czwartek, 30 kwietnia 2015

Kompleks zagrożonego autorytetu czy strach w bunkrze?







Spotkałem się w Uniwersytecie Rzeszowskim z kadrą akademicką, w tym z wieloma naukowcami, którzy pełnią różne funkcje kierownicze - od rektora poprzez dziekanów, po kierowników zakładów czy dyrektorów instytutów. Rozmawialiśmy o procesie awansów naukowych, o polityce kadrowej, ale także o zapowiadanej przez rządzących konieczności radykalnej zmiany prawa w powyższym zakresie.

Od szeregu lat odbywają się konferencje naukowe, seminaria, debaty a nawet okolicznościowe kongresy różnych gremiów akademickich, niektóre nawet z udziałem byłej czy obecnej ministry nauki i szkolnictwa wyższego. I co? I nic. W większości głoszonych poglądów, stanowisk, często bardzo rzetelnie, merytorycznie uzasadnionych uczestnicy tych debat w pełni zgadzają się ze sobą co do tego, że nauczyciele akademiccy uczelni publicznych i niepublicznych zostali w jakiejś mierze przez elity władzy zdradzeni, mimo deklarowania przez nie autentycznego zainteresowania problemami naszego środowiska i gotowości uwzględnienia przynajmniej części postulatów.

Kierowane do MNiSW uchwały, stanowiska, opinie, "skargi i zażalenia" znajdują wyraz troski i zrozumienia... na papierze albo w werbalnych deklaracjach, a karawana i tak jedzie dalej. Naukowcy zaczynają się zastanawiać, kto tu jest dla kogo? Oni dla władzy czy władza dla nich? Czy to prawda, że coraz silniej odczuwamy czy też doświadczamy reakcji władzy, którą prof. Janusz Reykowski (psycholog) określił jeszcze w okresie PRL mianem kompleksu zagrożonego autorytetu?

Im bardziej nasila się walka polityczna między stronnictwami partyjnymi, które zabiegają o głosy wyborców, tym każda poprzedzająca te wydarzenia krytyka czegokolwiek w naszym środowisku (dotyczy to jednak także innych obszarów i dziedzin życia obywateli np. sprawa dymisji ministra sprawiedliwości, w którym dziennikarze śledczy napisali, że jako prawnik uzyskał dokument bez spełnienia obowiązujących wszystkich obywateli wymagań), tym ów kompleks staje się nasilać w obozie władzy na różnych szczeblach jej sprawowania.

Jedni machają ręką i mówią, dajcie spokój, i tak niczego nie zmienicie, inni zaś usiłują jeszcze upomnieć się o fundamentalne racje. Jeden z profesorów przekazał ekspertyzę pani minister na temat błędów w finansowaniu szkolnictwa wyższego i nauki oraz negatywnych skutków dla polskiej nauki. Miał rzeczowe argumenty na temat przyczyn uniemożliwiających włączenie się polskich uczelni do światowej rywalizacji. Powiedział - napisał - przekazał - ... Minął rok. Reakcji ani widu, ani słychu.

Pisałem już chyba dwukrotnie o powstaniu i postulatach Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej oraz o tym, jak został on potraktowany przez urzędników naszego resortu. W Rzeszowie otrzymałem pismo-ekspertyzę jednego z doradców Prezydenta III RP, który dwa miesiące temu sformułował opinię rzekomo na temat owych postulatów, a w rzeczy samej o ich autorach.

Ekspert stwierdza, co następuje:

List w sprawie „obrony humanistyki” skierowany do Prezydenta RP i innych wysokich przedstawicieli państwa polskiego jest smutnym przykładem niewiedzy jego autorów o zmianach, jakie od 2010 r, zachodzą w organizacji szkolnictwa wyższego i systemie finansowania badań naukowych. List ten jest raczej manifestem związkowym (związki zawodowe są jednym z organizatorów tzw. protestu humanistów) niż merytorycznym opisem sytuacji humanistyki w Polsce. Nb. podczas konferencji (...) jej organizatorzy twierdzili, że nie chodzi im tylko o humanistykę, lecz o wszystkie kierunki uniwersyteckie. Tym bardziej w/w list jest przykładem ignorancji w zakresie spraw, których dotyczy.

