piątek, 26 lutego 2010

Rekrutacja do liceów i techników w Łodzi wreszcie bez minimalnych progów punktowych?

Trzeba było czekać w Łodzi przeszło dwa lata, by nastąpiła oczekiwana zmiana w polityce naboru do szkół ponadgimnazjalnych. Do ub. roku było tak, że władze Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Łodzi określały minimalne progi punktowe na poziomie 70 punktów (na 200 możliwych) dla absolwentów gimnazjów, którzy ubiegali się o przyjęcie do liceów i techników.

Śp. pamięci dyrektor Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych w Łodzi Jan Stupak walczył z administracyjnym ogranicznikiem, apelując do organu prowadzącego o prawo do przyjmowania do liceum kandydatów z mniejszą liczbą punktów. Uważał, że nie wolno stosować administracyjnych ograniczeń dla młodzieży, której wynik egzaminu gimnazjalnego, oceny na świadectwie i brak szczególnych osiągnięć w toku edukacji pozbawiają ją szansy ubiegania się o miejsce w upragnionej szkole. Różne są bowiem czynniki warunkujące ten stan rzeczy, które nie tkwią przecież tylko po stronie uczniów. Skoro zatem tyle mówi się o wyrównywaniu szans edukacyjnych młodzieży, o jej prawie do uczenia się i suwerennym wyborze szkoły, to trzeba im wyjść naprzeciw, znaleźć rozwiązania, które będą miały charakter inkluzyjny, a nie ją wykluczający czy marginalizujący.

Była kurator oświaty Wiesława Zewald (jako odpowiedzialna obecnie m.in. za oświatę wiceprezydent miasta Łodzi) zapowiedziała zmianę stanowiska w sprawie kryteriów rekrutacyjnych do szkół ponadgimnazjalnych. Jak stwierdziła: nie powinno się z góry ustalać limitu punktów na poziomie władz samorządowych, gdyż to rady pedagogiczne powinny podejmować w tej sprawie suwerenne decyzje.

Gdyby żył dyr. Jan Stupak, to miałby w zarządzaniu procesem rekrutacyjnym o jeden stres mniej, natomiast mógłby podjąć działania na rzecz wsparcia części młodzieży w jej dalszej karierze edukacyjnej. Jest to rzadki sposób myślenia o roli szkoły jako instytucji czy środowisku społecznym, którego funkcją założoną jest przede wszystkim wspomaganie innych w ich rozwoju, a nie spychanie ich na margines, zachęcanie do ucieczki od odpowiedzialności za własną edukację czy poszukiwanie sposobów ominięcia progów w sposób nie licujący z dobrymi obyczajami i/lub nawet prawem.

Większość dyrektorów szkół ponadgimnazjalnych jest przeciwna zniesieniu progów punktowych. Zawsze lepiej jest mieć nadzieję, że uda się dobrać sobie do kształcenia tych najlepszych (punktacyjnie) absolwentów gimnazjów, niż męczyć się z mniej umotywowanymi czy mniej uzdolnionymi do dalszego kształcenia. W tej grupie wiekowej jest z każdym rokiem mniej kandydatów do edukacji ponadgimnazjalnej na skutek niżu demograficznego. Trzeba będzie zatem albo te progi obniżyć, albo przekształcać licea lub technika w zasadnicze szkoły zawodowe. Uczniowie i ich problemy edukacyjne oraz egzystencjalne są tu mniej ważne.

(Źródło: Maciej Kałach, Słabi uczniowie nie będą skazani na zawodówkę, "Polska. Dziennik Łódzki" z dnia 2010-02-25 s. 4)

30 komentarzy:

