środa, 30 grudnia 2015

Czy MEN zdradziło część swoich wyborców-rodziców?


Flexischooling - (ang. edukacja elastyczna) to jeden z modeli edukacji alternatywnej, spersonalizowanej, która bazuje na uczeniu się i kształceniu dzieci przez rodziców zgodnie z preferowanymi przez nich wartościami oraz z uwzględnieniem narodowego curriculum (podstawy programowej kształcenia ogólnego). W innym znaczeniu jest to ruch społeczny rodziców, zwolenników edukacji domowej dzieci, a więc organizujących proces uczenia się w środowisku domowym, jak i ruch szkół aktywnie wspieranych przez środowisko lokalne.

Czołowym pomysłodawcą powstałego w połowie lat 60. XX w. flexischoolingu w USA był John Holt (znany w Polsce z tłumaczenia jego książki pt. "Zamiast edukacji", Kraków: IMPULS 2007), a w Wielkiej Brytanii dziesięć lat później Roland Meighan, w Polsce zaś upowszechnił jego przesłanki na początku lat 90. prof. Aleksander Nalaskowski, tłumacząc pracę tego ostatniego –“Edukacja elastyczna” oraz założenia prowadzonej w płd. części hrabstwa Derby przez Philips'a Toogooda szkoły Dame Catherine w Ticknall. Dzięki profesorowi z UMK R. Meighan nie tylko gościł w naszym kraju, ale także został wydany jeden z najchętniej czytanych podręczników akademickich z "socjologii edukacji" tego Brytyjczyka.

Istotą flexischoolingu jest to, że uczyć się można wszędzie, nie tylko w szkole ale w muzeum, na poczcie, w bibliotece, parku, w domu itp. i niekoniecznie z pomocą profesjonalnych nauczycieli. Rodzice są w tym podejściu do edukacji poza system szkolnictwa publicznego wspomagając własne dzieci w odkrywaniu przez nie własnego potencjału rozwojowego. Nie chcą, by ich dzieci realizowały obowiązek szkolny w instytucji, skoro są w stanie zwiększyć zakres wykorzystania w procesie elastycznej edukacji własne środowisko domowe.


W Polsce ruch rodziców jako edukatorów domowych zrzesza ponad 2 tys. osób, które przejęły na siebie odpowiedzialność za edukację własnych dzieci, organizując ją we własnych domach, ale i nie izolując ich całkowicie od szkół. Niektórzy organizatorzy edukacji domowej zakładają (lub przejmują od samorządu) małe szkoły - tzw. szkoły wolne, które w procesie edukacyjnym wykorzystują także pomieszczenia domowe i mogą być prowadzone zarówno przez rodziców, jak i nauczycieli.

Polska należy do tych państw Unii Europejskiej, w których wolno kształcić własne dzieci poza publicznym i niepublicznym systemem szkolnym. Ba, dotychczas koszty realizowania edukacji domowej przez rodziców były im refundowane w 100 proc. w ramach celowej dotacji dla jednostek samorządu terytorialnego na realizację przez ich dzieci obowiązku szkolnego, skoro pieniądze w naszym kraju "idą za uczniem".

Ktoś w MEN postanowił podrzucić PiS-owskiej władzy "nieświeże jajeczko", by ją skompromitować, skoro ministra Anna Zalewska podpisała tuż przed Świętami Bożego Narodzenia rozporządzenie ws. sposobu podziału części oświatowej subwencji ogólnej dla jednostek samorządu terytorialnego w 2016 r. Niby nic takiego z jego tytułu nie wynika, a jednak okazuje się, że uderza ono w jednym ze swoich zapisów w rodziców, którzy sami kształcą lub organizują edukację swoich dzieci w powyższym modelu, poza szkołą.

Zapisano bowiem w rozporządzeniu zmianę obecnego sposobu uwzględniania w zasadach podziału subwencji uczniów spełniających obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą. O tym, że w innej części tego rozporządzenia mamy do czynienia z jeszcze innymi, a patologicznymi skutkami, które będą skutkować tym, że szkoły gorsze wyprą szkoły lepsze - pisze założyciel Instytutu Analiz Regionalnych dr Bogdan Stępień.

