czwartek, 13 maja 2010

Akademiccy wyłudzacze

Pisze do mnie czytelniczka moich wpisów:

Na jednej z konferencji brałam udział w zadziwiającej rozmowie dwóch doktorów pracujących w jednej z łódzkich uczelni niepublicznych.. W zasadzie to przysłuchiwałam się, bo po tych rewelacjach, które usłyszałam zwyczajnie w świecie odjęło mi mowę. Nie wierzyłam temu, co docierało do mych uszu... Jedna pani pouczała drugą, co robić, by się nie przepracować, a zarobić i zamiast chwalić się swoimi osiągnięciami na polu badawczym, pouczała co wpisywać w jakie sprawozdania, by wyglądało na to, że coś robi...

Ta druga z kolei narzekała na swojego studenta, który zawraca jej przysłowiową gitarę, przychodząc na prawie wszystkie konsultacje i dopytując o różne rzeczy, o których biedna jak wynikało z rozmowy nie ma większego pojęcia... Padały teksty w rodzaju student to pieniądz, a tych nie wolno do kosza wyrzucać, nie oblewaj, bo się rozmyślą i odejdą do szkoły, gdzie jest jeszcze łatwiej zaliczyć, pamiętaj że idzie niż demograficzny i będzie już tylko gorzej, itd. itd.


Ciekawe, kto im dał te stopnie naukowe i za co? Bo obie panie inteligencją nie grzeszyły... No i jak tak dalej pójdzie to interesujące może być to jak będzie wyglądała "elyta" naszego kraju za jakieś -dzieścia lat, kiedy to bezmózgi kształcone w takich pseudoszkołach wyższych zaczną rządzić tym krajem”.

Rozmawiałem z rektorem jednej z uczelni niepublicznych w kraju, który bez ogródek przyznał, że on nie bawi się w zatrudnianie wysokiej klasy specjalistów, naukowców z najwyższej półki, gdyż jego na nich po prostu nie stać (i to nie w sensie materialnym). Kiedy sam chce w tym akademickim biznesie zarobić jak najwięcej, to musi - delikatnie mówiąc - łamać prawo, a przecież nie będzie dzielił się zyskami z naukowcami. Traktuje ich jak siłę roboczą, producentów dyplomów, którzy jak chcą dorobić, to niech się cieszą tym, co im rzuci jako ochłap pod stół, gdyż popyt na nich i tak spada z roku na rok. Spadać zresztą będzie jeszcze bardziej w związku z falą niżu, wzrostem odsetka młodzieży, której nie powiodło się na maturze, z brakiem środków na finansowanie sobie studiów przez młodych ludzi itd.

Standardy kształcenia są w tym kraju tak zapisane przez ustawodawców, że wystarczy trzymać kurs na "minimum kadrowe", bez troszczenia się o jego jakość, gdyż w sytuacji orientacji na łatwy i szybki zysk bez względu końcowy efekt tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Ktoś dobrze pomyślał, jak podtrzymywać tę fikcję zabezpieczając ją od strony prawnej. Wystarczył zapis prawny, że jeśli w uczelni nie zapewni się minimum kadrowego do kształcenia na danym kierunku, to ustawodawca pozwala na poradzenie sobie z tym problemem przez rok, a więc daje czas na tzw. dostosowanie się do formalnych wymogów. Czy to jednak sprawdza, w jakim zakresie i jak często, tego już nie wiadomo.

Co robią niektórzy właściciele szkół? Dla uruchomienia kierunku studiów uzyskują deklaracje pseudo-naukowców o gotowości zatrudnienia się w uczelni X, po czym wiedząc, że oni i tak się nie zatrudnią (bo było to także częścią cichego kontraktu), prowadzą rekrutację na studia, a następnie uruchamiają zajęcia z tańszymi, bo zatrudnianymi na umowę o dzieło czy zlecenie nauczycielami spoza uczelni, by zaoszczędzić środki i zyskać czas na poszukiwanie brakujących im kadr. Już się nauczyli, że wystarczy spisać umowę z tzw. słupem, czyli kimś, kto podpisze umowę o pracę, ale jej nie będzie świadczył, tylko będzie formalnie zaświadczał swoje zatrudnienie, nie będąc de facto w uczelni na co dzień.

