poniedziałek, 15 lutego 2010

Jak leczyć szkolną czy urzędniczą dżumę?

W Polsce jest przymus prawny uczęszczania do szkoły (obowiązek szkolny), a to oznacza, że dzieci w wieku szkolnym od 6 do 18 roku życia, czy tego chcą czy nie, muszą w nich przebywać przez określony prawem okres czasu. Skoro młodzi muszą być codziennie doprowadzeni (dowiezieni) do szkół, to oznacza, że szkoła nie musi być dla nich miejscem ani ważnym, ani atrakcyjnym.

Z założenia szkoła publiczna (państwowa) ma być miejscem konieczności, przymusu zewnętrznego, ograniczeń, a nie wolności, czyjejś dobrej woli czy osobistych aspiracji. Opatrzenie jej zatem przymiotnikiem: radosna, przyjazna, otwarta, demokratyczna, humanistyczna, itp. niczego w sytuacji uczniów nie zmienia, gdyż na skutek powyższego przymusu szkoła generuje tego zaprzeczenia. Jak bowiem może być przyjazne coś, co jest z góry nieprzyjazne? Jak szkoła może być dla dziecka radosna, skoro ono doświadcza w niej przykrości? Jak instytucja może być otwarta, skoro jest zamknięta? Jak może coś być humanistyczne, skoro jest toksyczne? Jak szkoła może być demokratyczna, skoro jest autokratyczna? itp. Punktem wyjścia do konstruowania założeń prawnych, programowych, organizacyjnych i metodycznych szkół publicznych jest zatem przymus negatywny, który wrażliwi na dobro dziecka nauczyciele usiłują przekształcić w przymus pozytywny.

Odmiennie konstytuowane są szkoły niepubliczne, w których punktem wyjścia do ich organizacji jest wolność w jej różnym wymiarze i dziedzinach. Zaczyna się od wolności negatywnej, czyli od tego, że dziecko nie musi uczęszczać do szkoły publicznej, ale natychmiast dopełnia się ją wolnością pozytywną, a więc wskazaniem na to, jakiego rodzaju atrakcje będą w niej czekać na uczniów. W tego typu szkołach można tworzyć warunki do uczenia się i osobistego rozwoju dzieci i młodzieży zgodnie z ich, a raczej ich rodziców - oczekiwaniami, pragnieniami czy aspiracjami.

Tylko szkoły alternatywne mogą zgodnie z własnymi regułami określać warunki przebywania w nich uczniów i korzystania z najprzeróżniejszych rozwiązań edukacyjnych, opiekuńczych i wychowawczych, które będą akceptowane przez uczniów i ich rodziców. W końcu oni za to płacą. Jeśli jednak i te szkoły chcą wydawać świadectwa równoważne świadectwom szkół publicznych, to muszą wprowadzać rozwiązania programowe i organizacyjne, które stanowią jakąś część przymusów typowych dla szkół publicznych. Jednym z nich jest np. realizowania ramowych programów kształcenia , przystępowanie uczniów do egzaminów zewnętrznych czy stosowanie w nich powszechnie obowiązującej skali ocen.

Przywołuję te oczywistości dlatego, że trwa debata publiczna na temat roli ocen zachowania uczniów w polskim szkolnictwie. W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł nauczyciela historii Łukasza Michalskiego pt. Jak leczyć szkolną dżumę. Dotyczy on dylematów, jakie wzbudził wśród nauczycieli szkół publicznych pomysł obecnej minister edukacji Katarzyny Hall, by zlikwidować restrykcyjną funkcję oceny zachowania, tzn. by uczeń z wystawioną mu po raz trzeci oceną negatywną mógł być jednak promowany do następnej klasy. Pani minister postanowiła zastąpić instrument przymusu negatywnego, jakim jest wciąż jeszcze możliwość niepromowania szkolnych „łobuzów” czy „leserów" do następnej klasy, środkiem przymusu pozytywnego, czyli wyrażania opinii negatywnej o tej marginalnej w sensie liczbowym grupie uczniów, jeśli na nią zasługują, ale bez nadania owej ocenie mocy stygmatyzującej i wykluczającej ich z grupy społecznego odniesienia, jaką jest ich klasa szkolna.

