krytyczne ujmowanie zdarzeń konstruujących świat życia oraz kompetencje symboliczno-estetyczne) indywidualnego istnienia, którzy powinni osiągać autonomię rozwoju społeczno-moralnego, kierując się w życiu sumieniem, a zetem i autoodpowiedzialnością za własne postawy i czyny.

Po piąte, dopełnienia koniecznej w każdym procesie uczenia się dydaktyki podającej, reprodukującej, wyjaśniającej, bo nie każdą wiedzę, informację, umiejętność może uczący się sam pozyskać, zdobyć o dydaktykę dynamiczną, aktywizującą osoby (w tym ich mózgi) w dialektycznym procesie uczenia się przez doświadczenia i doświadczanie świata, w relacji do już posiadanej wiedz, własnych doświadczeń życiowych.

Potrzebujemy bardziej innowacyjnej edukacji, która będzie generować obok klasycznej, także inny tok i jakość procesu uczenia się. Jak trafnie upomina się o to Stanisław Dylak - ważne jest nie tylko to, czego się uczymy, ale i w jaki sposób? Nie można orientować kształcenia jedynie czy przede wszystkim na opanowanie wiedzy zadanej, narzuconej uczącym się oraz poddawanie jej zapamiętaniu i odpowiednim sprawdzianom kontrolnym. Konieczne jest sukcesywne odchodzenie od linearnej reprodukcji podawanej wiedzy na rzecz stymulowania uczniów do bycia architektami oraz współsprawcami własnej mądrości i kompetencji.

Tymczasem, wciąż kształcimy liniowo, tradycyjnie, w systemie wystandaryzowanego i proceduralnego - a ukrytego - wykluczania dzieci oraz młodzieży z szans na osiąganie życiowego sukcesu. Dlaczego? Dlatego, że nadal jako obywatele pozwalamy rządzącym na nieprzystający do zmian i osiągnięć nauk społecznych centralizm oświatowy oraz ideologiczny etatyzm rzekomo publicznego szkolnictwa.

11 komentarzy:

  1. Polska od "reformy" Handkego-Dzierzgowskiej-Radziwiłł wyraźnie maszeruje do tyłu w tym zakresie, a biurokratyczno-formalistyczne spojrzenie na edukację zawarte jest domyślnie w całej dokumentacyjnej aparaturze zarządzania oświatą, w rodzaju np. "zalecanych" arkuszy hospitacyjnych etc. :-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo inspirujący tekst, z którego można wyciągnąć dla siebie wnioski pewnie także i dla modelu edukacji na poziomie akademickim.

    OdpowiedzUsuń
  3. “ Więc aż tak jest źle. Psia-krew! Jak tu skonstruować siebie w takich warunkach? ” — Stanisław Ignacy Witkiewicz "Witkacy"

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeżeli taką diagnozę stawiają najwyższe autorytety w dziedzinie edukacji, to ja zaczynam się bać o naszą przyszłość w obszarze edukacji i nie tylko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życzę Panu poczucia szczęścia z "dobrej zmiany".

      Usuń
  5. Dziękuję ! Chciałbym być szczęśliwy w towarzystwie innych szczęśliwych.
    Będę szczęśliwy, gdy ulepszaniem edukacji moich wnuków będą zajmować się nie tylko osoby sprawne w dokonywaniu zmian, ale również sprawni w zastanawianiu się czym jest dobro w procesie edukacji. Po coś nasza cywilizacja wytworzyła humanizm, humanistykę i humanistów. Mam wrażenie, że nasze elity decydenckie nie chcą mieć "z tym" nic wspólnego. Chcą tworzyć edukację bez udziału humanistów. To tak jakby przemysł samochodowy nie chciał korzystać z doświadczeń materiałoznawców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyta pan siebie? Toż to samo zaprzeczanie. Niech się pan zdecyduje, bo raz pan przykleja się do jednych ministrów, teraz do następnej ekipy. A wnuczek będzie ofiarą i nic mu pan nie pomoże.
      Kasia

      Usuń
  6. Panie Profesorze, po raz kolejny dziękuję za interesujący artykuł.