Tak, jak cwaniacy, którzy chcąc wyłudzić od banku kolejny kredyt, biorą go na dowód podstawionego bezdomnego, dając miu w zamian 1000 zł. Słup – to ktoś podstawiony, ktoś, kto ma pełnić zadaną mu rolę. Dziekan – słup, rektor – słup czy profesor – słup, to właśnie ten, który ma jedynie swoimi dokumentami lub czasami jedynie fizyczną obecnością zaświadczać spełnienie przez uczelnię minimum kadrowego, a w rzeczywistości może spać spokojnie i odpoczywać w ogródku lub na działce.

Wizytacje mogą sobie przychodzić i odchodzić, mogą narzekać, że w danej uczelni zatrudnia się głównie naukowców po 70 roku życia (w jego uczelni średnia wieku profesorów wynosi 74 lata). Jeśli trafi się jakiś nauczyciel młodszy wiekiem, to przecież nikt nie będzie wydziwiał, gdzie i w jaki sposób uzyskał habilitację. Ważne, że ma dokument. Mianuje się takiego profesorem uczelnianym, a dla studentów nie ma to znaczenia, gdyż oni i tak nie rozróżniają między profesorem tytularnym a uczelnianym. Co najwyżej będą narzekać, że wykładowcy nudzą, nie są przygotowani do zajęć oraz że oblewają ich jedynie dla pozoru, bo i tak w rezultacie wszystkim wszystko zaliczą.

Tu nie chodzi o edukację, tylko o ukryty program, o zawarty kontrakt między klientem (studentem, któremu się nic nie chce, poza dyplomem) a producentem dyplomów. Ja udaję, że studiuję, a ty udajesz, że ode mnie wymagasz. Razem udajemy, że wszystko jest OK. Są jeszcze w środowisku akademickim inne „słupy”. Ponoć Polacy są w tym zakresie specjalistami.

6 komentarzy:

  1. I oto mamy właśnie polską naukę na Uczelniach prywatnych z II lub III ligi. Dobrze, że idzie niż demograficzny, być może w końcu coś drgnie w tym względzie poprzez naturalne wyeliminowanie gorszej jakości szkółek wyższych.

    Panie Profesorze poza tym jako doktorant wykorzystywany przez podobne Instytucje, będąc tanią siłą roboczą mam dosyć funkcjonowania w takim ohydnym systemie, podobnie jak część moich koleżanek i kolegów.

    Zatrudnianie na Uczelniach Państwowych to chyba temat na osobny wątek dotyczący pseudo konkursów ustawianych pod konkretną osobę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze!

    Polecam lekturze Pana Profesora i innych osób tekst o odbieraniu tytułów zawodowych i stopni naukowych przez Wydział Prawa Uniwersytetu Zachodnioczeskiego w Pilznie.
    Oto adres:
    http://aktualne.centrum.cz/domaci/kauzy/clanek.phtml?id=668319

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  3. No i tu się z Panem Profesorem w 100% zgadzam! Uwzględniając niniejszy wpis oraz wpis o Hołdysie, zaliczam Pana do tzw. konserwatywnych liberałów:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pisałem o sytuacji w Pilźnie: 1 maja 2010
    wpis miał tytuł:
    Akademickie fałszerstwa także w Czechach
    *****

    Z każdym tygodniem śledztwa wychodzą na jaw kolejne fałszerstwa. Oby było to nie tylko ostrzeżeniem dla kolejnych dziekanów-cwaniaków, ale i otworzyło oczy polskiej prokuraturze na to, co ma miejsce w niektórych niepublicznych szkołach wyższych. PKA sama nie da rady, a NIK się tym także nie interesuje

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja poznałam w tym tygodniu na konferencji oświatowej pewną panią, która od pewnego czasu usiłuje budować swoją "wielkość" na pomniejszaniu innych. Jej się wydaje, że jest kimś, toteż wszyscy powinni jej się kłaniać w pół i żebrać o prawo dostąpienia jej łask. Nawet nie zauważy, jak szybko spadnie pod wóz, którym jedzie. Ciekawe, czy ma pstry kolor?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.