wtorek, 12 czerwca 2012

Balcerowicz musi odejść!

Przypomniało mi się uporczywie powtarzane przez b. lidera populistycznej partii Samoobrona, b. wicepremiera w rządzie Jarosława Kaczyńskiego zawołanie – BALCEROWICZ MUSI ODEJŚĆ!, gdy przeczytałem tekst wywiadu z neoliberalnym ekonomistą o tym, że należy zlikwidować Kartę nauczyciela. Nie wiedziałem, że mamy nowego ministra edukacji narodowej. A może nieudolność obecnej minister jest przykrywana przez premiera podpuszczaniem b. wicepremiera, by jego rękoma rozwiązać problem dziury budżetowej w naszym kraju? Co proponuje się w zamian? Nic. Leszek Balcerowicz nie pisze o tym, czy władze państwowe powinny w jakimkolwiek zakresie troszczyć się o to, by w szkołach byli jak najlepsi nauczyciele, by wszystkim chciało się chcieć, by dzięki pozbawieniu ich dotychczasowych przywilejów, byli chętni do podnoszenia swoich kwalifikacji czy lepszego wykonywania zawodu? Co oferuje się w zamian?

NIC. NIC, czyli NIC.

To, co można nauczycielom odebrać, to są niewątpliwie urlopy zdrowotne, zbyt niskie pensum zajęć dydaktycznych (tzw. „przy tablicy” – chyba interaktywnej?), zbyt wczesne przechodzenie na emeryturę. Co jeszcze można odebrać nauczycielom? Można odebrać im jeszcze zasiłki socjalne, wczasy pod gruszą, specjalistyczną opiekę lekarską i kazać wszystkim przejść na samozatrudnienie. Kto się utrzyma i przeżyje, ten będzie miał niższą od obecnej płacę, ale za to względnie stałą pracę.
Główna teza Leszka Balcerowicza została wytłuszczona w tytule wywiadu z nim w „Rzeczpospolitej” brzmiąc: KARTA SZKODZI UCZNIOM.

Nie wiedziałem, że ekonomista tak świetnie zna się na pedagogice szkolnej, a na dydaktyce w szczególności, że uzurpuje sobie prawo do rozstrzygania o tym, co szkodzi polskim uczniom. Moim zdaniem, polskim uczniom szkodzą tacy właśnie politycy, którzy mocą swojej ignorancji, choć z pełnym przekonaniem o posiadaniu kompetencji pedagogicznych (w końcu byli kiedyś uczniami, ich dzieci były lub są w szkołach, a i im się wydaje, że jak są profesorami ekonomii czy innej dyscypliny naukowej, z pominięciem rzecz jasna pedagogiki, to są fachowcami od kształcenia i wychowywania innych), wypowiadają się na temat edukacji młodych pokoleń. Proponuję, by o zarządzaniu polską gospodarką decydowali nauczyciele wychowania fizycznego, o służbie zdrowia - rolnicy, o rolnictwie fizycy, o energetyce jądrowej producenci jaj strusich itd.

Nie bronię ustawy Karta nauczyciela. Bronię nauczycieli, którymi już bez ogródek manipuluje się od ponad 20 lat, nie dając im nic w zamian. Rzekome przywileje są im i tak odbierane, gdyż żeby móc godnie funkcjonować w zawodzie i pełnić także obowiązki rodzinne, niemalże wszystkie dni wolne nauczyciele poświęcają na dodatkowe szkolenia, kursy, studia podyplomowe czy zajęcia zarobkowe, by dostosować swoją wiedzę i umiejętności do zmieniających się roszczeń polityków. Na inwestycje we własny rozwój nie wystarcza im nie tylko środków, ale i czasu. Regulacje prawne w oświacie zmieniają się tak często, że ledwo nauczyciele zostaną jako tako przygotowani do ich realizacji, a już pojawia się kolejny minister czy jego zastępca, który wprowadza zmiany. To, co dotychczas obowiązywało, staje się zatem nieważne.

Poza podnoszonymi w ostatnich latach płacami, co miało najczęściej ścisły związek z nadchodzącymi wyborami i tym samym "kupowaniem" głosów wyborczych tak licznej społeczności zawodowej w tym kraju, w polskim systemie oświatowym nie zmieniło się nic, co czyniłoby ten zawód wysoce atrakcyjnym. Karta szkodzi nie uczniom, ale nauczycielom, bowiem degraduje i obniża poziom motywacji do innowacyjności i większego zaangażowania przez tych, którzy ten zawód wykonują z pasją, a nie z przypadku lub przymusu braku innego zatrudnienia. Władze nie inwestują w świetnych nauczycieli, gdyż od powrotu do władzy w 1993 r. lewicy, w tym ZNP, zaczęło się upartyjnianie nadzoru pedagogicznego, z czego chętnie korzystały następne ekipy władzy w MEN - prawicowej, liberalnej i populistycznej.

