Rozprawa doktorska z pedagogiki społecznej uzyskała trzy
recenzje z pozytywną konkluzją. Znakomicie. Tylko skakać do góry z radości. Zapewne jej
autor miał powód do satysfakcji.
Gorzej
jest jednak z pedagogika jako nauką, bo sama w sobie cieszyć się lub ubolewać nie może. Nie
chodzi tu błędy edytorskiej natury, ale o błędy dyskwalifikujące część
pracy, które są metodologicznie fundamentalne. Wymagały przed złożeniem pracy do oceny
raczej korekty, które mieszczą się w standardowym repertuarze uwag dla solidnej
pracy empirycznej.
Rzeczowo traktujący swój obowiązek dwaj recenzenci sformułowali uwagi, koncentrując się na kwestiach o
charakterze techniczno-warsztatowym autora pracy, które nie wpływają na zaprezentowane przez niego wyniki
badań, lecz tylko na sposób ich zapisu, a mianowicie:
- nieprecyzyjne przypisy typu „za:”
zamiast wskazania źródła pierwotnego,
- umieszczanie w bibliografii prac, do
których autor prawdopodobnie nie dotarł bezpośrednio,
- sporadyczne błędy językowe i
stylistyczne,
- niewygodne łamanie tabel na dwie
strony.
- część hipotez jest sformułowana zbyt
opisowo („X różnicuje Y”),
- w części stricte diagnostycznej
hipotezy nie są konieczne,
- natomiast hipotezy odnoszące się do
(...) są sensowne, lecz powinny być mocniej uzasadnione teoretycznie. To
nie oznacza, że badania są błędne, lecz że: logika zapisu projektu mogłaby
być bardziej konsekwentna.
- zbyt mocno eksponuje istotność
statystyczną,
- za słabo uwzględnia siłę korelacji,
czasem interpretuje bardzo słabe korelacje jako znaczące poznawczo.
To
jest realny problem interpretacyjny, który dotyczy sposobu wnioskowania,
natomiast recenzenci zupełnie pominęli poprawność skonstruowane narzędzia diagnozy oraz obliczeń uzyskanych danych. Nie podważają samego
materiału empirycznego. Raczej sugerują selekcję ważniejszych
zależności, aniżeli błędną analizę danych.
Trzeci
recenzent podkreśla zaniedbania dotyczące dojrzałości narracji metodologicznej,
zwracając uwagę na to, że przy omawianiu cudzych badań warto częściej
podawać: liczebności prób, sposób doboru, własności narzędzi, że należy
wyraźniej oddzielać opinie autorów od dowodów empirycznych oraz że nie każdy
wynik nadaje się do generalizacji. Tak ogólnikowa opinia oznacza, że
właściwie zostały zaprojektowane i przeprowadzone badania, toteż są wartościowe, a to, że autor
zaniedbał poprawność ich omówienia, to przecież nie ma żadnego znaczenia. Istotnie, gdyby tylko tego to dotyczyło, to zapewne można byłoby toczyć z doktorantem dyskusję w dniu obrony rozprawy.
Doktorant
opracował własne narzędzie diagnostyczne (skalę Likerta), które poprzedził
badaniem pilotażowym, ale... niestety, nie podał go ocenie eksperckiej.
wprowadził zatem w obieg narzędzie, które jest niewłaściwie skonstruowane.
Gdyby recenzenci uważnie zapoznali się z założeniami metodologicznymi badań, w
tym z treścią kwestionariusza, to powinni byli dostrzec klasyczny błąd
konstrukcji itemu, który jest w nim „podwójnie pytającym”
(double-barreled). W jednym zdaniu zawiera co najmniej dwa odrębne twierdzenia,
na które respondent mógłby udzielić różnych odpowiedzi, a jest skazany na
jedną. Odpowiedź na dany item „jakby uśrednia” dwie różne reakcje i jest
niejasne, co tak naprawdę zostało zmierzone?
