niedziela, 27 września 2009

Cooltury akademickiego kłamstwa

Zbliża się kolejny rok akademicki 2009/2010. Największy niepokój panuje w środowisku szkół niepublicznych. Wrzesień jest tym miesiącem, w którym najsilniej dają się zaobserwować ruchy migracyjne studentów lub kandydatów na studentów. Wszystko zależy od tego, czy wybrana przez nich szkoła wyższa uruchomi studia, będzie je kontynuować czy może zostanie pozbawiona prawa do prowadzenia działalności w tym zakresie. Kto to może wiedzieć? Jak to sprawdzić? Jedni studenci się martwią, bo nie wiedzą, czy uczelnia, do której trafili, jest wiarygodna czy nie, co kryje się za jej nazwą, wykazem kadr, internetowym wizerunkiem, reklamami i kolorowymi obietnicami? Być może niektórzy jeszcze nie zastanawiają się nad tym, czy szkoła wyższa, w której rozpoczną naukę, nie zostanie w trakcie trwania ich studiów zdelegalizowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, czy ich kierunek studiów uzyska(-ł) akredytację Państwowej Komisji Akredytacyjnej, czy placówka ta ma pozwolenie na kontynuowania swojej działalności edukacyjnej?

Komunikaty na stronie resortu odpowiedzialnego za szkolnictwo wyższe pojawiają się rzadko, a jeśli już, to najczęściej mają one charakter jednoznacznie ostrzegający przed kontynuowaniem przez niektórych właścicieli działalności niezgodnej z prawem. Młodzi tego nie rozumieją i nawet nie chcą zrozumieć, jeśli ich jedynym celem nie jest studiowanie, ale zdobycie (kupienie) dyplomu ukończenia określonych studiów. Dla nich najważniejsze jest dostać się do uczelni i ją ukończyć – szybko, łatwo i przyjemnie. Nie wiedzą że mogą trafić do środowiska, w którym podobnymi kategoriami może myśleć właściciel takiej szkoły albo część jej obsługi administracyjnej czy kadry akademickiej. Wówczas ich zaangażowanie sprowadza się do pozorowania pracy, do udawania, że się pracuje, studiuje lub komuś sprzyja w realizacji jego ambicji. Jeśli zostanie to rozpoznane przez zewnętrznych audytorów, może się nagle okazać, że nadszedł czas prawdy, prysły zmysły i pora rozstać się z miejscem, które ufundowane było na wzajemnym kłamstwie. Swój swego wprawdzie zrozumie, ale jeśli na tym straci, to nie popuści drugiemu. Dopiero wówczas zacznie protestować, dopominać się o swoje założone prawa, będzie podkreślał(-a), jak miał(-a) dobre i szczytne intencje, że zawsze chciał(-a) dobrze, tylko jakoś tak wyszło, bo wszyscy są winni, tylko nie on(-a), itp.

Żyjemy w coolturze kłamstwa, fałszu, pozorów, w maskowaniu tego, co jest „drugim dnem”, a pedagodzy nazywają to „ukrytym programem szkoły”. Stykam się z tym wymiarem niemalże na co dzień, gdyż funkcjonuję w różnych gremiach oceniających, kontrolujących czy monitorujących procesy akademickiego kształcenia. Bardzo szybko rozpoznaję fikcję, która maluje się w ładnie przygotowanej i oprawionej dokumentacji, i nie ma to znaczenia, czy dotyczy to wyższej szkoły publicznej czy niepublicznej. I w jednym typie uczelni i w drugim mają miejsce różnego rodzaju oraz kalibru wykroczenia, niedomagania czy błędy organizacyjne. Jeśli bowiem czytam, że kilka uniwersytetów już teraz nie spełnia formalno-prawnych i merytorycznych wymogów, by nosić to imię, a środowisko rektorów zastanawia się nad tym, jak przekonać władze, by uzyskać przedłużenie dla tego stanu rzeczy i umożliwić dostosowanie się niektórych uczelni publicznych do obowiązujących norm prawnych, to oznacza, że cooltura kłamstwa ma się dobrze także i w przestrzeni instytucji publicznych, utrzymywanych m.in. z moich podatków. Posłowie już przygotowują rozwiązania prawne, które pozwolą na wydłużenie o dwa lata okresu, w którym niektóre uniwersytety czy politechniki będą mogły dostosować się do przepisów. A to oznacza, że norm prawa nie spełniają. Prawo do swoich nazw może stracić Szkoła Główna Handlowa i Akademia Górniczo-Hutnicza (Rzeczpospolita 186/2009, s. B6)!