Oto jak MEN uzasadnia obniżenie dotychczasowej kwoty subwencji naliczanej dla uczniów spełniających obowiązek szkolny poza szkołą:

Kwota subwencji na takiego ucznia będzie stanowić 0,6 kwoty bazowej subwencji obecnie naliczanej. Zasadność tej zmiany wynika ze znacznie niższych kosztów kształcenia uczniów spełniających obowiązek szkolny poza szkołą w stosunku do pozostałych uczniów.

Należy również zauważyć, że zmiana ta obejmie dwie kategorie uczniów, tj. uczniów kształcących się w tzw. „edukacji domowej” oraz uczniów z niepełnosprawnością sprzężoną, spełniających obowiązek szkolny w ośrodku rewalidacyjno-wychowawczym (w tym wypadku obniżenie będzie dotyczyło kwoty subwencji naliczanej dla szkoły, do której powinni uczęszczać uczniowie, a nie dla ośrodka).

W przypadku obydwu kategorii uczniów szkoły ponoszą tylko niewielkie koszty związane z ich klasyfikacją, a w przypadku uczniów kształcących się w tzw. „edukacji domowej” dodatkowo koszty związane z zapewnieniem ewentualnych dodatkowych zajęć. Nie ma więc potrzeby finansowania uczniów spełniających obowiązek szkolny poza szkołą w wysokości kwoty subwencji przeznaczonej na uczniów kształcących się w szkołach.

Ponieważ zmiana ma wpływ na poziom środków otrzymywanych przez samorządy od stycznia 2016 r., tj. w trakcie trwania roku szkolnego i ustalonej organizacji pracy szkoły, proponuje się rozłożenie w czasie procesu obniżania kwoty subwencji naliczanej na ww. grupę uczniów. Na rok 2016 proponuje się obniżenie subwencji do 0,6 dotychczasowej kwoty bazowej subwencji, czyli do poziomu wyższego niż wynikający ze zgłaszanych postulatów samorządów.


Właśnie rozwija się kolejny ruch rodzicielskiego oporu przeciwko MEN, który skupia domowych edukatorów i sympatyków tego modelu kształcenia i samokształcenia. Wzywają oni panią minister Annę Zalewską do niedyskryminowania rodzin edukacji domowej! Każdy obywatel popierający idee tej edukacji może złożyć swój podpis na stronie przeznaczonej do składania stosownych petycji.

Rodzice, których dzieci realizują obowiązek szkolny w domu są przerażeni drastycznymi cięciami subwencji na ten cel i wnoszą o całkowitą rezygnację z tego zapisu lub proporcjonalne obniżenie WSZYSTKICH subwencji, dzięki czemu zachowana zostanie zasada sprawiedliwości przy ich podziale. Niepokoi ich także zapowiedź, że jest to
dopiero początek redukowania dotacji na tę edukację, bowiem w kolejnych latach muszą spodziewać się kolejnych cięć finansowych.


Zdaniem rodziców obniżenie subwencji przyniesie negatywne skutki w następującym zakresie:

1. Większość szkół zacznie odmawiać wydawania zgody na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą ze względu na ogrom pracy administracyjnej związanej z dokumentowaniem przynależności dziecka do szkoły, przebiegiem nauczania, bieżącymi kontaktami z rodzicami potrzebującymi wsparcia i często poprowadzenia. Nauczyciele muszą, oprócz nauczania w szkole stacjonarnej, przeznaczyć wiele dodatkowego czasu na przygotowanie się do zadań edukacji domowej, za które należy im się wynagrodzenie w odpowiedniej wysokości. Jest więc nieprawdą, że szkoły nie ponoszą dodatkowych kosztów, z wyjątkiem egzaminowania dzieci. W szkołach, do których zapisani są uczniowie edukacji domowej, dyrekcja i grono nauczycielskie prowadzą właściwie dwie szkoły, a nie jedną.

2. Szkoły niepubliczne zaczną pobierać od rodziców dzieci uczonych w domu miesięczne czesne oraz wysokie opłaty za egzaminy, a szkoły gminne będą odmawiały wydania zgody na edukację domową, gdyż będzie to generowało straty. Takie działania muszą w konsekwencji doprowadzić do upadku edukacji domowej w Polsce. Realia w naszym kraju nie dają, niestety, niemal żadnej alternatywy (poza edukacją domową) dla rodziców, którym zależy na zgodnym z ich sumieniem i światopoglądem wychowywaniu dzieci. Szczególnie rodzice niezamożni, z małych miejscowości, są zdani na posyłanie dzieci do szkół publicznych, gdyż innych bezpłatnych w okolicy nie ma.

3. Wzrośnie liczba zamykanych małych szkół, zwłaszcza prowadzonych przez fundacje i stowarzyszenia, dla których dotacje na kilkoro dzieci edukacji domowej są ogromną pomocą w utrzymaniu małej, wiejskiej placówki. Po wejściu w życie rozporządzenia, o którym mowa, fundacja lub stowarzyszenie nie będzie w stanie utrzymać szkoły z tak drastycznie obciętymi subwencjami. Tak więc należy się spodziewać, że coroczna liczba ponad 500 szkół zamykanych przez wójtów i burmistrzów, powiększy się o placówki publiczne lub niepubliczne, prowadzone z dobrym skutkiem przez fundacje, stowarzyszenia lub osoby prywatne.

4. Wielkie szkoły gminne, które już i tak są przepełnione do granic możliwości, ulegną dalszemu zagęszczeniu z uwagi na nadchodzącą falę likwidacji małych obiektów, (...). Liczba dzieci w każdej klasie powyżej 30 nie będzie rzadkością. W tak licznej klasie nawet najlepszy nauczyciel nie jest w stanie wiele nauczyć. Jeżeli ktoś mówi, że jest inaczej, nie ma pojęcia, co się naprawdę dzieje w takich szkołach. Dlatego od najmłodszych lat obowiązki szkoły przerzucane są na dom rodzinny w formie nadmiernej ilości zadań domowych. Rodzice, zamiast spędzać czas z dzieckiem, zmuszeni są uczyć je tego, czego nie nauczyła szkoła. Najgorszym jednak rezultatem jest nieuchronne zatracanie więzi rodzinnych. Rodzice i nauczyciele stają się bowiem zagrożeniem, a nie ochroną, gdyż nie zaspokajają naturalnych potrzeb dzieci do zabawy i beztroskiego spędzania czasu w rodzinie.
5. Poprzez obecne rozporządzenie zabiera się rodzicom szansę wyboru pójścia własną drogą. Często tę drogę wybierali oni pod wpływem dramatycznych zdarzeń, jakie miały miejsce przy udziale ich dzieci. Dopiero dyrektorzy małych szkół udzielili im autentycznego wsparcia, na tyle, na ile było ich stać.

Zgodnie z wyliczeniem dokonanym naprędce, w kraju mamy obecnie ok. 3,5 mln uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych. Natomiast liczba edukacji domowej waha się w przedziale 1,5-3 tysiące dzieci. Czy oznacza to, że kosztem garstki małoletnich usiłuje się uzdrowić i poprawić sytuację finansową ogromnej masy uczniów w całym kraju? Z naszych wyliczeń wynika, że gdyby zmniejszyć subwencje na wszystkie dzieci w Polsce o kwotę ok. 3-4 zł rocznie (25-35 gr miesięcznie), państwo zyskałoby dokładnie tyle samo, ile zyskuje teraz na obniżeniu subwencji na edukację domową. Zachowane zostałoby jednak poczucie sprawiedliwości społecznej.

(...)

Bolejemy też nad faktem, że w tak ważnej kwestii, jak wysokość subwencji na dzieci edukacji domowej, nie zostały przeprowadzone żadne konsultacje społeczne. W rozporządzeniu powołuje się Pani wyłącznie na opinie samorządów terytorialnych. Samorządy, w wypadku szkół niepublicznych, do subwencji ministerialnych nie dokładają żadnych własnych pieniędzy. Gdyby ujednolicić ten system również na szkoły publiczne, można by uznać go za względnie sprawiedliwy. Pod warunkiem, że subwencja na dzieci edukacji domowej byłaby równa tej na dzieci uczęszczające do szkoły.

Przerażający jest też zapis, że obniżenie tegorocznych subwencji oświatowych jest początkiem dalszych obniżek. Czy więc obecny rząd zamierza doprowadzić do całkowitego zniszczenia edukacji domowej? Czy obecne działania są kontynuacją wygaszania Polski? Czy publiczna deklaracja, jaką Pani wygłosiła swego czasu, nie dotyczy dzieci edukacji domowej: Dziecko to jest inwestycja. To nie jest koszt. Rodzina to jest inwestycja. Państwo powinno pamiętać, że inwestowanie w rodziny to inwestycja w naszą przyszłość.


Na stronie MEN jest wyjaśnienie zmiany zasad finansowania edukacji domowej. Ministra edukacji A. Zalewska wyjaśniała wczoraj w jednej ze stacji radiowych, że resort został powiadomiony o poważnych nadużyciach finansowych w związku z edukacją domowych jakichś podmiotów, które wskazują na wykorzystywaniu środków budżetowych do celów, które nie mają nic wspólnego z edukacją domową.

Co to jednak znaczy? Co się za tym kryje? Czy chodzi o ujawnioną przed rokiem kwestię jednego z zespołów szkół niepublicznych w Warszawie (od przedszkola do liceum ogólnokształcącego), w którym miały miejsce poważne nieprawidłowości z źle prowadzoną dokumentacją i władze stołeczne zażądały zwrotu od właściciela miliona złotych? Zaglądam na stronę internetową tej szkoły i widzę odnośniki do dokumentacji, materiały filmowe, zadowolonych rodziców i szczęśliwe dzieci (zob. klip z YouTube).



Co to jednak ma wspólnego z tysiącami innych rodziców, którzy kształcą swoje dzieci w tym modelu w różnych regionach naszego kraju i nie mają z tego tytułu ani żadnych profitów finansowych? Podpisałem petycję do pani minister, bo uważam ten model za jedno z dobrodziejstw transformacji ustrojowej i zgodne z Konstytucją RP zabezpieczenie prawa rodziców do decydowania o losach edukacyjnych własnych dzieci. Uzasadnienie MEN mnie - jako pedagoga i badacza edukacji alternatywnej w świecie - absolutnie nie przekonuje. Może chodzi tu o szukanie oszczędności na inne wydatki programowe rządu?




31 komentarzy:

  1. Biedny ten pis, naprawdę biedny...ciągle mu przeszkadzają. Teraz znów im brzydkie decyzje podrzucają źli ludzie...

    OdpowiedzUsuń
  2. W moim przekonaniu to początek działań na rzecz totalnej centralizacji zarządzania edukacja. Proszę zwrócić uwagę na powrót do decyzyjności kuratorów, np. musi on wyrazić zgodę na likwidację szkoły - i to jest ok. Ale bez zgody kuratora nie można przekazać małej szkoły innemu organowi prowadzącemu. w efekcie JST będą likwidowały małe szkoły na rzecz dużych ze względów ekonomicznych. Powrót do koncepcji min. Handkego - czarno to widzę
    R. Pęczkowski - Uniwersytet Rzeszowski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w Polsce edukacja nie jest JUŻ skrajnie scentralizowana i zbiurokratyzowana??? ;-)

      Usuń
    2. Jeszcze nie do końca. Dopiero teraz przejęcie nominacji kuratorów i wicekuratorow Oswiaty przez MEN dopełniło dzieła.

      Usuń
  3. A czy nie jest tak, że rzeczywiście te pieniądze, które szkoły otrzymywały na dzieci edukujące się w domu, były przeznaczane na inne cele szkół? Że szkoły sobie "dorabiały" w ten sposób, że zabiegały wręcz o dzieci z edukacji domowej? A teraz, jak zostanie im tylko 0,6 tamtej kwoty, to może będą ją wydawały zgodnie z przeznaczeniem. Mnie ta argumentacja wydaje się logiczna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Anonimowy,
      skąd takie wnioski? jest Pan/Pani uczestnikiem/pracownikiem/ założycielem takowej szkoły, która rekrutuje uczniów w ED i w tak niecny sposób dorabia sobie? moje dzieci są w ED, właśnie w szkole o której wspomniał Pan Profesor, jednak nigdy by mi do głowy nie przyszło żeby oskarżać szkołę, że zarabia na moich dzieciach. Szkoła też ma swoje wydatki : opłaty, utrzymanie lokalu, wyposażanie w pomoce dydaktyczne, utrzmanie zarządzania administracją, czy nauczycieli, czy też organizowanie dzieciakom spotkań, szkoleń, zajęć dodatkowych etc.( z tego, co się orientuje ksiadz w kosciele też za darmo nic nie robi), dlatego uważam, że obcięcie subwencji jest co najmniej nie na miejscu. I jeśli mają obciąć, to wolałabym żeby część dostała szkoła, a część abym mogła dostać ja ( oczywiście w rozliczeniu i na faktury), a to na pewno rozwinęło by nasze mozliwosci.

