czwartek, 24 listopada 2011

Z czego (nie-)korzystają wyższe szkoły prywatne?


We wczorajszym wydaniu Rzeczpospolitej ukazał się artykuł Grażyny Zawadki i Renaty Czeladko pt. Na uczelniach publicznych studenci dzienni utrzymują zaocznych? Zastanawiam się, czy dziennikarze nie mają już o czym pisać, nie rozumieją specyfiki kształcenia akademickiego czy może na siłę szukają sensacji lub osobiście lobbują w czyichś interesach?

Puszczenie w obieg domniemania jakoby szkoły publiczne korzystały z dotacji z budżetu, by zaniżać czesne na studiach niestacjonarnych ma chyba na celu wprowadzenie w błąd polskiego społeczeństwa, by załatwić prywatnemu lobby wsparcie finansowe, na które wyższe szkoły prywatne w swojej większości absolutnie nie zasługują. Jeśli poddadzą się tak jak wszystkie uczelnie publiczne obowiązkowej parametryzacji, a więc ocenie ich rzeczywistego wkładu w rozwój nauki, to nie będę miał zastrzeżeń, by wspomagać je dotacjami z budżetu państwa. Nie może jednak być tak, że ponad 90% wyższych szkół prywatnych będzie zabiegać o te dotacje tylko dlatego, że kształcą studentów.

Otóż dziennikarze doskonale wiedzą, że uczelnie publiczne nie tylko kształcą studentów, a tu nie ma znaczenia, w jakim trybie - stacjonarnym czy niestacjonarnym – ale także prowadzą badania naukowe i dbają o rozwój młodych oraz doświadczonych kadr naukowo-badawczych. Tego nie czyni zdecydowana większość tzw. wsp, traktując swoje biznes-szkółki jako tworzenie dla założycieli ich prywatnego kapitału z pominięciem lub pozorowaniem co najwyżej inwestowania w rozwój nauki i kadr naukowych.

Stwierdzenie zatem dziennikarzy, że: niektóre uczelnie publiczne mogą wykorzystywać dotacje z budżetu państwa na studentów dziennych, by pokryć koszty prowadzenia studiów zaocznych i wieczorowych, a dzięki temu mogą zaniżać czesne i w ten sposób przyciągać chętnych” jest więcej niż chybione, gdyż wynika z fałszywej przesłanki, a mianowicie, takiej, że uczelnie publiczne mają za zadanie jedynie kształcenie studentów. Nakręcanie spirali konfliktów społecznych przez niedouczonych żurnalistów tylko po to, by cokolwiek opublikować i mieć z tego tytułu honorarium za wierszówkę, jest dowodem na zanik profesjonalizmu.

Bezrefleksyjne przyjmowanie podejrzeń zgłaszanych przez uczelnie niepubliczne, które jakoby alarmowały Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, że nie mogą przez to w narastającym niżu demograficznym konkurować o płatnych studentów z uczelniami publicznymi, jest udawaniem, że funkcje tych lobbystów tożsame są z funkcjami i zadaniami uczelni publicznych. Tymczasem nie są one tożsame, bo takimi być nie muszą. Szkoły prywatne w pierwszej kolejności uzyskały uprawnienia do kształcenia zawodowego studentów na studiach I stopnia. Jeśli rozwinęły się w kierunku zatrudnienia pierwszoetatowej kadry akademickiej, prowadzą badania naukowe dla potrzeb studiów II stopnia, to mogą kształcić na studiach magisterskich, uzupełniających. Nadal jednak nie są to uczelnie akademickie, jakimi są wszystkie w naszym kraju akademie i uniwersytety czy politechniki.

A zatem hola, hola! Jeśli lobbujący prywaciarze żądają od Najwyższej Izby Kontroli zbadania, na co publiczne szkoły wyższe wydają państwowe dotacje, to niech zgodzą się także na to, by NIK skontrolowała, na co wydatkują pieniądze właściciele szkół prywatnych, niech ten organ, zbada majątki założycieli, tworzone przez nich spółki, pseudoinstytuty, pseudowydawnictwa, przerosty zatrudnienia kolesiowskiego, rodzinkowego (głównie w administracji i kadrach technicznych) itd., które nie mają nic wspólnego z troską o jakość edukacji wyższej.

Bardzo dobrze, że minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. Barbara Kudrycka (…) przyznaje, że dotychczasowe przepisy ustawy prawo o szkolnictwie wyższym nie były precyzyjne i „mogło to prowadzić do niewłaściwego wykorzystania środków publicznych". Dlatego szefowa resortu nauki przepisy zmieniła i od stycznia 2013 r. uczelnie będą musiały wykazać, na co wydają dotacje.”

Mam nadzieję, że tego typu analizy posłużą dostrzeżeniu, jak drastycznie uczelnie publiczne są niedofinansowane, a muszą pełnić funkcje publiczne - naukowe, kulturowe i dydaktyczne w odróżnieniu od wyższych szkół prywatnych, które wszystkich z w/w realizować wcale nie muszą, i jak się okazuje w życiu - nie realizują.


http://www.rp.pl/artykul/19,758786-Studenci-dzienni-w-uczelniach-publicznych-utrzymuja-zaocznych.html




3 komentarze:

  1. Słowa Pana Profesora powoli zaczynają się mieć swoje odbicie w praktyce edukacyjnej na poziomie opisywanych wielokrotnie przedsięwzięć biznesowych.
    Proszę zerknąć w poniższy artykuł:
    http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10712882,Wyzsza_szkola_z_problemami__Wlascicielka_w_Bangladeszu_.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Władze samorządowe jednego z wilekich ośrodków akademickich w Polsce wymawiają dzierżawę budynku jednej z wyższych szkóół prywatnych, słusznie stwierdzając, że czas najwyższy nie sponsorować prywatnych inwestycji, które źle służą edukacji, niewiele mają wspólnego z akademicką kulturą. Tak więc możemy spodziewać się, że wzrośnie zainteresowanie Bangladeszem.

    Jacek

    OdpowiedzUsuń
  3. Pracujący w łódzkiej wyższej szkole prywatnej Dariusz Chętkowski nie po raz pierwszy pisze w swoim blogu o tym, jak marna jest tam kadra i jeszcze gorsi studenci:
    " Z wykładowcami akademickimi narzekam, że studenci wyjątkowo marni, nie tylko nic nie wiedzą, ale też kultury nie mają, zachować się na wykładach nie potrafią, bydło jak z zawodówki, co dziesiąty nadaje się do studiowania, a reszta do zamiatania ulic. Ze studentami narzekam, że wykładowcy z uczonymi mają niewiele wspólnego, w najlepszym wypadku to przeciętniacy, którzy nie wiadomo dlaczego zostali na uczelni, programy studiów zaś są przestarzałe, przez omszałych idiotów wymyślone, studentom natomiast do niczego niepotrzebne. Po skończeniu uczelni człowiek nic nie potrafi, tak samo zresztą jak po liceum czy gimnazjum."
    Czy w czasie zajęć tego blogera też niczego się nie nauczyli?
    http://chetkowski.blog.polityka.pl/2011/11/28/narzekac-czy-bic-sie-w-piersi/#comments

    MC

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.