sobota, 17 lipca 2010

Pedagogika jako plac zabaw irracjonalizmów i złudnych nadziei?

Zdaniem austriackiego pedagoga Wolfganga Brezinki: Mnożą się głosy, że pedagogika jest całkowicie nieprzydatna w praktyce wychowawczej i dlatego „zbędna”. Krytykuje się „lekkomyślność”, z jaką „niesprawdzone przypuszczenia prezentowano jako solidną wiedzę”. Twierdzi się, że „historia najnowszej pedagogiki jest historią dogmatów, które się nawzajem zwalczają i jeden zastępuje drugi. (…) Częste zmiany metod pedagogicznych wywołują wrażenie postępu epistemologicznego, lecz w rzeczywistości zmieniają się tylko etykietki.

Nauka o wychowaniu jest skazana, ze względu na swą nadmierną akademizację, na ciągłe dostarczanie nowych „rezultatów badań”. Tymczasem nie da się powiedzieć zbyt wiele nowego na temat sensownego wychowania, gdyż większość […] została już powiedziana. Mamy zbyt wielu twórców, a za mało tematów w pedagogice.

W rozwiązywaniu tego dylematu usiłuje się:

a) wyrażać stare idee za pomocą coraz nowszych zwrotów, albo tworzyć nowe idee, stosując „werbalną przemoc”, lub

b) podejmuje się badania nad błahostkami (czyli zagadnieniami bez znaczenia.
[…]

nauka o wychowaniu jest niezdolna do realistycznej oceny rzeczywistości, tzn. nie potrafi sprawdzić, czy to, co postulowane, jest po ludzku do zrealizowania, choć może się takie wydawać z ekonomicznego punktu widzenia. Nauka o wychowaniu jest placem zabaw irracjonalizmów, które poczęły się w sposób racjonalny.
(W. Brezinka, Wychowanie i pedagogika w dobie przemian kulturowych, Kraków 2005, s. 145-146).

Pedagogika pojawiła się na uniwersytetach jako nauka praktyczna, która adresowana była do przyszłych nauczycieli. W Niemczech pierwsze stanowisko profesora pedagogiki pojawiło się w 1779 r. na Uniwersytecie w Halle, w Austrii w 1805 r. (zamknięto ją zresztą w 5 lat później). Oczekiwano, że wykłady z pedagogiki zwiększą umiejętności wychowawcze tych, którym powierza się kształcenie młodzieży, a dzięki temu wzrośnie powszechny dobrobyt. (tamże, s. 147)

Na potrzebę kształcenia wychowawców i nauczycieli na poziomie wyższym zwrócił uwagę szwajcarski pedagog Jan Henryk Pestalozzi (1746 – 1827), który w jednym ze swoich dzieł w 1826 r. pisał: Dla wszystkich nauk i sztuk powoływane są katedry na uniwersytetach, brak ich jednak dla zagadnień wychowania, choć działalność wychowawcza wymaga najgłębszej znajomości natury ludzkiej i umiejętności postępowania wychowawczego. (źródło: J.H. Pestalozzi, Łabędzi śpiew, przekład, wstęp i opracowanie R. Wroczyńska, R. Wroczyński, Ossolineum, Wrocław 1973, s. 3)

W Polsce musieliśmy jednak czekać na realizację tego przesłania do 1920 roku, kiedy to w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Katedrę Pedagogiki objął prof. Zygmunt Kukulski (kierował nią do 1939 roku). W szeć lat później w 1926 r. Bogdan Nawroczyński powołał na Uniwersytecie Warszawskim pierwszą w tej uczelni Katedrę Pedagogiki, a Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wprowadziło z dniem 2 kwietnia 1926 r. rozporządzenie stanowiące szczegółową regulację prawną studiów uniwersyteckich, na podstawie którego konstruowane były plany studiów edukacyjnych m.in. dla kandydatów na nauczycieli przedmiotów pedagogicznych w seminariach nauczycielskich, czy późniejszych liceach pedagogicznych i pedagogiach. Pedagogika jako kierunek studiów była realizowana w naszym kraju w ramach Studium Pedagogicznego w 1927 r., które było częścią powyższej Katedry na Wydziale Humanistycznym. To właśnie w tej instytucji przygotowywano nauczycieli przedmiotów pedagogicznych do pracy w seminariach nauczycielskich, a po 1932 r. w liceach pedagogicznych. Kształcono także pedagogicznie nauczycieli przedmiotowych do szkół średnich. Były to wówczas studia 4 letnie – kończące się dyplomem mgr filozofii w zakresie pedagogiki. (A. Mońka-Stanikowa, Studia pedagogiczne na Uniwersytecie Warszawskim w okresie 1926-1982, Wydawnictwo „Żak”, Warszawa 1997; B. Bromberek, Studia uniwersyteckie w zakresie nauki o edukacji (zob. w świetle badań empirycznych), Wydział Studiów Edukacyjnych UAM, Wydawnictwo Eruditus s.c., Poznań 1998)


