poniedziałek, 2 września 2013

Przede wszystkim polska szkoła potrzebuje rewolucji


ale się jej tak szybko nie doczeka. W krajach lepiej rozwiniętych gospodarczo od naszego, rewolucja zaczęła się już dawno temu. Wystarczy zajrzeć do publikacji naukowców z USA, Niemiec czy Francji na temat pedagogiki konstruktywistycznej (bo polskich jak np. prof. UAM Stanisława Dylaka - politycy oświatowi nie znają), by zobaczyć, jak poważnie traktuje się tam politykę edukacyjną i konieczność inwestowania w zupełnie nowy model nauczyciela i procesu dydaktycznego. W Niemczech przeważają w tej chwili na rynku i w debacie publicznej trzy autorytety naukowe i oświatowe, które odsłaniają obywatelom negatywne skutki utrzymywania szkolnictwa w dotychczasowym stanie rozwiązań dydaktycznych i strukturalnych. Może im jest nieco łatwiej, bo jak tylko pojawiają się z publicznymi wykładami w środowiskach lokalnych lub w mediach tacy eksperci, jak Gerald Hüther, Jesper Juul czy Richard David Precht, to murowana jest bardzo liczna publiczność (oglądalność programów z nimi) i zaciekawienie także ze strony polityków. Książki tych autorów sprzedają się w wysokich nakładach, w odróżnieniu od polskiej sceny oświatowej, która jest zalewana rozprowadzanymi ze środków unijnych materiałami metodycznymi, które w dużej mierze nadają się na półkę, jak ktoś ma dużo miejsca w domu. Już tytuły książek tych autorów wskazują na trend koniecznych zmian, które są poważnie brane pod uwagę przez władze landów: Gerald Hüther - "Każde dziecko jest wysoce uzdolnione "(Jedes Kind ist hochbegabt), Jesper Juul - "Szkoła w stanie zawału" (Schulinfarkt) czy Richard David Precht - "Zdrada naszych dzieci przez system szkolny" (Der Verrat des Bildungssystems an unseren Kindern).

W Polsce nie są znane te rozprawy, natomiast pojawiły się nieliczne przekłady publikacji Jespera Juula. W tym jednak przypadku wydawcy sięgają po te najmniej istotne dla poruszanego tematu, bo dotyczące głównie poradnictwa wychowawczego dla rodziców. Zapewne wiedzą, że w naszym kraju nie przyjmie się retoryka radykalnej krytyki szkoły mimo, że na przełomie lat 80. i 90. XX w. miała ona już miejsce w naukach o wychowaniu dzięki tezom czarnej pedagogiki, nowej socjologii edukacji, pedagogiki krytycznej czy antypedagogiki. Urzędnicy i "eksperci" MEN wolą czytać i przekładać na własny użytek brytyjskie rozwiązania, które w Polsce można byłoby zastosować, ale dopiero po kilkudziesięciu latach wolności i demokracji, a nie jej nieustannym ograniczaniu i centralizowaniu edukacji. Dla ich zrozumienia musieliby jeszcze przebrnąć przez publikacje pań profesor - Eugenii Potulickiej, Joanny Rutkowiak, Marii Dudzikowej, prof. Zbyszko Melosika czy młodego komparatysty z UAM - dra hab. Tomasza Gmerka. Ale po co?

Gerald Hüther pisze o tym, że "każde dziecko ma cudowny mózg" i że może się uczyć tylko wówczas, kiedy równocześnie są aktywizowane w nim kognitywne i emocjonalne sieci połączeń. W USA, Wielkiej Brytanii czy Niemczech najwyższej klasy profesorowie medycyny, psychologii i neurobiologii, którzy zajmują się badaniami mózgu, są włączani do projektów modelowania nowych struktur edukacyjnych. U nas wypowiadają się na temat edukacji i szkoły psycholodzy, którzy zajmują się tym, w jakim stopniu kolor spodenek gimnastycznych wpływa na większe sukcesy lekkoatletów lub fizycy, którzy o polskiej szkole wiedzą tyle, ile opowiedzą im o niej ich wnuki. Ponownie profesor Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie - Edyta Gruszczyk-Kolczyńska przywołała wyniki swoich badań empirycznych w jednym z wywiadów: "56 proc. dzieci jest uzdolnionych matematycznie, a co piąte jest wybitne. Ale już po ośmiu miesiącach nauki szkolnej pierwszaki przestają manifestować zdolności. Uważa się, że w klasach starszych już tylko 5 proc. uczniów ma takie uzdolnienia". (Magazyn Łódzki Gazety Wyborczej 30.08.2013, s. 12)

Niestety, nasi urzędnicy z MEN i ich pokątni doradcy, niedouczeni cwaniacy, ignoranci w zakresie współczesnej pedagogiki, ale za to reprezentujący nauki ekonomiczne, socjologiczne i psychologiczne, którzy sięgają po środki unijne celem powtarzania przestarzałych treści, powielanych i tłumaczonych z zachodniej literatury odwiecznie tych samych kwestii, ale z co najmniej kilkunastoletnim opóźnieniem czy kopiujący bezmyślnie teorie zarządzania do zarządzania szkołami, wstrzymują w III RP zmiany oświatowe pogrążając naszą edukację w permanentnym kryzysie. Sądzę, że jest w tym jakaś ukryta taktyka, by z jednej strony "doić" dla siebie budżet państwa na nonsensowne diagnozy typu czas pracy nauczycieli, sześciolatki w szkole, metoda projektów, szkoła wirtualna, itp., a z drugiej strony podtrzymywać w dobrym samopoczuciu totalnie niekompetentną władzę oświatową, bo im więcej jest w MEN ignorancji, tym łatwiej jest kroić coś dla siebie.

Uwikłanie w politykę, doraźne gry na wspieranie jednego ignoranta politycznego, by za chwilę inwestować w kolejnego, doprowadza politykę oświatową państwa wobec systemu szkolnego do granic śmieszności. Nic dziwnego, że władze oświatowe są w czasie konferencji dla dyrektorów wszystkich placówek oświatowych negatywnie wyklaskiwane czy że ministra edukacji stała się już pośmiewiskiem nie tylko salonów politycznych, ale i mediów a za ich pośrednictwem - społeczeństwa. Pełno jest w reakcjach na jej wystąpienia ironii, satyry czy rzeczowej krytyki. Kompromitacja władz centralnych oświaty przekłada się na jeszcze większą śmieszność tych władz samorządowych, które zostały podporządkowane interesom lokalnych sił partyjnych. To już jest oznaką końca polskiej samorządności, systematycznej degradacji demokracji na rzecz gry różnych grup interesów edukacją i kosztem edukacji, której ofiarami stają się nasze dzieci, młode pokolenia Polaków. Radni z partii politycznych kopią się po kostkach, byle tylko wykazać przeciwnikom, że są gorsi. Tymczasem sami nie mają rzetelnej diagnozy, bo musieliby w niej uwzględnić własne działania, a co dopiero mówić o strategii rozwijania lokalnej polityki szkolnej.

Studia podejmuje się już nie po to, by zdobyć wiedzę i umiejętności, by rozwijać własną osobowość i profesjonalnie stanowić o własnej przyszłości, tylko byle przetrwać, przedłużyć, odroczyć dorosłość, o czym trafnie pisze prof. Anna Brzezińska, a co przecież nie jest niczym nowym, bo już kilkadziesiąt lat temu prof. Aleksander Kamiński pisał w swoich studiach o stowarzyszeniach młodzieżowych o zjawisku juwenalizacji u młodych pokoleń, a więc odraczania wejścia w dorosłość w wyniku infantylizacji własnych postaw, przedłużania statusu dzieciństwa, nieodpowiedzialności, życia na koszt rodziców, opiekunów lub państwa.

Do tego typu patologii przygotowuje młode pokolenia także - chociaż wbrew woli wielu nauczycieli - polska szkoła, polski system oświatowy, którego władze myślą tylko i wyłącznie kategoriami przetrwania własnej kadencji. Jeśli ministra K. Szumilas na krytykę nonsensownych rozwiązań oświatowych eksperta KNP PAN ośmiela się reagować komentarzem krytycznym do Prezesa PAN, o czym pisałem już w blogu przed wakacjami, to oznacza, że stan niedojrzałości i infantylności dotyczy nie tylko części polskiej młodzieży. Wielu polityków nie dorosło do demokracji i do sprawowania dla społeczeństwa funkcji, która powinna mieć charakter służby, a nie wymuszania służalczości i pozbawionej aksjologii lojalności. Zaskakujące jest to, jak szybko radni, posłowie, senatorowie zapominają o tym, kto wyniósł ich do tych godności i z czyich pieniędzy są ich gaże.

