czwartek, 1 stycznia 2015

Polska szkoła pedagogiki społecznej - konieczny powrót do źródeł i naukowych sporów



Z końcem 2014 r. ukazały się dwie prace syntetyczne, chociaż każda była pisana przez innego autora i zgodnie z przyjętą dla naukowego gatunku odmiennością celów poznawczych. Mam tu na uwadze syntetyczny, mądrze skonstruowany podręcznik akademicki dra hab. Mariusza Cichosza, prof. UKW w Bydgoszczy pt. "Pedagogika Społeczna. Zarys problematyki" (Kraków: IMPULS 2014, ss.207) oraz potężną (nie tylko objętościowo) monografię z makrohistorii porównawczej myśli pedagogicznej Heleny Radlińskiej, którą wydał w tej samej Oficynie IMPULS prof. zw. dr hab. Lech Witkowski pt. "Niewidzialne środowisko. Pedagogika kompletna Heleny Radlińskiej jako krytyczna ekologia idei, umysłu i wychowania. O miejscu pedagogiki w przełomie dwoistości w humanistyce"(Kraków: IMPULS 2014, ss.777).

Jak pisałem wcześniej, rozprawa M. Cichosza jest jedenastą już z cyklu monografii Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Studiujący pedagogikę czy młodzi badacze pedagogiki społecznej znajdą w tej publikacji, znakomicie zresztą napisanej a po mistrzowsku zredagowanej przez Jolantę Świetlikowską, kanon wiedzy z tej subdyscypliny nauk pedagogicznych.

Rozwijająca się od przeszło 100 lat nauka musi co jakiś czas odnawiać stan swojej samowiedzy, zaś metaanalizy dokonał w tym przypadku bydgoski naukowiec, który wyrósł w jednej ze szkół klasycznej pedagogiki społecznej (warto pamiętać tu chociażby o prof. Edmundzie Trempale z Bydgoszczy) i dzięki pogłębionym studiom jest w stanie spojrzeć niejako "z lotu ptaka" na genezę, ewolucję i dotychczasowe osiągnięcia jej mistrzów. Tego typu prace powinny być tłumaczone na języki obce, by zagraniczni naukowcy mogli dostrzec, jak wspaniały poziom osiągnęła polska pedagogika społeczna i czego warto się uczyć od jej prekursorów i kontynuatorów.

Jak Mariusz Cichosz niezwykle trafnie pisze we Wstępie do tej książki:

[...] Bardzo ważnym przejawem rozwoju każdej dyscypliny naukowej są podręczniki. Tu warto wymienić Pedagogikę społeczną (2008) autorstwa Andrzeja Radziewicza-Winnickiego oraz Pedagogikę społeczną – podręcznik akademicki (2007) pod red. Ewy Marynowicz-Hetki. Publikacje te z jednej strony wpisują się w wypracowane już nurty problemowe pedagogiki społecznej, z drugiej podejmują nowe wątki teoretyczne, wskazując jednocześnie na aktualne obszary praktyki społeczno-środowiskowej.


Podsumowując, należy powiedzieć, iż współczesna pedagogika społeczna jest rozwijającą się subdyscypliną pedagogiki. Jeżeli chodzi o jej strukturę problemową, to dyscyplina ta od momentu swojego powstania do dzisiaj zachowuje źródłową tożsamość i ciągłość. Dużą różnorodnością poszukiwań i przyjmowanych rozstrzygnięć w tym zakresie charakteryzują się ostatnie lata. Choć jednocześnie w wymiarze organizacyjnym – rozwoju instytucjonalnego – można zauważyć pewne „rozproszenie” pedagogiki społecznej, gdyż raczej nie powstają nowe jednostki organizacyjne służące tej dyscyplinie, a te, które istnieją, najczęściej funkcjonują w połączeniu z innymi obszarami praktyki wychowawczej.


Wszystkim tu wskazanym zagadnieniom: powstawaniu i rozwojowi pedagogiki społecznej, twórczości jej przedstawicieli, a także wypracowanym koncepcjom poświęcona jest ta książka. Należy jednak pamiętać, iż wpisując się w określony cykl wydawniczy, stanowi ona jedynie zarys najważniejszych problemów. Wszystkie wskazane tu wątki były i zapewne będą podstawą dalszych pogłębionych analiz. Zadaniem natomiast tego opracowania jest zaznajomienie czytelnika z podstawowymi obszarami rozstrzygnięć w obrębie dyscypliny bez pretensji do ich szczegółowej analizy. Rozważania tu zawarte są wynikiem wieloletniej pracy autora, niejednokrotne prezentowanej już w jego publikacjach. Mam nadzieję, że książka ta pomoże całościowo spojrzeć na rozwój
i dorobek pedagogiki społecznej uprawianej w Polsce, a tym samym będzie dobrą inspiracją do dalszych szczegółowych poszukiwań.[...]