  1. klasyczny doktryner się odezwał!To idź i ucz do matury ludzi z kłopotami z tabliczką mnożenia, którzy nawet zdania po polsku nie złoża poprawnie!!!A potem pisz...;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A Anonimowy niech przyjmuje do swojej klasy tylko takich, którzy posiadają już wszelkkie kompetencje, niech wyjmie w czasie lekcji kanapkę, położy nogi na stół i czyta gazetę - chyba tylko "Fakty". Uczniom niech zada prace pisemne, a najlepszemu z nich niech każe, by je sprawdził. Oczywiście, w czasie dużej przerwy trzeba pobiec do gabinetu dyrektora i trochę się popodlizywać, jak to się ciężko z tą młodzieżą zdolną pracuje. No i koniecznie, proszę zabiegać o nagrodę. Może jakiś medal dorzucą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pański pomysł jest wspaniały, pod warunkiem wprowadzenia zewnętrznych egzaminów co semestr, wyrzucaniu tych uczniów którzy nie zdali, oraz utrzymania minimum 25 osób w klasie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zwróciłem uwagę jedynie na to, że szanse muszą być po obu stronach, a nie tylko jednej. To, jak pracować z uczniami, którzy są lepiej lub gorzej przygotowani do kształcenia ogólnego lub technicznego musi być pozostawione samym nauczycielom, a nie urzędnikom. Dobrze pamiętam wypowiedzi śp. dyr. J. Stupaka, który miał pomysł na to, jak radzić sobie z taką młodzieżą, i to nie w sensie negatywnym, tylko pomocowym, wspomagającym.

    OdpowiedzUsuń
  5. szkoda słów anonimowy nr 1 - hipokryta jesteś, hipokrytą będziesz, szkoda tylko młodzieży

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak się ktoś pisania i liczenia na poziomie nauczania początkowego nie nauczył przez 9 lat, to w 3 lata, z takimi brakami jeszcze, do matury się nie przygotuje!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Pańskie poglądy, skądinąd logiczne, przerażają mnie. Przyznam, że próbowałem je odebrać jako rodzaj przewrotnej kpiny. Niestety, prawdopodobnie pisze Pan zupełnie serio.

    Chciałbym wiedzieć:
    - czemu ma służyć "męczenie się z mniej umotywowanymi czy mniej uzdolnionymi do dalszego kształcenia", jeśli nie tylko uprawianiu sztuki dla sztuki, czyli wyrównywania szans edukacyjnych dla samego wyrównywania?

    - czy podziela Pan pogląd Macieja Kałacha z Dziennika Łódzkiego, że nauka w zawodówkach jest rodzajem zesłania?

    - dlaczego lepsze jest obniżanie progów przyjęć, a nie przekształcanie liceów lub techników w zasadnicze szkoły zawodowe?

    Jestem byłym pracownikiem Ośrodka Szkolno- Wychowawczego dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Znam przypadek, że osoba ze zdiagnozowanym upośledzeniem w stopniu lekkim została przyjęta do Liceum Profilowanego. W imię wyrównywania szans (na co naciskali ambitni i pretensjonalnie nastawieni rodzice), osoba ta została dociągnięta do matury, której, oczywiście, nie zdała. Nie wiem czy w ten sposób nie została skrzywdzona.

    Jestem przekonany, że likwidacja odgórnie ustalonych minimalnych progów punktowych przy przyjęciach do szkół średnich może być rodzajem zielonego światła dla takich, eufemistycznie pisząc, "nieobiektywnych" rodziców.

