sobota, 12 czerwca 2010

Kto jest dla kogo?

Dzwoni do profesora pracownik komórki administracyjnej niepublicznej szkoły wyższej z pretensjami, że student ośmielił się przynieść pracę magisterską, indeks i kartę zaliczeń z podpisanym przez profesora oświadczeniem o jej przyjęciu wraz z wskazaniem na recenzenta określonej osoby. Tymczasem w tej uczelni ponoć zmieniły się wzory formularzy i ten, który został administracji dostarczony przez magistranta jest niezgodny z tym, jaki ma obowiązywać. Co czyni pracownik- biurokrata? Wyrzuca studenta za drzwi, a winą za niezałatwienie jego sprawy obciąża nauczyciela akademickiego. Bo w tej uczelni nie chodzi o to, by administracja służyła studentom, tylko by studenci służyli administracji. Niech się zdenerwują, niech popsioczą (oczywiście na swojego nauczyciela), niech tracą czas, bo ważniejszy jest nowy wzór dokumentu, niż zgodna - także w tej starszej wersji - jego treść.

Ja tego typu postawy określam jednoznacznie mianem administracyjnego sabotażu, czyli tym rodzajem działania, które jest na niekorzyść nie tylko własną takiego pracownika i obsługiwanego przez niego studenta, ale i miejsca pracy - uczelni. Chociaż to krótkowzroczne działanie daje temu pracownikowi-urzędasowi poczucie satysfakcji, że ma „wadzę”, to jednak wkrótce może się okazać, że ci, których powinien on godnie obsłużyć, poinformują kandydatów na studia do tej uczelni, by nie składali do niej swoich ofert, by nie lokowali prywatnych pieniędzy na pokrycie kosztów studiów w szkole nieszanującej płatników. Jak nie będzie już pieniędzy na wypłaty pensji dla takiego pracownika dziekanatu czy inaczej nazwanej komórki administracyjnej, to być może przypomni sobie, jak sam na to zapracował swoją arogancją.

To ciekawe, że mimo zmiany ustroju gospodarczego z socjalistycznego (czy się stoi, czy się leży tysiąc złotych się należy) na kapitalistyczny (jak się nie stoi i jak się nie leży, to co najmniej tysiąc złotych za realną pracę się należy) studenci szkół wyższych wzdłuż i wszerz naszego kraju nadal narzekają na to, jak fatalnie są obsługiwani przez niektórych pracowników dziekantów. To są ci, dla których klient nie jest ich panem, ale sługą. Pogratulować! To nie ci, którzy chcą studiować znajdą się wkrótce wśród bezrobotnych, ale ci, którzy ich tak fatalnie obsługują!

16 komentarzy:

  1. Ano
    Byłem świadkiem, jak studenta z pracami pogoniono, za przestawienie na 1 stronie nazwy miejscowości z rokiem.
    A ostatnio w Polsce i w Europie zbadano uprzejmość ludzką w ..... sklepach wszelakich (tak zwany pozorowany klient).
    Zajęliśmy ostatnie miejsce w rankingu.
    Ciekawe, gdyby tak dziekanaty przebadać......
    A one mają tendencję "przeganiania" interesantów.
    W jakiś badaniach czytałem (niedawno) iż w wielu uczelniach w Polsce najgorzej w opinii studentów właśnie dziekanaty wypadają.

    OdpowiedzUsuń
  2. A te dziekanaty, to szefa nie mają, który zmianę stosunku do petenta wymusić może?

    Czy też takie podejście do studentów/pracowników uczelni nie jest domeną tylko pań z dziekanatu?

    ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. mają i dlatego tak postępują. Wart Pac pałaca a pałac Paca.

    OdpowiedzUsuń
  4. o to to! Panie Profesorze, jakże inaczej patrzę na pewnego dziekana odkąd zobaczyłam w jakich karnych ukłonach wchodzi do kierownika dziekanatu...aż żal...nikt nie podskoczy kierownikowi, nawet sam jego szef. Ten chyba jest najbardziej uległy - o zgrozo! Ale bywa inaczej - co szokuje - miałam raz przyjemność być z wizytą w innym dziekanacie, u samej "Pani kierownik". Usłyszałam "cieszę się, że Panią widzę, czekałam na Panią". Dodam, że osoba ta widziała mnie po raz pierwszy, w dodatku byłam tam w imieniu swojej koleżanki, załatwić sprawę, która w innym znanym mi dziekanacie urosłaby do tak arcyważnego wydarzenia, że chyba bym musiała na kolanach wchodzić. Dla mnie sprawa ma się tak - taki mamy dziekanat, jakiego dziekana.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowny Panie Profesorze, Szanowni Dyskutanci!

    Jestem przekonany, że sprawa zasługuje na ujęcie wykraczające poza jeden aspekt (względnie wymiar).

    Jestem daleki od brania w obronę każdego pracownika administracyjnego, nie tylko na uczelniach; jednakże poznałem i "drugą stronę medalu", niekiedy pełniąc funkcje administracyjne.

    Zobaczyłem pracę dziekanatów z przynajmniej dwóch perspektyw: studenta i pracownika uczelni. Wiele osób - w tym: politycy, urzędnicy państwowi, kadra kierownicza uczelni - szczycą się zwiększeniem się liczby studentów. Z tym wiąże się niewspółmiernie niższy wzrost liczby pracowników uczelni, wyznaczonych do obsługi studentów. Wobec tego, na jednego pracownika dziekanatu przypada więcej studentów. Uczelnie także gonią za zyskiem i dążą do maksymalizacji zysku, nawet kosztem wyzysku pracownika, również administracyjnego. Wydziały mają odrębne budżety i wielu "tnie koszty".

    Niekiedy do - niejako zwykłych - problemów organizacyjnych dochodzi nagonka dziennikarska. Kiedyś pewien dziekanat został obsmarowany w gazecie. Wynikiem było dołożenie pracy osobie, która obsługiwała bardzo wielu studentów. Dziennikarz zarzucił, że - zwłaszcza ta osoba - w pewnych godzinach nie obsługuje studentów (co działo się przez lata i co było podane na grafiku pracy). Doszło do tego, że na panią z dziekanatu nałożono obowiązek obsługiwania interesantów przez prawie osiem godzin pracy, bez żadnego zmniejszenia jej obowiązków biurowych.

    Jak można jednocześnie: obsługiwać (i to merytorycznie) interesantów, przygotowywać protokoły egzaminacyjne, dbać o porządek w teczkach studentów, stawiać pieczątki w indeksach, przedkładać prodziekanowi dokumenty do podpisu, wystawiać i wydawać zaświadczenia, przygotowywać dokumentację do obron prac, zajmować się sprawami legitymacji studenckich i dyplomów ukończenia studiów?

    Proszę mi wskazać choćby jedną uczelnię, w której konsekwentnie wprowadzono system biura obsługi interesantów? W wielu urzędach podania składa się w "biurach obsługi", zaś merytorycznie sprawami zajmują się inni pracownicy, ewentualnie urzędnicy sukcesywnie dyżuruję w "biurze obsługi" (wtedy nie rozpatrują spraw, tylko "stemplują papiery").

    Jakie ministerstwo, jaki większy urząd (zwłaszcza miejski) byłby w stanie pracować, gdyby w każdym pokoju urzędniczym było jednocześnie biuro podawcze i stanowisko pracy tak zwanych merytorystów?

    Proszę Pana Profesora o sprawdzenie, czy wiadomy urzędnik uczelniany miał "taki kaprys", czy też wykonywał polecenie szefa. Znam - także z opowieści - wiele przykładów poleceń uciążliwych, a nawet durnych. Jeśli odnośny urzędnik kiedyś przyjął pracę z niewłaściwym drukiem i dostał wytyk (a może nawet karę finansową - np. pominięcie w awansie, lub odebranie premii), to w imię czego miałby narażać się na represję zwierzchności, dbając o (całkiem sensowną) sprawność studiowania innego (z reguły obcego) człowieka?