      Usuń
  4. Dziękuję za wielce inspirujący wpis dotyczący flexischoolingu.

    OdpowiedzUsuń
  5. W Polsce nie ma żadnej "Edukacji Domowej". Jest za to pomysł na wyjęcie spod kontroli oraz ogólnych przepisów pod tym hasłem i niezły zarobek zajmujących się tym prywatnych szkółek. One nie realizują niczego bo tylko "wspomagają" edukację domową ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Edukacja domowa jest dla rodzin zarabiających zdecydowanie ponad minimalną płacę i żadne subwencje tego nie zmienią; ani obniżki, ani podwyżki. Co nie zmienia faktu, że obniżka subwencji tylko w dziale Edukacji Domowej jest niesprawiedliwa - a o to przecież chodzi w tym artykule. Dobry nauczyciel kosztuje, dobre książki kosztują, dobre wyjścia naukowe kosztują, dobre wycieczki kosztują - wszystko co przydatne do uczenia się - kosztuje. Mówię to z perspektywy studenta, którego uczenie się dużo kosztuje (a przecież mowa o studiach na uniwersytecie publicznym - nie płatnym), a to już ostatni etap nauki przed pracą - a nauczanie od początku w domu wiąże się niewątpliwie z olbrzymimi kosztami. Oznacza to, że jak zawsze chodzi o lepsze płace - lepsze stanowiska, mniej wyzysku - a będzie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam.Bardzo przepraszam za status "Anonimowa" ale niestety zostałam za/hejt/owana? na"ED"- kolokwialnie mówiąc "chamsko" i w sposób do którego nie przywykłam zwrócono mi uwagę na "Forum?w ED",że to NIE JEST moje miejsce a swoimi propozycjami i komentarzami "zaśmiecam" misję i wizję grupy.A przecież"ED" jest grupą otwartą a ja przyłączyłam się do tego nurtu społeczno-edukacyjnego już prawie rok temu z ciekawości poznawczej-jako SYMPATYK-na co wielokrotnie wskazywałam w kilkudniowej wymianie poglądów. Ujawniły się przez to toksyczne relacje: jednym zależało, drugim nie/zależało niektórym było wszystko jedno (byle do przodu) - toksyczne relacje w grupie! NIE zrozumiem tego.A moje zainteresowania i doświadczenie zawodowe opierałam dotychczas na szeroko pojętej koncepcji flexischooling/u a,że próbuję ją wdrożyć w praktyce to pomyślałam: pomogę.Pomyślałam a resztę przemilczę. Ale to nie skarga ani doniesienie :) Właśnie dzięki Pani - pani Elu uzmysłowiłam sobie,że "ED" jest ofertą porównywalną do uniwersyteckiej. Każdy uczelnia ma ofertę edukacyjną ze wskazaniem na: możliwości finansowe zainteresowanych edukowaniem/studiowaniem Oferta jest propozycją dla dbiorców/klientów z określonymi predyspozycjami rozwojowymi i osobowościowymi oraz jego możliwościami psycho-pedagogicznymi.Uczelnie mają swoją tożsamość a zakorzeniona w rodzinie np. tradycja społeczno-ekonomiczna wspierana wychowaniem też posiada swoją tożsamość.W rzeczywistościspołeczno-ekonomicznej one się najczęściej spotykają.Istnieją jeszcze inne istotne i ważne cywilizacyjne i kulturowe uwarunkowania.Jaką więc wybrać ofertę edukacyjną "szytą"na miarę jego możliwości i na jaką go stać.Często i najczęściej po prostu rezygnujemy z miary i idziemy do "sieciówek" a tam też mamy wybór.Szyty na "MIARĘ NASZYCH MOŻLIWOŚCI".Pozostaje pytanie:jak długo będziemy nosić tak/owy "garniturek"? NIE jestem do końca pewna: to porównanie jest czytelne?

