Felieton prof. Stanisława Czachorowskiego „Odszkolnić uniwersytet, czyli o
mądrości w czasach sztucznej inteligencji” jest jednym z tych tekstów,
które warto czytać nie jako instrukcję obsługi przyszłości, lecz jako zapis
intelektualnego niepokoju człowieka uniwersytetu. Nie znajdziemy w nim gotowych
recept ani łatwego zachwytu nad sztuczną inteligencją. Znajdziemy natomiast coś
znacznie cenniejszego – odwagę postawienia pytania, czy współczesny uniwersytet
nie stał się zbyt podobny do szkoły.
Idealnie trafia w zakres debaty naukowej, która rozpoczyna się dzisiaj w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie na temat cyberprzestrzeni i wirtualnych światów. W ostatnich latach obserwujemy bowiem
zjawisko, którego nie można już wyjaśnić wyłącznie zmianami demograficznymi. Na
uczelniach ubywa studentów, a jeszcze szybciej ubywa studentów na wykładach.
Nie jest to wyłącznie kwestia frekwencji. To sygnał głębszej zmiany kulturowej.
Studenci coraz częściej głosują nogami. Jeżeli nie opuszczają studiów
całkowicie, to opuszczają te formy kształcenia, które uznają za nieprzynoszące
wartości dodanej.
W
tym sensie felieton Czachorowskiego trafia w samo sedno problemu. Nie dlatego,
że proponuje wykorzystanie AI w dydaktyce. Takie postulaty pojawiają się dziś
wszędzie. Istotniejsze jest jego spostrzeżenie, że sztuczna inteligencja nie
tworzy kryzysu uniwersytetu, lecz go ujawnia. Kiedy algorytm potrafi streścić
podręcznik, wygenerować poprawny esej czy uporządkować wiedzę szybciej niż
człowiek, musimy zadać sobie pytanie: czy rzeczywiście istotą studiów było
przekazywanie informacji?
Jeżeli
odpowiedź brzmi „tak”, to uniwersytet rzeczywiście znalazł się w sytuacji
przypominającej los cechów rzemieślniczych po rewolucji przemysłowej. Jeżeli
jednak odpowiedź brzmi „nie”, wówczas pojawia się szansa na odnowienie jego
sensu.
Warto
jednak spojrzeć na problem jeszcze szerzej.
Najnowsze
badania OECD PIAAC pokazują, że znaczna część dorosłych posiada trudności nie
tylko z krytycznym myśleniem, ale nawet z rozumieniem bardziej złożonych
tekstów czy rozwiązywaniem nowych problemów. Jednocześnie raport Education
at a Glance 2025 wskazuje, że nigdy wcześniej tak wielu młodych ludzi
nie posiadało dyplomu wyższej uczelni. Otrzymujemy więc paradoks naszych
czasów: rośnie liczba absolwentów, ale niekoniecznie rośnie poziom kompetencji,
które powinny być owocem studiowania.
Być
może właśnie tutaj znajduje się najważniejszy kontekst dla postulatu
„odszkolnienia uniwersytetu”.
Szkolny
model edukacji opiera się na reprodukcji wiedzy. Uniwersytet historycznie miał
pełnić inną funkcję. Miał być miejscem formowania sądu, rozwijania
samodzielności intelektualnej i wprowadzania do wspólnoty uczonych. Tymczasem w
wielu przypadkach sam zaczął przejmować logikę szkoły: sylabus jako program do
zrealizowania, egzamin jako kontrola zgodności odpowiedzi z oczekiwanym
kluczem, student jako odbiorca treści.
Nie
jest przypadkiem, że równocześnie obserwujemy trzy zjawiska:
- masowe rezygnacje studentów ze
studiów,
- odpływ młodych naukowców z uczelni,
- wzrost znaczenia alternatywnych form
uczenia się, wspieranych przez technologie cyfrowe i AI.
Każde
z tych zjawisk można analizować osobno. Łącznie tworzą jednak obraz kryzysu
relacji między uniwersytetem a rzeczywistością społeczną.
