środa, 2 marca 2011

Zarządzanie prywatną szkołą (także wyższą) oraz kształceniem w niej przez budowanie i niszczenie więzi


Warto, jak sądzę podyskutować o tym, co takiego wydarzyło się w polskim szkolnictwie prywatnym, i to nie ma znaczenia, czy dotyczy to szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego, ponadgimnazjalnego czy wyższego, że coraz częściej wstrząsają nim kryzysy i skandale?? Co sprawia, że tylko nieliczne z prowadzonych placówek wpisują się w najwyższe standardy nie tylko kształcenia, ale i budowania kultury organizacyjnej i pedagogicznej?

Jak to jest możliwe, że od ponad dwudziestu lat wstrząsają nami kolejne skandale właśnie w tym sektorze edukacji? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Tylko nieliczni właściciele – założyciele tych placówek oświatowych i akademickich czynią edukację i naukę swoim priorytetem, wyróżnikiem jakości, by była ona rozpoznawalna nie dlatego, że jest w niej tanio, łatwo i przyjemnie, że można niejako „kupić” sobie dyplom, załatwić zaliczenie, egzamin, sprawdzian, ale że jest to instytucja, w której dla dobra jej uczniów/studentów stawia się jej kadrze, przede wszystkim nauczycielskiej, ale także tej zarządzającej i administrującej - najwyższe wymagania i oferuje najlepsze warunki pracy, aktywności.

Cóż można powiedzieć o szkole, w której uczeń klasy maturalnej uprawia w czasie „zielonej szkoły” seks ze swoim nauczycielem, a potem go szantażuje, by ten załatwił mu zaliczenia także z innych przedmiotów (i załatwił)? Czy to jest szkoła? Czy to jest nauczyciel? A cóż to za szkoła wyższa, skoro jedyną przyjemnością, jaką czerpią niektórzy studenci z posiadania indeksu i bycia w tym środowisku jest to, że korzystają z ulg, ubezpieczeń i "dają ciała", także nauczycielom akademickim? Nauczycielom? Szkoły wyższe seksualnego sponsoringu? To już dochodzi do tego, że diagnozujący te zjawiska socjolodzy i psycholodzy, a prym wiodą tu badania Jacka Kurzępy, Marty Godzwon, Katarzyny Charkowskiej czy Renaty Gardian (wszystkie publikacje wydane w Impulsie w Krakowie)zaczynają instytucje edukacji określać mianem wyższych szkół prostytucji?

Czy to jest ten kierunek dynamicznego rozwoju polskiej edukacji, który oba resorty zamierzają "wspierać" za wszelką cenę, by podwyższać wskaźniki skolaryzacji i wykształcenia Polaków, bez wnikania w istotę rzeczywiście toczących się w nich procesów i zagrożeń?

Potrzeba przynależności jest instynktowana, tak samo jak potrzeba odrębności. Nic dziwnego, że niektórzy właściciele pseudooświatowego i psuedoakademickiego biznesu wykorzystują je jako narzędzie do manipulacji, które może działać zarówno pozytywnie, jak i negatywnie, dawać dobre, jak i złe rezultaty. Pozytywne i dobre mają służyć manipulatorowi, złe i negatywne zaś będą doświadczane przez tych, którzy jemu się nie podporządkują, nie zaczną grać z nim w te same „fałszywe” karty.

Oto dyrektor-właściciel prywatnej szkoły zatrudnia nauczyciela, obiecuje mu godną płacę, ale zapowiada, że zanim podpisze z nim umowę, musi on przejść okres próbny, musi go sprawdzić. Tan ufa, bo mu nawet do głowy nie przyjdzie, że może być inaczej, skoro po miesiącu pracy otrzymuje przelew pensji lub jaką jego część. Umowa jednak nie jest podpisana, albo tak zostaje sformułowana, by nauczyciel nie zorientował się, że w gruncie rzeczy zabezpieczony jest nie on, ale pracodawca. Poddawany ciągłym zmianom reguł gry wypala się, traci zaufanie i odchodzi, a pracodawcy jest w to graj, bo przez kilka miesięcy opchnął pseudoedukację nauczycielem tanim kosztem. Nauczycielowi nawet nie chce się iść do sądu pracy, bo nawet nie wie, że warto, albo mu się po prostu nie chce.

Nic dziwnego, że w tej prywatnej szkole nauczyciele zmieniają się jak rękawiczki. Kiedy kolejny, nowy nauczyciel przedstawia się swoim uczniom po raz pierwszy mówiąc, czego będzie ich uczył, ci patrzą na niego z politowaniem i mówią – „pani i tak przecież tu długo nie popracuje”. Czy kuratorium oświaty sprawuje nad tymi placówkami nadzór? Bzdura! W papierach wszystko się zgadza.

Moja koleżanka, zatrudniona w jednej z prywatnych szkół wyższych wspomina, jak zabiegający o jej względy właściciel uczelni przyjeżdżał do niej z kwiatami i czekoladkami, jak zapraszał ją na kolacje i sute obiady, jak zabezpieczał taksówki czy transport służbowy, a nawet mamił zakupieniem dla niej mieszkania, byle tylko dała się związać. Dała. Kiedy jednak zaczęła stawiać wymagania związane z przestrzeganiem w tej szkole reguł akademickiej przyzwoitości, kiedy zabierała głos w sprawach merytorycznych, zobowiązujących władze szkoły do przestrzegania prawa, tworzenia studentom właściwych warunków studiowania, skończyły się obiadki, kolacyjki, do szkoły musi dojeżdżać wynajmowaną przez siebie taksówką i niech się cieszy, że jeszcze ma na koncie płacę, bo i ta może ulegać terminowym przesunięciom, czy nawet brakom. Pełniąc w tej szkole funkcję kierowniczą, musi udawać, ze nie wie, nie słyszała, nie rozumie, skoro i tak na nic nie ma wpływu. Jeszcze jest potrzebna do minimum kadrowego, jeszcze ktoś musi podpisywać dokumenty, indeksy czy dzienniczki praktyk, ale zawsze można znaleźć gorszego, który za niższą płacę przy braku wiedzy o mających tu miejsce manipulacjach, zgodzi się wejść na jej miejsce. I wejdzie. Bo biznes musi się opłacać, nie jej, ale pracodawcy. A ona już teraz myśli o tym, jak wyegzekwować w sądzie pracy niewypłacone jej dodatki funkcyjne, obiecany ryczałt za korzystanie z samochodu prywatnego czy dodatki z tytułu opieki nad wypromowanymi magistrami. Już zatrudniła się na wszelki wypadek w innej niepublicznej szkole wyższej, bo przecież ma świadomość, że z tej nie da się wycisnąć ani należnej jej kasy, ani standardów kształcenia, co najwyżej dalej można tracić twarz wpisując się w jej wizerunek.

Pracodawcy tych pseudoszkół uczą się na specjalnie organizowanych dla nich szkoleniach (bo pseudobiznes jest okazją dla innego pseudobiznesu), jak budować i niszczyć więzi w sposób skoordynowany, by manipulować i (wy-)zyskiwać innych. Gregory Hartley i Maryann Karinch piszą:
Oto przegląd sposobów manipulowania budowaniem i niszczeniem więzi:
- Przywiązanie danej osoby do ciebie
- przywiąznie danej osoby do grupy.
- zniszczenie jej więzi z tobą, ale przywiązanie jej do grupy.
- zniszczenie jej więzi z grupą, a przywiązanie jej do ciebie.
-zniszczenie więzi zarówno z tobą, jak i z grupą.

Tak wzmacnia się patologiczny system zarządzania niektórymi prywatnymi szkołami. Etyk - Jacek Filek słusznie stwierdza: Tymczasem nie to jest straszne, że złodziej kradnie, tylko to, że tak zwany „porządny” stanowi jego obstawę. Próbuję zrozumieć lekcję. Pracuję w szkolnictwie wyższym. Czy sprzyjam złu? Czy mam coś wspólnego z owymi aferami? On nie. A inni? A ilu? A gdzie?