1. List ignoruje fakt, że dzięki Ustawom, przyjętym w 2010 r., to nie Ministerstwo (które jest przedmiotem oskarżeń i insynuacji) decyduje dziś o finansowaniu badań naukowych, lecz robi to samo środowisko naukowe. To sami naukowcy – w powstałych po 2010 r. takich instytucjach jak Narodowe Centrum Nauki (NCN) i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) – decydują na co, i w jakiej wysokości finansowane są badania naukowe.

2. List ignoruje fakt, że Polska – po wstąpieniu do EU – znalazła się w obszarze wspólnego obszaru badawczego (ERA), w którym obowiązują wspólne instrumenty finansowania badań i kształtowania stricte jakościowej polityki naukowej. Do tych instrumentów należą: system grantowy, system finansowania badań w drodze konkursów, system uzależniający ocenę pracowników naukowych i instytucji na podstawie ich osiągnięć. Ten system – ze względu na wymóg konkurowania w zakresie osiągnięć naukowych – jest z oczywistych względów krytykowany przez związki zawodowe, kierujące się zasadą bezwzględnej ochrony miejsc pracy. Tak więc spór pomiędzy dążeniami reformatorskimi i modernizującymi polską naukę a postawami związkowymi (etatystycznymi) jest wpisany w logikę transformacji. Trzeba ten spór uznać za naturalny, ale nie wolno ulegać argumentom zmierzającym do konserwowania anachronicznego systemu stworzonego w PRL.

3. Autorzy listu, krytykując obowiązujące kryteria oceniania instytucji naukowych (parametryzacja) dają wyraz całkowitej niewiedzy o zmianach, które dokonały się w Polsce w tym zakresie. Nie wiedzą o powstaniu Komitetu Ewaluacji Jednostek Naukowych (KEJN), w którym – pochodzący z wyboru przedstawiciele środowisk naukowych (a nie urzędnicy Ministerstwa Nauki) – sami przeprowadzają ocenę instytucji naukowych, w których pracują. KEJN wprowadził po raz pierwszy odrębne kryteria oceny dla wszystkich dziedzin nauki, w tym dla humanistyki. Niewiedza o tym fakcie kompromituje wywody przedstawione w/w liście.

4. W zakresie finansowania humanistyki zaszła od roku 2010 rewolucyjna zmiana. Tylko trzy instytucje finansujące badania naukowe przekazały w drodze konkursów na badania naukowe w zakresie humanistyki i nauk społecznych ok. 950 mln zł (z czego: ok. 550 mln zł przypada na konkursy NCN, ok. 360 mln zł na Narodowy Program Rozwoju Humanistyki (NPRH), a reszta na różne programy Ministerstwa Nauki), a do tego trzeba doliczyć także finansowanie z innych źródeł, jak np. FNP.

Konkluzja: każde środowisko ma prawo do zgłaszania postulatów i protestów dotyczących jego sytuacji finansowej. Te protesty – wbrew temu, co deklarują ich organizatorzy – nie są jednak reprezentatywne dla całego środowiska humanistycznego i nauk społecznych. Ponadto niemerytoryczny charakter oraz nieprawdziwe informacje zawarte w liście skierowanym do Pana Prezydenta nie zasługują na jakąkolwiek reakcję Głowy Państwa.

Rekomenduję Panu Prezydentowi uznanie tej sprawy za wewnętrzny problem, którego wyjaśnieniem powinno zająć się Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.


Prof. Maria Dudzikowa, która kieruje zespołem serii wydawniczej "Palące problemy edukacji i pedagogiki" wskazała na to, że są takie kwestie, zagadnienia, dylematy, które jak "gorący kartofel" parzą władze w ręce, więc odrzucają je komuś innemu. To nie Głowa Państwa odpowiada za kreowanie polityki naukowej i szkolnictwa wyższego, ale... każda z uchwalonych przez Sejm ustaw musi być zaakceptowana przez Głowę Państwa. Ba, skoro Komitet Kryzysu Humanistyki Polskiej nie uzyskał ze strony resortu w pełni rzeczowej odpowiedzi na postulaty, które są wynikiem swoistego rodzaju sprzeciwu naukowców nowej generacji wobec kontynuowanych zmian w szkolnictwie wyższym, to nie powinno nikogo dziwić to, że zwrócił się on do Prezydenta, którego rola ma przecież także charakter reprezentowania ponadpartyjnych interesów, mediacyjny, wywołujący wspólną debatę, by z jednej strony lepiej zidentyfikować zaistniałe powody czyjegoś niezadowolenia, a z drugiej strony spróbować mediować między stronami sporu w imię dobra wspólnego.