      Usuń
  7. Subwencję za dzieci w Edukacji Domowej dostawali nie rodzice, ale szkoły, dające im łaskawie pozwolenie na domowe nauczanie. Rodzice z tego nie mieli ani grosza - wszystko trafiało do szkół, w których te dzieci były zarejestrowane. Ale wbrew temu, co pisze Anonimowy z 16:40, wydatki były groszowe - ograniczały się do wypełnienia biurokratycznych papierów, ale już żadnych sal, pomocy nauowych, lokali, etc.
    Choć to prawda, że przyzwoitsze spośród prywatnych szkół, dających przykrywkę Edukacji Domowej, pewną część tej subwencji oddawały rodzicom, choćby w postaci organizowania zajęć sportowych, lektoratów językowych, kupowania dla tych dzieci z ED książek, czy refundowania im biletów do "Kopernika" albo do teatru.

    Ma rację Anonim z 10:16 - szkoły/gminy tę subwencję konsumowały jak chciały. Sytuacja była (i jest) patologiczna: koszty edukacji domowej ponoszą (ponosili i ponosić będą) rodzice, a subwencja trafia do szkoły (prywatnej) lub gminy (jeśli dziecko zarejestrowane było w szkole państwowej). Państwowa szkoła nie daje za to rodzicom zazwyczaj nic, prywatna refunduje część wydatków edukacyjnych (nigdy jenak nie przekraczając połowy subwencji - nie słyszałem o tak hojnych szkoach "przykrywkach")
    60% to i tak powinno z zapasem starczyć na refundację na takim poziomie, jak dzisiejszy i pokrycie kosztów biurokratycznych.

    No i znów (zapiekłym liberałem będąc) wychodzę na obrońcę PiS-u...


    W połowie trzeba się też zgodzić z Anonimem z 14:43:
    - jest jednak Edukacja Domowa (znam rodziców, którzy sami uczą swoje dzieci, zamiast posyłać je do szkół)
    - pieniądze z subwencji jednak nie do rodziców trafiają, ale do szkół (państwowych bądź prywatnych), które dają tej ucieczce spod władzy obowiązującej pedagogiki, dydaktyki, kuratoriów, programów i podstaw programowych swoją przykrywkę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Witajcie,

    jeśli znajdziecie czas i chęci, napiszcie mi proszę:
    1) czy to jest tak, że nie ma listy szkół, które wspierają ED?
    2) jeśli nie ma, to rodzic musi chodzić od placówki do placówki i prosić o zgodę na ED?
    3) jeżeli dziecko zostanie już któraś ze szkól czy to publiczna, czy też niepubliczna zgodzi się na ED dziecka, to czy nie są odgórnie przyjęte kwoty za egzaminy i koszty administracyjne (szkoła bierze 7,5 tys i możne powiedzieć ze i tak należny się dodatkowa opłata za egzamin i administrację (czy tzw pakiet podstawowy nie powinien być w tej kwocie - nawet po obniżeniu do 0,6)?

    dziękuję i pozdrawiam
    Marek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Ad.1 Nie ma. Ale jeśli ktoś potrafi używać Internetu, to łatwo taką listę sobie na własny użytek stworzy.

      Ad.2 Formalnie to nawet gorzej, bo w zasadzie powinien prosić swoją rejonową szkołę publiczną. I z pokorą przyjąć odmowę albo znosić szykany egzaminacyjne.
      A to, że może jednak dość łatwo znaleźć w miarę przyjazne i bezpłatne wsparcie gdzie indziej, to już inna sprawa i jego spryt.

      Ad.3 Publiczne szkoły chyba nie mogą brać ekstra pieniędzy za egzamin.
      A prywatne szkoły "przykrywki" niemal wszystkie organizują te egzaminy za darmo, a nawet najczęściej oddają mniejszą lub większą część subwencji rodzicom w formie jakiś świadczeń na rzecz edukacji ich dzieci (np. organizując im zajęcia sportowe, albo refundując prywatne lekcje francuskiego).