(G. Hartley, M. Karinch, Podręcznik manipulacji, Warszawa 2011, s. 175; J. Filek, Życie, Etyka. Inni, Kraków 2010, s. 67)

2 komentarze:

  1. Szanowny Panie Profesorze!

    Z pracą w prywatnym szkolnictwie wyższym mam małe doświadczenia - zaledwie parę umów, zasadniczo okazjonalnych. Tak były one pomyślane i uzgodnione, więc wolny jestem od wysuwania oskarżeń. I stwierdzam, że chyba miałem nadstandardowo dobre doświadczenia, biorąc pod uwagę to, o czym się słyszy.

    Dla mnie szokiem była zasłyszana historia od wykładowcy pewnej szkoły wyższej. Kolega był wtedy magistrem, zastępującym innego pracownika uczelni, przy okazji egzaminowania, a właściwie wpisywania ocen do indeksów, z ewentualnym dopytaniem, jeśli były wątpliwości po egzaminie pisemnym. W większości przypadków było normalnie - jak na zwykłej uczelni. Trafiła się jedna "agentka", która zaczęła się awanturować po usłyszeniu, że z egzaminu pisemnego dostała czwórkę. Butnym tonem oświadczyła: "Ja mam stypendium, ja muszę mieć stypendium, ja jestem prymuską." Kolega był zszokowany. Zaproponował studentce przepytanie, aby mogła wykazać, że rzeczywiście jest bardzo dobrą studentką. Studentka powtórzyła swą "mantrę" - o wiele głośniej, niemalże krzycząc. Po ochłonięciu z szoku, kolega pokazał jej drzwi i powiedział, żeby wyszła na zewnątrz - w oryginale to było wyrażenie podobne do czeskiego zwrotu, wskazującego wyjście. Zapanowała taka dyscyplina. Właściwie wszyscy przyjmowali oceny z egzaminu pisemnego i nie chcieli się poprawiać. Nawet "prymuska" - korzystając z czyjegoś pośrednictwa - przekazała indeks, aby znalazła się w nim czwórka.

    Kiedyś byłem pomocniczo w pewnej prywatnej szkole wyższej, gdzie jakiś czas wcześniej miałem niewiele zajęć. I zauważyłem, że niektórzy byli zaskoczeni pilnowaniem przeze mnie spraw regulaminowych. Dało mi to do myślenia. Darowałem - sobie i innym - wypytywanie o szczegóły.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest zupełnie inna sytuacja, kiedy pracuje się w niepublicznej czy publicznej szkole wyższej dorywczo, na zasadzie umowy o dzieło czy zlecenie. W niczym nie ma się dostępu do tego, co się w niej tak w istocie dzieje. Przychodzi się, robi swoje i wychodzi. Ważne jest, by zawarta umowa o pracę była uczciwie realizowana. Natomiast nie ma się żadnego wglądu w realia jej codzienności, a tym samym i świadomości na temat tego, jak ta szkoła rzeczywiście funkcjonuje, ile jest w niej przekrętów, lipy, zaniedbań, jak fatalnie jest zarządzana, na co są wydatkowane pieniądze z czesnego studentów, a w jakich warnukach musi pracować kadra etatowa, jak jest tam traktowana przez pracodawcę - ile w tej placówce jest intryg, plotek, manipulacji, pozoranctwa, cwaniactwa, czemu w rzeczywistości służy.

    Wykładowca na godziny to ten, który musi wykonać pracę, za niezatrudnionych (bo właściciel oszczędza), jak i za część zatrudnionych na etacie cwaniaczków, bo przecież ktoś ich godziny musi wyrobić. Na całe szczęście dla studentów, często osoby tak zatrudniane, bardziej się przejmują i są solidne, niż pracownicy etatowi.

    Kuba

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.