    Również pozwolę sobie na hipokryzję, tzn. ośmielę się stwierdzić, że w wielu przypadkach decyzję adolescenta dotyczącą "ubiegania się o miejsce w upragnionej szkole" podejmują rodzice. Może tu tkwi jakiś ułamek problemów edukacyjnych oraz egzystencjalnych uczniów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mogę odpowiedzieć pytaniem na pytanie: Czemu praca nauczyciela jest oceniana przez X-a jako "męczenie się z mniej umotywowanymi czy mniej uzdolnionymi do dalszego kształcenia"?
    Czy rzeczywiście jest ona w takich sytuacjach uprawianiem sztuki dla sztuki?
    - nie podzielam poglądu p. Macieja Kałacha z Dziennika Łódzkiego, że nauka w zawodówkach jest rodzajem zesłania. To są bardzo potrzebne typy szkół. Dlaczego jednak ktoś, kto nie ma żadnych predyspozycji czy dojrzałości do przyuczania się do zawodu lub też na skutek różnych okoliczności życiowych lub środowiskowych nie uzyskał odpowiedniej liczby punktów - musi uczyć się w tych szkołach? Dlaczego? Bo tak chce tego urzędnika UMŁ, a na domiar nie życzy sobie tego nauczyciel liceum?
    - Przekształcanie liceów lub techników w zasadnicze szkoły zawodowe jest możłiwe i być może potrzebne, ale niech wynika to z naturalnego zainteresowania tymi szkołami przez samą młodzież.
    Nie wiem, czy w ten sposób opisana przez X-a uczennica została skrzywdzona. Trzeba przyjrzeć się temu z jej punktu widzenia, a nie X-a, może warto ją o to zapytać!
    Zgadzam się, że część rodziców kieruje swoije dzieci wbrew ich woli do okreśłonego typu szkoły. Nie ma tu jednak żadnej prawidłowości, która z tego powodu usprawiedliwiałaby owe progi. Nie uważam za hipokryzję stwierdzenia, że w wielu przypadkach decyzję adolescenta dotyczącą "ubiegania się o miejsce w upragnionej szkole" podejmują rodzice. Nie ulega wątpliwości, że tu tkwi jakiś ułamek problemów edukacyjnych oraz egzystencjalnych uczniów.
    Nadal nie uzasadnia to administracyjnych decyzji w sprawie likwidacji progów przyjęć do szkół. Każde dziecko ma prawo do edukacji publicznej. Ono też lub /i jego rodzice może zdecydować o zmianie profilu kształcenia czy typu szkoły. Dlaczego dorosłym wolno korzystać z wolności w tej sprawie, kiedy sami chcą się uczyć, studiować, a dzieciom i młodzieży nie wolno? Bo co? Bo nauczyciel będzie miał więcej pracy? To niech opuści szkołę i znajdzie sobie bardziej korzystną ofertę. Niech się nie męczy. To musi być okrutne, jeśłi idzie się do pracy, której się nie lubi. Mogę jedynie współczuć.

    OdpowiedzUsuń
  9. >Bo co? Bo nauczyciel będzie miał więcej pracy?<
    To nie jest ten problem!!!
    1.Można zapytać czemu ta męka obu stron ma służyć;-)
    2.Co z edukacją uczniów przygotowanych do nauki w liceum - oni tracą gdy nauczyciel w ich klasie koncentruje się(a musi!) na tych bez opanowanych podstaw nawet z nauczania początkowego???Czy ci przygotowani uczniowie nie mają żadnych praw?A to ich edukacja jest przede wszystkim potrzebnma społeczeńswu bo to oni będą wykonywali zawody wymagające wysokich kwalifikacji intelektualnych.Na kasie w TESCO czy przy sprzątaniu ulic poziom edukacji ogólnej personelu nie ma znaczenia;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Dlaczego Anonimowy pisze, że uczenie się i edukowanie kogoś musi być męką?
    Przy kasie w TESCO (a nie na kasie) siedzą także nauczyciele. Tam się przynajmniej nie męczą, a praca sprawia im przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  12. Oj demagog z ciebie,,,;-)
    Przygotowanie kogoś kto w 9(a może i więcej!) lat nie opanował materiału 3 klas nauczania początkowego do matury w 3 lata musi być męką i dla niego i dla przygotowującego!!!
    Cudów nie ma!

    OdpowiedzUsuń
  13. Demagogiem jest ten, kto twierdzi, że możliwe jest w polskiej szkole to, by uczeń uczęszczający przez 6 lat swojej edukacji do szkoły podstawowej, a następnie przeze 3 lata do gimnazjum nie opanował materiału trzech klas kształcenia elementarnego. Jak to jest zatem możliwe, że po trzech pierwszych klasach kolejni nauczyciele promowali go, dawali mu promocję do klas następnych?
    Niezależnie od tej bajki można zapytać, czy rzeczywiście taka osoba, niepiśmienna i niepotrafiąca liczyć, będzie aspirować do szkoły ogólnokształcącej lub do technikum? Nooo, nieee, oczywiście, to jej rodzice zapewne "podpłacą" jej dalszą ścieżkę kształcenia, a raczej uczęszczania do szkoły średniej II stopnia.
    Bzdura. Oj Anonimowy dwmagog z ciebie,,,;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziękuję za poważne potraktowanie mojego wpisu, odpowiedź i próbę rozwiania moich wątpliwości.

    Niestety, nie poczułem się przekonany. W dalszym ciągu uważam, że zza idei rzekomego równania szans wyziera brak realnych mechanizmów rozpoznawania rzeczywistych potrzeb edukacyjnych uczniów, a co za tym idzie, również mechanizmów sensownej selekcji.

    OdpowiedzUsuń
  15. Dawniej :
    Szkoła podstawowa ledwo, ledwo - szkoła zawodowa lub przyzakładowa - dobry, pożyteczny, pracownik

    Dzisiaj :
    Szkoła podstawowa ledwo. ledwo - gimnazjum słabiutko - liceum wypłakane i na korepetycjach - prywatna uczelnia oddział w Koziej Wólce. Inteligencja

    OdpowiedzUsuń
  16. uważam, że pomysł aby nie bylo odgórnych progów punktowych jest dobry. wszyscy uczniowie mieliby szansę na dostanie sie do szkoły, do której chcą uczęszczać. i nie mówię tu akurat o przetrzymywaniu w danej szkole na siłę osób, które nie maja motywacji i chęci do nauki. bardziej chodzi mi o to, że popieram pomysł, by wszyscy mieli równe szanse. a to czy ją wykorzystają to już indywidualna sprawa każdego ucznia. dostając się do swojej wymarzonej szkoły uczeń ma wybór: uczyć się i skończyc ją albo nie i wylecieć z niej po roku. myslę, że pozytywem w tym pomyśle jest również fakt, iż jeśli ktoś już dostanie sie tam gdzie chciał to jest większe prawdopodobieństwo, że sie postara bardziej i będzie się uczył niż w tej szkole, do której nie chciał iść. a najbardziej przykre jest to, iż tyle mówi się o równości w społeczeństwie a od samego początku zsyła się na margines tych słabszych. obecnie stawia się niestety tylko na te jesdnostki wybitne (które i tak jak otrzymają pełne wykształcenie i odpowiednie kompetencje w 90% wyjeżdżają za granicę i tyle z nich pożytku) a nie na wyrównywaniu braków i wykształceniu na odpowiednim poziomie jak największej liczby osób.

    OdpowiedzUsuń
  17. uważam, że pomysł aby nie bylo odgórnych progów punktowych jest dobry. wszyscy uczniowie mieliby szansę na dostanie sie do szkoły, do której chcą uczęsżczać. i nie mówię tu akurat o przetrzymywaniu w danej szkole na siłę osób, które nie maja motywacji i chęci do nauki. bardziej chodzi mi o to, że popieram pomysł, by wszyscy mieli równe szanse. a to czy ją wykorzystają to już indywidualna sprawa każdego ucznia. dostając się do swojej wymarzonej szkoły uczeń ma wybór: uczyć się i skończyc ją albo nie i wylecieć z niej po roku. myslę, że pozytywem w tym pomyśle jest również fakt, iż jeśli ktoś już dostanie sie tam gdzie chciał to jest większe prawdopodobieństwo, że sie postara bardziej i będzie się uczył niż w tej szkole, do której nie chciał iść. a najbardziej przykre jest to, iż tyle mówi się o równości w społeczeństwie a od samego początku zsyła się na margines tych słabszych. obecnie stawia się niestety tylko na te jesdnostki wybitne (które i tak jak otrzymają pełne wykształcenie i odpowiednie kompetencje w 90% wyjeżdżają za granicę i tyle z nich pożytku) a nie na wyrównywaniu braków i wykształceniu na odpowiednim poziomie jak największej liczby osób.

    OdpowiedzUsuń
  18. Szanowny Panie Profesorze!

    Sądzę, że dobrze rozumiem (a przynajmniej "odkrywam") szlachetne intencje Pana Profesora. Stąd zapewne deklaracja wiary w to, że każdy gimnazjalista podstawy rachunków zna.

    Całkiem świeże (przeprowadzone przed niecałymi 5 tygodniami) badanie uczniów pewnej klasy gimnazjalnej odkryło takie braki, że chętnie zapoznam się z informacją o reakcji nauczyciela matematyki na wieść o wynikach (dobrze znanych wychowawcy klasy).
    W niektórych pytaniach socjometrycznych zostały "zakodowane" próby sprawdzenia jeszcze czegoś innego - poza materią "czystej socjometrii".

    Zespół kilku pytań został poprzedzony wzmianką, że chodzi o okoliczności podczas wycieczki klasowej, w której uczestniczą wszyscy z tej klasy.
    Dwa kolejne pytania dotyczyły wskazywania osób, z którymi (podczas takiej wycieczki) chciałoby się zajmować pokój hotelowy (wpierw trzyosobowy, potem czteroosobowy).
    Proszę sobie wyobrazić, że niektórzy uczniowie drugiej klasy gimnazjalnej wskazywali po 3 osoby w pokoju trzyosobowym i po 4 osoby w pokoju czteroosobowym. Siebie pomijali.
    Pokazali braki w zakresie elementarnej algebry.