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    5. Panie Profesorze!

      Chyba dla jakości dyskusji toczonych wokół stawianych przez Pana tematów, a publikowanych pod Pana blogiem, warto by było, żeby moderując je nie dopuszczał Pan do przekształcania dyskusji ad rem w pyskówki ad personam Zwłascza, gdy do tego rodzaju argumentacji ściągają ją Aninimowi.

      W Pana wpisie i postawionych kwestiach nie chodzi chyba o ustalenie moich źródeł utrzymania.

      Usuń
    6. Wpisy usunąłem. Sądziłem, że sprowadzi Pan jakiegoś anonima (-kę) na ziemię argumentami ad rem.

      Usuń
    7. Dziękuję!
      W pierwszym podejściu tez na to sprowadzenie na ziemię liczyłem, ale jaka była kolejna odpowiedź - sam Pan widział... Przeliczyliśmy się.

      Usuń
    8. Akurat w tym wypadku ma znaczenie KTO lobbuje za "edukacją domową" - rodzice czy ci, którzy z niej żyją ... ;-) Trudno to nazwać argumentem ad personam!!!

      Usuń
    9. Jeśli Anonim musi koniecznie sprowadzać sprawę do kwestii moich żródeł utrzymania, to pragnę wyjaśnić, że edukacją (w szczególności wspieraniem rodziców, prowadzących edukację domową) zajmuję się wyłącznie hobbystycznie, gdy moim podstawowym zawodem i źródłem utrzymania jest projektowanie i budowa systemów informatycznych.

      Co zresztą za absurd mieszać mnie tu do "lobbowania za edukacją domową"! Nie kryję swojej dla niej sympatii, ale w kontekście tej dyskusji jest to ni priczom, a jeśli już, to wyraziłem swój głos przeciwko patologiom systemu ją obudowującego.

      PiS-owska zmiana nie dotyczy edukacji domowej, tylko przepływu pieniędzy miedzy budżetem centralnym a gminami albo szkołami prywatnymi, dającymi tej edukacji przykrywkę. Której jedyny cel to zapokojenie formalno-biurokratycznych wymogów. Co ani dzieci ani rodziców, taką edukację prowadzących, nie dotyka realnie ani w jedną, ani w drugą stronę. A jeśli już, to trochę szkodzi tej prawdziwie domowej edukacji, bo te najprzyzwoitsze szkoły-przykrywki nie będą w stanie refundować rodzicom aż tylu biletów do teatru.

      Usuń
    10. Też mam takie wrażenie, że niektórzy powierzchownie łączą ze sobą jakieś fakty, osoby, wyrywki i fragmenciki czy strzępy plotek, by koniecznie zaistnieć jak szeryf. Tyle, że u nas ani Dziki Zachód, ani tylko czarno-biały świat.

      Usuń
    11. Witam ze śnieżnego Białegostoku! Dostosowując się do "czarno-białej" dyskusji i biało-czarnej naturalnej scenografii za oknem - obie barwy rozróżniam - chciałabym jako praktyk odnieść się do zaprezentowanych na wstępie przez Pana Profesora argumentów,które negatywnie skutkują obniżeniem poziomu edukacji alternatywnej jaką jest nurt ED i zanim ... jako tzw.sympatyk podpiszę się pod którąkolwiek z prezentowanych na ED "szarych" petycji(z pewnością czarno-białe to one NIE są) - to kilka przemyśleń. Mogę? Zgadzam się z wymienionymi tezami, czy hipotezami w punkcie 1.i 2 Przede wszystkim zaś obiema rękoma podpisuję się pod punktami:czwartym i kolejnym. Z trzecim z wymienionych argumentów nie mam do czynienia więc i kompetencji wypowiadania się, nie znam też do końca opisanych uwarunkowań. Zapewne są jakiekolwiek badania diagnostyczno -sondażowe a poza tym to dość mała grupa odbiorców w ED i tym samym grupa badawcza znikoma.Jeśli chodzi o niepełnosprawnych to alternatywą może stać się dla nich edukacja włączająca, ale powinno się do/precyzować ją w niektórych organizacyjnych aspektach ED, bo systemowo jest propozycją do wdrożenia na w miarę możliwości finansowych i na miarę oczekiwań zainteresowanych. Najpewniejsze jest jedno i to się NIE ZMIENI a mianowicie: WIELKIE SZKOŁY GMINNE, które i tak są przepełnione ( wręcz przeładowane) do granic możliwości ulęgną dalszemu zagęszczeniu". Chciałabym jednak dopytać - nie polemizować - z hipo/tezą, jaką na podstawie badań IAR przedstawił pan dr B.Stępień. Proszę mi wyjaśnić lub wskazać żródło,które rozwieją moje wątpliwości:dlaczego szkoły gorsze wyprą szkoły lepsze? Czy to są uwarunkowania jakościowe,czy ilościowe? Czy należy to zjawisko rozpatrywać w szerszym kontekście - jeśli tak - to w jakim? Interesuje mnie szczególnie wymiar czasowy.Gdzie znajdę odpowiedzi na te pytania? Dziękuję za podpowiedż. Irena B.A.