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  6. c.d.:

    W biurach pracownicy otrzymują niekiedy takie polecenia, że aż trudno uwierzyć. Najłatwiej jest zgonić na "pracownika frontowego", który obsługuje interesantów. Decydenta często przed interesantami i ich reakcjami broni sekretarka.

    Kiedyś pracowałem w sekretariacie komisji rekrutacyjnej. Pewnego dnia zgłosił się kandydat z ojcem. Chłopak miał nietypową sprawę, której wprost nie uregulowano w regulaminie rekrutacji. Trzeba było to sensownie załatwić. Z opowieści panów wynikało, że w sekretariacie "bliźniaczej" komisji (w innym mieście) potraktowano ich z góry. Wybrali się więc do nas. Załatwianie sprawy trwało około dwóch godzin. Trzeba było: skonsultować zagadnienie z szefem, skontaktować się z "bliźniaczym" sekretariatem, udzielić sensownej odpowiedzi i "zapiąć sprawę na ostatni guzik". Podczas rozmów telefonicznych z "tamtym" sekretariatem okazało się, że u nich asystenci - sekretarze pojechali na urlopy, zaś etatowe sekretarki ledwie mogą oddychać, ponieważ do ich pokoju zwalono stosy teczek kandydatów. My mieliśmy przyzwoite warunki organizacji pracy, mieliśmy czas, nasze relacje z szefem były dobre.

    Bardzo wiele zależy od organizacji pracy, a nawet od zmiennych okoliczności.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zwracam się z prośbą o zwrócenie uwagi Pani z BOS w WSP na to,iż kompletnie nie potrafi obsługiwać interesantów. Jej ton i podejście do studenta jest zawsze pretensjonalne, pełnie
    zniechęcenia oraz wrogości. Nie potrafi udzielać rzetelnych informacji. Na moje pytanie, czy do
    zwolnienia ze szkolenia BHP wystarczy zaświadczenie o odbytym u pracodawcy
    instruktarzu BHP Pani odpowiedziała: "Nie wiem, nie jestem od tego". Poza tym na wszelkie pytania pada odpowiedź: "No".
    Uważam, że brak tej Pani elementarnych zasad kultury osobistej.
    Osoba taka nie powinna wykonywać pracy związanej z kontaktem z innymi ludźmi.

    OdpowiedzUsuń
  8. To jest chleb powszedni.... wszędzie, na wszytskich uczelniach. Dziekanat w swoej uczelni omijam szerokim łukiem. Jak chce coś załatwić musze łyknąć coś na uspokojenie zanim tam wejde...

    OdpowiedzUsuń
  9. A właśnie,że nie na wszystkich! Miałem przyjemność studiowania na dwóch łódzkim państwowych uczelniach. W przypadku żadnej z tych instytucji nie miałem ABSOLUTNIE nigdy żadnych problemów, czy trudności: ogromne wydziały, multum studentów i zawsze uśmiech.Można? Otóż można. Student nie jest pleniącą się zarazą a dziekanaty środkami zarazobójczymi. Prawda jest taka, że wszystko zależy od kultury osobistej człowieka (czy to pracownika dziekanatu czy tu studenta). Jeśli nie wyniósł jej z domu... ups.. A zatrudnianie ludzi niekulturalnych w wyższych szkołach prywatnych to już norma... jest na to jakaś procedura jakości Panie Profesorze?

    OdpowiedzUsuń
  10. Dzień dobry!

    Naprawdę bywa różnie.

    W Lublinie przez lata swoistą legendą stał się sposób rozmawiania ze studentami przez kierowniczkę pewnego dziekanatu - zupełnie spoza UMCS (zastrzegam na wszelki wypadek). Kiedyś nadarzyła się okazja sprawdzenia, jak jest naprawdę. Miałem coś do przekazania komuś z tamtego wydziału. Zaszedłem do pierwszego zauważonego pokoju administracji wydziałowej. Trafiłem na kierowniczkę - było jak w opowieściach: Pani kierownik rozmawiała ze mną, dając mi szansę "podziwiania jej pleców". Odwróciła się dopiero wtedy, gdy odbierała ode mnie materiały, o których przekazanie prosiłem.

    Czasami administracja jest bezradna.
    Pani kierownik, o której wspomniałem wyżej, była pewnego razu zupełnie bezradna - zgodnie ze sformułowaniem: "na władzę nie poradzę".
    Kolega - po pewnej przerwie, związanej z różnymi okolicznościami prywatnymi - stawił się w dziekanacie. "Frontowa" urzędniczka zobaczyła nazwisko na przedkładanym jej indeksie i powiedziała "Pani kierownik - jest ten pan". Pani kierownik wzięła "tego pana" za rękę i zaprowadziła do Księdza Dziekana. Ksiądz Dziekan powiedział, że jest trudna sprawa i powierzył studenta Księdzu Prodziekanowi (dziś już arcybiskupowi). Ksiądz Prodziekan powiedział, że muszą iść do Księdza Rektora. Ksiądz Rektor miał dokument przesłany do Kurii w Lublinie przez Kurię (kiedyś podlegającą abp-owo Paetzowi). Student potwierdził treść donosu, że jego małżeństwo zostało pobłogosławione przez Księdza z Bractwa Św. Piusa X.
    Ksiądz Rektor - znany profesor etyki - powiedział: "Jeszcze raz pojawi się TU plakat 'lefebrystów' i wylatujesz".

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  11. W mojej uczelni pani z Biura Obsługi Studentów żąda dostarczenia tłumaczenia I strony pracy na język angielski. Zapytałam, na jakiej podstawie tego żąda, stwierdziła, że jest takie zarządzenie pani prorektor. Ja jednak takiego zarządzenia na stronie szkoły nie widzę. Mieliśmy jedynie informację o tym, że trzeba:
    poniższe dokumenty złożyć w BOS nie później niż w terminie 10 dni roboczych przed planowaną obroną:

    1) Indeks i karta okresowych osiągnięć potwierdzające zaliczenie IV semestru studiów
    Praca magisterska w miękkiej oprawie do akt osobowych z dołączonym oświadczeniem o samodzielnym napisaniu pracy plus jeden egzemplarz w wersji elektronicznej; dokumentem uprawniającym do złożenia pracy jest pisemna informacja od promotora o przyjęciu pracy.
    2) Zaświadczenie z Działu Obsługi Finansowej o uregulowanym czesnym
    3) Dowód wpłaty za dyplom zgodnie z Regulaminem Opłat
    4) 5 zdjęć o wymiarach 45 mm x 65 mm

    Nigdzie nie jest napisane o tłumaczeniu na angielski. Chyba ktoś chce dać zarobić tłumaczom, bo nie widzę żadnego uzasadnienia dla takiego postępowania. Nie oczekuję od szkoły dyplomu w języku angielskim, więc żądanie przekładu strony tytułowej jest niezgodne z prawem.

    OdpowiedzUsuń
  12. z drugiej strony bez przesady, druk drukiem i musi się zgadzać na wypadek kontroli choćby PKA, Profesor chyba z tego sobie sprawę zdaje...

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie mam nic przeciwko stosowanym w uczelniach formularzom (drukom), które mają zaświadczać, że promotor przyjął pracę dyplomową i wnioskuje o dopuszczenie studenta do egzaminu magisterskiego. One są nawet konieczne, by czytelna była zasada prawna, jaka obowiązuje w danej szkole. Wystarczyłoby jednak, na przykładzie omawianej sytuacji, by pracownik administracji - otrzymawszy wspomniane potwierdzenie przyjęcia pracy na innym formularzu niż ponoć obowiązuje - zwrócił się do promotora o jej ponowienie na innym wzorze, a nie wydzierał się na studenta i wylewał nań swoje nieuzasadnione zresztą pretensje o coś, co jest banalnie proste. Dla PKA nie ma znaczenia rodzaj formularza, bo te nie są standaryzowane. PKA żąda zgodności wzorów dokumentów, których formę określa minister odopowiednim rozporządzeniem. Tak więc, duch (kultura osobista!)jest tu ważny, a nie urzędowa forma, która szkodzi wizerunkowi nie tylko uczelni.