Jak zatem władza ma i może egzekwować przestrzeganie prawa w środowisku szkół niepublicznych, skoro w szkolnictwie publicznym pozwala na jego nieprzestrzeganie? Jak rząd ma zatroszczyć się o poprawność funkcjonowania szkolnictwa publicznego, skoro pod jego bokiem, w szkolnictwie niepublicznym są jednostki, które prawo nagminnie łamią i nie przestrzegają norm prawnych? Słusznie zatem dziennikarze uczulają młodzież, że wprawdzie może ona zacząć studia na uniwersytecie, ale skończyć je z dyplomem akademii, albo że zacznie studia w świetnie się lokującej na rynku uczelni niepublicznej, ale jej w niej nie skończy lub będzie zmuszona ją opuścić i kontynuować studia w innej placówce. Cooltura kłamstwa ma się w naszym kraju dobrze. Młodzi! Uważnie obserwujcie, co się dzieje w przestrzeni szkoły, w której jesteście, jakie następują w niej zmiany, czego jest w niej mniej, kogo ubywa, co jest sprzeczne z obowiązującymi w niej regulaminami, bo być może to, co wam w niej obiecywano, jest tylko blichtrem, puchem marnym… kosztowną grą rynkową?

9 komentarzy:

  1. Dzień dobry, cóż ja wybór mych studiów mam już dawno za sobą. Chyba dobrze trafiłem, studiuje na UWr. filozofię.

    Wiem, że swego czasu był na moim wydziale konflikt i część pracowników przeniosła się w miejsce, w którym szanowny Pan profesor wykłada we Wrocławiu. Ale czy to nie przypadkiem o drugim miejscu Pańskiej pracy Łodzi, swego czasu rozpisywała się GW? Bodaj jakaś lipną szkołę tam wykryto ale może myli mnie podobieństwo nazw.

    Zapraszam na mego bloga: http://pregierzrozumu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam nic wspólnego ze szkołą wyższą w Łodzi, o której było i nadal jest w sensie negatywnym - głośno. Nie interesuje mni etez to, czy na Pańskim Wydziale był konflikt, czy nie i czy ktoś z tego powodu odszedł do innej uczelni. Na szczęście, okres niewolnictwa mamy już dawno za sobą, a naukowcy nie są własnością tej czy innej uczelni. Cieszę się, że dobrze Pan trafił z wyborem studiów w Uniwersytecie Wrocławskim. Mój syn ukończył ten Uniwersytet kilka lat temu, tak więc mam szczególny sentyment do tej uczelni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli dobrze pamiętam wspomniany przez Pana Profesora, to SGH, AGH i SGGW mają problem z utrzymaniem swych historycznych (tradycyjnych) nazwy. Chodzi o to, że nowy standard nie uwzględnia owych historycznych nazw. Wydaje mi się, że warto wypracować jakiś sposób zachowania uznanych nazw historycznych.

    Uczelnie mają różne problemy - przykładowo, UMCS zapowiedział zwolnienie kilkuset osób:
    http://umcs.eu/news.php?nid=2648
    http://www.kurierlubelski.pl/module-dzial-viewpub-tid-9-pid-77328-comments_startnum-1.html

    OdpowiedzUsuń
  4. UMCS ma różne problemy...niestety nie dba o rozwój naukowy pracowników i pewnie dlatego tak duża liczba pracowników odchodzi na prywatne uczelelnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. No cóż, w tych prywatnych uczelniach bardzo szybko mogą się ci pracownicy obudzić z ręką w nocniku, bo okaże się, że byli prywaciarzowi potrzebni do zassania środków od klientów (studentów) na jego pseudoaspiracje, ale z troską o ich rozwój naukowy niewiele to będzie miało wspólnego. Już widzę, jak kanclerz prywatnej uczelni daje lekką rączką środki na opłacenie przewodu doktorskiego, habilitacyjnego czy profesorskiego swoich pracowników, jak im zabezpiecza środki na badania naukowe, jak im funduje nagrody naukowe... ha, ha, ha... ! Chyba, że postanowi im "załatwić" wyższe stopnie naukowe poza granicami kraju. Ta praktyka była już w naszych mediach opisywana. A sytuacja w AHE? Jeszcze nikogo nie nauczyła ostrożności wobec prywaciarza? Już uciekają z tego "okrętu" pracownicy naukowi i studenci.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jeśli ktoś odchodzi z uniwersytetu, to prawdopodobnie dlatego, że rzeczywiście mógł być spychany na margines przez miernoty, które są u władzy. Wystarczy przeczytać wcześniejszy wpis Profesora na ten temat, w którym L. Witkowski odsłania zróżnicowanie troski o naukę, która w niektórych uniwersytetach przybiera karykaturalną formę. Czy rektorzy rozliczają dziekanów z fatalnej polityki kadrowej i naukowej na ich wydziałach? Czy nie rządzą tam od lat sitwy, których minister Kudrycka nie może rozbić, bo natrafia na opór tych, któzy już dawno odcinają kupony od swojego formalnego jedynie statusu, ale niczego wartościowego - poza pozyskiwaniem środków na utrzymanie substancji materialnej i kadrowej (kolesioskiej) - nie czynią?

    OdpowiedzUsuń
  7. albo sam był miernotą i teraz usiłuje przerzucić to na karb uczelni, że niby nie dba o swoich pracowników. Uproszczenia w tych ocenach nie są właściwe. JK.

    OdpowiedzUsuń
  8. Proszę wskazać mi uczelnię w Polsce, gdzie jest dokonywana merytoryczna ocena pracowników i gdzie młodzi mają szanse dostać pracę? Zazwyczaj dostają je obronieni doktoranci, których pryncypał pracuje w danej uczelni. Bez mentora to nie działa. A ilu pracowników ma dorobek prawie zerowy(można go oglądnąć na stronach uczelni) a pracuje i pracuje i będzie pracowało. Załatwia pracę swoim dzieciom, mężom- mógłbym podać bardzo wiele takich przykładów. I nie upraszczam, kieruję się faktami.

    OdpowiedzUsuń
  9. W uczelniach niepublicznych dokonywana jest ocena pracowników, ale młodzi nie mają szansy na otrzymanie w nich zatrudnienia, gdyż prawo o szkolnictwie wyższym zostało tak skonstruowane, by prywatnym właścicielom uczelni "opłacało" się zatrudniać tylko tych, których muszą, czyli profesorów, doktorów habilitowanych i doktorów. Oni bowiem stanowią o tzw. minimum kadrowym. Zapewne są wyjątki, że zatrudnia się także młodych, zdolnych ze stopniem magistra, by wspomóc ich w pracy naukowej i pozyskać na dłuższy okres czasu do współpracy etatowej, jak już się obronią. Tak jest w uczelni, w której sam pracuję, gdzie już w kolejnym roku kanclerz zatrudnia na stanowisku wykładowcy osobę ze stopniem magistra. Może ona liczyć na wsparcie naszych profesorów w przygotowywaniu rozprawy doktorskiej.
    Natomiast w uczelniach publicznych, na niektórych wydziałach prowadzona jest rzetelna rekrutacja na studia doktoranckie, a te są tylko dla młodych i zdolnych.

    OdpowiedzUsuń