czwartek, 8 listopada 2018

Rozstanie z Profesor Marią Dudzikową z przesłaniem, by szybować ku górze, a nie pikować w dół



Przyszło mi żegnać jako przewodniczącemu Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN wielu wspaniałych Profesorów, moich Koleżanek, Kolegów, Znajomych, ale wczoraj byłem w wyjątkowym momencie także własnego życia, bowiem odprowadzałem Osobę mi Najbliższą, nie tylko osobiście, bo przyjaźń z Marią Dudzikową była dla mnie matczyną opieką wspaniałej Uczonej nad uniwersyteckim „synem”.

Tak nazywaliśmy Profesor Marię Dudzikową – Matką, która kierowała przez 25 lat Letnimi Szkołami Młodych Pedagogów przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN. Odprowadzałem Profesor w imieniu własnym, mojej rodziny, ale także tej akademickiej-pedagogicznej tak, jak żegna się syn z Matką, która zaatakowana przez chorobę nie mogła już dalej czuwać nad tym, co było Jej najdroższe.

Profesor była mistrzynią naukowej metafory, więc i ja posłużę się nią, by choć symbolicznie wyrazić to, co stanowiło treść Jej pedagogii. Jak matka szkoły pedagogicznych orląt brała pod swoje skrzydła - młode, naukowe pisklęta, karmiła je strawą duchową, czasem domowym żurkiem i chlebem, ale przede wszystkim pożywką naukowych dzieł, którymi otaczała się z wyjątkową i przenikliwą znajomością ich zawartości. Zawsze pragnęła, byśmy wyrośli na wolne ptaki polskiej nauki.

Do Poznania przybyli z całego kraju, by Ją pożegnać - członkowie Rodziny, ale jakże licznie reprezentowani profesorowie, doktorzy habilitowani, doktorzy i najmłodsi adepci nauki, którzy wyrastali pod skrzydłami Marii Dudzikowej. Mszę żałobną odprawiali ks. prof. Marian Nowak, ks. dr.hab. Janusz Miąso oraz ks. dr Marek Jeziorański.

Jak stać się orłem, kiedy rola, do której nas przygotowywała Profesor wymagała ogromnych wyrzeczeń, poświęceń, często nieprzewidywalnych strat skutkujących wzlotami ku górze dla jednych, a upadkiem czy nawet połamaniem skrzydeł u innych? To jest trudna sztuka tworzenia samego siebie. Profesor przekonywała nas swoją nadzwyczajną pracowitością, erudycją, bogactwem wiedzy i siłą charakteru, często twardymi wymaganiami, że siedząc w gnieździe nie można nauczyć się latać.

Doskonale rozumiała - szczególnie młodych doktorantów i doktorów, którzy poszukiwali miejsca w nauce dla swoich marzeń i pasji badawczych. Przekonywała nas, że z zawiązanymi skrzydłami także nie można latać, bo od samego mówienia o tym, że ma to miejsce, od utyskiwania na złe warunki, na dziekana, niskie płace, złe prawo, problemy rodzinne itp. te skrzydła same się nie rozpostrą. Czasami rozkładaliśmy je trzepiąc nimi nieporadnie, a Maria Dudzikowa mówiła nam - nie rozklejaj się nad sobą, bo nawet w najtrudniejszym momencie życia jest jeszcze moc naszej wiary, nadziei i własnej pracy.

Profesor nie zostawiała nas samym sobie, nie wyrzucała ze swojego gniazda mądrości, chociaż wiedziała, że nie da się każdego zmusić do samodzielnego latania. Była jednak dla każdego zawsze w pobliżu, zawsze na zawołanie, na telefon, jak orzeł siedząc na gałęzi z boku bacznie obserwowała, czy z przekazanej nam sztuki naukowego bycia, potrafimy sami wyzwolić w sobie pasję dociekania prawdy. Na pobliską nam gałąź dostarczała spis lektur, byśmy spróbowali podnieść się do pierwszego lotu.

Tak jak matka orląt cały czas pokazuje, jak to robić, by zacząć samodzielnie wznosić się w przestworza, tak i nasza Profesor potrafiła wypchnąć orlęta z gniazda, by polecieć za nimi w dół, schwytać je w locie i na własnych skrzydłach wynieść dalej. To prawda, że Pani Profesor czyniła nasze życie naukowe mniej wygodnym, a bardziej zobowiązującym do szybowania ku górze, gdyż nie chciała, żebyśmy pikowali w dół czy zagnieżdżali się we własnym gnieździe bylejakości, pseudorecenzji, minimalizacji, pozoranctwie czy zaniedbywaniu własnych powinności.

Orły spędzają bardzo dużo czasu, ucząc swoje młode latania. Podobnie Pani Profesor oddawała ze swojej codzienności tysiące godzin rocznie na wspólne seminaria w różnych zespołach, konsultacje, konferencje, debaty, projektowanie badań. Miałem wrażenie, jakby nie chciała stracić ani jednej godziny swojego życia pomiędzy lekturami, które były przez Nią zaczytywane, na to, co czyniło czas obojętnym dla nauki, dla oświaty, dla edukacji czy naszego rozwoju. A dzieliła się z nami bezinteresownie wszystkim, co miała.

Niedawno odebrana zespołowa nagroda naukowa Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych Polskiej Akademii Nauk za trzytomowe dzieło była efektem procesu „wypychania młodych orląt z gniazda”, by wznosiły się już na własnych skrzydłach. Także akademicka i oświatowa Łódź doceniła wielkość i wyjątkowość tych dokonań, bowiem prof. Maria Dudzikowa została wyróżniona przez Senat Uniwersytetu Łódzkiego Medalem Przyjaciela tej Uczelni („Universitatis Lodziensis Amico”), a Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego wyróżniło najwyższą nagrodą Ruchu Innowacyjnego, jaką jest statuetka „Skrzydła wyobraźni”. Pod skrzydłami Pani Profesor wiele orląt nauczyło się latać w przestworzach nauki i polityki oświatowej.

Zdążyliśmy jeszcze obdarzyć Panią Profesor 17 wrześnie br. „Medalem za Wkład w Rozwój Polskiej Pedagogiki”, kiedy była z nami w Łagowie na swojej dwudziestej piątej w roli kierownika, a XXXII Letniej Szkole Pedagogów KNP PAN. Mimo trudnej i bolesnej choroby była szczęśliwa, i taką ją zapamiętam - jako spełnioną w nauce i kształceniu młodych pedagogów. Byliśmy niezmiernie wdzięczni Synom Pani Profesor, że pozwolili Jej być razem z nami chociaż przez kilka dni w Łagowie, wśród młodzieży, której poświęcała całe swoje życie i w gronie uczonych, z którymi mogła jeszcze raz dzielić się swoim pedagogicznym credem.

Wiedzieliśmy, że musimy Ją „oddać”, że są to nasze ostatnie spojrzenia, rozmowy, dotknięcia, przytulenia i ostatnie przesłania, osobisty testament pedagogiczny przekazany na nasze ręce. Niesiemy to ze sobą, do naszych gniazd, w naszych sercach, umysłach, rozprawach, szybując ku górze ze świadomością, że musimy liczyć na samych siebie i troszczyć się o kolejne pisklęta polskiej nauki, by nie zwalniały się z pracy nad sobą, nie unikały odpowiedzialności, nie bały się stawiania oporu, by zmieniały świat, a zarazem były transformatywną elitą, a po części i parezjastami.

Wczoraj powróciliśmy do matczynego gniazda – do Poznania, by oddać hołd najwspanialszej matce polskiej pedagogiki. Niech spoczywa w pokoju! Żegnam Panią Profesor trawestacją fraszki Jana Sztaudyngera:

"Nie żal jest schodzić z tego świata
gdy tam są KSIĄŻKI, róże i herbata".

Ps.
Przesłane na adres Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN kondolencje przekazałem Rodzinie Pani Profesor.