Czy rzeczywiście można tak jednoznacznie pomniejszyć "drugą stronę" przypisaniem je tego, czym nie tylko nie jest zainteresowana, ale i sama postrzega źródło różnego rodzaju dysfunkcji czy patologii w wyniku działań określonych grup interesów? Czy to, że postulaty poparł jakiś (nie ważne, który) związek zawodowy, wyklucza dociekanie istoty oczekiwań KKHP przekreślając uchwały, stanowiska, opinie ok. 70 jednostek akademickich w kraju?

Kiedy recenzujemy wnioski w postępowaniach awansowych, przygotowujmy opinie o kandydacie, jego dorobku naukowym, recenzję wydawniczą czy odnosimy się do czyjegoś wniosku o awans na wyższe lub inne stanowisko pracy, a konkluzja jest negatywna, to zamawiający ekspertyzę prosi drugiego rzeczoznawcę o ocenę sprawy. Można rzecz jasna dyskutować na temat argumentów zawartych w powyższej opinii, ale nie mogą one mieć charakteru degradującego, bazować na zarzutach ad personam, erystycznych chwytach czy manipulacji. Chyba, że sprawującym władzę jest już zupełnie obojętne to, co sądzą "podwładni" o rozwiązaniach, których oni stają się ofiarami, a nie beneficjentami. Czy rzeczywiście upomnienie się części środowiska o powstające niepowetowane straty w akademickiej tkance i kulturze zasługuje na takie potraktowanie?

Nie podaję autora tej ekspertyzy, by nie obciążano KKHP kolejnym z możliwych zarzutów o rzekomym prowadzeniu jakiejś gry czy kampanii politycznej przeciwko takiej czy innej postaci z grona władz III RP. Tegoroczne wybory właściwie blokują na kilkanaście miesięcy jakąkolwiek krytykę, gdyż każda jej forma i treść będzie traktowana jak zamach na władzę albo - jeszcze gorzej - na państwo. A jak to mówił tow. Władysław Gomułka: "Ręka podniesiona na władzę ludową zostanie odrąbana“. Czy słusznie?

Ukazały się materiały think tanku PO na temat nomen omen: Czy konflikt może być dobrem wspólnym?

Otwiera je tekst Marcina Skrzypka pt. Nie bójmy się siebie. Konflikt jako dobro wspólne. Już na wstępie autor dzieli się następującą konstatacją:

"CZY KONFLIKT MOŻE BYĆ DOBREM WSPÓLNYM? Chyba tylko dla masochistów. Dlatego każdy unika konfliktów. Problem polega na tym, że konflikt jest ślepą uliczką dialogu. Jedną ze strategii unikania konfliktów jest w ogóle unikanie kontaktu, dialogu, dyskusji i jakichkolwiek sporów. Ale bez tych działań nie istnieje demokracja ani innowacja. Jest tylko strach w bunkrze."

Nic dodać, nic ująć.

8 komentarzy:

  1. Witam Profesorze,

    umieścił Pan profesor bardzo interesujący post, ale warto tutaj podkreślić, że po upadku realnego socjalizmu, czyli po 4 czerwca 1989 r. sektor wiedzy w Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej traktowany jest, jak przysłowiowe piąte koło u wozu.Reforma sektora nauki miała miejsce 30 kwietnia 2010 r., a nowelizacje ustaw z sektora szkolnictwa wyższego przeprowadzono 18 marca 2011 r. gro tych ustaw już w większym lub mniejszym stopniu znowelizowano.Natomiast wszystkie one będą obowiązywały do 2022 r. włącznie, bo taki nadano im kształt organizacyjny, finansowy, społeczny i polityczny.Ponadto główny nacisk decydenci położyli i kładą, na aplikowanie przez polskie zespoły badawcze, o granty w ramach europejskiego programu HORYZONT 2020, co jest zrozumiałe, gdyż stopniowo kończy się Polsce owa europejska polityka wsparcia finansowego, w tym i innych obszarach życia społeczno-gospodarczego.Najistotniejsze są jednak nakłady na sektor nauki i szkolnictwa wyższego ogółem.Reformy przypominają przysłowiowe przelewanie z pustego w próżne.Wiadomo, że obecne nakłady na naukę wynoszą raptem 0,42 % PKB i pochodzą z budżetu, gospodarki i funduszy unijnych razem.Jeżeli w 2020 r. nakłady wzrosną do poziomu 1% PKB, to byłby to najlepszy i jedyny taki wskaźnik finansowania nauki od 1989 r., ale nie jest to pewne i już dziś mówi się o pewnych problemach finansów publicznych, które pojawią się w 2020 r.
    Reasumując, to kiedy mówimy o reformach w sektorze wiedzy, to miejmy na uwadze przede wszystkim finanse państwa, a one nie przewidują żadnego, rewolucyjnego wzrostu nakładów i to wszystko.Dlatego żadnych nowych reform w nauce, szkolnictwie wyższym do 2022 r. włącznie nie będzie, bo zwyczajnie nie ma pieniążków na ten cel, a to jest najważniejsze.Herbata nie będzie słodsza, od mieszania jej łyżeczką.Warto, aby wszyscy w końcu to zrozumieli, a reformy gonią reformy tylko bez odpowiednich pieniędzy stąd zajmijmy się lepiej owym europejskim programem HORYZONT 2020, bo czas nam ucieka, a debaty nic nowego nie wniosą do życia akademickiego.Może w 2023 lub 2024 r. kiedy cyklicznie przyjdzie czas, na reformy w sektorze wiedzy RP, to faktycznie wzrosną nakłady finansowe.Czas szybko płynie.Zobaczymy.Osobiście wątpię.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że Pan Profesor o tym wspomniał. List prof. Żylicza krąży wśród rektorów, dziekanów , gdzie jedni komentują -"zobaczcie kim ONI są", a inni są oburzeni- to "po to walczyliśmy o demokrację, by nam zaklejano usta?!!" Kto pamięta artykuł doradcy na temat konieczności prywatyzacji polskich szkół wyższych , uniwersytetów z 2009 r.?

    Lech

    OdpowiedzUsuń
  3. Miły komentarz do mojego wykładu w Rzeszowie jednego z uczestników:

    "Szanowny Panie Profesorze. Chciałem jeszcze raz pogratulować wspaniałego wykładu. Pana ,,zdecydowane" wystąpienie na temat problemów współczesnej edukacji było odważną artykulacją tego co część mojego środowiska dopiero próbuje nieśmiało zdefiniować. Martwiłem się, że to moje spostrzeganie edukacyjnej rzeczywistości jest mało rzetelne, a nawet błędne. Jestem szczęśliwy, że mogłem osobiście poznać wybitnego znawcę przedmiotu, tak wrażliwego na problemy wychowawcze, który utwierdził mnie w słuszności wyboru mojej drogi eksploracyjnej. Dziękuję. "

    OdpowiedzUsuń
  4. Pan ekspert Prezydenta powinien zapoznać się z tym, w jaki sposób Narodowe Centrum Nauki w systematyczny sposób odmawia dostępu do informacji publicznej nt. miejsc zatrudnienia recenzentów i korelacji miejsc zatrudnienia oraz instytucji, które otrzymują granty z NCN:
    https://www.facebook.com/notes/jerzy-bielec/ncn-w-krakowie/793145244066380

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja uważam, że kampania wyborcza nie jest przeszkodą dla krytykowania rządzących i ich doradców, wręcz przeciwnie - jest to okres najlepszy, gdyż tylko przy okazji kampanii wyborczej zechcą się zastanowić nad postulatami "maluczkich" . Dlatego też, korzystając z okazji chciałbym zapytać o coś Prezydenta Komorowskiego:
    Prof. Żylicz zarzuca humanistom niewiedzę o zmianach zachodzących w nauce i szkolnictwie wyższym od 2010 r., a nawet ignorancję w tym zakresie. Taki ton nie służy debacie, lecz obrażaniu. Jest to tym bardziej kuriozalne, ponieważ w swojej opinii dla Prezydenta prof. Żylicz sam wykazał się ignorancją lub celowo wprowadził Prezydenta w błąd. W punkcie 1 napisał, że to nie MNiSzW decyduje o finansowaniu badań, lecz samo środowisko naukowe. Pominął fakt, że to właśnie Ministerstwo decyduje o krytykowanych przez humanistów proporcjach podziału środków przeznaczonych na badania na dotację na podtrzymanie potencjału naukowego i na granty. Nie napisał też, że to Ministerstwo wydaje akty prawne regulujące problemy oceny dorobku naukowego badaczy i jednostek, które bezpośrednio wpływają na faktyczne pozbawienie szans części humanistów badających problemy specyficznie polskie na równoprawne konkurowanie w konkursach o granty. W punkcie 2 swojej opinii prof. Żylicz nie napisał, a powinien, że wspólny obszar badawczy (ERA) nie jest jednoznaczny z koniecznością kopiowania rozwiązań stworzonych w państwach, w których finansowanie nauki ma zupełnie inną skalę niż w Polsce. Nie dodał też, że chwalone przez niego rozwiązania spotykają się z coraz większą krytyką w USA i Europie Zachodniej, gdyż okazały się nie sprzyjające harmonijnemu rozwojowi nauki i szkolnictwa wyższego. W punkcie 3 prof. Żylicz okłamał Prezydenta twierdząc, że krytycy zasad oceny instytucji naukowych nie wiedzą o powstaniu KEJN. Nie dodał też, że krytykowane przez humanistów rozwiązania wprowadzone zostały aktem prawnym nie przez KEJN, lecz przez MNiSzW, a stało się to w czasie, gdy wprowadzany w Polsce model oceniania poddawany był już krytyce w państwach Europy Zachodniej. Tak więc prof. Żylicz okazał się takim doradcą Prezydenta, który nie tylko posługuje się argumentami obraźliwymi dla środowiska polskich humanistów, lecz wręcz wprowadzającym Prezydenta w błąd. Czy Pan Prezydent akceptuje taką postawę swojego doradcy?

    OdpowiedzUsuń
  6. Przed 80 laty, w kraju szczycącym się nauką na światowym poziomie, władza wiadomej proweniencji przestała słuchać naukowców, co więcej zastraszała ich, gdy sprzeciwiali się upolitycznieniu Akademii. Jakaś analogia...?

    OdpowiedzUsuń
  7. Panie Profesorze,

    ma Pan rację, ale muszę jeden błąd w Pana wypowiedzi poprawić. Otóż napisał Pan, że:

    A jak to mówił tow. Władysław Gomułka: "Ręka podniesiona na władzę ludową zostanie odrąbana“.

    Otóż tych słów nie mógł powiedzieć tow. Gomułka. Dlatego, że słowa te padły w czerwcu 1956 r., po wydarzeniach poznańskich, kiedy to Gomułka jeszcze nie był I sekretarzem PZPR (został nim w październiku 1956 r.). Słynne słowa o odrąbaniu nieposłusznej ręki wypowiedział wówczas tow. premier Józef Cyrankiewicz.

    Z przyjemnością czytam Pana Profesora bloga, mimo, że nie jestem pedagogiem.