    Chodzi o jedno z tzw. lepszych gimnazjów w dużym mieście, o szkołę stabilnie od lat prowadzoną.
    Jak jest w tzw. słabym gimnazjum?

    Być może, sposobem na skuteczne urealnienie zasad funkcjonowania szkół w Polsce byłoby wydanie ustawy, na mocy której każdy dr hab. i profesor pedagogiki - jeśli w ciągu ostatnich 5 lat nie pracował w szkole - miał obowiązek podjęcia normalnej pracy dydaktycznej w szkole "przedmaturalnej", przynajmniej na 1/4 etatu (a może nawet 1/2, gdyż od "połówki" zaczyna liczyć się uzyskiwanie uprawnień z Karty Nauczyciela). Może wtedy wszyscy samodzielni pracownicy uczelniani zaczęliby zwracać uwagę studiującym bździągwom, które (zwłaszcza na "pedagogikach") paradują z pępkiem na wierzchu.

    OdpowiedzUsuń
  19. O tym problemie pisze też Dariusz Chętkowski:
    http://chetkowski.blog.polityka.pl/?p=949#comment-73514

    OdpowiedzUsuń
  20. Janpolana informuję, że pracowałem w szkole podstawowej, będąc jednocześnie pracownikiem naukowym UŁ.

    OdpowiedzUsuń
  21. Szanowny Panie Profesorze!

    Na podstawie czytanych przeze mnie tekstów Pana Profesora, zakładałem, że Pan Profesor zna szkoły "od wewnątrz". Dlatego, moja uwaga była wolna od kontekstu personalnego.

    Zaskakuje mnie, jak wielu (spośród mi znanych) nauczycieli uważa pedagogów uczelnianych za "teoretyków" - czyli ludzi bez wiedzy praktycznej. Nauczyciele ci są często zaskoczeni, gdy mówię im, jak wielu pracowników uczelnianych pracuje (pracowało) w szkole (w szkołach).

    Sądzę, że spory problem jest na odcinku "komunikacyjnym": między nauczycielami a uczelnianym środowiskiem pedagogicznym.

    OdpowiedzUsuń
  22. Chciałabym powiedzieć jak ta sytuacja wygląda z pozycji ucznia. Obecnie jestem studentką pierwszego roku, więc gimnazjum skończyłam nie tak dawno temu. Szkoła ponadpodstawowa jest uważana za ostatnie miejsce gdzie obowiązuje "dziecięca równość", gdzie wszystkie osoby ubiegające się o miejsce są przyjmowane i mają równe szanse w zdobywaniu wykształcenia. Moim zdaniem, taka "równość" była bardzo krzywdząca,dla osób zdolnych lub chociaż tych chętnych do nauki. Lekcje wyglądały w ten sposób, że nauczyciel próbował uspokoić i doprowadzić do porządku kilka osób,które nie były w najmniejszym stopniu zainteresowane nauką, a reszta musiała czekać. Jak wiadomo osoby młode są bardzo podatne na zły wpływ środowiska i za wszelką cenę szukają akceptacji,dlatego osób zakłócających przebieg lekcji było coraz więcej. Najbardziej ucierpieli na tym uczniowie najzdolniejsi i ci,którzy ulegli takim tendencjom, co skutkowało bardzo niskimi wynikami na teście gimnazjalnym i niskimi ocenami. Rozumiem, że sama idea wyrównywania szans jest bardzo szlachetna,ale nie może być to "równanie do dołu" i krzywdzenie uczniów zdolnych. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem,jako szkołę ponadgimnazjalną wybrałam liceum o wysokim progu punktowym. W zespole, gdzie każdy z uczniów stara się pracować nauka wygląda zupełnie inaczej. Ważne są także relacje miedzy ludzkie, w gronie osób "uczulonych" na wiedzę, osoba której zależy na tym, żeby się uczyć ma duże kłopoty z akceptacją ze strony środowiska.

    OdpowiedzUsuń
  23. Szanowny Panie Profesorze!