    OdpowiedzUsuń
  14. Na zatrudnianie w uczelniach prywatnych osób pozbawionych kultury osobistej nie ma żadnej normy. To właściciel uczelni decyduje o tym, kogo zatrudnia. Czasami zdarza się, że są to osoby z rodzinnego otoczenia, a więc nie zawsze i nie koniecznie kulturalne, wykształcone, kompetentne. Mam wrażenie, że ważniejsze jest, by były mu lojalne, wierne, posłuszne i by donosiły na innych. Im bardziej są od niego zależne, tym lepiej spełniają swoją rolę.

    OdpowiedzUsuń
  15. Szanowny Panie Profesorze!

    Proszę zwrócić uwagę na czynnik systemowy.
    Przepisy o stypendiach mają przełożenie na wybieranie przez studentów terminów obron. Kiedyś wystarczyło "zahaczyć" o początek roku akademickiego (potem o semestr), by otrzymać stypendium. Teraz zaś liczy się miesiąc.

    Dawniej prymusi, którzy realizowali w cztery lata program studiów pięcioletnich, umawiali się z promotorami na obrony prac magisterskich na początek października, czyli na początek ostatniego (już czysto formalnego) roku swego studiowania. Potem "zahaczano" o początek semestru. Zatem liczba obron stopniowo narastała od połowy lutego do przełomu maja i czerwca. Studentom wypłacano stypendia do końca formalnych zajęć w roku akademickim. Przy okazji, pracownicy dziekanatów byli obciążani obowiązkami bardziej równo, niż teraz.

    Aktualnie "stypendialnym okresem rozliczeniowym" jest miesiąc kalendarzowy. Dlatego studenci tak "polubili" obrony czerwcowe. Obrona nawet maju oznaczałaby pozbawienie stypendium (stypendiów) za czerwiec. Im wcześniejsza obrona - tym bardziej "obcinane" są stypendia (przynajmniej te uczelniane).

    Część studentów otrzymuje także stypendia "pozauczelniane" (np. z zakładów pracy, wypłacane przez samorządy, czy przez organizacje społeczne). Jeśli również w przypadku stypendiów "pozauczelnianych" miesiąc jest teraz okresem rozliczeniowym, to tym bardziej studenci "lubią" obrony w czerwcu. To też przekłada się na czerwcowe obciążenie pracowników dziekanatów.

    Do powyższych czynników mogą dochodzić (co trzeba sprawdzić) przepisy ubezpieczeniowe, zwłaszcza o ubezpieczeniu zdrowotnym. Podam przykład z jednego kierunku studiów. Jeśli student prawa nawet nie otrzymuje żadnego stypendium, to woli w spokoju uczyć się do aplikacji - nawet mając gotową pracę magisterską - niż będąc już magistrem ganiać do "pośredniaka", żeby się zarejestrować, stać w kolejkach, wysłuchiwać niechcianych rad. Jeśli obroni się w czerwcu: ma spokój z ubezpieczeniem społecznym, dysponuje czasem na uczenie się, jest wolny od "trucia" jakiegoś urzędnika. Osoba otrzymująca stypendium (stypendia) ma jeszcze więcej powodów do wybierania czerwcowego terminu obrony pracy.

    Tępienie przez władzę zdolnych i rzetelnych studentów przekłada się na pracę administracji uczelnianej.

    OdpowiedzUsuń
  16. Słusznie. Są to niewątpliwie tak zwane czynniki strukturalne, ale nie usprawiedliwia to ani niegodnej postawy pracownika dziekanantu, ani też jego pracodawcy, jeśli nie chce tej pracy jemu lepiej zorganizować. Może należałoby w takim okresie dawać premie pracownikom administracji, skoro wszyscy wiemy, że w okresie progowym (zaliczeń, egzaminów, rekrutacji) muszą być bardziej przeciążeni? Może zatrudniać dodatkowych pracowników sezonowo? Są takie urzędy w kraju, które tak czynią (np. Poczta Polska w okresie przedświątecznym). A może należałoby jeszcze wesprzeć pracowników administracji odpowiednimi szkoleniami z psychologii komunikacji, kultury komunikacji, odporności na stres?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.