poniedziałek, 19 lipca 2010

Wstydliwa afiliacja twórczości naukowej

Lubię od czasu do czasu zajrzeć do księgarni, żeby zorientować się w tym, jakie ukazały się rozprawy naukowe w ostatnim czasie. Kupuję niektóre tytuły, jeśli są z dziedziny moich zainteresowań badawczych. Zamawianie książek przez Internet, choć jest bardzo wygodne, to jednak nie stwarza możliwości zajrzenia do środka i przekonania się, czy zawartość książki odpowiada tytułowi i w jakiejś mierze także moim oczekiwaniom. Tym razem jednak, sięgając z półki po nowe tytuły z pedagogiki, moją uwagę zwróciło coś zupełnie innego, a mianowicie to, że ukazała się książka profesora, który pracuje razem ze mną w łódzkiej uczelni niepublicznej. Stanowi ona jego podstawowe miejsce pracy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w danych biograficznych jego jako współautora książki, wydanej zresztą przez jeden z polskich uniwersytetów, nie ma ani jednego zdania czy chociażby słowa na temat tego, że pracuje on w łódzkiej, niepublicznej szkole wyższej.

W związku z tym, że w szkole wyższej, która jest podstawowym miejscem pracy dla tego profesora, są prowadzone studia magisterskie, każda publikacja naukowa powinna liczyć się do osiągnięć tak tego profesora (w jego indywidualnym sprawozdaniu z działalności naukowo-badawczej), jak i szkoły wyższej, która powinna wykazać owe rozprawy na potwierdzenie powyższego zaangażowania. Profesor dojeżdża do nas raz lub dwa razy w roku, gdyż mieszka kilkaset kilometrów stąd. Jego trud dydaktyczny jest relatywnie sowicie wynagradzany. Kiedy, pełniąc jeszcze pół roku temu funkcję rektora, zwróciłem się do niego z prośbą o przesłanie wykazu publikacji, jakie wydał z afiliację naszej szkoły, nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Nie miałem zatem co wykazać w jego przypadku. Niby jest profesor, ale jakoby go nie było. Pomyślałem, no cóż. Nie chce mu się, nie ma czasu, nie ma twórczej weny, ot, wystarczy mu samorealizacja w sferze dydaktycznej. Tymczasem okazuje się, że nie, że albo wstydzi się swojej uczelni, albo zatrudnił się w międzyczasie w drugiej, publicznej i tam afiliuje swoje publikacje.

Nie jest to jedyny przypadek. Wielu profesorów i doktorów pedagogiki o znaczących nazwiskach i osiągnięciach naukowych zatrudnia się w niepublicznych szkołach wyższych, ale kiedy wydają swoje książki w renomowanych oficynach, wcale nie zamierzają afiliować własnej twórczości przy tych szkołach. Rektorzy czy właściciele tych szkół składają wnioski o kolejne stopnie awansu danego środowiska czy jednostki naukowo-dydaktycznej, a potem się dziwią, że im recenzenci je odrzucają, gdyż przedłożony przez profesora X czy Y dorobek naukowy nie jest w niej afiliowany. Pecunia non olet, ale afiliacja chyba tak.

4 komentarze:

  1. W tych "dziwnych" czasach to staje się "normą". Nie tylko nie przyznają się do pracy gdzie indziej, ale i występują do np. dwóch uczelni o dofinansowanie "dzieła".
    Niedawno jedna uczelnia państwowa dała pewnej osobie dofinansowanie, a książka ukazała się z adnotacją, że wspomogła druga prywatna..Ależ się zrobił rwetes.
    Albo wówczas, kiedy wie uczelnie państwowe i jedna prywatna myślały, że pracownik u nich jest na etacie.
    A ilu zdolnych pragnie mieć choć jeden etat, aby im ktoś dał szansę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Profesor, który bywa na uczelni raz lub dwa razy do roku? Tak na prawdę to nic dziwnego, że nie czuje się związany w uczelnią.

    Ciekawym pomysłem byłoby wynagradzanie wykładowców ze względu na zainteresowanie i popularność ich zajęć wśród studentów, a nie biorąc pod uwagę tytuły i długość ich podróży na uczelnię. Oczywiście Studenci mieliby możliwość wyboru tego a nie innego wykładowcy. Tych złych wykładowców mogliby karać (bez kar fizycznych). Marzenie.....

    OdpowiedzUsuń
  3. A może zwrócić uwagę na to, że niektórzy profesorowie wykazują w sprawozdaniach publikacje, które nie są afiliowane przy uczelni, a ta owych sprawozdań z ich pracy żąda. Szkoły niepubliczne przywłaszczają sobie dorobek dopiero co zatrudnionych u siebie profesorów, którzy niczego jeszcze w nich nie wytworzyli, ale już pozoruje się ich wielki wkład w badania naukowe tej szkoły. Kiedy skończy się to fałszowanei danych w sprawozdaniach uczelni i na ich stronach internetowych? Nawet minister Kudrycka apeluje do rektorów, by jednak operowali rzetelnymi danymi. To nie jest chore?

    OdpowiedzUsuń
  4. Najlepsi są w szkołach niepublicznych drugoetatowi profesorowie. W nosi emają własny wkład w dorobek naukowy tych szkółek, bo przecież muszą go (jeśli go w ogóle posiadają) wykazywać w uczelniach publicznych. U prywaciarza biorą kasę i markują wielką troskę, a w uczelni publicznej brylują prestiżem, ale są "dziadami". Właściciele szkół prywatnych łudzą się, że drugoetatowcy będą rozwijać ich uczelnię, ale nie biorą pod uwagę tego, że to nie jest w ich interesie. W ich interesie jest brać u prywaciarza kasę, a w uczelni publicznej tworzyć klasę.

    OdpowiedzUsuń