      Usuń
  9. Autorzy petycji powołują się na zapisy konstytucji, którą właśnie PiS zawiesił na haku. Proponują zgłosić (poprzez grupę posłów) skargą do Trybunału Konstytucyjnego, który sprawę rozpatrzy w kolejności otrzymywania wniosków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WITAM PANIE PROFESORZE! Nie chcę trafić do TRYBUNAŁU KONSTYTUCYJNEGO?! - bo i niby za co? Ja tylko a może aż? SYMPATYZOWAŁAM :) ~~~~~~~~~~~~~~~~ W końcu "jakie-takie" kompetencje mam - tak mówią inni ale WIEM, że są gorsi :) Praktykę też mam za sobą dość pokażną - domyślam się,że INNI także. Poza tym PANIE PROF. "De iure - de gustibus non est disputandum" więc jeszcze się zastanowię zanim podpiszę cokolwiek.Poprosiłabym o wskazania żródła/~eł odp. na pytania mnie nurtujące, bo opisane zjawisko społeczno-socjologiczne tj. wypierania z rynku tzw.lepszych szkół jest dla mnie nielogiczne i niezrozumiałe. POZDRAWIAM Z BIAŁEGOSTOKU IRENA BORECZKO-AKSIUCIK

      Usuń
  10. Panie Profesorze kompletnie zapomniałam Pan o 2 szkołach internetowych do których zapisane są w ramach Ed dzieci mieszkające poza granicami Polski(wystarczy nr pesel). To są tysiące uczniów na które owe szkoły dostają subwencje.I to tam należy szukać oszczędności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest jasny ten komentarz. Pisze pani o dwóch szkołach wirtualnych w Polsce, które pobierają z samorządu dotację na uczniów mieszkających poza granicami kraju?

      Usuń
    2. Korespondencyjne podstawówki stały się faktem. Samorządy chcą ... Dokładnie tak. Proszę przeczytać zamieszczony tekst. Żeby poznać nazwy tych szkół wystarczy w wyszukiwarce wpisać hasło: polska szkoła internetowa.

      Usuń
  11. Czy może mi ktoś wyjaśnić czy ten zapis poniżej oznacza, że dotacje na 1 wychowanka Ośrodków Rewalidacyjno-Wychowawczych w których uczeń spełnia obowiązek szkolny będzie wynosiła 0,6 % wagi P 45 = 9,5
    ..."Należy również zauważyć, że zmiana ta obejmie dwie kategorie uczniów, tj. uczniów kształcących się w tzw. „edukacji domowej” oraz uczniów z niepełnosprawnością sprzężoną, spełniających obowiązek szkolny w ośrodku rewalidacyjno-wychowawczym (w tym wypadku obniżenie będzie dotyczyło kwoty subwencji naliczanej dla szkoły, do której powinni uczęszczać uczniowie, a nie dla ośrodka"

    OdpowiedzUsuń
  12. Edukacja domowa to bardzo złożona sprawa i dla mnie niejednoznaczna. Z jednej strony to bardzo dobrze, że można pozwolić rodzicom na pełne wychowanie swoich dzieci, z drugiej jakoś tego do końca nie widzę.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń