piątek, 4 września 2015

Nareszcie można w Łodzi dostać się na bezpłatne studia na wielu kierunkach



Niż demograficzny okazał się zbawienny dla polskiej młodzieży, szczególnie z rodzin o niskich dochodach, a która ma aspiracje do studiowania na wybranym kierunku. Nie sądzę jednak, by tylko demograficzny czynnik sprawił, że nareszcie można podjąć stacjonarne studia w uniwersytecie, na politechnice, w publicznej lub niepublicznej akademii.

Nastały czasy, kiedy pracodawcy zaczynają interesować się nie tylko samym faktem posiadanego dyplomu, gdyż jego wartość po wielu wyższych szkołach prywatnych jest niezwykle niska, ale nabytymi umiejętnościami i przedzawodowymi doświadczeniami osób ubiegających się o pracę. Co z tego, że jakaś "wsp" informuje o podpisanym porozumieniu z amerykańską czy chińską szkołą wyższą, skoro do niej nikt ze studiujących nie trafi, poza właścicielem takiej szkoły prywatnej, kanclerzem lub lojalnymi wobec nich władzami akademickimi. To już nie działa.

Taki kit można było wklejać na strony internetowe przed laty, ale dzisiaj widać coraz wyraźniej, że poza tą informacją studiujący za własne pieniądze młodzi ludzie nie mają z tego tytułu żadnych korzyści. Chyba, że sami sobie za nie zapłacą. Jeśli tak, to już lepiej im bez takiej łaski wyjechać do USA, Wielkiej Brytanii czy Pekinu i zapłacić tam za studia, bo przynajmniej otrzyma się dyplom zagranicznej uczelni.

Z łódzkiego środowiska akademickiego, w przypadku pedagogiki, mamy wolne miejsca - jak podała lokalna Gazeta Wyborcza (z dn. 11.08.2015 r.) - na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego oraz w dwóch uczelniach prywatnych - AHE i ANS w Łodzi. W wykazie nie znalazły się inne szkoły prywatne. Z kilkunastu tzw. "wsp", które jeszcze kilka lat temu oferowały kształcenie na tym kierunku, niewiele pozostało na rynku. Szeptany marketing sprawia, że zainteresowani nawet "wykupieniem" sobie "gwarancji" na dyplom ukończenia w nich studiów, mają już inną świadomość. Zaczynają rozumieć, że wprawdzie wybrana tzw. "wsp" jest tania, ale drogo będzie ich kosztować jej bliski upadek, gdyż będą musieli znaleźć sobie miejsce w innej szkole prywatnej.

Lepiej jest w takiej sytuacji wyjechać do innego miasteczka, gdzie mała szkoła państwowa czy prywatna ma jeszcze ofertę edukacji pedagogicznej, zawodowej, na poziomie studiów I i II stopnia. Korzysta bowiem z kadr lokalnych, doświadczonych nauczycieli, psychologów-terapeutów czy przedsiębiorców. W wielkim mieście, w aglomeracji miejskiej korzystniej jest studiować na uniwersytecie czy w akademii, bo te dysponują - z racji prowadzonych badań naukowych świetnie wykształconymi kadrami, często profesorami i doktorami o najwyższych standardach akademickich. Chyba, że działa uczelnia prywatna, która w ciągu ostatniej dekady uzyskała uprawnienia do nadawania stopni naukowych, a więc poważnie traktuje nie tylko studentów, ale także ich nauczycieli akademickich.

Tymczasem na stronie jednej z wyższych szkół prywatnych w Łodzi czytamy, że jednak rekrutują na pedagogikę, ale nie informują o tym, jaka kadra akademicka będzie w niej prowadzić kształcenie na danym kierunku. Czy w ogóle jest taka kadra? Właściciel szkoły nie ma już do pomocy manipulatorów danymi, gdyż jeden z byłych wykładowców woli pisać kiepskie teksty na własne konto, pasożytując na czyjejś pracy. Opublikowane na stronach niektórych szkół materiały marketingowe odsłaniają przeszłość świecąc pustkami dokonań z teraźniejszości. Jeden z rektorów nawet utyskuje, że musiał nim zostać, chociaż o tym nie marzył.

To rzeczywiście staje się w sektorze prywatnym stanowiskiem ryzyka, a już łódzkie wyższe szkoły prywatne słyną z tego, że albo zmienia się u nich rektora jak przysłowiowe rękawiczki, albo prowadzi poza siedzibą nielegalną działalność edukacyjną, albo miał w nich miejsce skandal z plagiatem pracy doktorskiej b. rektora czy pracami dyplomowymi studentów.

Warto jednak studiować, nawet wówczas, jeśli po jakimś czasie wybrany kierunek nie spełnia czyichś oczekiwań. Uniwersytety, politechniki czy akademie dysponują programami elastycznego przechodzenia na inny kierunek studiów czy - w ramach MISH, ERASMUSA itp. - nabywania doświadczeń edukacyjnych w krajowych uczelniach lub poza granicami. Dla niuch partnerskie uczelnie nie są tylko i wyłącznie marketingowym gadżetem na stronie internetowej, za którym nie kryje się już nic więcej poza prywatną wycieczką władz na rekreację.

Z początkiem września, kończący z pewnym poślizgiem kształcenie licencjackie studenci przygotowują się do egzaminów dyplomowych. Zwracam zatem uwagę na pierwszy wygrany w dwóch instancjach pozew zbiorowy studentów prywatnej Wyższej Szkoły Handlu w Piotrkowie Trybunalskim. Stwarza to absolwentom innych wyższych szkół prywatnych w Warszawie czy Łodzi możliwość wystąpienia na drodze sądowej z podobnym roszczeniem.

Rzecz dotyczy pobieranych kilka lat temu od studentów opłat, które nie były związane z procesem kształcenia np. za egzaminy magisterskie czy licencjackie, za archiwizację ich prac dyplomowych czy tzw. opłatę wpisową na kierunek, którego z jakichś powodów nie otwarto. W Łodzi takie opłaty pobierała jedna z wyższych szkół prywatnych, o czym pisała codzienna prasa. Ówczesne władze tej "wsp" odstąpiły od dalszego pobierania opłat za egzamin dyplomowy dopiero pod presją medialnej informacji.

Nieodpowiedzialnie prowadzone przez niektórych właścicieli wyższe szkoły prywatne mają w moim regionie problem z budżetem, gdyż do rejonowych sądów pracy wpływają pozwy od b. nauczycieli akademickich, wykładowców tych szkół o zwrot należnego im wynagrodzenia. Wielu wykładowcom nie płacono w okresie wakacji, nie płacono składek ZUS-owskich itp. Właściciele i kanclerze i przećwiczyli różne modele oszukiwania nie tylko swoich klientów.

Mam zatem nadzieję, że nadchodzą wreszcie czasy odsłaniania fikcji i pozoru w szkolnictwie wyższym. Tym będą przyglądać się z jeszcze większą uwagą studenci także uczelni publicznych, którzy podejmą w nich studia niestacjonarne. Procesy nadchodzących zmian czynić nas będą podatnymi na zranienie albo uszczęśliwienie. Jeśli ktoś nie godzi się na zmiany jakościowe, na wyższe standardy etyczne, to powinien jak najszybciej zatroszczyć się o siebie, póki nie uczynią tego za niego tzw. klienci.

3 komentarze:

  1. Przepraszam za komentarz, który zdecydowałam się przesłać, choć nie mam zwyczaju udzielać się w internecie. Nie chcę też komentować ukazanych wydarzeń, ale przyznam się do mieszanych uczuć, które wzbudził u mnie ten tekst. Strasznie dużo tu tych zagadek dla czytelnika - jakiś..., jedne, ktoś.., któraś. Ja rozumiem, że nie chce Pan mówić z nazwy o jakichś placówkach czy z nazwiska o osobach. Ale proszę pamiętać, że nie wszyscy znają szczegóły środowiska, do którego Pan się odnosi. Czytam Pana blog, poświęcam trochę czasu, by tu zajrzeć, przeczytać bieżace wpisy i komentarze, myślę, że jako czytelniczka zasługuję na odrobine czasunku, dlatego trochę się irytuję, że tracę czas, nie mogąc zrozumieć tekstu. Myślę przy tym, że nie jest to moje ograniczenie intelektualne, tylko stopień rozwodnienia niektórych miejsc Pana tekstu. Jak czytam np. taki fragmnet "jeden z byłych wykładowców woli pisać kiepskie teksty na własne konto, pasożytując na czyjejś pracy" - mogę nie znać nazwiska czy tekstów, którym wystawia Pan recenzję, ale jeśli pisze Pan o pasożytwaniu na czyjeś pracy to chyba ma Pan na myśli jakiś bardziej ogólny problem. Tyle razy odpowiada Pan, że trzeba czytać tekst ze zrozumieniem. Tylko jak to ma być możliwe? Bardzo proszę pamięć, o tych, którzy nie są z Łodzi, nie znają "wsp" czy innych odniesień Pana tekstów i albo zrezygnować z osobistych wycieczek, albo dac nam jakieś dane, byśmy mogli problem śledzić i rozważać go razem z Panem. Proszę tego nie traktować w kategoriach pouczania Pana, nie ośmieliłabym się na to i nie jestem osobą, która mogłaby dokonać krytki Pana pisarstwa, które niezwykle sobie cenię. Ale upominam się o takich czytelników, jak ja. Mam nadzieję, że spróbuje Pan zrozumieć o co mi chodzi, nie poczytując tego jako zbytniej zuchwałości. Czuję się jak gość zaproszony do stołu, o którym gospodarz zapomniał, posługując się aluzjami tylko dla wtajemniczonych czy nawet mówiąc nie w jego języku. To nie jest przyjemne uczucie. Jeszcze raz podkreślam, że nie chodzi mi o nazwy czy nazwiska. Dziękuję i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowna Pani, przyjmuję do wiadomości tę uwagę. Wprawdzie odpowiedziała Pani sama sobie na stawiane mi pytania, ale warto dostrzec, że jednak o sprawach pozytywnych napisałem wprost. Negatywne traktuję jako zjawisko, którego nie warto popularyzować. Wymieniony przez Panią pasożyt tylko by na tym skorzystał. Padożytom mówię DOŚĆ. Podobnie jak zdrajcom, hipokrytom i oszustom.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie profesorze "rektorek" jednej z takich szkół prywatnych w Łodzi mówi - przyjdźcie do nas , jeszcze nikogo nie zatrudniliśmy , ale od października już będą profesorowie. Jak to jest prawnie możliwe, że szkoła prowadzi rekrutację a nie ma kadry? Biznesik dla naiwnych klientów?

    OdpowiedzUsuń