Jak relacjonuje ewolucję pedagogiki jako przedmiotu kształcenia w uniwersytetach niemieckich i austriackich W. Brezinka – nie uważano pedagogiki (jeszcze kilkadziesiąt lat temu) za samodzielną naukę, lecz dyscyplinę pomocniczą, przygotowującą do zawodu nauczyciela. Tolerowano ja na uniwersytetach, gdyż kształciły one nauczycieli gimnazjalnych, natomiast nie traktowano jej jako przedmiot naukowy, który posiada własne cele badawcze. (…) To oznacza, że wykładowcy pedagogiki nie tworzą wiedzy pedagogicznej, lecz zapożyczają ją z innych przedmiotów. (W. Brezinka, dz.cyt. s. 148-149)

Krytycy pedagogiki reprezentujący tradycyjne przedmioty kształcenia uniwersyteckiego uważali, że profesorom pedagogiki brakuje ważnych, przekonujących osiągnięć, w związku z czym nie dokonuje się postęp wiedzy "czysto pedagogicznej” (tamże, s. 149)

Po II wojnie światowej było zbyt mało profesorów pedagogiki, a ci, którzy zostali zatrudnieni w uniwersytetach niemieckich czy austriackich byli przepracowani, przez co nie mieli czasu i sił na wspomaganie młodych kadr w ich staraniach o awans naukowy. Dlatego wśród wykładowców pedagogiki utrwalił się – już w początkach sztucznego rozdęcia tego przedmiotu – relatywnie niski poziom wymagań naukowych. (tamże, s. 150)

Dopiero wzrost problemów wychowawczych w rodzinach i w szkołach, szybkie różnicowanie się społeczeństw zachodnich i ekspansja procesów indywidualizacyjnych obywateli sprawiły, że wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów, od których zaczęto coraz silniej oczekiwać rozwiązywania pojawiających się problemów. Być może polskie społeczeństwo przechodzi podobną fazę w swoim rozwoju społeczno-gospodarczym, a tym samym konieczność dostosowywania się do szybko zmieniających się warunków życia, edukacji i pracy, w czym mogą pomóc profesjonalnie do tego przygotowani pedagodzy. Dynamika zainteresowania zatem studiami pedagogicznymi nie jest czymś nowym, gdyż także w Austrii i w Niemczech od przeszło 40 lat ma miejsce instytucjonalna rozbudowa pedagogiki na wyższych uczelniach.

Poszerzono w toku studiów nauczycielskich liczbę godzin z tej nauki, jako koniecznej do uzyskania kwalifikacji i zatrudnienia w oświacie czy w sektorze edukacji i wychowania pozaszkolnego. Nie udało się jednak uczynić tych studiów elitarnymi, gdyż – jak pisze W. Brezinka - wraz z ich otwarciem (…) wzrosła gwałtowanie liczba studentów pedagogiki. Większość z nich sądziła, że jest to łatwy przedmiot, pomocny w praktyce wychowawczej i odpowiadający trendom społeczno-politycznym. Organa oświatowe i politycy zajmujący się edukacją oczekiwali, że wykładowcy pedagogiki dostarczą stosunkowo szybko, dzięki swym badaniom, wiedzy przydatnej w planowaniu i ulepszaniu systemu oświaty. Studenci, w zależności od swych celów zawodowych, spodziewali się, że uzupełnią swą wiedzę naukową lub otrzymają praktyczną pomoc w codziennej pracy wychowawczej. Wszystkie te oczekiwania były zrozumiałe, choć częściowo złudne i mylące. Spowodowały przeciążenie niedojrzałej jeszcze dyscypliny i zaostrzyły jej kryzys. Nie można bowiem umieszczać pod tym samym kloszem celów naukowo-pedagogicznych i praktycznych celów polityczno-oświatowych, gdyż szkodzą one sobie wzajemnie. (tamże, s. 154)

Pojawiły się zatem dwie sprzeczne tendencje w rozwoju pedagogiki jako nauki. Z jednej strony naukowcy dążyli do nadania jest statusu autonomicznej nauki, odrzucając tym samy jej prakseologiczną i metodyczną przydatność dla praktyki edukacyjnej i wychowawczej, z drugiej zaś strony presja odbiorców tej nauki na uzyskiwanie coraz bardziej specjalistycznej wiedzy doprowadziła do tego, że na peryferiach tej nauki wyrosły dwa tuziny pedagogik specjalistycznych i dyscyplin pseudospecjalistycznych, które nie są w żadnym stopniu powiązane z pojęciowo-teoretycznym kanonem podstawowej wiedzy pedagogicznej, Mamy więc „pedagogikę religii”, „pedagogikę sportu”, „pedagogikę wolnego czasu”, „pedagogikę mediów” itp. (tamże, s. 157).

Trzeba przyznać, że Polacy okazali się bardziej kreatywni, skoro u nas kształci się na ponad 100 specjalnościach pedagogicznych. Pojawia się zatem pytanie, czy popyt na pedagogikę jest efektem rzeczywistych problemów społeczno-wychowawczych i związanych z kształceniem przyszłych elit, czy może wyrazem mody, która lada moment może przeminąć? Czy może jest to następstwem wykorzystania tej koniunktury przez uczelnie niepubliczne, które mogą zaoferować znacznie większą liczbę miejsc na studiach niestacjonarnych nawet, jeśli nie dysponują właściwą ku temu bazą, kadrą i mediami, niż uczelnie publiczne? A może jest to efektem rozpoznania przez kandydatów uniwersalności programu kształcenia na tym kierunku studiów jako szeroko wpisującego się w ich zainteresowania, czy może możliwości pokonywania trudności w drodze do dyplomu? Czym zatem jest pedagogika jako kierunek studiów dla kandydatów do tego zawodu – zainteresowaniem i pasją, koniecznością czy przechowalnią, otwierającą mimo wszystko drogę na świat? Rekrutacja trwa. Czy warto tu właśnie lokować swoje pieniądze i nadzieje?

23 komentarze:

  1. Ten Brezinka to mądry i uczciwy intelektualnie uczony!!!Nic dodać nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz Anonimowy rację. Brezinka napisał w cytowanej przez Profesora książce:
    "W dalszym ciągu będzie potrzebna pedagogika ściśle naukowa. Droga do niej jest trudniejsza, dłuższa i obfitująca w więcej przeszkód, niż wydawało się to jej zwolennikom. Jest to droga dla uczonych zajmujących się wychowaniem oraz tych, którzy chcą nimi zostać". [s.208-209]
    Anonimowy! Nie masz szans! Możesz dalej wykładać ... kafelki, może nawet w WSP TWP ZNP ONC PKP itp.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pomarzyć dobra rzecz!;-)
    Istotna jest ocena Brezinki dotycząca aktualnego(!!!) stanu pedagogiki. Jego postulaty czy marzenia raczej mogą się spełnić lub nie jak wiele innych marzeń.Za to stan na dziś jest taki, jak go Brezinka opisuje.I to są twarde fakty!!!;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Natura człowieka jest niezmienna (przed tysiącem lat była taka sama jak teraz). Wychowanie zaś jest sztuką, a nie wiedzą. Można mieć wiedzę i nie umieć wychowywać dzieci.
    Dlatego tak naprawdę trudno jest mówić o postępie w pedagogice w stosunku do tego co wymyślili np. filozofowie starożytni. Można oczywiście próbować od nowa opisywać naturę człowieka czy środowisko, w którym on żyje, ale w moim przekonaniu zbyt wiele się tutaj nie wnosi do meritum.

    OdpowiedzUsuń
  5. To smutne, ale w karajach anglojezycznych (majacych znaczacy wplyw na kreowanie obrazu wspolczesnego swiata) malo kto wie o istnieniu pedagogiki. Termin ten znany jest moze nieco w srodowiskach akademickich, ale w praktyce szkolnej i wychowawczej on po prostu nie istnieje. Jako pedagogowi z Polski, ktory wybral ten zawod swiadomie, z wola jego wykonywania, ale niewiedza o zawezonych mozliwosciach jego uprawiania do granic Polski, Niemiec, Austrii, moze Francji jest mi trudno odnalezc sie w kraju anglosaskim, gdzie obecnie mieszkam. Coz jak moge nazwac to co teraz czuje? Zawodem? Porazka? Zlym wyborem? Nieadekwatnoscia? Nie zaluje jednak lat spedzonych na studiowaniu wiedzy z zakresu pedagogiki. Dalo mi to mozliwosc widzenia spraw spolecznych i edukacyjnych w szerokiej perspektywie.

    OdpowiedzUsuń
  6. odp.klasykowi:
    1. Natura człowieka może i jest niezmienna, ale na to, jaki on w rzeczywistości jest, co myśli, jak się zachowuje, największy wpływ ma szeroko, antropologicznie rozumiana kultura: w jakim się społeczeństwie wychował, jakie tam ceniono wartości, jakie wpływały nań instytucje itd. (Porównaj pod tym kątem przedstawicieli różnych społeczeństw czy klasyczną pracę T. Adorno). Dlatego tak bardzo ważne jest, co proponujemy młodym, w jakim węższym i szerokim środowisku wzrastają nasze dzieci.
    2. Co do "sztuki" wychowania. Niewątpliwie są wychowawcy szczególnie utalentowani, ale - skoro podajesz przykłady ze starożytnej Grecji - na pewno pamiętasz, że wielka sztuka nie pojawia się znikąd. Najpierw są pokolenia coraz bardziej sprawnych rzemieślników, później pojawia się genialny Fidiasz czy Michał Anioł, którzy - oczywiście! - rewolucjonizują swą dziedzinę, przez wieki będą niedościgłymi wzorami, wyrastają ponad poziomy itd., ale - nie byłoby ich bez owych bezimiennych zastępów zwykłych "tylko-rzemieślników". Co więcej: czy wyobrażasz sobie społeczeństwo, w którym wszelkie elementy rzeźbiarskie mogliby wykonywać tylko Fidiasze?? A i artyści też mają swój czas nauki w warsztacie mistrza czy na akademii, w każdym razie w danym społeczeństwie jakoś "zinstytucjowanego". Artystę od rzemieślnika różni zwykle rodzaj wykonywanego dzieła i miara talentu, ale cnotą obu jest wytrwała nauka i praca. Powinniśmy rzetelnie kształcić "rzemieślników pedagogicznych" i mieć nadzieję, że każdym z nich drzemie artysta.
    Pozdrawiam
    ARa

    OdpowiedzUsuń
  7. @ARa 1. Owszem kultura ma wpływ na wychowanie, trudno temu zaprzeczyć. Mi jednak chodziło o pewne ludzkie słabości, z którymi w każdej epoce trzeba się zmagać niezależnie od kultury, środowiska itp. Do nich należy lenistwo, pycha, zazdrość, czyli po prostu wady główne.

    2. Nie twierdzę, że każdy nauczyciel ma być artystą. Sztukę wychowania rozumiem, jako pewną umiejętność przekazywania wiadomości czy oddziaływania wychowawczego. Nieraz można mieć wiedzę pedagogiczną, a być miernym pedagogiem, bo nie ma umiejętności przełożenia tej wiedzy na rzeczywistość wychowawczą.
    Mam wrażenie, że w wychowaniu wystarczy być dobrym rzemieślnikiem, czyli dać dziecku podstawy do dalszego rozwoju.