    To, co opisała powyżej Pani Studentka, jest bardzo przejmujące. Niestety, jakże często tak jest w rzeczywistości.

    Idąc "za ciosem", można by wprowadzić wymóg obecności jednego uzbrojonego terrorysty na każdym posiedzeniu rządu. Sądzę, że efekt byłby podobny do tego, jaki dają "występy" klasowych rozrabiaczy.

    Trzeba postawić wyraźną granicę między systemem edukacyjno - wychowawczym a systemem resocjalizacyjnym (a w jego ramach granice między sprawcami zdemoralizowanymi a sprawcami "z przypadku").

    Przyznaję, że zaskakuje mnie brak wpisu Pana Profesora na temat niedawno nagłośnionej w mediach współpracy Policji z nauczycielami gimnazjalnymi, którzy postanowili wziąć się za młodocianych bandytów, udających uczniów.

    Sądzę, że jednym ze skutecznych środków oddziaływań wychowawczych byłoby finansowe wymuszanie na rodzicach wypełniania obowiązków rodzicielskich, także w sferze wychowawczej. W prawie podatkowym istnieje możliwość rozliczania się rodzica wspólnie z dzieckiem. Może zniesienie takiej możliwości w przypadku młodocianych bandytów i ich rodziców byłoby skutecznym środkiem. Prosta zasada: trzymasz bandziora w domu - nie możesz się z nim wspólnie rozliczać.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  24. Popieram!Tak wygląda prawdziwa szkoła, a nie tak jak we wspomnieniach szkolnych prof.Śliwerskiego;-)

    OdpowiedzUsuń
  25. Anonimowy (14.10), tak wygląda szkoła, która nie ma nic wspólnego ze szkołą, ponieważ pracują w niej osoby tak mnyślące, jak Ty. Szkoda, że masz tylko takie wspomnienia o niej a może i sam taką tworzysz, skoro usiłujesz je przypisać prof. Śliwerskiemu. Chodziłam do klasy, w której on pracował i jestem z tego dzisiaj dumna. Oby wszyscy mieli takich nauczycieli, jak on, a nie jak ta studentka. Ona ma rację, że uczniowie zdolni byli stratni tyle tylko, że to nie zaprzecza samej idei równości dostępu do wyboru szkoły.

    OdpowiedzUsuń
  26. Logika twojego wpisu świadczy o tym, że p.Śliwerski był kiepskim nauczycielem.Skoro bowiem w rzeczywistości(!) większość uczniów ma taką edukację, jaką opisała ww studentka, a nie taką, jaka się marzy p.Śliwerskiemu, to znaczy,że jest on wyrządzającym praktyczną krzywdę zdolnym i ambitnym bujającym w obłokach doktrynerem!!!Garstka pasjonatów realizująch swoje hobby wbrew mechanizmom systemowym niczego nie dowodzi!!!

    OdpowiedzUsuń
  27. Twoja logika - Anonimowy - jest wynikiem kiepskiej edukacji, skoro jeden przypadek jest dla ciebie "większością". Jesteś mistrzem doktrynerstwa. To ja wolę szkołę profesora.

    OdpowiedzUsuń
  28. Od kiedy to Śliwerski odpowiada za pracę wszystkich szkół w Polsce? Coś się Anonimowemu pomieszało w mózgu.

    OdpowiedzUsuń
  29. Owszem, za pracę wszystkich szkół w Polsce odpowiadają doktryny(!!!) lansowane przez liwerskiego podobnych mu teoretyków-doktrynerów,znających szkołę głównie z własnego dzieciństwa, a chętnie kupowane(bo dla nich b.wygodne- do czasu) przez polityków i urzędasów!!!

    OdpowiedzUsuń
  30. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś taki, kto przypisuje moim rozprawom naukowym powszechnie zobowiązującą moc. Wprawdzie nieprzypominam sobie, by któryś z polityków czy urzędników oświatowych kupił ode mnie jakiś projekt edukacyjny, ale - jak przyjdą czasy władzy Anonimowego - to i tak wszystkie zostaną spalone na stosie.
    Ciekawee, którego rodzaju paranoi u Anonimowego dotyczą jego/jej komentarze?
    inividia - paranoja zazdrości
    querulatoria - paranoja pieniacza
    presecutoria - paranoja prześladowcza

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.