poniedziałek, 29 października 2012

Korepetycje


Nic się nie zmieniło w kraju od opublikowania w 2004 r. przez Open Society Institute danych z badań na temat korepetycji w wybranych krajach postkomunistycznych, w tym w Polsce(za tę część odpowiadała z Uniwersytetu Warszawskiego prof. Elżbieta Putkiewicz). Pytano wówczas studentów o to, czy w maturalnej klasie korzystali z korepetycji. Istotnie Polska wypadła dość niepokojąco: 50 proc. sondowanej młodzieży studenckiej przyznało się do korzystania z korepetycji. Są to przede wszystkim uczniowie z rodzin najwyżej sytuowanych materialnie i wykształconych (59 proc.), natomiast w mniejszym stopniu, chociaż przy znacznym wysiłku, uczniowie z rodzin mniej zamożnych, często ubogich, ale świadomych wagi wykształcenia (35 proc.).

To na skutek wyników badań w 2005 r. powstał MEN-owski Ogólnopolski Konkurs „Szkoła bez korepetycji”, który okazał się totalnym fiaskiem zarówno dla organizatorów, jak i szkół. Istotą programu miało być zredukowanie zapotrzebowania na korepetycje, tak by uczniowie szkół, które do niego przystąpią, uzyskiwali wystarczające wsparcie w swojej szkole. Do konkursu zgłosiło się wówczas zaledwie 349 szkół, ale po ocenie nadesłanych przez nie programów zakwalifikowano tylko nieco ponad połowę, bo zaledwie 144 szkoły. To był wyraźny sygnał środowiska nauczycielskiego – nie chcemy tak kształcić uczniów, by nie były im potrzebne korepetycje. Komu są one potrzebne? I uczniom, i nauczycielom. Ci ostatni mogli i nadal mogą w tzw. szarej strefie dorabiać do swoich pensji, wcale już nie takich małych.

Zjawisko jest trudno mierzalne, gdyż większość uczniów korzysta z tzw. doraźnej pomocy rodzinnych korepetytorów lub osób z kręgu znajomych dla ich rodziny, nie płacąc za to lub wyrażając swoją wdzięczność w inny sposób. To jednak nie jest jakaś lepsza, bardziej szlachetna forma korepetycji, gdyż i w pierwszym, i w drugim przypadku odsłania nieefektywność polskiej szkoły publicznej.

Znakomite badania prof. Zbigniewa Kwiecińskiego dotyczące poczucia przydatności lekcji dla osobistego rozwoju uczniów pokazały, że uczęszczanie do szkoły jest z tego punktu widzenia złudzeniem. Na sto jednostek lekcyjnych z różnych przedmiotów średni czas pożyteczny dla rozwoju uczniów (kształcący, poszerzający, porządkujący wiedzę, rozwijający) z 45-minutowej lekcji wyniósł tylko 5,5 minuty (12,2 proc. całego czasu). Czas obojętny dla rozwoju ucznia, ale nieszkodliwy oraz czas szkodliwy, toksyczny dla jego rozwoju, to łącznie 87,8 proc. czasu wszystkich 100 jednostek.

To oznacza, że dzieci są uczone pozorowania, bo przecież jeśli będą miały zaległości, to i tak ktoś je uzupełni. Kto? Albo sam uczeń, albo jego rodzice, albo korepetytorzy, albo organizacje pozarządowe (np. harcerstwo) czy parafie (bezpłatna pomoc dla najsłabszych). W moim przekonaniu powodem tego stanu rzeczy jest ustawowe trwanie przy systemie klasowo-lekcyjnym, który był dobry na przełomie XIX i w całym XX w., ale już zupełnie jest nieadekwatny do przyspieszenia rozwoju i nowych technologii uczenia się oraz dostępu do źródeł wiedzy w XXI w. Nie winię nauczycieli, ale MEN, który utrzymuje archaiczny i patogenny system kształcenia.

Problem korepetycji ma rzecz jasna co najmniej dwa wymiary etyczne.

Po pierwsze, po co uczniowie uczęszczają do szkoły publicznej, skoro ta nie jest w stanie przygotować ich do dalszej edukacji czy pracy zawodowej, a zatem muszą niejako na koszt swoich rodziców uzupełniać tę edukację. Stawia to pod znakiem zapytania etos zawodu nauczyciela i uwarunkowania strukturalne pracy nauczyciela np. obciążenia dydaktyczne (niskie pensum nauczycieli – 18 godz. powoduje, że nauczyciele nie mogą, gdyż nie muszą zajmować się pełnym kształceniem swoich uczniów).

Po drugie, udzielanie korepetycji przez nauczycieli własnym uczniom, którym wcześniej przekazali informację, że w szkole mogą oni co najwyżej uzyskać pomoc do zdania matury na poziomie podstawowym. Na poziomie rozszerzonym, który jest traktowany jako ekskluzywny, powiada się – to nie nasz problem.

Chcesz studiować za darmo, chcesz mieć sukces szkolny - to płać za korki. Oto dewiza - nie tylko polskiej - szkoły publicznej.

13 komentarzy:

  1. Jeszcze nie tak dawno bronil Pan Profesor pensum nauczycieli. Coś się zmieniło?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego autor koncentruje się na korepetycjach udzielanych przez n-li własnym uczniom? W moim przekonaniu jest to zjawisko marginesowe, gdyż n-le powinni dysponować odrobiną instynktu samozachowawczego.
    Jako nauczyciel licealny od lat udzielam korepetycji z matematyki studentom Politechniki Łódzkiej, głównie z analizy matematycznej. I - moim zdaniem - jest to komentarz do jakości zajęć prowadzonych przez pracowników tejże uczelni, nb. moich młodszych kolegów ze studiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koncentruję się na korepetycjach udzielanych uczniom szkół publicznych, ponoć bezpłatnych a obowiązkowych. To, że studiujący mają jakieś braki, to jest już ich prywatny problem. Niech biorą korepetycje i niech płacą za swoją niewiedzę. Niektórzy nauczyciele akademiccy nie mają talentu dydaktycznego i mieć go nie muszą, bo rozliczani są ze swojej pracy naukowo-badawczej, a nie dydaktycznej. Mogą zatem beznadziejnie kształcić, a nawet pozorować ten proces, by dorabiać sobie po godzinach na korepetycjach dla studentów, co w tym tylko kontekście jest równie nieetyczne.

      Usuń
    2. Czy ma Pan na myśli korepetycje udzielane uczniom szkół ponadgimnazjalnych przez pracowników wyższych uczelni? Odbywa się to pod przykryciem tzw. kursów przedmaturalnych. Zauważę, że daje to preferencje (oczywiście nieformalne) w procesie rekrutacji. Przepraszam, że dopytuję, ale chciałbym się zorientować, który segment tego problemu wzbudza Pańskie niezadowolenie. Bo rozumiem, że korepetycje dla studentów już nie.

      Usuń
    3. Korepetycje były, są i będą na całym świecie, nie tylko w krajach "postkomunistycznych". W Polsce są masowym zjawiskiem w takich drogich i modnych szkołach jak Szkoła Amerykańska w Konstancinie(W-wa, ta "przy ambasadzie USA) - czesne ponad 20 tys.$(!!!) rocznie, czy promowane przez Gazetę Wyborczą kompleks Bednarska/Raszyńska albo II SLO w W-wie.

      Usuń
  3. Dalej bronię pensum ale pod warunkiem zniesienia centralizmu dydaktycznego z XIXw. w postaci systemu klasowo lekcyjnego. Piszę o tym od lat, także w blogu. W systemie nakazowym to nic już nie służy jakości i elastyczności kształcenia. Edukacja jest gł.czynnikiem hamowania rozwoju uczniów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Profesorze, jestem bardzo ciekaw cytowanych badań prof. Kwiecińskiego. Czy mógłby Pan podać tytuł publikacji?