    OdpowiedzUsuń
  8. Boom na pedagogikę w szkolnictwie wyższym nie jest wynikiem pasji czy chęci zostania przez ponad 100 tys. osób w Polsce pedagogami-mistrzami sztuki wychowywania innych, tylko następstwem zderzenia się dwóch procesów:
    1) chęci uruchomienia bardzo małym kosztem łatwego biznesu do zarabiania na naiwności ludzkiej przez część cwaniaczków w tym sektorze (bo trzeba przyznać, że tworzone przez wysokiej klasy naukowców uczelnie niepubliczne dotrwały w rynkowej konkurencji, a nawet przegoniły swoim poziomem wiele uczelni publicznych), a nie tworzenia rzeczywiście konkurencyjnego jakościowo "uniwersytetu";
    2) chęci podwyższenia tanim i szybkim kosztem formalnego wykształcenia przez tych, którzy nie dostali się na studia bezpłatne do uczelni publicznych, gdyż ich kompetencje były zbyt niskie na te progi.
    Tak oto uczestniczym w grze pozorów: jedni twierdzą, że utworzyli szkoły wyższe, a inni, że w nich studiują.
    Wczoraj był w TVN24 wywiad red. Miecugowa z profrektorem UJ prof. dr hab. Karolem Musiołem, ktory to potwierdził, że tam, gdzie ma miejsce maksymalizowanie zysków, a nie misji, nie ma mowy o żadnej szkole wyższej, o akademii czy uniwersytecie! Jeśli zatem ktoś zatrudnia w prywatnej szkole wybitnych naukowców, ale potem ich zwalnia, bo ważna jest dla niego maksymalizacja zysków, a nie misji, to efekt tego jest widoczny na rynku. Następuje powolny, a czasami nawet bardzo szybki, poziom rozkładu i degeneracji takiego pseudoakademickiego środowiska, która jest widoczna białym okiem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Tylko fizyka jest nauką. A wszystkie inne dyscypliny wiedzy są jedynie zbieraniem znaczków.

    OdpowiedzUsuń
  10. A nie pisałem,że tzw."pedagogika" niczym się od mniemanologii stosowanej nie różni;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Masz rację. Podobnie, jak biologia, geografia, chemia, historia, filologie, socjologia, psychologia, etnografia, itd., itd.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wymienione przez ciebie dyscypliny naukowe oparte są na badaniach rzeczywistości. Tzw."pedagogika" - na mniemaniu [mniemam albo i nie mniemam to i to na taki czy inny temat;-)]

    OdpowiedzUsuń
  13. pedagogika wyrosła na gruncie filozofii i gdyby nie choćby I.Kant nie wiedzielibyśmy, że "człowiek to jedyne zwierze,które powinno być wychowywane", czyli poddawane oddziaływaniu wychowawczemu, czyli oddziaływaniu czynników środowiskowych jakie dana kultura uznaje za wartościowe.. czyli co? nie istotna jest pedagogika? gdyby nie Komeński, który powołał pedagogiką jak dyscyplinę nie wiedzielibyśmy, jakie czynniki środowiskowe są warunkiem prawidłowego rozwoju dziecka, tak jak byśmy nie wiedzieli dzięki genetyce, że potencjał jaki w nas tkwi zamknięty w genach można dzięki wychowaniu wydobyć i rozwijać..zatem pedagogika jest potrzebna, jako zespół interdyscyplinarnych nauk o człowieku, mechanizmach jego zachowania i funkcjonowania w społeczeństwie, które tworzymy. Nie jest nam natomiast potrzebna "pedagogika z kosmetologią", "pedagogika z pielęgniarstwem" i wiele innych dennych SUBDYSCYPLINEK pedagogicznych, które wpływają na niefortunne, prześmiewcze i niewiarygodne naukowo traktowanie "pedagogiki naukowej".

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziwię się, że pedagodzy - dydaktycy bez butów chodzą. Nie udało mi się stworzyć uczelni, która mogła by być wzorem dla innych. Takim modelem może być np. psychologia na SWPS
    Jeżeli kształci się rocznie 100 tys studentów, dlaczego brakuje doktorów, profesorów z tej dziedziny - niewiele uczelni prywatnych może sobie pozwolić na II stopień studiów ze względy na tzw. minimum kadrowe.

    Błędem jest chyba możliwość studiowania tylko 2 lata i otrzymania tytułu mgr pedagogiki o specjalności .... ( to do wyboru).
    Psycholog musi się kształcić całe 5 lat aby otrzymać tytuł mgr.

    System boloński nie pomaga też w mobilności studentów z uczelni na uczelnie, gdy mamy tyle specjalności w pedagogice. Niedługo może dojść do paradoksu i każda z uczelni stworzy sobie swoje specjalności.

    OdpowiedzUsuń
  15. No i potwierdzasz moją tezę;-)
    Kant coś mniemał, Komeński coś mniemał,....etc.
    To nie byli bogowie - mogli mieć rację albo i nie. Ich mniemania nie mogą być podstawą jakiejkolwiek nauki!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy jesteś jak skutek uboczny fenomenologii, "zrozumienie Ciebie nigdy nie będzie ostateczne", jesteś jak spirala hermeneutyczna, która nigdy nie osiągnie końca.. ot co, prawidłowe zaprzeczenie naukowca, który nie przyjmuje do świadomości nic oprócz wzorów naukowych i efektu spadających jabłek. A mówią, że naukowiec jest otwarty, skoro krytykujesz wszystko co nie jest wzorem matematycznym lub prawem fizycznym 'a priori' (tak tak, tym stwierdzeniem też ktoś kiedyś mniemał i teraz je znamy i możemy stosować w kontekście ;))) to może powinieneś zapisać się do partii politycznej. Bowiem ewidentnie nie dostrzegasz autonomicznych obiektów wiedzy, które łączą się w interdyscyplinarną naukę. Szkoda, bo nigdy nie poznasz i nie zrozumiesz świata Cię otaczającego...Nauka to nie tylko sztywny świat wzorów i definicji to obszar gimnastyki i naginania umysłu do granic możliwości poznania.

    OdpowiedzUsuń
  17. W prawdziwej nauce, jaką nie jest tzw."pedagogika", tworzy się hipotezy co do rzeczywistości.Ale, i tu się one od tej pseudonauki różnią, istnieją pocedury weryfikacji, które z nich są prawdziwe, a które trzeba odrzucić mimo,że ładnie brzmią. W tz."pedagogice" różni ludzie sobie mniemają, a inni analizują co, kto i kiedy mniemał;-)

    OdpowiedzUsuń
  18. Za wikipedią: Rzeczywistość w znaczeniu potocznym to "wszystko co istnieje". Termin rzeczywistość w najszerszym znaczeniu zawiera wszystkie byty, zarówno obserwowalne jak i pojęciowe, wprowadzone przez naukę czy filozofię.A toż to pedagogika to nic innego jak filozofia rzeczywistości wychowawczej ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. c.d Hipoteza zaś to(gr. hypóthesis – przypuszczenie) – osąd, który podlega weryfikacji. Zdanie, które stwierdza spodziewaną relację między jakimiś zjawiskami, propozycja twierdzenia naukowego, które zakłada możliwą lub oczekiwaną w danym kontekście sytuacyjnym naturę związku.;) Proponuję znać podwaliny nauki, której tak jesteś zwolennikiem.

    OdpowiedzUsuń
  20. A ja pozwolę sobie zauważyć, nie wiem tylko który anonimowy to anonimowy, że Newton też mniemał, a w zasadzie stworzył hipotezę, czyli osąd który zweryfikował w kontekście otaczającej go rzeczywistości. Wygląda na to ,że tzw. pedagogika zaszła za skórę Anonimowemu - naukowcowi, tudzież ktoś z przedstawicieli tej dyscypliny nauki i teraz krytykuje on tzw. pedagogikę dla samej zasady krytyki. Nie jest to naukowe podejście Anonimowy - naukowy ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Z Komorowskiego się śmiali, że traktuje Wikipedię jako wiarygodne źródło informacji i autorytet.A tu proszę - osobnicy o snobiźmie strasznym na prawdziwych naukowców i też Wikipedia za autorytet i wyrocznię robi.Straszne;-)))

    OdpowiedzUsuń
  22. straszne w gruncie rzeczy jest to, że mamy takich naukowców jak Pan/Pani Anonimowy/a którzy z podejściem naukowym mają niewiele wspólnego, parają się dyskursem naukowym jak dowcipami z serii o Jasiu i Małgosi. Boże strzeż nas przed takimi TAK ZWANYMI naukowcami, którzy śmiesznie siebie nazywają "naukowcami"...ehh, biedna ta nasza Polska...

    OdpowiedzUsuń
  23. Ciężko zająć się badaniem naukowym, kiedy w dobie braku pracy nauczyciel musi pracować 8 lub więcej godzin w placówce niepublicznej, nie podlegając karcie nauczyciela! A przecież wykonujemy tę samą pracę tyle,że za mniejsze pieniądze!

    OdpowiedzUsuń