4 komentarze:

  1. "... bo ja taki Ostatni Cygan Jestem" - tak kiedyś przy pewnej okazji określiła się Pani Profesor. W mojej pamięci Pani Profesor pozostanie jako życzliwy i otwarty Człowiek, który kochał ludzi i dawał im ogromnie dużo wolności, ale też i wsparcia, gdy było to potrzebne. Tak myślę, że te Letnie Szkoły Młodych Pedagogów powinny zostać nazwane Jej Imieniem - wszak "Non omnis moriar".
    Pragnę też złożyć szczere wyrazy współczucia, dla wszystkim, którym zrobiło się pusto i smutno po Jej Odejściu.
    Edyta

    OdpowiedzUsuń
  2. Nasza Kochana Pani Profesor,
    Dziś, my – Młode Pedagożki i Młodzi Pedagodzy, odprowadzamy Cię w Twej ostatniej, ziemskiej drodze.
    Chciałoby się powiedzieć dużo, żeby godnie pożegnać Panią Profesor. Żeby wychwycić wszystko to, co sprawiało, że była człowiekiem wyjątkowym, niepowtarzalnym.
    Dziękujemy za każdy telefon późną nocą czy wczesnym rankiem i pytania: „Masz ołówek?”; „Jak sobie radzisz?”; „Nad czym teraz pracujesz?”. Za herbatę o poranku, czy gdy na nic już nie ma siły. Za każdą kartkę maszynopisu, referatu, wystąpienia, tekstu – przeczytaną w nocy, w przerwie, w pociągu, w parku, nad ranem. Za Letnią Szkołę Młodych Pedagogów, za Zespół Samokształceniowy i Samopomocy Koleżeńskiej Doktorów i za pracę z całym człowiekiem. Za myślenie czterema półkulami. Za tysiące godzin przegadanych. Za tytuł czy pomysł do pracy. Za stawianie sobie i nam wysoko naukowej poprzeczki. Za niezłomne bronienie wartości akademickiego etosu. Za głaskanie po głowie wtedy kiedy dobrze w życiu i gdy okropnie. Za wiersz i dedykacje na każdą okazję, na serca pocieszenie. Za żurek i ogórki kiszone z liściem czarnej porzeczki, tak pyszne po wielu godzinach pracy. Za korale czy chustkę. Za wspólny śmiech do łez, kiedy grubo po północy, a my przy pracy. Za książkę, której już albo jeszcze nigdzie nie ma. Za to, że każdy z nas czuł się wyjątkowo traktowany, że każda nasza rozmowa była ważna, rozwijająca … zarówno wtedy gdy nas ganiłaś czy chwaliłaś. Za to, że czytałaś swoje ukochane książki nie tylko dla siebie, ale – może przede wszystkim – dla innych.
    Pani Profesor pozostawia nam:
    • własne książki (a w nich idee, których w pełni nie jesteśmy jeszcze w stanie odczytać);
    • tropy naukowe;
    • ludzi, z którymi łączą nas wspólne działania;
    • zadania warte kontynuacji;
    • zdjęcia w niezliczonych, niezwykłych sytuacjach;
    • dedykacje (często z drogowskazem);
    • niezapomniane wspomnienia wspólnej pracy i zabawy;
    • słowa wypowiedziane specjalnie dla nas;
    • inspirujące idee;
    • imperatyw rozwoju - pracy nad sobą i pomagania innym;
    • radość tworzenia w pocie czoła;
    • współczynnik humanistyczny;
    • odwagę w pisaniu o trudnych, ale palących problemach;
    • skrzydlate słowa, przesłania........
    Chciałoby się powiedzieć jeszcze więcej. Nieudolność języka, za którą nas Pani Profesor ganiła, nakazuje jednak powściągliwość.
    Stautynger powiedział:
    „Nie żal odchodzić z tego świata, gdy tam róże i herbata”,
    Ty dodawałaś:
    Gdy tam książki, róże i herbata.
    Do zobaczenia Nasza Kochana Profesor M.D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogłem uczestniczyć w Ostatnim Pożegnaniu. Kochana Pani Profesor spoczywaj w Pokoju.
    MM

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest bardzo, bardzo smutne pożegnanie... żadne słowa, że zostawiła nam książki, tropy, ludzi, zadania, idee... choć to wszystko prawda... jakoś zbytnio nie pomagają... i nie jest to roztkliwianie się, ale wyartykułowanie prawdy bo... Jej już tutaj nie ma...będziemy może nawet "leczyć połamane skrzydła...", jak lubiła śpiewać :) ale jednak i trochę też z nas z Nią umarło... czyż nie? Wieczny odpoczynek Racz jej dać Panie... a światłość wiekuista niechaj Jej świeci... jak w Łagowie pochodnie... Amen

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.