Gratuluję prof. UKW Mariuszowi Cichoszowi, ale i wydawcy oraz czytelnikom znakomitego kompendium wiedzy z polskiej pedagogiki społecznej.



Druga natomiast z rozpraw została napisana przez outsidera (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) pedagogiki społecznej - prof. Lecha Witkowskiego, filozofa edukacji, który jako badacz spoza tej subdyscypliny naukowej, a więc jako TEN OBCY, mógł doświadczyć zupełnie nowych impulsów w rozprawach i dokonaniach czołowej postaci, jaką była prof. Helena Radlińska. Sam po kilkudziesięciu latach od ukończenia własnych studiów, zaczął dokonywać odkryć poznawczych dotychczas mu nieznanych, ale i niedostrzeganych przez samych pedagogów społecznych. Różne są tego powody, ale nie dostrzegam w tym żadnego błędu. Na każdy utwór musi przyjść jego czas, jego twórca i jego praca.

Uczenie się od OBCEGO, od outsidera - jak pisała o tym w latach 90. XX w. prof. Joanna Rutkowiak - ma swoje ogromne zalety, co także w mojej aktywności naukowej jest od samego początku kluczowym przesłaniem. Kiedy po raz pierwszy czytałem książkę J. Rutkowiak pt. „Uczenie się od outsidera. Perspektywa europejskiej współpracy edukacyjnej” (Kraków: Impuls 1997) wiedziałem, że w polityce oświatowej takie podejście było czymś zupełnie nowym. W nauce, w konceptualizacji badań społecznych jest ono niezwykle wartościowe, do czego wielokrotnie zachęcał w swoich rozprawach psycholog Zbigniew Pietrasiński. Joanna Rutkowiak zainicjowała wówczas pracą zbiorową nowy typ relacji z badań komparatystycznych w zakresie pedeutologii, by reformatorów oświaty w Szwecji pobudzić do głębokiej autorefleksji, zaś polskich badaczy zachęcić do studiów natury (meta)teoretycznej.

Przypomniałem sobie tę rozprawę, gdyż zawiera ona kluczowy dla recepcji także najnowszej książki Lecha Witkowskiego aspekt nie tylko szans, ale i barier uczenia się od outsidera. Autor studium o pedagogii społecznej Heleny Radlińskiej wykonał bowiem tytaniczną pracę badawczą dokonując szerokiego, komparatystycznego studium nad literaturą nie tylko okresu jej życia i działalności twórczej. Otworzył tym samym nowe drzwi do spuścizny już w jakimś przecież zakresie analizowanej, przywoływanej tu i ówdzie przez czytelników różnej maści - naukowców, oświatowców, pracowników socjalnych, pedagogów specjalnych, a nawet teoretyków wychowania.

Witkowski udostępnia nam przestrzeń myśli tak jeszcze nie wydobywanej z jej częściowej niewidzialności, by zachęcić do kolejnych badań pedagogicznych. Jego książka może mieć implikacje dla kontynuatorów nie tylko "jego" sposobu myślenia i odczytywania dzieł minionych klasyków pedagogicznych teorii i praktyk, ale także znacząco odchodzących od źródeł, a poszukujących nowych kategorii pojęciowych, innych myśli czy idei.

Uczenie się od innego nie wyrasta przecież ani z czyichś oskarżeń o zaniechania, niedoczytania, niedomówienia itp., ani z narzucanego nam przez kogokolwiek (bez względu na wielość tytułów i godności) jego punktu widzenia jako jedynie prawomocnego, słusznego czy - tym bardziej - rzekomo prawdziwego. Uczenie się od OBCEGO rodzi się bez jego ingerencji, zobowiązań, nieustannych często i nachalnych pouczeń czy wymachiwania symboliczną ręką. Sztuka uczenia się rodzi się z pasji do tego, co jest istotą samego procesu poznawczego, z chęci dociekania prawdy, a nie jej głoszenia czy narzucania.

Prof. L. Witkowski przyznaje, że musiał wkroczyć na obce sobie terytorium wiedzy, gdyż nie zamierzał i nie chce dostosowywać się do istniejących w literaturze z pedagogiki społecznej i dyscyplin z nią współpracujących odczytań myśli H. Radlińskiej. Są one - co precyzyjnie wykazuje w wielu miejscach - częściowo sprzeczne z zasadami badań metodologicznych (historycznych, oświatowych) i ich zastosowaniem w różnych pracach badawczych czy ich recepcji w pedagogice społecznej i dla pedagogiki w ogóle. Takie podejście jest dyskusyjne. Humanistyka - to nie czysta matematyka. Nie mamy tu aksjomatów, a zatem wyprowadzane wnioski muszą być zgodne z przyjętymi przez badacza kryteriami do analizowania lektur i tylko w takich ramach są one słuszne lub niesłuszne, adekwatne do nich lub nieadekwatne, ale nie są ani prawdziwe, ani fałszywe.

Warto tej rozprawie poświęcić odrębny tom, pracę zbiorową, konferencję naukową, bo w blogu nie ma na to miejsca, by podzielić się szansami, jakie wnosi jej treść dla o(d)żywienia pedagogów społecznych, ale i by zwrócić uwagę na bariery, które jej autor sam skonstruował. Należy ją przeczytać, by nie została ulokowana jedynie na półkach bibliotek jako ich ozdoba, której wielkość może niektórych zniechęcić do sięgnięcia po nią, do zapoznania się z jej treścią lub tylko częściowego jej "skonsumowania". Natomiast ładnie będzie ozdabiać jakąś przestrzeń.

Używając gestaltowskiej formuły: Witkowski nie zaprosił nas na obiad składający się z kilku dań, ale na "wielkie żarcie", które powinno trwać długo, by po spożyciu jednych treści, natychmiast wydalić je z własnego organizmu, wspomagając się metodologią badań porównawczych, biograficznych i historycznych oraz by trawić to, co jest dla duszy naukowca najbardziej wartościowe, a co stanie się budulcem własnych badań na kolejne lata.

Autor tej monografii, która - moim zdaniem - wbrew podtytułowi wcale nie jest dowodem kompletności pedagogiki H. Radlińskiej, prowokuje pedagogów do (u-)ważnego czytania, refleksji, samokrytyki, permanentnego samokształcenia i doskonalenia tak warsztatu badawczego, jak i treści publikowanych rozpraw. Witkowski pisząc i wydając liczne rozprawy, monografie naukowe z i o filozofii edukacji, zajmując się recepcją humanistycznej myśli w pedagogice i dla pedagogiki, czyni ją zupełnie inną, niż była nią dotychczas. W tym sensie jest jego twórczość wielkim darem dla nauk o wychowaniu. Te bowiem w dużej części były zamknięte w pozytywistycznym paradygmacie badań. Wielu naukowców korzystało z ortodoksyjnego "przywileju" oraz obowiązku zatroszczenia się o autonomię dyscypliny naukowej redukując przy okazji wszystko to, co było jej fundamentalnym bogactwem, jej warstwę aksjonormatywną, kulturową.

To niestety prawda, że pedagogika wpisała się instrumentalnie w ideologię władz politycznych i rządzących systemem kształcenia w naszym państwie nie tylko w okresie dwóch totalitaryzmów. Instrumentalnie służalcza funkcja naszej dyscypliny odrodziła się częściowo w dwudziestopięcioleciu transformacji ustrojowej III RP. Żadna z rozpraw pedagogów krytycznych, także wobec polskiej rzeczywistości - jej samej nie zmieniła. Warto zatem uderzyć się we własną pierś, by nie zarzucać innym tego, czego samemu się nie osiągnęło.

Ani H. Radlińska sama z siebie nie mogła zmienić środowiskowych, w tym politycznych uwarunkowań życia ludzi w ówczesnym świecie, ani nie dokonały i nie sprawią tego prace największych - zdaniem L. Witkowskiego - humanistów czy społeczników. Tak w modernistycznym jak i ponowoczesnym świecie iskry zapalne i podpalacze dziejów są spoza świata lektur filozofów, etyków, pedagogów, politologów, socjologów czy psychologów.

Profesor Lech Witkowski ujawnia powód napisania tej książki przez niego jako filozofa, a mianowicie jest nim podjęcie próby „(...) uwolnienia myśli pedagogicznej w Polsce od gorsetu PRL-u, w tym od spłyceń, wypaczeń, zaniechań i marginalizacji, ustanowionego w pedagogice przez własne wzorce i ideały twórcze oraz autorytety, które dużą część wysiłku pokolenia Radlińskiej przemilczały, dużej części nie doczytały, dużą część zastąpiły spłyceniami rozmaitej proweniencji, a to marksistowskiej, a to katolickiej, a to szatkującej myślenie pedagogiczne na kawałki niezdolne do troski o pełnię i głębię odpowiedzialności specjalistycznej. (s. 19-20) Chwała mu za to. Oby wreszcie zaistniał głębiej i szerzej ten zakres badań.

To, co moim zdaniem nie powiodło się autorowi, bo i z pozycji outsidera było niemożliwe, to (...) zbudowanie całościowego horyzontu dla sytuowania aktualnego dyskursu pedagogiki społecznej (w tym teorii pracy socjalnej), gdzie część tego horyzontu obejmuje perspektywę historyczną, wpisywania się w rozumienie tradycji i jej przetwarzanie oraz przyswajanie nadal nowocześnie brzmiących akcentów. (s. 20) Horyzont jest nieograniczony, dobór źródeł także, a te, które stały się okazją do prześwietlenia myśli H. Radlińskiej, na szczęście nie wyczerpują wszystkich zasobów do (re-)interpretacji wiedzy i śladów przeszłości.

Nie jest bowiem prawdą, że w polskich uniwersytetach czy akademiach jej pedagogika jest nieobecna, niewidzialna - i to w formie oraz treści, jakiej życzyłby sobie autor tego dzieła. Jest ona bowiem i obecna i dostrzegana, ale z zupełnie innych perspektyw, pod zupełnie innym kątem, których on sam nie dostrzegł, bo nie musiał, a które odrzucił, by zaznaczyć swoją recepcję jako jedynie możliwą i najbardziej słuszną.

To, że jest możliwa i jakże wartościowa recepcja dzieł Radlińskiej z perspektywy przełomu dwoistości w humanistyce sam uzasadnia merytorycznie i należy się za to wielka pochwała. Nie jest to jednak recepcja kompletna, wyczerpująca wszystkie możliwe jej zakresy i kryteria, gdyż te nie są ani rozpoznane, ani możliwe do uwydatnienia.

Kierowałbym się w takich przypadkach większą pokorą i starannością oraz uczciwością wobec humanistyki, która na szczęście nie godzi się na tak rozumianą wyłączność jednostronnego i apodyktycznego narzucania wszystkim czytelnikom odczytania czyichś rozpraw. Godzi się natomiast z prawem każdego badacza do dokonywania wyborów własnych kryteriów analitycznych i kierowania się nimi w uzasadnianiu odkrywanych racji.

Książka L Witkowskiego ma kilka warstw, z których jedna na pewno nie powinna się w niej znaleźć, gdyż wymaga zupełnie odrębnych i uczciwych badań - co najmniej metodą monografii instytucjonalnej, wzbogaconej metodą badań biograficznych i analizą dokumentacji. Tylko wówczas można formułować oceny o jednostkach akademickich czy pracujących w nich osobach. To, czego dokonuje w tej książce L. Witkowski (chociaż także w uprzednich, ale bez autorefleksji co do pozanaukowego charakteru pewnych części własnych narracji) jest w powyższym aspekcie nieuprawnione.

Praca naukowa może - a nawet powinna - uwzględniać w części (jakkolwiek strukturalnie usytuowanej) uzasadnienie podjęcia problemu badawczego, powody podjętego do realizacji zamiaru poznawczego oraz maksymalnie rzetelnie powinna oddać stan dotychczasowych badań w tym zakresie. Musi zatem odnosić się do dokonań minionych autorów, tych znakomitych - w ocenie badacza, jak i mniej poprawnych merytorycznie czy metodologicznie. Nadawanie jednak tym rekonstrukcjom cech osobistych rozliczeń z własną historią w tle i własnym wyobrażeniem o tym, jak inni powinni pracować naukowo i pełnić określone role w akademickim środowisku, nie tylko wykracza poza kanon badań naukowych, ale i czyni go toksycznym w przekazie i odbiorze.

Witkowski usprawiedliwia swoją postawę - będącą w wielu miejscach i wielokrotnie powtarzanym aktem publicystycznego rozrachunku z kimś lub czymś - co radykalnie rozmija się z jego, przecież dającą podstawy do repliki, krytyką czyichś poglądów czy nawet całych rozpraw.

Jak jednak dyskutować z autorem sądów wartościujących, które w wielu miejscach zawierają kwantyfikator duży w ocenie zmiennej X. Raz jest nią środowisko wszystkich pedagogów społecznych, wszystkich uniwersytetów, innym razem wszystkich pedagogów, jakichś tajemniczych, bo nie uwzględnionych w przypisie z imienia i nazwiska czy chociażby tytułu ich rozpraw.

Gdyby odcedzić te - z naukowego punktu widzenia a merytorycznie nieuzasadnione - toksyny, to mielibyśmy dzieło czyste i w pełni wartościowe w jego naukowej narracji. A tak, to jako pasjonat studiów komparatystycznych myśli pedagogicznej stoję przed zadaniem takim samym, z jakim miałem do czynienia w okresie PRL, tzn. czytania czyichś, nawet bardzo wartościowych rozpraw z koniecznością omijania tych zdań czy fragmentów, które miały charakter stricte ideologiczny, pseudonaukowy. Wielki myśliciel nie zapanował nad własnymi problemami, którymi chce obdarzać tych, którzy ich nie znają i nie poznają, gdyż nie mają i nie będą mieli możliwości ich zweryfikowania.

Wolę metodologię badań uwolnioną od osobistych problemów, jak chociażby Johna H. Goldthorpe'a, który pisze:(...) fakty historyczne nie dadzą się ustalić poznawczo jako zbiór dobrze określonych elementów, z których każdy byłby niezależny od pozostałych i które łącznie stworzyłyby określoną i ostateczną wersję rzeczywistości. (...) fakty historyczne trzeba traktować tylko jako „inferencje ze śladów przeszłości” o wagach zależnych od solidności podstaw wnioskowania, które zwykle bywają wzajemnie powiązane w tym sensie, że razem utrzymują lub tracą wiarygodność i oczywiście wciąż podlegają reinterpretacjom, radykalnym bądź w bardzo subtelnych niuansach (O socjologii. Integracja badań i teorii, przeł. Jerzyna Słomczyńska, Wstęp: K.M. Słomczyński i H. Domański, Warszawa: Wydawnictwo IFiS PAN 2012, s. 71).

Nie warto było wielkości własnej myśli i ciężkiej pracy osadzać w kontekstach,które nie mają nic wspólnego z Radlińską, gdyż taka idiosynkrazja czyni tę rozprawę częściowo niestrawną. Takiemu filozofowi nie jest potrzebna marność czyjegokolwiek czy jakiegokolwiek bytu, instytucji, by uwydatniać na jej tle różne słabości. Sam przecież nie pracuje w wybitnym naukowo środowisku, chociaż powinien wykładać w Cambridge lub Oxfordzie. Są jednak bariery tkwiące w każdym z nas, w warunkach naszego życia, obowiązującego prawa, które nie muszą źle świadczyć o kimkolwiek.

Wolę zatem radować się krytycznym laserem myśli krytycznej L. Witkowskiego, skupionej tylko i wyłącznie na dziełach Radlińskiej i innych humanistów, aniżeli na pojawiającym się dość często między wartościowymi akapitami własnych analiz tradycyjnym skalpelem, który na dodatek nie jest właściwie zaostrzony.

Tę książkę warto przeczytać, podobnie jak każdą inną tego Autora, gdyż - jak trafnie wskazują naukoznawcy - nawet negatywnie oceniane w danym momencie rozprawy dobrze służą nauce. To dzięki nim mogą powstawać znacznie lepsze monografie, pojawiają się nowe projekty badawcze, a i my sami się zmieniamy. Być może, gdyby nie jakieś negatywne doświadczenia L. Witkowskiego w jego akademickiej karierze, a sam też wielu doświadczyłem, ta książka nigdy by nie powstała. Na tym też polega dwoistość humanistyki.

10 komentarzy:

  1. Gdy czytam co Mariusz Cichosz napisał we Wstępie do swojej książki o pedagogice społecznej , a zwłaszcza , że spodobało się to (merytorycznie !!!)gospodarzowi blogu to nasuwa mi się następująca uwaga: Mariuszowi Cichoszowi należą się wyrazy uznania nie za to , że napisał kolejną książkę o pedagogice społecznej. Takich książek jest już kilka.. Myślę, że na większy „szacunek” zasługuje to, iż udało mu się zredagować do tej swojej książki Wstęp w taki sposób, że śmiało nadaje się aby go można wykorzystać jako Wstęp do jakiejkolwiek książki i w jakimkolwiek czasie. To jest coś. Zwłaszcza w czasach globalizmu i nowej zmutowanej bolszewii zwanej postmodernizmem. Jakoż gdybym był pedagogicznym bolszewikiem z bolszewicko- postmodernistycznego zaprzęgu to miałbym z tym problem. Dlaczego? Otóż podoba mi się zarówno "uniwersalizm" pisarstwa/narracji Cichosza jak i wyrafinowana krytyka Pana profesora wymieszana z zachwytem nad dziełem (uff ponad 700 stron) prof. Lecha Witkowskiego. W tej obligatoryjnej dla postmodernistycznego dyskursu narracji o tej książce jest Pan Profesor konsekwentnie niekonsekwentny. I chwała Panu za to. Deklaruje Pan - choć na chwilę, ale zawsze to coś - , że jednak jest jakiś trwały punkt odniesienia. A w chwilę potem - jak przystało na postmodernistę - ( dziękuję Panu za to – bo to raduje każdego diabła, a więc i mnie, GDYBYM DIABŁEM BYŁ) broni Pan PROFESOR pojęcia „DWOISTOŚCI HUMANISTYKI”. Broni Pan pojęcia, :hi, hi, hi rodem z piekła wziętego. Zakładającego, iż nic się złego nie dzieje - mówiąc oczywiście skrótowo - że tak jednak można. Czyli, że można, (jest zgoda na to, iż) o takim i owakim koniecznie trzeba „dwoiście”. Raz można twierdzić tak- a drugi raz siak. Otóż zgłaszam nieśmiało w tej kwestii następującą wątpliwość: podejrzewam bowiem,( jako zacofany konserwatysta) że doszło do podjęcia rutynowej ( postmodernistycznej)próby oswajania z procesem szatańskiego odchodzenia od rozumu. Pytam zatem : czy to jest ten przypadek? Jeśli tak to proszę mrugnąć do mnie okiem. Na pewno zauważę i będę wdzięczny wiedząc na czym stoję. I jeszcze jedno. Odnoszę wrażenie, że w pełni zdaje sobie Pan Profesor sprawę z tego co Pan zrobił. I TO MI IMPONUJE I BUDZI MÓJ SZACUNEK. Zgłaszać wątpliwości pod adresem samego prof. Lecha Witkowskiego – najbardziej od czasu instytucjonalnego upadku pedagogiki socjalistycznej subtelnego/wyrafinowanego intelektualisty transformatywnego ?, ho, ho – to wymagało od Pana wielkiej odwagi. A jednak się Pan ośmielił. Stąd proszę przyjąć (pierwszego stycznia o świcie w nowym 2015 roku – być może pierwszym wpisie!) szacun i gratulacje od niewyemancypowanego teoretyka wychowania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Urocze i pełne twórczego optymizmu jet to przywołane spostrzeżenie naukoznawców, w myśl którego nawet głupawe rozprawy dobrze służą nauce. Zastanawiam się w związku z tym, czy idąc tym "uroczym" tropem uprawniony jest wniosek/konstatacja: im więcej opublikowanych głupot, tym większa nadzieja/szansa na napisanie mądrych książek? Dobrze deliberuję? Pytanie zadał: niewyemacypowany wciąż teoreteyk wychowania..

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogłam w pierwszej chwili ukryć radości, gdy czytałam o tej "pochwale głupoty" , a zwłaszcza o ważnych pożytkach z niej wynikających. Nigdy sama bym na to nie wpadła. To jest więcej niż pewne. Pochodzę bowiem z tradycyjnej rodziny (wiejskiej, zacofanej (?) ,jak się wszędzie pisze i mówi o takiej rodzinie) i żyłam sobie dotychczas w błogim przekonaniu, że głupol to głupol i już. Ot, taka nieszczęsna przypadłość umysłowa. Pech. życiowy. Choroba.Zawsze i wszędzie parę takich osobników się znajdzie i nic (albo niewiele) da się z tym zrobić .Trzeba otoczyć opieką , szczerze współczuć, itd. Stąd jak od czasu do czasu palnąłam jakąś głupotę to bardzo , ale to bardzo się zawsze wstydziłam. Aż tu nagle taka frajda, miła niespodzianka. Jeśli wszystkie te walory/atuty postmodernistycznego i dwoistego pojmowania świata i humanistyki dobrze zrozumiałam - to okazuje się, że fundowałam sobie dyskomfort samozawstydzenia swoją głupotą całkowicie niepotrzebnie. Nadto, gdyby ta moja ( incydentalna - zaznaczam) głupota, była rzeczywiście obiektywnie szkodliwa - to i tak byłabym objęta państwową ochroną.W państwie demokratycznym, w tzw. państwie prawa nie wolno - jak wiadomo - nikogo, ale to -podkreślmy to- NIKOGO - DYSKRYMINOWAĆ. Ale - i tu UWAGA! - jak sobie uświadomiłam, że sprawy ( zgodnie z obowiązującym dziś postępem, wolnością i nieubłaganą tolerancją) idą w tym kierunku, że zamiast naturalnego/tradycyjnego zawstydzenia swoją głupotą należy mi się nieomal wdzięczność ( no bo moja głupota rzekomo przyczyniła się do napisania mądrych książek pedagogicznych...) - to poczułam się jakoś nieswojo. Obleciał mnie tym razem niepokój i zwykły STRACH. Jak to ? - myślę sobie - w jakim ja świecie żyję, co jest grane? Z głupoty może się narodzić coś dobrego - przykładowo: wdzięczność ? Toż to pomieszanie z poplątaniem - buntował się mój uformowany na wsi "babski rozum".TO przecież kompletny CHAOS - pomyślałam. Słowem: wzbudziło to moją czujność i na serio się przestraszyłam, tym co to się z postmodernistycznym odlotowym wdziękiem na tym świecie "porobiło". W chwilę potem na szczęście mi trochę ulżyło. Dzięki czemu? Ano, ocknąłam się, bo wstyd powrócił mi na swoje miejsce. Poczułam się znowu pewniej i normalniej. I tak chyba jest lepiej, sensowniej.Co? Przestraszona ( ale tylko) w zarysowanym kontekście spraw związanych z galimatiasem wymieszania głupoty z mądrością i wstydu z wdzięcznością - Ania z Kółka Pedagogicznego im. Dziekan Mirki Dziemianowicz z Wrocławia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowna Aniu;
      Jesli w panstwie pozbawionym demokracji mozna wykluczac innych to ciekaw jestem dlaczego akurat ci mieliby zostac wykluczeni a inni nie? Innymi slowy co determinuje wykluczanie grup czy jednostek?
      Pozdrawiam :P

      Usuń
    2. Mniej lub bardziej nieme założenie, że państwo demokratyczne gwarantuje, iż każdy może żyć jak chce ( i nie wolno z tego powodu nikogo wykluczać) jest dość powszechnie powtarzaną i dobrze już oswojoną głupotą. Obawiam się , że Anonimowy P padł ofiarą tej umysłowej przypadłości Czy ktoś ( w istocie przecież sam) się skazuje na wykluczenie przesądza to, czy żyje zgodnie ze swym naturalnym ukonstytuowaniem. Człowiek w odróżnieniu od innych stworzeń żywych ze swej natury - co nie wymaga dalszego dowodzenia - jest istotą rozumną. Ma więc zdolność rozpoznania/ rozróżnienia dobra od zła , prawdy od fałszu i sprawiedliwości od niesprawiedliwości . Jeśli tę zdolność utracił (często w następstwie słabości woli i charakteru, ale także tego, że pozwolił się ogłupić (gardzi własnym sumieniem itp) to powinien się WSTYDZIĆ, a wspólnota w której bytuje ma naturalne prawo się przed nim bronić. Tę obronę ogłupieni współcześni "postępowi" tolerancjoniści nazywają wykluczeniem, które w imię wolności jako wartości rzekomo najwyższej - jest surowo zabronione.Jeśli wolność spod znaku "róbta co chceta" jest wartością wyższą/cenniejszą od rozumu - to nieuchronnie ludzi nachodzi/trapi taka jak Anonimowego P - dziwaczna i bezsensowna ciekawość..Odpowiedziała: Ania.P.S. Zanim przyjechałam na studia do Wrocławia też należałam do Kółka pedagogicznego. Tamto wcześniejsze miało innego patrona naukowego.Był nim Feliks Edmundowicz Dzierżyński. Też był niezły. Mam takie poczucie, że przynależność do tych kółek pedagogicznych dobrze mi zrobiła. Zdyscyplinowała mi myślenie o świecie i tak w ogóle poczułam się lepiej. Niech Pan sobie też jakoś pomoże. Ja na Pana miejscu zapisałabym się do Kółka. Zobaczy Pan Panie "P", że różne fajne rzeczy zaczną się dziać z Pana głową. Było by mi miło, gdyby mnie Pan posłuchał.

      Usuń
    3. Szanowna Pani;
      czytam Pani wytwory z lekkim dystansem do sensu jaki niosa. Jak moze sie Pani obawiac o moje przypadlosci i sugerowac ich wystepowanie skoro mnie Pani nie zna? Skad ten pomysl by wszystkich mierzyc swoja miara? I dlaczego Pani miara mialaby byc lepsza od innych? A co jesli nigdy nie bylo mu dane posiasc zdolnosc o jaka Pani upomina sie u kazdego czleka? Czy Pani naturalne prawo nie zahacza przypadkiem o barbarzynstwo czy zatem posiada jakies granice?
      Czy wszystko inne co nie trapi z ciekawosci Pani umyslu jest dziwaczne i bezsensowne? A czy zdaje sobie Pani sprawe, iz to ponoc nie rozumnosc - jak sadzil Arystoteles - a ciekawosc jest istota czlowieczenstwa? Ciesze sie ze jest Pani dobrze i czuje sie Pani lepiej i znalazla pomoc (jak mniemam zakotwiczenie w Prawdzie jedynej?) i wrecz podziwiam kolo do jakiego Pani nalezy z uwagi na wszystkie fajne rzeczy jakie dzieja sie w Pani glowie - mam nadzieje ze bez udzialu srodkow chemicznych. Mnie byloby milo gdyby Pani odpowiedziala sobie szczerze na postawione przez moja osobe pytania. Pozdrawiam cieplo - Andrzej
      P.S. - zdaje sie ze wasze kolo mogloby nieco sie przeciazyc z racji mojej obecnosci w nim (i to nie dlatego, ze moja osoba przekracza normy wagowe bez obaw).

      Usuń
  4. Dziękuję "niewyemancypownemu teortykowi wychowania", że trafnie pomógł nazwać mi moje własne odczucia towarzyszące odczytaniu tego wpisu. Myślę przed wszystkim o komentarzu z godz. 10.07. Do tego, w pełni doceniając myśl zawartą w tytule książki prof. Rutkowiak, nie mogę jakoś przyjąć pojęcia outsider w odniesieniu do postaci prof. Witkowskiego, od lat obecnego w polskiej myśli pedagogicznej. Nie mogę tym bardziej, że pojęcie outsider ma również swoje znaczenie pejoratywne. Losy prof. Witkowskiego (pewnie i te, które jak się domyślam mogły znaleźć odbicie w opisywanej książce) dostarczają potwierdzenia, że również w takim znaczeniu pojęcie "oustsider" mogłoby odnosić się do jego osoby. Czy jednak trzeba go tu używać? U mnie rodzi to pewein dysonans, przy czym nie trzeba mi przytaczać różnych znaczeń tego słowa. Tak to po prostu odbieram, stąd wątpliwości. Postulując neutralność, czy nie lepiej byłoby po prostu mówić o analizie inter- lub transcdyscyplinarnej, bardziej oddającej potrzeby współczesnej humanistyki i nauk społecznych, niż utrwalające zbędne podziały pojęcia Swoich, Obcych, Innych, Outsiderów itd.? Myślenie nie uznaje sztucznych ram dyscyplin, a samodzielność naukowa to podążanie za problemami po drogach i bezdrożach - jak trzeba to i z przekraczaniem administracyjnych i symbolicznych granic formalnych. Wycieczki w inne obszary naukowe, niż te, w których zdobywane są formalne szlify, są więc w obecnych czasach wg mnie nie mniej ważne, niż wsobne pielęgnowanie dotychczasowego dorobku dyscyplin. Tu zresztą chyba nie różnimy się tak bardzo z prof. Rutkowiak i Autorem blogu. Tylko ten status outsidera mnie razi, w odniesieniu do badacza tak mocno zakorzenionego (a więc zadomowionego, insidera) w polskiej pedagogice, jak prof. Witkowski. Czy filozofia edukacji ma być zawsze ksenofobicznie podtrzymywania przez pedagogów jako dyscyplina zewnętrzna? Do tego dochodzi problem współczesnego statusu pedagogiki społęcznej i pracy środowiskowej czy też socjalnej. Wcześniej czy później refleksja z tego obszaru musi pojawić się w świadomości każdego pedagoga, myślącego kategoriami pragmatycznymi, gdyż każdy aspekt wychowania i kształcenia ma swoją deterministyczną aurę środowiskową. Jeśli więc jesteśmy prawdziwie zainteresowaniu losem swoich podopiecznych, wychowanków, osób na rzecz i dla których zaprzegamy pedagogię, podejmując jakiekolwiek pedagogiczne, w tym edukacyjne działania - stajemy się poniekąd wszyscy także pedagogami społecznymi. Niektórzy łączą to z trudem analiz teoretycznych w nowym z naukowego punktu widzenia obszarze. To typowy przykład transdyscyplinarności. Nie postrzegam ich jako outsiderów.
    Poza tymi uwagami dziękuję za intrygujący wpis Autorowi. Obie książki na pewno z ciekawością przeczytam. A przy okazji: lubię opasłe tomy monografii prof. Witkowskiego. Nie tylko ładnie wyglądają, ale i nie przwracają się na półkach. To bardzo praktyczne. A tak serio, to przy obecnym myśleniu na skróty, fleszowej uwadze poświęcanej niektórym problemom pedagogicznym, tak analityczne podejście to także miła odmiana w lekturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak przeczyta Anonimowy książkę, to wyczyta w niej, że Lech Witkowski sam określił się jako outsider pedagogiki społecznej. Proszę czytać ze zrozumieniem. Ja też na to zwróciłem uwagę. W pełni podzielam tę autoidentyfikację. Nie ma w tym niczego pejoratywnego. Wprost odwrotnie. Proszę przeczytać książkę J. Rutkowiak. Do niej nawiązałem. Nie ma potrzeby nakręcania spirali obrony LW, bo jego praca sama się tu broni.

      Usuń
  5. Nie kwestionuję, że może tak być, jak Pan pisze, oczywiście nie mam tej wiedzy, choć to wątek obecny także w innych pracach Prof. Witkowskiego. Ale w swoim wpisie wyraźnie mówię o odczuciach. I w moim odczuciu za dużo namnożyliśmy tych Obcych, Innych, Outsiderów. To podtrzymuje zarówno podziały między ludźmi, jak i podziały między dyscyplinami - zamiast je niwelować. To może tak wygląda,że bronię tu Profesora Witkowskiego (w rzeczywistości nie śmiem, zgadzam się z Panem, że Jego prace bronią się same), ale pisząc o tym bronię przede wszystkim swojego spojrzenia na transdyscyplinarność, która nie powinna utrwalać w nauce podziałów na Swoich i Obcych, zwłaszcza na poziomie pracowników nomen omen samodzielnych. A w podtekście (głębokim) mam na myśli choćby znane mi recenzje w przewodach doktorskich czy habilitacyjnych, w których obcość (czyli zdaniem recenzentów zbyt odważne transdyscyplinarne przekraczanie granic) postrzegane było jako grzech pierworodny obciążąjący autora. Nieistotne było, czy wywód był metodologicznie poprawny, czy badania zrobione były bez zarzutu, czy miały sens, czy Obcy wzniósł coś nowego, ale że robiono je na nie swoim terenie naukowym. Syndrom outsidera w praktyce? Może za bardzo odchodzę przy tym od kontekstu, w jakim użył tego słowa Pan Profesor, ale to właśnie te odczucia i dalsze skojarzenia spowodowały mój opór wobec samego słowa outsider. I tylko tyle. Ksiązki, zgodnie z wcześniejszą deklaracją na pewno przeczytam. Zainteresował mnie Pan obiema.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dlatego najpierw należy przeczytać. Ja cytuję tu Profesora L. Witkowskiego i podkreślam pozytywny wymiar outsidera, a Anonimowy "swoje". Czy po to, by coś nakręcać? Tylko po co? To polecam książki Z. Pietrasińskiego , którego to psychologa też wymieniłem w tym wpisie. Może jednak czas w 25 lat po transformacji zmienić mentalność?

    OdpowiedzUsuń