Mamy
tu do czynienia nie z uchybieniem, lecz z klasycznym przykładem
niedostrzeganego dysonansu między konstruktem teoretycznym zmiennej a jego
empiryczną operacjonalizacją, który powinien zostać sprecyzowany w założeniach
metodologicznych badań, zanim utrwali się jako standard. W związku z tym, że
narzędzie jest opublikowane już nie tylko w uczelnianym portalu, ale także w
monografii podoktorskiej, to będzie powielane jako prawidłowe, poprawnie
skonstruowane, a takim nie jest.
Autor
pracy zaproponował do jeden z subzmiennych bardzo wąską liczbę itemów (tylko
dwa), to nadmierna interpretacja i tak już błędnie uzyskanych danych niesie
daleko idące konsekwencje błędu metodologicznego. jest to bardzo typowe
zjawisko w pracach badawczych w paradygmacie ilościowym, że autorzy często
projektują narzędzie szeroko, ale nierówno dbają o głębokość
poszczególnych konstruktów. Dowodzą zatem systemowej słabości w pedagogice
kształcenia metodologicznego.
Analizując
kolejne subzmienne w danym projekcie badawczym dość łatwo można dostrzec
niewłaściwą ich operacjonalizację, a zatem i interpretacja statystyczna danych
jest niewiele warta. Ani autor, ani promotor, ani recenzenci nie
wiedzieli o tym, że wartością rozprawy nie może być sama tylko technika
dokonanego pomiaru (jest właściwa), lecz potoczne nadanie znaczeń
badanym zmiennym, a w ślad za tym błędnie skonstruowane narzędzie
diagnostyczne.
Szkoda,
bo znakomicie wyjaśnia kwestię operacjonalizacji pojęć Heliodor Muszyński w
swojej rozprawie z metodologii badań pedagogicznych. Jak się okazuje, w
środowisku nie tylko akademickiej pedagogiki, jest więcej literatury
metodologicznej, krajowej i zagranicznej, ale nie skutkuje to wyższym poziomem
projektów badawczych. Co gorsza, publikuje się rozprawy obciążone poważnymi
błędami jako poprawne, toteż ich autorzy z dumą je upowszechniają.
Badana
przez doktoranta kategoria X budzi istotne zastrzeżenia metodologiczne, gdyż
zastosowana przez niego skala charakteryzuje się bardzo niską rzetelnością
wewnętrzną (α≈0,34), co wskazuje na brak spójności mierzonego konstruktu.
Analiza treści itemów sugeruje, że łączą one zmienne należące do różnych
porządków. W konsekwencji nie stanowi jednorodnej zmiennej latentnej, lecz
raczej agregat heterogenicznych wskaźników. Z tego powodu wykorzystywanie tej
kategorii jako zmiennej zależnej w analizach korelacyjnych i ścieżkowych należy
uznać za metodologicznie wątpliwe.
Mamy
tu do czynienia z błędem polegającym na nadaniu zbyt szerokiej i obciążonej
normatywnie etykiety konstruktowi o węższym zakresie treściowym. Jest jeszcze w
tej pracy przykład inflacji pojęciowej, która polega na tym,
że konstrukt jest psychometrycznie spójny, lecz jego nazwa wykracza
poza to, co rzeczywiście zostało zmierzone. Przypadek analizowanego narzędzia
pokazuje, że analiza czynnikowa nie zastępuje refleksji teoretycznej,
rzetelność statystyczna nie gwarantuje trafności pojęciowej, zaś nazwa zmiennej
nie wynika z treści itemów, tylko z intencji badacza.
Z
każdą częścią opublikowanego narzędzia diagnostycznego przekonuję się, że może
lepiej by było nie wiedzieć, że mógł powstać taki bubel metodologiczny, ale - zdaniem prof. Tadeusza Pilcha (w duchu jego metodologii badań pedagogicznych) - nie należy wymieniać nazwisk autorów takich rozpraw, bo ... popadną w
depresję. Słusznie zatem, trzymajmy się przed Zjazdem Pedagogów Społecznych tej
linii, by mówić i pisać ogólnie, dla dobra ... promotorów, recenzentów i
doktorantów. W końcu ważny jest ich dobrostan.
(foto: moje)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam