wtorek, 3 listopada 2015

Po co publikujemy artykuły w języku angielskim?



Ukazał się Nr 3/2015 kwartalnika "Edukacja", którego wydawca już na okładce zapowiada ciekawą problematykę: "Teoria odpowiedzi na pytanie testowe w praktyce badawczej". Zaglądam do środka, a tam pięć pierwszych artykułów jest w języku angielskim. Sądziłem, że zapewne rzucili się do publikowania w tym periodyku Amerykanie z Harvard albo Anglicy czy Australijczycy, ale gdzież tam. Autorami są sami Polacy.

Moje pytanie powinno zatem brzmieć jeszcze bardziej precyzyjnie, niż to zawarte w tytule postu. Zastanawiam się nad tym, po co początkujący pracownicy naukowo-badawczy czy b. wiceminister edukacji publikują zapewne ważne dla polskiej opinii publicznej artykuły w języku angielskim? Do kogo są one adresowane, skoro czasopismo ukazuje się w Polsce?

Chyba nie są kierowane do naukowców ze strefy anglojęzycznej, bo ci zapewne nie wiedzą, że taki periodyk w ogóle wychodzi? A jeśli nawet są tak świetnie zorientowani w polskim piśmiennictwie naukowym, to przecież druga część zawartych w nim artykułów została opublikowana w języku polskim? Czyżby były to teksty dla naszych studentów czy pracowników będących poza granicami kraju?

Może tu chodzi o poprawienie sobie dobrego samopoczucia, albo o sprawdzenie, czy dobrze przetłumaczyło się na język angielski własny tekst? A może powodem takiej publikacji jest zapewnienie sobie dwukrotnie większej liczby punktów, mimo że ukazała się w krajowym periodyku? Dlaczego autorzy nie skierowali swoich artykułów do czasopism brytyjskich czy amerykańskich? Czyżby tam ich nikt nie zrozumiał, czy może są na tak niskim poziomie merytorycznym?

A może trzeba było je gdziekolwiek w kraju opublikować, byle była podstawa do rozliczenia środków z badań w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego? Nie jest zatem ważne, kto z nich skorzysta, byle tylko się ukazały. W Ministerstwie Edukacji Narodowej i tak ich nikt nie przeczyta, bo tam w tej chwili pracują niszczarki i pakuje się w pudła dokumenty, by nie interesowała się nim kolejna ekipa rządząca. Ta też tych artykułów nie przeczyta, bo wyszły z "nieprawego łoża". W tym resorcie nie czyta się rozpraw i raportów nawet w języku polskim, chyba że zostały skrojone na potrzeby władzy.

Tak oto w naszym kraju publikuje się książki, czasopisma i sprawozdania z badan w języku, który uniemożliwia ich kontrolę publiczną. Jeśli jeszcze ich autorem czy współautorem jest beneficjent unijnych dotacji, a były urzędnik MEN, to być może zamierza za pośrednictwem publicznie finansowanego medium wzmocnić swoją kartę przetargową w staraniach o jakiś etat czy do potwierdzenia osiągnięć naukowych.

Ciekawie wypadają w takim periodyku teksty innych autorów, wśród których są pracownicy naukowi różnych instytutów uniwersyteckich, ale piszący i publikujący w tym samym czasopiśmie jedynie po polsku. Jak ktoś chce, to może sobie przetłumaczyć je na angielski, albo odwrotnie, te pierwsze przełożyć na język polski. Tak właśnie pozoruje się umiędzynarodowienie polskiej nauki. Coraz więcej książek polskich autorów ukazuje się w krajowych oficynach, w bardzo słabym, często karykaturalnym tłumaczeniu na język angielski. Pełen szpan.

Tylko moi przyjaciele z Niemiec czy Anglii nie chcą ich czytać. Ważne, że Polak odnotuje w swoim sprawozdaniu odpowiednią liczbę punktów. To, że ten tekst nikomu niczego nie wyjaśni, w niczym nie pomoże, nie ma żadnego znaczenia.

48 komentarzy:

  1. Szanowny Panie Profesorze,
    przyznam, że dzisiejszy wpis na Pana blogu mnie mocno zaskoczył. Czasopismo publikowane jest w Polsce, ale ma też swoją wersję internetową. A jak wiemy, może być wygooglowane nawet na Bora Bora - gdzie tamtejsi też czytają po angielsku.
    Proponuję zapoznać się z dorobkiem tych młodych ludzi i nie robić insynuacji o "wątpliwej wartości tych publikacji". Obecnie w IBE pracuje sztab młodych, świetnie wykształconych ludzi, którzy swoją wiedzę min. o teorii odpowiadania na pozycje testowe (IRT) zdobywali od najlepszych (prof. Glass, prof. Hambleton, prof. Van der Linden itd.), wyjeżdżali na staże do najlepszych ośrodków naukowych. Ten sztab młodych ludzi przywozi do Polski najlepsze praktyki z zakresu metodologii i badań. Jak mniemam ich nauczyciele (min. w/w), z przyjemnością śledzą to co in uczniowie się nauczyli i stosują w praktyce. Proszę wierzyć, te teksty są w świecie czytane. (Zresztą dajmy im trochę czasu, kiedy te publikacje będą cytowane w świecie). "Edukacja" daje szanse na to, aby "ktoś" w świecie zainteresował się tym co robią polscy naukowcy. Może warto takie próby podejmować i nie oczekiwać, że od razu Ci młodzi naukowcy mają się przebijać na publikacje za 30 czy 50 punktów? Uważam też, że poziom angielskiego tych publikacji jest bardzo, ale to bardzo przyzwoity. Nie rozumiem, Pana Profesora sugestii o "karykaturalnych tłumaczeń". No chyba, że pije Pan też do polskiego czasopisma, które wydawane jest w Polsce (po polsku i angielsku - Resocjalizacja Polska) - bo tej praktyki to ja nie rozumiem. Jaki jest sens publikowania tego samego artykułu w języku polskim i angielskim?
    Wracając do głównego wątku. Jeśli chciałby Pan Profesor poczytać "coś" po polsku, osób które opublikowały swoje artykuły w najnowszym numerze "Edukacji" zachęcam do sięgnięcia po publikacje: Modele cech ukrytych w badaniach edukacyjnych, psychologii i socjologii (red.) Artur Pokropek. Jest ona dostępna w wolnym dostępie w Internecie.

    A swoją drogą - skoro już tak bardzo "czepia się" Pan Profesor publikacji w języku angielskim, to proszę o ustosunkowanie się do opinii dot. pozyskiwania grantów z NCN, gdzie Aplikant swój wniosek w większości musi napisać po angielsku. Pytam dlaczego? A dlaczego nie w innym nowożytnym języku, skoro ustawa o stopniach mówi, że kandydat na doktora może złożyć egzamin w każdym innym języku nowożytnym niż angielski? I druga uwaga co do NCN i owego angielskiego - czy polski naukowiec nie aplikuje o polskie środki? Skąd więc dyskryminacja naszego języka. Może tu należy odwrócić proporcje i tylko streszczenie pisać po angielsku a opis zasadniczy po polsku? W końcu jaki procent zagranicznych recenzentów ocenia owe projekty? Czy w większości nie robią tego Polacy? A jeśli tak, to muszą znać angielski i zapewne z przyjemnością przeczytają świetne teksty min. P. Skórskiej, M. Jakubowskiego, M. Koniewskiego, K. Świst, K. Maciążek czy A. Prokopka (nomen omen laurata Nagrody Polityki). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam nic przeciwko publikowaniu rozpraw w języku angielskim pod warunkiem, że sa one dostępne także w języku polskim. Edukacja jest dobrem narodowym. Powinniśmy pisać i publikować przede wszystkim po polsku. Doprawdy, te teksty nie zmienią oblicza edukacji ani w USA ani na Bora Bora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To przerażające, że członek CK ma takie poglądy! Nic dziwnego, że pedagogika jest w Polsce na tak zatrważającym poziomie, skoro ma takie "elity". Czy Pan nie rozróżnia pracy naukowej od tekstu dla nauczycieli? Czy polscy pedagodzy-naukowcy naprawdę nie znają angielskiego? Jak w takim razie uprawiacie naukę?! A skoro jesteście tak skoncentrowani na polską edukację, to gdzie są praktyczne efekty Waszej działalności? Czyżby teraz (wbrew temu co pisał Pan niejednokrotnie także na tym blogu) twierdził Pan, że edukacja w Polsce jest w doskonałym stanie?

      Usuń
    2. Panie Profesorze, teksty dostępne po polsku i po angielsku ? Przecież każdy recenzent potraktuje to jako autoplagiat. Do jakich absurdów dochodzi.

      Usuń
    3. Głos zabiera coraz więcej sfrustrowanych "Słowaków"

      Usuń
    4. Drogi Anonimowy z 7:45,
      część polskich pedagogów-naukowców zna angielski :-). Głos Pana Śliwerskiego nie jest głosem "elit".
      Ja też jestem zbulwersowana dzisiejszym wpisem na blogu.
      Szok i wstyd. W imieniu zbulwersowanego środowiska pedagogicznego przepraszam autorów, którzy opublikowali swoje teksty w najnowszym numerze "Edukacji". Poczynione uwagi Pana Profesora uważam za niestosowne.

      Usuń
    5. Mój wpis jest prowokacją do dyskusji na temat zasadności publikowania w języku angielskim w polskich czasopismach , a szczególnie wydawanie w Polsce książek o wątpliwej jakości przekładu. Sam też publikuję w języku angielskim. I co z tego? Czy to znaczy, że teksty opublikowane w "Edukacji" czy innym piśmie ale w języku polskim są nienaukowe? To te rozprawy sa dla nauczycieli , a te po angielsku dla naukowców? Czepianie się słów czy wybranych fragmentów wskazuje, jak łatwo ulegamy własnym, często personalnym uprzedzeniom. Nie napisałem, że którykolwiek z artykułów zamieszczonych w "Edukacji" jest nienaukowy.
      Autoplagiat jest tylko wówczas, kiedy autor tekstu publikuje go po raz drugi czy kolejny bez wskazania na jego pierwodruk i ubiega się na tej podstawie o jakąś korzyść. Argument zatem (12.12) jest nonsensowny.
      Jak widzę, jednak piereszemu komentatorowi przeszkadza wymóg składania w jęz.angielskim wniosku do NCN. Ciekawa niekonsekwencja... A propos- dlaczego polskojęzyczne teksty muszą mieć streszczenie po angielsku a anglojęzyczne nie muszą mieć po polsku??? Prof. Sztompka publikuje też po polsku. Czy to znaczy, że jego teksty nie są naukowe czy może niższej jakości? Publikował po angielsku, bo mieszkał i pracował w USA. Pytam zatem, skoro teksty są tak wybitne, że myszą być publikowane po angielsku, to dlaczego nie w USA czy Wlk. Brytanii?

      Usuń
    6. Ja z 12:12. To nie nonsens. Wydaje się, że mały krok może dzielić decydentów w CK od podjęcia decyzji o tym, żeby do procedur awansowych dostępne były teksty w dwóch językach. Co to znaczy Panie Profesorze "w języku angielskim pod warunkiem, że są one dostępne także w języku polskim". Gdzie ma być dostępne tłumaczenie i po co ono komu ? W jakiej formie miałoby być ? Identycznej ? - to autoplagiat. Bywa, że redaktorzy naukowi anglojęzyczni lub inni zagranicą przeredagowują treści i przez to zmieniają pierwowzór tekstu. Z 25 stronic tekstu robi się np. 15 stronic tekstu. Jak to się ma do dostarczenia wersji polskiej ? Słaby pomysł z tymi warunkami.

      Usuń
    7. Należy zapytać nawet o zasadność publikowania w jakimkolwiek języku w jakimkolwiek papierowym i płatnym czasopiśmie naukowym.
      Punkty? Tak, te się liczą i nic poza nimi!

      Ale jeśli chodzi o to, żeby nasza światła myśl dotarła do możliwie szerokiej rzeszy czytelników - profesjonalnych kolegów, to pozostaje wyłącznie publikowanie po angielsku. W internecie, z darmowym dostępem.

      Oczywiście, nie bronę tandetnych przekładów bzdurnych tekstów...

      "A propos- dlaczego polskojęzyczne teksty muszą mieć streszczenie po angielsku a anglojęzyczne nie muszą mieć po polsku???"
      Dlatego, że nie o narodową dumę (Polacy nie gęsi) tu chodzi, ale o dostępność w globalnej wymianie myśli. Po to, żeby każdy wykształcony człowiek na świecie mógł przeczytać choćby abstract, zanim zainwestuje w przetłumaczenie głównego tekstu.

      "skoro teksty są tak wybitne, że myszą być publikowane po angielsku, to dlaczego nie w USA czy Wlk. Brytanii?"
      A co kogo obchodzi stopka (poza punktami)! Teksty są publikowane i dostępne w internecie worldwide, a to, czy serwer jest w USA czy w Polsce nikogo nie obchodzi, a często nawet trudno to ustalić.
      Dobre teksty powinny być publikowane po angielsku, by każdy mógł się z nimi zapoznać, a bzdurne teksty nie być publikowane wcale. Albo w ostateczności tworzyć "makulaturę akademicko-punktową" w zaściankowych krajach i ich językach.

      Usuń
    8. 18:59
      Widać, że anonimowy nie ma pojęcia o tym, czym jest CK i jak działa. Komentarz o technice pisania jest z własnej praktyki?

      Usuń
    9. Rozważam dyskusyjne sugestie Pana Profesora odnośnie tekstów po polsku/angielsku jednocześnie. Chcę dodać, że praca edaktorów zagranicą polega na żmudnych pracach redakcyjnych i językowych. Redaktorzy czasopism zagranicznych są tak samo zaangażowani w korekty jak polscy redaktorzy w świetnych wydawnictwach. Autorzy na ogół są pokorni wobec sugestii redaktorów z wydawnictw zagranicznych, nawet jeśli "wytną" akapit lub więcej z tekstu. Nie wiedział Pan Profesor ?

      Usuń
    10. Wiem, jak pracują w zagranicznych redakcjach. Pytanie jest zatem retoryczne. Czy artykuły w języku angielskim w polskim czasopiśmie były recenzowane przez obcokrajowców czy Polaków?

      Usuń
    11. Publikuję w obcych językach wyłącznie zagranicą a tam w czasopismach obowiązuje double blind peer review. Blind to blind. Publikując zagranicą jest niemal pewne, że recenzują obcokrajowcy.

      Usuń
    12. Moje pytanie było precyzyjne - czy artykuły po angielsku recenzowali m.in. dla " Edukacji" Brytyjczycy lub Amerykanie czy Polacy?

      Usuń
    13. A czy ja jestem Duchem św. ? Nie mam takiej wiedzy. Nie jestem redaktorem polskiego czasopisma. Gdybym przeczytała recenzje to przypuszczam, że rozpoznałabym.

      Usuń
    14. Publikując w Polsce jest niemal pewne, że recenzowali Polacy. Niby nic, a jednak...

      Usuń
    15. Trudno się dziwić. O Polaków recenzujących łatwiej w Polsce a zagranicą o obcokrajowców.

      Usuń
    16. A to dlaczego?! Powinien recenzować ktoś kto się zna na tematyce, a skąd pochodzi to rzecz drugorzędna ...

      Usuń
    17. To a propos dostępności recenzentów. Dla zagranicy istnieje tak naprawde tylko 6 polskich czasopism wartych uwagi z nauk spolecznych. Nie ma w nich niestety zadnego z pedagogiki, nad czym ubolewam. To a propos jakości.

      Usuń
    18. Nie jest prawdą profesorze, ze jak polskie czasopismo to polscy recenzenci, redaguje polskie czasopismo pisane tylko po angielsku, i naszymi recenzentami sa zagraniczni naukowcy, bardzo o to dbamy.

      Usuń
    19. Nie jest prawdą? Poszę to jednak odnosić do konkretnych tytułów i/lub ich wydań.

      Usuń
  3. Rzeczywiście anonimowy nie pojął istoty wpisu profesora. Trzeba było to napisać po angielsku.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poplecznicy w gotowości od samego rana? :)

      Usuń
    2. Zapewne tak samo są w gotowości jak w/w... Co to za komentarz? Tylko tyle potrafi anonim z siebie wydusić? Kiepściutko.

      Usuń
  4. Może bezpośrednio nie zmieniają edukacji na Bora Bora, USA czy w innej przestrzeni geograficznej (bo chyba Anonimowemu nie o miejsce chodziło) ale takie teksty są polem dyskusji naukowej, podejmowaniem polemik na arenie w jakiej komunikuje się świat nauki. Musimy pogodzić się z faktem, że kodem porozumienia nie jest język polski. Zawsze wydawało mi się, że teksty naukowe pisane są do różnych grup naukowców, do różnych specjalistów, którzy są w stanie podjąć się merytorycznej dyskusji.

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślę że nazbyt widocznym motywem publikowanua tekstów angielskich w polskich czasopismach jest pragmatyzm wydziałowych parametryzacji. Jednocześnie autorzy jednak tracą szanse na umiedzynarodowienie rzeczywiste. Tworzy się sytuację pozirnego sukcesu i wiekszych kosztów. Jest ciekawą praktyka wśród doktorantow ze zgłaszają potrzeby korzystania z uslug tlumaczy, co oficjalnie wpisują w koszty grantów wydziałowych. Wahalabym się jednak globalnie krytykowac jakość tłumaczeń na podstawie miejsca publikacji w polskim czasopismie. Doktoranci i młodzi doktorzy publikuja tam gdzie bywają protegowani przez swoich przelozonych bądź promotorów prowadzacych czasopisma. Tej praktyki jednak nikt nie krytykuje. A gdzie jest rzeczywiste double blind review ? Golym okiem widac ze to bredzenie redaktorow naczelnych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Po co te same teksty mają być pisane po angielsku i polsku? Czy chodzi o sprawdzenie jakości tłumaczenia? Naukę fraz? Niektóre teksty publikuje się po angielsku, niektóre po niemiecku, rosyjsku, francusku. Czy wtedy tekst też ma być dostępny po polsku? Pan prof. P. Sztompka - jeden z najbardziej rozpoznawanych na świecie polskich naukowców, większość swoich prac napisał w języku angielskim - ciekawe dlaczego. I jaki w tym sens? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam periodyk polsko-niemiecki "Keryks". Standard wyższy od tego , czego broni tu anonimowy.

      Usuń
  7. "Tylko moi przyjaciele z Niemiec czy Anglii nie chcą ich czytać."
    I w tym clou problemu, nie w języku. Ważne, że ktoś zaliczy punkty, a nie że jego tekst będzie czytany.
    Mało chyba jest istotne, czy bzdetowate teksty pisane sa po polsku, angielsku, chińsku czy w narzeczu Hotentotów. I tak ich nikt nie chce czytać.
    Ale gdyby jakiś tekst był wartościowy, to z pewnością lepiej, żeby ukazał się po angielsku niż po polsku - nauka jednak jest globalna. A angielski jest dzisiejszą łaciną. Dla wartościowych poznawczo artykułów nie powinno być barier językowych w dostępie. To polski jest potencjalną barierą, a nie angielski - nawet od polskich czytelników pism naukowych można oczekiwać, żeby czytanie po angielsku nie sprawiało im problemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauka jest globalna? Każda? Prawo też jest globalne? Historia, etnografia, socjologia? Cialdini z banałami na temat wywierania wpływu na ludzi?
      Piotr

      Usuń
    2. Cialdini?
      Oh, yes! He is perfectly global!
      Although I wouldn't call his books 'scientific'

      Historia? Herodot pisał po grecku, jak go czytałem w tłumaczeniu. Etnografia? Polak Malinowski pisał po angielsku o Triobriandczykach - nie trzeba żadnego tłumaczenia.

      Usuń
    3. Perfekcyjnie globalny popkulturowy Cialdini. A Malinowski mieszkał i pracował w Polsce???

      Piotr

      Usuń
    4. Nie rozumiem co to ma do rzeczy z globalnością nauki?
      Zwłaszcza popkulturowość Cialdiniego. Jerst popkulturowy, a nie naukowy. Ale nawet w tej popkulturwości jest globalny a nie lokalny dlatego, że pisze po angielsku.
      Malinowski pisał po angielsku i mieszkał głównie w Londynie, choć i w Polsce bywał często (patrz: książę Nevermore - 622 Upadki Bunga). Ale co to ma do rzeczy?
      Malinowski napisał wspaniałe dzieło etnograficzne o Triobrandczykach, co od Anglii i Polski jest równie daleko - na końcu Świata. Nie jest ważne, gdzie mieszkał. Napisał je po angielsku więc zostało przeczytane, zrozumiane i przyswojone przez ogólnoświatową etnografię. DLATEGO, że napisał i wydał to po angielsku, a nie po polsku. Gdyby napisał to po polsku, to poza Polską nikt o tym by nie wiedział. I etnografia byłaby o łądne parę kroków wstecz za tym miejscem, w którym jest teraz.

      Kopernik też pisał po łacinie a nie po polsku...

      Usuń
  8. Profesorze,
    wydaje mi się, że jakby te statystyczne teksty napisane były po polsku to i tak 97% naukowców ich nie zrozumie. Proszę wierzyć, czytanie statystycznych analiz po angielsku dla osób zainteresowanych statystyką jest o wiele przyjemniejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie statystycznych analiz jest tyle warte, ile wynosi ich wsad. Socjolodzy sami śmieją się z tej mitomanii statystyków, ktorzy liczą nawet poziom szczęścia, ale sami są nieszczęśliwi.

      Usuń
    2. 9:13
      To obliczenia statystyczne w artykule o badaniach PISA są cenne dla statystyków??? Ciekawe.

      Usuń
  9. Profesorze,
    jestem pedagogiem, doktorem nauk humanistycznych (biegle władam rosyjskim i niemieckim - gorzej z angielskim, ale rozumiem potrzebę posiadana umiejętności tego kodu komunikacji). Zaglądam na Pana blog z większa lub mniejszą częstotliwością. Ma Pan świadomość, że kształtuje opinie, wielu ludzi a często Pana blog jest "głosem środowiska"? Przyznam, że tak powierzchownych analiz w Pana wydaniu się nie spodziewałem. Przepraszam za bezpośredniość, ale proponuje usunąć dzisiejszy wpis "Po co publikujemy artykuły w języku angielskim?" bo jest on kompromitujący dla naszego środowiska pedagogicznego. Cała światowa nauka (oraz nam pedagogom bliskie pokrewne nauki ) - psychologia, socjologia, filozofia publikuje w kraju i za granicą w języku angielskim, a Pan zadaje pytanie "Po co publikujemy artykuły w języku angielskim?"
    Ja bardzo bym chciał, aby za mojego życia naukowego polscy pedagodzy byli cytowani a ich badania rozchwytywane przez redaktorów czasopism z listy A. Nie jestem związany ze środowiskiem IBE, ale od pewnego czasu śledzę ich badania i przyznam, że to co robią Ci młodzi badacze jest bardzo imponujące. Szacunek dla ich wiedzy i podziękowanie, że tą wiedzą chcą się dzielić nawet jeśli chcą to robić w języku angielski.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pomysł publikowania po angielsku nie jest pomysłem samej kadry polskich uczelni. To nie naukowcy wymyślili wymóg publikowania w języku angielskim. Jest to bardzo kosztowne, bo potrzebne jest naprawdę profesjonalne tłumaczenie, mało kto opanował język w takiej wersji. teksty pisane językiem potocznym są autorom zwracane. Więc o czym tu dyskutować? Każdy chce zdobyć jakieś punkty i nadzieję, że gdzieś w świecie jego tekst zostanie dostrzeżony. Nie ma wolności akademickiej, nie ma radości tworzenia, wykonujemy tylko z góry zadane zadania, za których wykonanie jesteśmy rozliczani w miejscu pracy, straszeni zwolnieniem w razie braku sukcesów....

    OdpowiedzUsuń
  11. Pracowałem niedawno nad tekstem do publikacji w uczelni niemieckiej (w języku niemieckim - bo Niemcy publikują bez wstydu we własnym języku). Ze świadomością, że tekst autora piszącego (i myślącego) po polsku musi (!) być profesjonalnie przetłumaczony na język obcy, mimo niezłej znajomości języka niemieckiego skorzystałem z usług zawodowego tłumacza. Nie będę podawał nazwiska tego "fachowca", ale zaprzyjaźniony niemiecki uczony poproszony o przeczytanie przekładu, złapał się za głowę, a potem kilkanaście godzin poświęcił mi na konsultacje tego "przetłumaczonego" tekstu - zdanie po zdaniu - z wersji "niemieckopodobnej" na poprawną językowo i naukowo w języku niemieckim.
    Sygnalizuję więc, że problemem jest niewystarczający poziom kompetencji językowych autorów tekstów piszących w językach obcych i rynek pozoranckich tłumaczeń. Moim zdaniem, samodzielny i kompetentnie napisany tekst naukowy w języku obcym są w stanie przygotować tylko nieliczni. Dlatego wiele tłumaczonych tekstów ma w istocie charakter "angielsko- lub niemieckopodobny".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Mam dokładnie takie samo doświadczenie z przekładami na język niemiecki. Niemcy piszą i publikują we własnym języku i nie głupieją z tym pseudoglobalistycznym umiędzynarodowieniem.

      Usuń
    2. Może dlatego nie należy publikować przekładów, tylko pisać tekst od razu w języku, w którym planujemy go opublikować? Napisałem w życiu kilkanaście tekstów opublikowanych w pismach z listy A. Wszystkie po angielsku, wszystkie pisane od razu po angielsku. Początkowo wymagały korekty językowej, obecnie wysyłam je do niemieckich, brytyjskich czy amerykańskich pism (często nawet nie wiem, bo co mnie w sumie interesuje, gdzie mieści się redakcja) i nie ma z językiem problemu. Tylko nieliczni są zdolni przygotować taki tekst? Bez żartów. Każdy doktorant na 2-3 roku powinien mieć angielski opanowany dostatecznie, żeby taki artykuł stworzyć - lepiej lub gorzej, z niezbędną korektą językową, ale w postaci chociaż "pół-gotowej". Z czasem zrobi to lepiej. Przecież to jest absolutne minimum wymagań we wszystkich naukach przyrodniczych i ścisłych! Czy naukowcy z innych dziedzin aż tak bardzo się różnią?

      Usuń
  12. A mi sprawiło przyjemność jedynie z teksu dzisiejszego czytanie tych komentarzy. To może dać miłe uczucie. Na prawdę!

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeśli pisanie po angielsku oznacza w polskiej pedagogice wyłączenie spod publicznej kontroli, to "naukowcy", którzy ową kontrolę pełnią, powinni stać się inspiracją do kolejnych rozdziałów książki o analfabetyzmie osób dorosłych, o której ostatnio Pan wspominał...

    OdpowiedzUsuń
  14. jeśli IBE jest takie świetne to dlaczego nie ma swoich autorów w znaczących się zachodnich czasopismach? być może będę mieć teksty u tych promotorów zagranicznych u których byli i im za opiekę nad nimi zapłacili,
    a najlepsze jest to, że edukacja publikuje 80 % tekstów pracowników ibe po to by mieć wyższą ocenę parametryczną
    zatem nie ma się co czepiać profesora, gdyż słusznie demaskuje te patologie w dyscyplinie

    OdpowiedzUsuń
  15. Rozumiem i popieram publikowanie artykułów w językach obcych w czasopismach o zasięgu międzynarodowym lub o zasięgu krajowym - zagranicznych; publikowanie przez Polaków w tekstów anglojęzycznych w polskich czasopismach - mam wrażenie, że determinowane jest jedynie punktozą.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jeśli polskie czasopismo ma swoją wersję internetową, to jednak jest sens pisania po angielsku. Wyszukiwarki internetowe są (przynajmniej tak mi się wydaje) dosyć demokratyczne (poza stronami pozycjonowanymi). Smutna prawda jest taka, że publikacje w impaktowanych czasopismach zagranicznych często mają jakieś dodatkowe jawne lub ukryte koszty, i to calkiem spore, na które mnie przynajmniej nie stać. Podobnie jak nie stać mnie na prenumeratę czasopism, a nie do wszystkich mam dostęp z uczelnianych sieci. Poza tym nawet tam bywa, że dostępne są tylko abstrakty, a jedynie niektóre "full texty" są za "free" (to właśnei jeden z kosztów: chcesz, by twój tekst był dostępny "free" - to musisz wykupić tę opcję).

    Ja sama do najważniejszych dla mnie artykułów docieram prędzej czy później (nieocenieni zagraniczni znajomi!), ale nie wyobrażam sobie tych poszukiwań bez systematycznej lektury abstraktów. Czasem przegląda się ich setki, by znaleźć kilka potrzebnych. Niestety, proporcja bylejakości do odkrywczości w angielojęzycznych wydawnictwach wcale nie jest lepsza niż w polskich czasopismach! Stąd istotne jest, by solidne strzeszczenia (abstrakty) były jednak po angielsku, choć sens tego widzę dopiero wtedy, gdy abstrakty trafiają do sieci. Kilka razy szukałam "po abstraktach" angielskich tekstu francuskiego, włoskiego czy niemieckiego (nie znam tych języków, ale po wstępnym zapoznaniu się z tłumaczeniem w translator google decydowałam, co chcę dać do tłumaczenia na polski).

    Z kolei sługą tłumaczenia na język obcy bywa tak, że tłumacz może nie znać specyfiki obszaru badawczego, np. używa poprawnie potocznej, ale w nauce już zdezaktualizowanej terminologii. Mam tłumaczkę, która swoje teksty zawsze przesyła zaprzyjaźnionemu natywnemu użytkownikowi języka angielskiego. Powinno być zatem znakomicie, ale okazywało się, że właśnie ów nativ wrzucał do tekstu jakieś nieaktualne już słownictwo (w naukach społecznych język sprzed 10 lat wydaje się już archaiczny). Najpierw byłam zirytowana, jak Anonimowy z doświadczeniem "niemieckopodobnego" tekstu, ale potem sama pilnowałam kluczowego słownictwa i dokładnie czytałam otrzymane tłumaczenie.

    Żałuję że nie znam języka tak dobrze, by samodzielnie pisać, ale czytam dużo i myślę, że to też ważne w korekcie przetłumaczonego tekstu. I nie czuję się przez to gorszą badaczką, choć wiem, że mam do pokonania więcej barier, niż swobodnie posługujący się językiem. Zazdroszczę, może kiedyś przeskoczę na ten poziom :))

    OdpowiedzUsuń
  17. Dzień dobry. Kwartalnik ten był mi do tej pory nieznany (cóż, nieco inna dyscyplina naukowa, niemniej - z edukacją mająca swoje związki). Czytam, sprawdzam - całkiem niezły poziom. Możliwość zamieszczania artykułów w różnych językach tylko uatrakcyjnia i zachęca autorów z innych obszarów naukowych (rzecz stosowana i to od dziesięcioleci, przynajmniej w Europie) . Pan Profesor chyba puszcza do nas perskie oczko, a tak, naprawdę reklamując owo czasopismo, zresztą zupełnie zasasadnie. Zacznę zatem zachęcać koleżeństwo z kraju i spoza kraju do czytania, a także publikowania w kwartalniku "Edukacja". Co więcej, może i ja się skuszę? Wstydu nie będzie, a odbiór poszerzony o zagranicznych czytelników. Załączam pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.