    Spośród wypisanych punktów punkty pierwszy i drugi zdają się być konkretne (przynajmniej po pobieżnej lekturze), pozostałe to niestety od lat powtarzane frazesy tylko w innej szacie słownej. "Usuńmy problemy, stymulujmy uczniów, aktywizujmy osobę, nie kształćmy liniowo, nie wykluczajmy dzieci" itp. To chyba jest wiadome dosłownie każdemu, kto jest zainteresowany tą tematyką, nie dostrzegam w tym nic publicystycznie cennego.
    Jednak punkt pierwszy, jeśli dostatecznie "rewolucyjnie" (choć nie lubię tego słowa) go odczytać, daje szansę na rzeczywistą autonomię szkół wolną od sztywnych ram formy nauczania, nacisków ideologicznych z "góry". Wiele można zmieścić w zakresie owego nowatorstwa, ale właśnie ta pojemność słowa "suwerenność uczelni" może rodzić wątpliwości: co autor właściwie ma na myśli, co dokładnie przez ową "suwerenność szkół" rozumie. Szkoda, że punktując najważniejsze elementy czytelnik nie został naprowadzony na znaczenie tych pojęć i kierunek ratowania szkolnictwa. Czytelnik jeszcze zdolny pomyśleć, że autor słów skłania się ku np. zerwaniu z ustalanym odgórnie kanonem lektur, zerwaniu z centralnym egzaminem maturalnym (czy wcześniejszymi), zerwaniu z przymusem korzystania z zatwierdzonych podręczników, wycofaniem przedmiotów z nauczania ze względu wolę rodzica (np. Wychowanie seksualne), uczeniem kreacjonizmu zamiast ewolucjonizmu na lekcjach biologii (jeśli taka wola rodzica) itp. Innym ciekawym aspektem jest coraz bardziej popularna forma edukacji w domu, całkowitego odejścia od właśnie tradycyjnego nauczania, które kojarzy się przede wszystkim ze szkołą.

    Dla porównania podam "dekalog" dra P. Milcarka http://christianitas.org/news/jaka-szkola/
    Bez puszystych zbędnych słów, ale ma się wrażenie, że jednak dokładniej wyraża cel zmian. Domyślam się, że przy bardzo życzliwej interpretacji niektóre punkty mogą się okazać zbieżne.

    Pozdrawiam serdecznie
    Jacek

    (Nie nadążam z czytaniem kolejnych książek, które Pan Profesor wymienia w artykułach i recenzuje. Książka A. Szahaja "Kapitalizm..." na razie czeka)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za te uwagi i sugestie. W innych miejscach staram się rozwijać te kwestie, bo blog jest właściwie impulsem do różnych badań i refleksji. Naczytałem się ostatnio dużo, ale nie nadążam z publikowaniem własnych doznań i myśli, gdyż bieżące wydarzenia wykluczają taką możliwość. Ciekaw jestem wydarzeń na ostatnim Zjeździe Socjologicznym, bo ponoć i to środowisko naukowe stało się ofiarą wojny polsko-polskiej. Zapewne wkrótce powstaną kolejne interesujące rozprawy naszych socjologów.

      Usuń
  7. Ciekawe kto popiera obecną reformę oświatową, której rdzeniem są słowa "likwidacja" i "powrót" ? Zewsząd słyszę tylko głosy sprzeciwu. Czyżby MEN szykował swoisty zamach stanu ?

    OdpowiedzUsuń
  8. Pewnie pan popiera tę reformę. W 2005 r. PIS miał w swoim programie następujące stanowisko: "Zasadne jest obniżenie wieku rozpoczynania szkoły podstawowej od szóstego roku życia. Jednocześnie opowiadamy się za pozostawieniem dotychczasowej struktury szkolnej: sześcioletniej szkoły podstawowej, trzyletniego gimnazjum oraz trzyletniego liceum".

    Kasia

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.