    Przepraszam również - to być może niestosowne używać w takim celu Pańskiego bloga, ale bardzo liczyłbym na Pański udział w przedsięwzięciu:
    http://osswiata.pl/kasprzak/2012/10/24/podpisy-pod-listem-do-kongresu-obywatelskiego/

    Paweł Kasprzak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z. Kwieciński, Sioocjopatologia edukacji, Warszawa: IBE 1992
      artykuł w tej rozprawie nosi tytuł:
      Praca w szkole jako złudzenie.

      Do dizisaj nic się nie zmieniło w tej kwesti. Tekst jest b.aktualny.
      Niestety. nie wezmę udziału w tegorocznym Kongresie Obywatelskim. Uczestniczyłem w ub. roku i widzę, że jest to niewiele znaczące dla koniecznych przemian w III RP wydarzenie. Program tegoroczny jest tego także dowodem. Wolę wykonywać swoje zadania naukowow-badawcze, a jak ktoś chce korzystac z ich wyników, to ma taką możliwość.

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję. Co do listu - szkoda. Liczyłem na Pański akces, skoro tekst aktualny.

      Usuń
    3. Panie Profesorze,

      Głupio sugerować cokolwiek akademikowi, jednak wydaje mi się, że tę jedną rzecz zasugerować być może nie tylko wypada, ale też może to być potrzebne. Jest mniej więcej jasne – wydaje mi się – że czym innym są prace naukowe i wystąpienia na konferencjach naukowych, a czym innym obecność takich treści w społecznym obiegu. Edukacja i jej jakość w Polsce dotyczy wszystkich obywateli w niezwykle ostry sposób, dotykając bardzo wrażliwych sfer. Stan społecznej świadomości w tej materii – na ile da się go ocenić na podstawie rozmaitych anegdotycznych przygód, jak choćby kłopoty prof. Kłakówny z jej podręcznikami nie tylko w MEN, ale również wśród rodziców oburzonych promocją homoseksualizmu itd. – takie rzeczy pozwalają sądzić, że na otwartą szkołę, czy wręcz na cokolwiek innego niż tylko matura jako cel edukacji, najzwyczajniej nie ma popytu wśród rodziców. Kilka innych powodów by się znalazło, ale ten wydaje mi się najważniejszy – edukacyjna debata nie może toczyć się w naukowej niszy. Ona musi być publiczna.

      Usuń
    4. Kiedy nasze spory mają charakter publiczny. Publikujemy felietony, artykuły, wydajemy książki, spotykamy się na konferencjach, które nie są tajne, cenzurowane. Media nie są zainteresowane budowanie pozytywnej sceny publicznej debaty na temat szkoły, bo im bardziej jest w niej źle, im większe błedy popełniają kolejni ministrowie edukacji, ty
      m dla nich lepiej. Na tym dobrze się zarabia.
      Co gorsza, władze MEN traktują każdą krytykę jak atak personalny lub na urząd, w wyniku czego wpisują się w najgorsze wzory władztwa, którego ponoć miało już nie być w III RP. Tymczasem ma się świetnie.

      Usuń
  5. Korepetycje to często wymysł rodziców. Szczególnie w gimnazjach, młodzież nie ma motywacji do nauki. W tym czasie liczy się przede wszystkim zaistnienie w grupie rówieśniczej.
    Młodzież już wie, że to nauczycielom i rodzicom zależy, więc niech się martwią. Do tego dochodzi brak perspektyw.
    Niezbyt podoba mi się "płaskie" podejście do tego tematu, jest chyba bardziej skomplikowany niż sugeruje autor.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja właśnie udzielam takich "rodzinnych", doraźnych korepetycji-konsultacji. Nie przepadam za tą robotą. Każdy z moich uczniów jest inny. Łączy ich wszystkich jedno: na moje propozycje typy "objaśnię ci to", "wyjaśnię skąd to się bierze", "pokażę inny sposób", itp. reagują identycznie: "nie, nie - nie trzeba", "kiedy indziej, teraz róbmy następne", "weź przestań", itp.

    OdpowiedzUsuń