Felieton
Czachorowskiego nie jest buntem przeciwko wiedzy ani przeciwko wymaganiom.
Wręcz przeciwnie. Jest przypomnieniem, że wymagania akademickie nie mogą być
utożsamiane z pamięciowym opanowaniem treści. W świecie, w którym wiedza jest
powszechnie dostępna, coraz większego znaczenia nabierają umiejętności
interpretacji, selekcji, syntezy i odpowiedzialnego wykorzystania informacji.
Dlatego
szczególnie cenne wydają się fragmenty, w których autor opisuje własne
eksperymenty dydaktyczne: wyjście ze studentami do parku, próby przekształcenia
egzaminu w proces refleksji, wykorzystanie AI jako narzędzia wspierającego
uczenie się, a nie zastępującego myślenie. Nie są to gotowe rozwiązania. Są
raczej świadectwem poszukiwania nowego języka edukacji.
I
być może właśnie w tym tkwi największa wartość tego tekstu.
Nie jest to manifest technologiczny. Nie jest to także nostalgiczne narzekanie na młode pokolenie. Jest to głos profesora, który dostrzega, że świat się zmienił, a wraz z nim musi zmienić się również dydaktyka akademicka. Pozostaje jednak pytanie jeszcze bardziej fundamentalne. Czy rzeczywiście chodzi o „odszkolnienie” uniwersytetu?
Felieton prof. Stanisława Czachorowskiego można czytać jako wezwanie do reformy dydaktyki akademickiej. Ale można go też odczytać głębiej – jako apel o odzyskanie przez uniwersytet własnej tożsamości. Nie tej odziedziczonej po dziewiętnastowiecznej szkole, lecz tej, która legła u podstaw samej idei akademii: wspólnoty ludzi poszukujących prawdy, a nie jedynie reprodukujących wiedzę.
Uniwersytet wciąż lubi o sobie myśleć jak o świątyni wiedzy. Wystarczy jednak wejść do pierwszej lepszej sali wykładowej, by poczuć, że to jest raczej teatr. Nie jest to teatr awangardy, nie laboratorium sztuki, lecz teatr prowincjonalny, grający wciąż tę samą sztukę sprzed pół wieku. Studenci? Siedzą jak znudzeni widzowie, wlepieni w telefony, częściej obecni w świecie AI niż w notatkach z wykładu. Profesor? Recenzuje własny monodram, w którym tylko on zna pointę.
Studenci
rezygnują. W Polsce nawet 30–40% porzuca studia, a na niektórych uczelniach
znika 70% pierwszorocznych. Nie dlatego, że „nie dali rady”, ale dlatego, że
dali sobie spokój. Bo kto chce płacić za bilety na spektakl, którego
dramaturgia kończy się w akcie pierwszym? Bo kto ma czas siedzieć na wykładach,
kiedy w sieci można nauczyć się więcej, szybciej i praktyczniej?
Nie
tylko studenci uciekają. Z kulis wychodzą też młodzi naukowcy. Zamiast pisać,
badać, tworzyć – toną w biurokracji, raportach i sprawozdaniach. Zamiast grać w
pierwszym rzędzie, wybierają zejście ze sceny. Bo po co zostać w teatrze, w
którym role główne grają ci sami od dekad, a dla młodych zostają tylko
statystki?
Konserwatywna
dydaktyka, zabetonowane struktury, mania kontroli zamiast dialogu – to główne
rekwizyty tego spektaklu. I choć świat AI oferuje scenę pełną świateł i nowych
możliwości, uniwersytet broni swojej kurtyny jakby od niej zależało przetrwanie
cywilizacji. Tyle że widownia pustoszeje.
Wniosek? Uniwersytet dziś przypomina teatr formy bez treści. Sala coraz bardziej pusta, aktorzy schodzą ze sceny, reżyserzy powtarzają stare frazy. Możemy dalej w to grać – aż zostanie tylko echo w pustych murach. Albo możemy przepisać scenariusz: z widza zrobić współautora, ze studenta – twórcę, a z nauki – żywą sztukę.
W świecie AI sztuka dopiero się zaczyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam