piątek, 11 listopada 2011

Jak nieprofesjonalnie organizuje się w Łodzi koncert najbardziej zmysłowej piosenkarki na świecie?














W dniu dzisiejszym ma się odbyć koncert najbardziej zmysłowej piosenkarki i gwiazdy pop, soul i jazzu wzbogaconego elementami latynoskimi i muzyki reggae - Sade. Powinien rozpocząć się o 19.00 w hali Atlas-Arena w Łodzi. Organizatorzy zapowiadali, że można będzie wejść na teren hali koncertowej już od 18.00. Za dobrze znam jednak sposób organizowania w tym mieście masowych imprez, by uwierzyć, że zostanie ona przygotowana zgodnie z światowymi standardami. Tu nie było żadnych standardów. Poziom organizacji woła o pomstę do Nieba.

Nie przyjechałem na 18.00. Całe szczęście, bo jeszcze o 18.45 tysiące ludzi kłębiło się w tłumie na zewnątrz hali, gdyż Organizatorzy postanowili sprawdzić poziom determinacji klientów, a więc tych, którym zachciało się przyjść na koncert.

Co za bezczelny naród? Ci za ludziska? Kupili bilety i myślą, że zostaną wpuszczeni do śridka hali zgodnue z wyznaczonym terminem? A niech w temperaturze O st. czekają na zimnie, na zewnątrz, to może im się odechce. Sposób potraktowania ludzi, zmuszający ich do czekania w nieskończoność, bez jakiejkolwiek informacji, słowa "przepraszamy" świadczy o tym, że Gospodarze nie zdali egzaminu. Skompromitowali miasto, instytucję i potwierdzili, że nie zasługują na miano wiarygodnych. Tłum z minuty na minutę falował narastającą agresją. Co jakiś czas wznoszono okrzyki: "Chcemy wejść", "Jest nam zimno", "Informacja!!!".

Wreszcie, po 90 minutach trzymania ludzi na zimnie, łaskawie otworzono bramki wejściowe. Dobrze, że nie byłem z dziećmi, bo by zostały zgniecione przez napierających, zziębniętych i wściekłych z tyłu tysięcy osób.

Jest 20.30, a koncertu nie ma. Do toalet kłębią się kolejki. Najgorzej jest w damskich, toteż niektóre z bardziej zdesperowanych pań, nie oglądając się na stojących przy pisuarach mężczyzn, wskakują do wolnych kabin, by załatwić swoje potrzeby. Spotykają się ze zrozumieniem. W końcu wszyscy marzli jednakowo, a oczek w WC dla pań jest za mało. Uffff. . .

Może pseudoorganizatorom chodziło o to, by punkty gastronomiczne, oferujące gorące napoje, mogły zbić na tym interes? Całkiem możliwe.

Godz. 20.35 - powoli wypełniają się sektory z widzami. Ktoś, nie przedstawiając się, przeprasza publiczność, że z powodu "niedogodności technicznych" (???)koncert będzie opóźniony, ale mamy się cieszyć, bo w ogóle się odbędzie.

Przypomniały mi się zapowiedzi prasowe, że łódzki koncert ma być pierwszym występem Sade przed polską publicznością. "W Stanach trzeba było czekać 10 lat na jej ponowne pojawienie się na scenie, a w rodzimej Wielkiej Brytanii do lipca tego roku nie koncertowała od 18 lat. Cała mamucia trasa rozpoczęła się pod koniec kwietnia tego roku występem w Nicei - aż 14 miesięcy po premierze promowanego albumu, jedna z wielu niespotykanych rzeczy w karierze grupy." I rzeczywiście. Nie mogliśmy być rozczarowani.

To był piękny koncert, znakomicie wyreżyserowane widowisko artystyczne. "Dyrektorem kreatywnym, czyli po naszemu: głównym twórcą widowiska -jest słynna reżyserka teledysków Sophie Muller, prywatnie – przyjaciółka Sade jeszcze z czasów, gdy wspólnie uczyły się projektowania mody. Oprawę świetlną zajął się Baz Haplin, jedna z największych gwiazd w branży pracujący ze wszystkimi od Josha Grobana i Jay-Z po Joe Satrianiego czy Linkin Park. Obraz doskonale pasuje do muzyki – wszystko jest eleganckie, zdawałoby się, że proste, dopiero po czasie zdajemy sobie sprawę choćby z tego jak skomplikowany system zapadni ma scena. Innym razem kosmiczny efekt wywoływany jest prostymi sposobami: film wyświetlany na olbrzymim LED-owym ekranie z tyłu, potem zespół i inny film wyświetlany na półprzezroczystą kotarę oddzielającą widzów od sceny – w ten sposób powstaje piękny efekt trójwymiarowej przestrzeni." (http://muzyka.onet.pl/publikacje/najbardziej-zmyslowa-wokalistka-swiata,1,4903477,wiadomosc.html)

Warto było przyjść na koncert, zobaczyć i posłuchać Sade z jej znakomitym zespołem, któremu osobiście podziękowała, przybliżając każdego muzyka w kilku zdaniach i każdemu kłaniając się z niebywałą elegancją, co zresztą zostało jej odwzajemnione.

6 komentarzy:

  1. Sade ma piękny głos, ciekawie się jej słucha. Moi znajomi mają dom nieopodal nowego stadionu we Wrocławiu. U nich z kolei jest tak, że jak jest koncert, ostatnio był to George Michael, słuchali go w swoim ogrodzie na krzesłach, pijąc herbatę. Jakość ponoć była zachwycająca.
    I tak sobie pomyślałem, kraj mamy jaki mamy. Niemniej, gdyby tak Pink Floyd, Leonard Cohen chcieli dać koncert w Polsce, gdziekolwiek, pewnie bym pojechał i psiocząc odstał swoje, by potem z czerwonymi uszami podskakiwać i czekać na wolną toaletę.....

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś w Pradze takiego "dziadostwa organizacyjnego" nie było. Wszystko może się wydarzyć. Wystarczyło jednak poinformować, poinformować i raz jeszcze poinformować oczekujących (a niektórzy przyszli już o 17.00), że są jakieś problemy techniczne i jakiś ważniak podjął decvyzję o przesunięciu koncertu o godzinę.
    Tymczasem dzisiaj prasa podaje dwie informacje, z których jedna wydaje się najbardziej dla mnie przekonująca, a mianowicie, że na koncert nagle przyjechał premier Donald Tusk. Po koncercie odleciał rządowym Jak-iem do Gdańska. Druga wersja, pewnie dla ciemnego ludu, że opóźnił się transport sprzętu piosenkarki. Eeeee. Nikt nie widział żadnej kawalkady ciężarówek ze sprzętem o tej porze, ktora na sygnale (bo przecież wiedzieli, że będzie Premier) miałaby dojechac w ostatniej chwili. Śmieszne i żałosne zarazem. Prawdopodobnie zatem to przyjazd Premiera spowodował konieczność sprawdzenia przez służby, czy aby nie ma jakiegoś zagrożenia. Nie wiedzieli, że przyjedzie? Czy władza ,ot tak sobie wpada na koncert i nie musi przejmować się ludem, bo jej służby nie zdążyły sprawdzić terenu?
    Nie ma znaczenia powód tego opóźnienia. Istotne w profesjonbalnie organizowanych koncertach jest INFORMOWANIE KLIENTÓW, ale tych trzeba szanować. Tym bardziej, gdy żaden z nich nie jest premierem czy posłem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko absolutna racja. Takie rzeczy tylko w Łodzi, przykro mi ale taka prawda. Robi sie z ludzmi co chce bo wiadomo powszechnie że nikt się nie zbuntuje. Klient kasę wydał więc już koniec, pomarudzi pokrzyczy zaklnie pod nosem to wszystko. Po co więc sie starać, troszczyć i zabiegać, już po fakcie. Przepraszam, to magiczne słowo, przez usta trudno przechodzi. Wypowiedzieć je to jakby duszę sprzedać. Daleko nam do Europy, gdzie tam Czechy i inne narody, a Łódź w szczególnośći ma specyficzną mentalność.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pewnie.. Łódź to, Łódź tamto... Ja byłam na niejednym koncercie w Łodzi i wszystko, organizacyjnie też, było na zadowalającym poziomie. Tutaj, z tego co doczytałam, zawiódł transport sprzętu z Moskwy.... jasne... szkoda, że trzymali ludzi na zewnątrz, ale jakbyście weszli, to i tak byłoby narzekanie, że jeszcze nie ma koncertu....

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowa nie stała, nie czekała, więc może pogderać na tych, co doświadczyli czegoś zupełnie innego. Nie rozumie, o czym pisze profesor. No cóż. Chyba chodiz na koncerty hip -hopu.

    Jola

    OdpowiedzUsuń
  6. Belfer pisze:"Niemniej, gdyby tak Pink Floyd, Leonard Cohen chcieli dać koncert w Polsce, gdziekolwiek, pewnie bym pojechał i psiocząc odstał swoje, by potem z czerwonymi uszami podskakiwać i czekać na wolną toaletę..... " - myślę, że nie musiałby Pan odstawać swojego, bo oprócz gwarancji, że poziom koncertu Leonarda Cohena wart jest wydania sporych pieniędzy, to sposób traktowania publiczności jest równie elegancki i mógłby się uczyć tego niejeden artysta. Przypuszczam, że podpisując umowę z organizatorem każdy artysta ma możliwość zastrzec sobie takie warunki, by nie ucierpiał na tym zarówno jego wizerunek, jak i poziom koncertu. Byłam na koncercie w Torwarze i nie dość, że fantastyczna uczta muzyczna przez ponad 2 godziny, to organizacyjnie niemal perfekcyjnie dopięte na ostatni "guzik". Słowa podane przez głośniki (mniej więcej): "Szanowni Państwo, prosimy zajmować miejsca. Artysta pragnie rozpocząć koncert punktualnie." - dodam, że rozpoczął!!! - długo będą pozytywnie mi dźwięczeć w uszach. Po tak miłym doświadczeniu jakże się rozczarowałam 3 miesiące później koncertem (poziomem artystycznym i organizacyjnym) w tym samym miejscu J.M.Jarre'a - jednego z moich muzycznych ulubieńców z czasów szkolnych.
    Opisywana przez Pana Profesora sytuacja wg mnie świadczy o lekceważeniu przez organizatorów tych, którzy zapłacili (przypuszczam, że niemałe kwoty) za bilety i nie należą do grupy, która zachowuje się jak buldożer (dla których wynajmuje się kordony policji i straży miejskiej) i próbuje w cywilizowany sposób skorzystać z dóbr kultury. Mogę się tylko domyślać, że Sade nie miała na to wpływu i przypuszczalnie też była mocno niezadowolona. Nie potrafię zrozumieć tylko, dlaczego tak trudno było zdobyć się na słowo wyjaśnienia, przeprosin, czyli na odruch szacunku dla drugiej strony. A może ja nie z tej bajki ... ? Co trzeba zrobić, by to zmienić? Specjalne lekcje dla firm organizujących koncerty? Tylko, czy to coś zmieni??

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.