Dziwię się wielu profesorom, że godzą się na współpracę z podmiotami, które czarną kreską wpisują się w dzieje polskiej edukacji. Nie dostrzega się już młócki frazesów, sloganów, jakimi karmią nas pseudoeksperci, powierzchowności przeglądów wyników diagnoz opinii publicznej (peer review) na temat edukacji, przykrawanych do błędnych decyzji danych statystycznych, które mają być rzekomo dowodem prawdy o szkolnej rzeczywistości. Jak długo będzie jeszcze prowadzona gra z narodem kosztem pokoleń, które zaczynają wchodzić w życie z przeświadczeniem, że są to właściwe działania? Mieliśmy już przykład młodego rzecznika prasowego MEN, który cynicznie przygotowywał na zlecenie władzy odpowiednie dane, by manipulując nimi można było wprowadzać społeczeństwo w błąd. Rzecznika nie ma już w urzędzie, ale jego dysponenci i współpracownicy tam dalej pracują. On zapewne też gdzieś awansował, bo w końcu służył władzy (a nie społeczeństwu), więc władza o nim nie zapomni. Wkrótce pojawi się w przestrzeni publicznej.

Niestety, jak przyglądam się prawej stronie sceny politycznej, to widzę, że szykuje nam się kolejna wojenka ideologiczna, wzmacniana przez innych ekspertów. Gabinet cieni PiS z proponowanym na ministra edukacji K. Ujazdowskim jest zapowiedzią kolejnej klęski dla oświaty. Może jeszcze coś uratowaliby w szkolnictwie wyższym i w nauce, ale edukacja będzie skazana na totalną porażkę. Ma rację Edwin Bendyk, kiedy w swoim referacie dla Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową pisze: Dziś system szkolnictwa powszechnego nie tylko w Polsce jest w głębokiej erozji, ulega fragmentaryzacji i zawłaszczaniu przez kompetentne grupy. Państwo abdykuje, zastępując realną władzę i sprawstwo wynikające ze spójnej wizji tego systemu zarządzaniem za pomocą technokratycznych instrumentów pomiaru i kontroli. (...) Szkoła to nie tylko fabryka kapitału ludzkiego, lecz także kluczowy instrument, za pomocą którego realizuje się zasadę solidarności społecznej. Wcześniej jednak musimy uznać, że solidarność jest wartością". (Jaka przyszłość edukacji? Gdańsk 2012, s. 8)





19 komentarzy:

  1. Jakie to wszystko proste:

    "56 proc. dzieci jest uzdolnionych matematycznie, a co piąte jest wybitne. Ale już po ośmiu miesiącach nauki szkolnej pierwszaki przestają manifestować zdolności."

    A jak to ustalono? I co to znaczy, ze sa "wybitne"? A moze jednak jest to zwiazane takze z tym, ze elementarne tresci matematyczne s na tyle latwe, ze bez problemu przyswaja je wiekszosc dzieciakow, a im dalej w las ... Przeciez nawet licealni olimpijczycy "przestaja manifestowac zdolnosci" natrafiajac na zbyt trudne problemy ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością pani profesor przeprowadziła matematyczny dowód :). Założę się, że bez problemu można przeprowadzić "badania" dające diametralnie różne wyniki.

      Usuń
    2. W ciągu 8 miesięcy można stracić zainteresowanie, ale nie uzdolnienia ... ;-)

      Usuń
    3. To poczytaj sobie Elissa P. Torrance'a

      Usuń
    4. To jakiś prorok modny ... ;-)

      Usuń
  2. Wyniki badań prof. E. Gruszczyk-Kolczyńskiej są opublikowane w jej książkach. Można przeczytać, w jaki sposób uzyskała takie, a nie inny wynik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napewno w jedyny sluszny :)

      Usuń
  3. To opinia anonimowego zza krzaka, który zapewne nie przeprowadził żadnych badań, więc może sobie formułować - jedynie słusznie wnioski.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, panie profesorze :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dobrze, że jest Anonimowy, bo reprezentuje Innego. Ten uogólniony Inny "nie wierzy"! A on chce uwierzyć a nie dowiedzieć się! Tu pojawia się problem, o którym jest wypowiedź Pana Profesora, słabości w docieraniu z wiedzą do mas, do ludzi. Nie będę powtarzała i rozwijała wątku o przyczynach tego zjawiska, tylko bijąc się ręką w serce zadam pytanie: Czy wykorzystujemy jako pedagodzy akademiccy wszystkie możliwości przenoszenia naszej wiedzy do społeczeństwa! Aby nam wierzono, dziś już nie wystarczy wydrukować, bo w zalewie makulatury- propagandowej- manipulacyjnej społeczeństwo, które nie czyta/lub bardzo mało czyta, nie ma szansy na dokopanie się do wartościowych tekstów. Media mają nas w "głębokim poważaniu", są komercyjne i grzeczne politycznie. Co możemy jeszcze zrobić! Dziś bycie uczonym stawia nas wobec dodatkowych zadań, na które nie jesteśmy zbyt dobrze przygotowani mentalnie, instytucjonalnie i instrumentalnie. Konsekwencją jest frustracja! Wiemy, widzimy, rozumiemy, a jednak wołamy niesłyszalnym głosem!
    Humanistka

    OdpowiedzUsuń
  6. Od czasu jak p.Gruszczyk-Kolczyńska, gdy pojawiła się w grze wielka unijna i wydawnicza kasa, diametralnie zmieniła poglądy w kwestii masowego i przymusowego(!) posyłania 6-latków do szkoły, wszystko co mówi i pisze stało się kompletnie niewiarygodne. Nie wiadomo bowiem, jaka kasa kryje się za tym kolejnym razem ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. ble, ble, ble, ktoś ma jakiś problem osobisty, a prac tej profesor nie czyta.

    OdpowiedzUsuń
  8. No proszę, milion uczniów w Polsce miało objawy depresji. Na całe szczęście pani minister jest zdrowa.

    http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,14532167,_Rz___Milion_polskich_uczniow_mialo_objawy_depresji_.html?lokale=bydgoszcz#BoxWiadTxt

    OdpowiedzUsuń
  9. Może anonimowy najpierw przeczyta pozycje pani profesor Gruszczyk- Kolczyńskiej i potem przeprowadzi tzw. konstruktywną krytykę. Uczestniczyłam w tych badaniach, które przeprowadzałyśmy jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. To był początek. Już wtedy wyniki były zaskakujące, a przecież warsztat badawczy miałyśmy dosyć prosty. Potem były kolejne i kolejne badania. To nie działo się już i teraz. To są lata żmudnej pracy, analiz.
    Szkoda, że dyskusja zamienia się w krytykanctwo. A najbardziej kogoś boli nie to, że wyniki mogą być zafałszowane, tylko to, że ktoś postarał się o dotację unijną. Jak zawsze kasa....:(

    OdpowiedzUsuń
  10. Polecam książkę nawiązującą m.in. do badań i publikacji Gerald Hüthera: http://www.wydawnictwoumk.pl/prod_74250_Neurodydaktyka._Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

    Dlaczego nie potrafimy uruchomić rewolucji w szkole ? Dlaczego „już każdy powiedział to co widział, trzy razy wysłuchał dobrze mnie, wszyscy zgadzają się ze sobą, a nadal będzie tak jak jest” ?
    Odpowiedź jest zakodowana w naszym "języku postulatów, w którym dominują formy bezosobowo-bierne !!! Mówimy: należy, trzeba, powinno być, warto itp. To właśnie nas wszystkich łączy: my oczekujemy na zmiany, chcemy zmian. Czekamy na ... . Zatem my wiemy czego chcemy. Problem nie jest w tym co zmienić i jak to zrobić, lecz w tym KTO MA TO ZROBIĆ ?! Brakuje chętnych do walki o zmiany, nie ma grupy zainteresowanych działaniem i tworzeniem koalicji na rzecz zmian. Wszyscy jesteśmy chętni do diagnozowania, debatowania, opowiadania, oburzania się. Nie mą chętnych do buntowania się, lobbowania, protestowania, wywierania nacisku. A przede wszystkim nie ma chętnych do zgromadzenia się. My chcemy, żeby zmiany zrobili ONI.
    Przez ostatnie dwadzieścia lat nie udało się zgromadzić „małej grupy myślących i oddanych obywateli” – to jest moim zdaniem najważniejsza przyczyna bałaganu.
    Analogiczna sytuacja była w Peerelu, ale tam poszło lepiej: bardzo mała grupa ODWAŻNYCH obywateli doprowadziła do Sierpnia’80.
    A teraz konkretne zadanie dla MGOO: naciskać na tworzenie klas i szkół „eksperymentalnych” (Marzena Żylińska mówi o szkołach ćwiczeń). To znaczy takich, w których można wdrażać i sprawdzać owe „dobre wizje i praktyki”, o których mówią "wszyscy". Ale takie eksperymenty nie uruchomią się same, nie wystarczy mówić „trzeba”, „należy”, „warto”. O to trzeba walczyć – NIE ! – o to KTOŚ musi WALCZYĆ.
    Sytuację mamy przekomiczną. Dzięki temu, że tysiące Polaków wyjechało „na zlewozmywak” do „Anglii”, otrzymaliśmy za darmo niesamowite wiadomości: są szkoły, w których uczniowie i nauczyciele pracują z radością i skutecznie. Polscy eksperci i uczeni jeżdżą do „Anglii” żeby robić badania i opisywać tamtejsze procesy edukacji. Wszystko po to, żeby stwierdzić, że tam się dzieje, a u nas ….. ?

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzieci są genialne. Ważne, aby im pozwolić, by takie zostały :) A co się tyczy konstruktywizmu to zbadałam ten problem i uważam, że jest to dosyć uwodzicielska ewolucja kantyzmu, czyli idealizmu teoriopoznawczego - czyli w dalszym ciągu człowiek uwięziony w granicach swojego umysłu. Zero metafizyki i transcendencji - mam na myśli realizm teoriopoznawczy wywodzący się od Arystotelesa. Oznacza to dalsze odbieganie od klasycznych korzeni kultury europejskiej.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wczoraj o szkole i jej doniosłości mówił każdy polityk i samorządowiec, któremu udało się "dorwać" do głosu. Mówiono też wiele od talentach, a dwie ministry (edukacji i sportu) zapowiedziały walkę o usportowienie uczniów.
    Wiele słów o udziale rodziców w życiu szkoły, ich możliwościach partycypacji w decyzjach wypowiedziała w wieczornym wywiadzie inna przedstawicielka władz MEN.
    Tymczasem od wczoraj działa kluczowa ustawa, likwidująca dotychczas funkcjonujące rozwiązania w przedszkolach. Prezentowana jako niebywały sukces udostępnienia najmłodszym dzieciom edukacji przedszkolnej, w imię wyrównania szans ustawa "przedszkole za złotówkę" zlikwidowała możliwość prowadzenia w przedszkolach tzw. zajęć dodatkowych, opłacanych przez rodziców. Proszę się z nią dokładnie zapoznać, tak jak i z komunikatem MEN - aby zajęcia się odbywały musi je sfinansować budżet przedszkola, zatwierdzany i zasilany przez gminę. Poza Warszawą - gdzie prezydent(a?) miasta dała na to dodatkowe pieniądze - nie ma deklaracji innych samorządów. Dużo częściej mówią, że nie wystarczy im, nawet z państwową dotacją, środków na bieżące działania.
    A wielu rodziców chętnie dalej by za zajęcia płaciło - bo były tańsze niż w domu kultury lub szkole językowej i odbywała się w trakcie pobytu dziecka w przedszkolu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Poza Warszawą - gdzie prezydent(a?) miasta dała na to dodatkowe pieniądze<
      Dała tylko dlatego,że jest referendum w sprawie jej odwołania...;-) Wcześniej zamykała szkoły i zagęszczała klasy, likwidowała zajęcia pozalekcyjne, likwidowała i prywatyzowała szkolne stołówki, zwalniała pracowników obsługi, cięła płace (dodatki motywacyjne i inne) nauczycielom:-(

      Usuń
  13. W salonie z napisem "diagnozy, debaty, postulaty" jest tłok, chętnych przybywa, chyba niedługo zabraknie miejsca.
    Salon z napisem "uruchamianie procesu zmian, robienie rewolucji" jest pusty, brakuje chętnych.
    Wszyscy chcemy być dyrygentami, nikt nie chce grać. Wszyscy chcemy być strategami, nikt nie chce czołgać się w błocie.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.