    Pozdrawiam,
    Poznaniak

    OdpowiedzUsuń
  8. Do anonimowego z 30 kwietnia z g. 21:41,

    Narodowe akademie nauk, od zarania dziejów stanowiły i stanowią prestiżowe kolegialne gremia akademickie, w skład których wchodzą najwybitniejsi uczeni, z poszczególnych państw je reprezentujących i uczeni zagraniczni, a którzy utrzymują żywy kontakt/y ze środowiskiem naukowym danego kraju.Tego typu gremia akademickie są trudnym orzechem do zgryzienia przez jakąkolwiek władzę, gdyż są wolnym ośrodkiem myśli społecznej, naukowej, opiniotwórczej i cieszą się zazwyczaj wielkim szacunkiem środowiska akademickiego i narodu.W Rzeczypospolitej Polskiej posiadamy dwie akademie, czyli Polską Akademię Nauk i Polską Akademię Umiejętności.Osobiście jestem dumny z ich działalności i istnienia.
    Natomiast każda władza w Polsce stara się maksymalnie izolować i ograniczać autonomię Polskiej Akademii Nauk, gdyż bardzo trudno Ją sobie podporządkować, co świadczy jedynie o poziomie intelektualnym, kulturowym polskich politykierów i władzy ogółem, a która jest źle wyedukowana i nieprzygotowana do współczesnych wyzwań cywilizacyjnych i postępującego procesu globalizacji świata.Swoją drogą politykierzy to jedno, ale niedawno przeczytałem Pakt dla Nauki autorstwa niejakich Obywateli Nauki, o ile większość postulatów paktu popieram, to w kwestii wizji, fantazji, rojeń na temat reformy Polskiej Akademii Nauk, nie pozostawię suchej nitki.Obywatele Nauki twierdzą, iż trzeba ograniczyć liczbę członków krajowych PAN w liczbie do 350 osób, bo zdecydowanie jest ich za dużo.Naprawdę? Przecież PAN jest jedną z najmniejszych narodowych akademii nauk w Europie stąd uważam, że trzeba zwiększyć o 100-150 osób owe szacowne gremium.Obywatele Nauki roją dalej, że trzeba wyodrębnić pion naukowo-badawczy PAN z Akademii i połączyć z wybranymi instytutami badawczymi.Powstanie wówczas jakaś sieć instytutów badawczych.Mam tutaj kilka pytań.Po pierwsze, po co? Po drugie, kto będzie nadzorował merytoryczną działalność tych instytutów? Po trzecie, kto będzie zarządzał siecią tych instytutów i je finansował?
    Obywatele Nauki ewidentnie są nieprzygotowani merytorycznie do dyskusji na temat Polskiej Akademii Nauk, bo jeżeli chcieliby wyodrębnić pion naukowo-badawczy PAN z Akademii, to wpływu na kształt organizacyjny korporacji PAN mieć nie mogą, ponieważ wówczas korporacja PAN pozostanie ogólnopolską instytucją naukową, ale posiadającą status towarzystwa naukowego ogólnego, na wzór Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, gdzie będzie w pełni niezależna od władz państwowych i wizji, fantazji, rojeń społecznego, bardzo zróżnicowanego ruchu Obywateli Nauki.Dalej, w Europie jest wiele akademii nauk, a które posiadają własny pion naukowo-badawczy, który jest objęty szczególną troską tamtejszych władz państwowych np. Królewska Niderlandzka Akademia Nauk, Austriacka Akademia Nauk, Królewska Szwedzka Akademia Nauk, Szwajcarska Akademia Humanistyki i Nauk Społecznych, Akademia Nauk w Lizbonie, Ateńska Akademia, Chorwacka Akademia Nauk i Sztuk, Węgierska Akademia Nauk, Akademia Nauk Republiki Czeskiej, Słowacka Akademia Nauk, Europejska Akademia Nauk i Sztuk w Salzburgu, Rosyjska Akademia Nauk i wiele innych.Instytuty narodowych lub międzynarodowych akademii nauk istnieją po to, aby prowadzić interdyscyplinarne, multidyscyplinarne, strategiczne badania naukowe i prace rozwojowe, których zwyczajnie nie można zrealizować w sektorze szkolnictwa wyższego.Czyżby Obywatele Nauki tego nie wiedzieli? Czyżby posiadali, aż tak elementarne braki wiedzy w sferze organizacji nauki?
    Mam mieszane uczucia, choć jedna sprawa jest bezdyskusyjna, iż wypowiadając się na temat Polskiej Akademii Nauk owi Obywatele Nauki wykazali się wyjątkową ignorancją.Pocieszające jest tylko to, iż rojenia, fantazje, wizje Obywateli Nauki, w kwestii przyszłej organizacji Akademii są bez znaczenia.Na szczęście dla nas wszystkich.Grunt to ułańska fantazja w wydaniu Obywateli Nauki.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.