Nie wiemy, bo takimi danymi statystycznymi nie dysponujemy, ilu jest takich uczniów w skali kraju, którzy otrzymali po raz trzeci na koniec roku szkolnego negatywną ocenę zachowania? Może takich w ogóle nie ma, a więc z tego powodu trzeba zlikwidować ów zapis normatywny? A jeśli są, to ilu i czy warto o nich kruszyć kopię?

Jak stwierdza Ł. Michalski: spór między opozycją a stroną rządzącą w tej drobnej sprawie jest symptomatyczny dla sposobu, w jaki edukacja jest traktowana przez polskich polityków. Wprowadzenie proponowanych przez MEN zmian oznaczałoby w praktyce likwidację jakiegokolwiek realnego instrumentu nacisku na uczniów rażąco łamiących obowiązujące w szkole (a często po prostu wśród cywilizowanych ludzi) zasady. Nikt mający choćby naskórkowy kontakt z oświatą nie uzna bowiem za poważne stwierdzenia, że szkoła będzie mogła na naganne sprawowanie odpowiadać za pomocą innych „represji”.

Można jednak zapytać, a cóż to za skuteczny instrument nacisku na uczniów, skoro wystawienie im oceny negatywnej skutkuje recydywą? Nie lepiej jest po prostu powrócić do bardziej skutecznego instrumentu nacisku, jakim jest usunięcie ucznia ze szkoły? Ale jak go usunąć, skoro jest przymus szkolny? I tu jest pies pogrzebany. Jeden przepis wykluczałby stosowanie innego.

Zgadzam się zatem z tym fragmentem wypowiedzi Michalskiego:

Znacznie uczciwiej byłoby, zamiast tworzyć kolejną regulację ośmieszającą prawo, zlikwidować oceny z zachowania w ogóle. Przynajmniej tysiące wychowawców nie musiałoby godzinami wypełniać dodatkowych formularzy, a z podsumowujących rok szkolny rad pedagogicznych znikłby jeden „punkt programu”.(…)

Pozorną opozycję pomiędzy całkowitym oddzieleniem zachowania, a więc i wychowania, od nauki i bezdusznym stosowaniem tej samej (bardzo surowej) miary wobec nawet poważnych, ale pojedynczych, wyskoków i notorycznego ignorowania obowiązków szkolnych lub jawnego bandytyzmu, można zlikwidować, po prostu przekazując decyzję o pozostawieniu (lub nie) na drugi rok delikwenta z naganną oceną ze sprawowania w ręce rad pedagogicznych szkół. Bo tylko nauczyciele z konkretnej szkoły będą w stanie sensownie ocenić dany przypadek i zdecydować, jak powinno się ostatecznie postąpić, ważąc racje dobra samego „podsądnego”, jak i całej społeczności szkolnej.
Do tego trzeba jednak, by politycy, niezależnie od opcji, byli skłonni, zamiast gadania o „upodmiotowieniu społeczeństwa” czy „praktycznym realizowaniu zasady pomocniczości”, realnie przekazać odrobinę kurczowo trzymanej władzy ludziom kompetentnym, choćby w tak nieistotnej, zdawałoby się, z ich punktu widzenia sprawie.


Polityk wtrącający się do edukacji nie jest w stanie – zdaniem Michalskiego - wyrwać się z kolein mentalności ideologicznie uwarunkowanego urzędasa przekonanego, że zawsze będzie „wiedział lepiej” od „tych na dole”, których trzeba ustawić, pouczyć i – Boże broń! – nie pozwolić na podjęcie jakiejkolwiek samodzielnej decyzji.


Źródło: http://www.rp.pl/artykul/433970_Michalski__Jak_leczyc__szkolna_dzume_.html

2 komentarze:

  1. ...może najwyższy czas na "prawdziwą reformę polskiego szkolnictwa"?i tu pojawia się pytanie: Gdyby Panu zaproponowano stanowisko Ministra Edukacji, przyjąłby Pan urząd?:)

    OdpowiedzUsuń
  2. tego typu pytania-oferty powinien formułować Premier rządu, a nie Anonimowy.

    OdpowiedzUsuń