Każda zmiana warty wykorzystywała instrumentalnie resort edukacji do załatwiania własnych interesów politycznych kosztem nauczycieli i kosztem koniecznej rewolucji w uczeniu się. Od 1993 r. sukcesywnie pozbawiano nauczycieli (w tym także dyrektorów szkół) prawa do twórczości pedagogicznej, odpowiedzialnej niezależności zawodowej, autonomii, a więc samorządności placówek edukacyjnych, by utrzymywać w nich nauczycieli jak marionetki, w nieustannej gotowości do pociągania nimi za odpowiednie sznurki, w zależności od tego, komu i do czego mieli służyć. Tak więc to nie sama ustawa szkodzi uczniom, tylko nieodpowiedzialni politycy, którzy nie mają spójnej wizji i strategii rozwoju polskiej oświaty, dokonują w niej parcjalnych zmian dla wąsko pojmowanych interesów różnych grup społecznych. Im więcej w oświacie jest miernych, ale władzy wiernych, tym lepiej dla jednych i drugich, ale nie dla uczących się.

Leszek Balcerowicz ma rację tylko w jednym, że zapisana w Karcie socjalistyczna urawniłowka nie jest czynnikiem stymulującym nauczycieli do bardziej efektywnej pracy. Tyle tylko, ze nawet jak zlikwidujemy Kartę i dodamy nauczycielom godzin pracy dydaktycznej, to i tak niewiele się zmieni, poza uzyskaniem przez rząd większych oszczędności. Innymi słowy, nie o uczniów chodzi w tej zmianie, ale o budżet państwa, o naprawę finansów publicznych kosztem nauczycieli i uczniów. Dlaczego L. Balcerowicz nie pisze o konieczności redukcji tysięcy zbytecznych urzędników, którzy są utrzymywani ze środków publicznych?

W Polsce trzeba odejść od systemu klasowo-lekcyjnego, bo to on jest największym czynnikiem braku efektywności kształcenia i wychowywania w szkolnictwie publicznym dzieci i młodzieży. Nie można w XXI w. oferować kształcenia w formie i warunkach typowych dla XIX-wiecznego panoptikonu tylko dlatego, że jest ono tanie i łatwe do sprawowania nad nią kontroli nadzorczej. To nie Karta nauczyciela szkodzi uczniom, ale nieadekwatny do konieczności jak najszybszego przejścia z kultury statycznej uczenia się, neobehawioralnej do kultury dynamicznej, konstruktywistycznej procesu edukacji, umożliwiającej także realizację modelu szkoły cyfrowej, ale i zarazem szkoły uspołecznionej. Dzieci i młodzież już dawno są w świecie on-line, ale ustrój szkolny funkcjonuje strukturalnie, prawnie i politycznie tak, jakbyśmy żyli tylko w świecie off-line.

Politycy, zostawcie szkołę w spokoju, jeśli nie wiecie, jakie czynniki i mechanizmy rzutują na jakość wykształcenia młodych osób. Jak już chcecie niszczyć pozostałości systemu homo sovieticus, to jestem jak najbardziej ZA. Czyńcie to jednak konsekwentnie i do końca, zmieniając ustrój szkolny zgodnie z modelem środowisk samouczących się, autonomicznych, ale poddanych oddolnej kontroli społecznej. Niech w oświacie zaczną obowiązywać reguły zarządzania nią przez profesjonalistów od makropolityki oświatowej, a nie od zmian na poziomie mezo- czy mikroedukacyjnej.

4 komentarze:

  1. Sytuacja jest może nawet bardziej dramatyczna. Balcerowicz może odejść, a jego słowa zostaną zrealizowane przez, przyciśniętych do finansowego muru, samorządowców. W wielu szkołach odbywają się konkursy na dyrektorów. W tych zawodach szanse nie zależą od fachowości, ale od układów mikropolitycznych. Kandydaci licytują się w usłużności, a to tak, jakby ktoś robił konkurs na kierowcę (kiedyś dyrektor był kierownikiem szkoły, a dziś dyrektywy przerosły możliwości sprawnego kierowania)i z upodobaniem wybierał tych, którzy deklarują, że poradzą sobie bez autostrad i na łysych oponach, byle nie wymagano od nich, że dowiozą bezpiecznie pasażerów do celu.
    KArol

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze, i ja czytałem tekst na który się Pan powołuje, zanim jednak sformułuje swój komentarz w tym względzie, podzielę się z Panem i czytelnikami pewną ciekawostką.

    Otóż w trakcie rekrutacji do szkół artystycznych bardzo często zadajemy kandydatom ćwiczenie w ramach którego jego zadaniem jest sformułować tzw. "łańcuch pojęciowych skojarzeń". Innymi słowy, zadaniem kandydata jest "przejść" np. od pojęcia "tytoń" do pojęcia "snopowiązałka" w taki sposób aby każdy kolejny wyraz przybliżał nas po pojęcia, na którym łańcuch ma się zakończyć. Przykładowo: tytoń-roślina-przyroda-rolnictwo-rolnik-gospodarstwo rolne-snopowiązałka

    Spróbujmy na gruncie tych samych reguł "zabawić się" sylogistyką w duchu której utrzymana jest argumentacja Pana Balcerowicza...no to jedziemy:

    KARTA NAUCZYCIELA SZKODZI UCZNIOM-NAUCZYCIEL SZKODZI UCZNIOM-NAUCZYCIEL SZKODZI SZKOLE a więc SZKODZI I PAŃSTWU-PAŃSTWO WINNO ZLIKWIDOWAĆ KARTĘ NAUCZYCIELA ABY NIE SZKODZIĆ SOBIE...co należało dowieść.

    Mówiąc serio...myślę, że w sytuacji absurdalnej argumentacji - a z taką mamy niewątpliwie do czynienia w przypadku wypowiedzi Pana Balcerowicza - najlepszą odpowiedzią jest odpowiedź nie mniej absurdalna.

    ad.1 W kontekście swojego wcześniejszego wpisu (patrz. "Jak harata się w gałę z kadrą i studentami". Oczywiście wierzę, że sytuacja Pan opisuje istotnie miała miejsce (winienem był to napisać wprost). Nie zmienia to jednak faktu, że dialog zredagowany został bardzo profesjonalnie. Za ewentualne nieporozumienie najmocniej i szczerze przepraszam.

    DARIUSZ

    OdpowiedzUsuń
  3. Profesorowi Balcerowiczowi i każdemu, komu leży na sercu naprawa polskiej oświaty, dedykuję poniższy tekst (źródło: komentarz na blogu http://osswiata.pl/sterna/2012/06/07/zadania-na-myslenie/ )
    "Przez wiele lat uczyłam dzieciaki myślenia. Nigdy nie podawałam gotowych definicji, gotowych rozwiązań. Uczniowie interpretowali literaturę (uczę j. polskiego)samodzielnie. Nie powiem, widziałam niekiedy wręcz zmęczenie na ich twarzach. Łatwiej przecież dostać gotową wiedzę, wiedzieć „co poeta miał na myśli”, wkuć, dostać dobrą ocenę i zapomnieć. Przecież liczy się wynik! Prawda? Ja jednak się nie poddawałam. I co mam z tego? Wdzięczność uczniów, ale dopiero po latach. Jak to niektórzy z nich mówią, po wyjściu z „klucza” szkolnego, czyli dopiero na studiach. Wyniki egzaminów bowiem zupełnie nie odzwierciedlają wiedzy i umiejętności tak uczonych dzieci. Ja to wiem na pewno! Nie mówię tu o jakiś katastrofalnych wynikach,zawsze były ponad tzw. średnie, ale moim zdaniem, nie są to wyniki optymalne dla moich uczniów. A przecież o wyniki w polskiej szkole chodzi. I niech nikt nie mówi, że jest inaczej. Po nich jesteśmy my, nauczyciele, oceniani. My i szkoła. A szkoła jest oceniana przez tzw. organy prowadzące. Nikt tam nie zastanawia się, czy dzieci potrafią myśleć. Liczy się wynik i tyle. Teraz zwłaszcza, w czasach zamykania szkół. W mojej miejscowości zaistniał ten problem. Na różnorodnych zebraniach mówiło się tylko o jednym: o wynikach sprawdzianów i egzaminów zewnętrznych. To na ich podstawie określano, która szkoła będzie istnieć, a która nie. Dlatego PODDAŁAM się. Rączki mam do góry. Wizjonerzy edukacji załatwili moje „powołanie”. Bo przecież, myśląc racjonalnie, na chleb trzeba mieć. Niedługo wakacje. Ja wiem, co przez ich część będę robić. Otóż, będę tworzyć TESTY. Tak, na każdej lekcji test, z „kluczem”, żeby było wiadome „co poeta miał na myśli”. Już ja ich nauczę, jak należy odpowiadać na pytania, żeby dostać punkt. Wszystko będzie za punkt. Testomania, punktomania, a myślenie… cóż, zamknę w szufladzie na ileś zamków, klucza nie wyrzucę, schowam. Niech czeka, aż ktoś w końcu otrzeźwieje. I to nie ja, tylko ci, którzy do takiej chorej sytuacji doprowadzili!"

    OdpowiedzUsuń
  4. Paweł Huelle do Balcerowicza: "Uwziął się pan na nauczycieli. Nigdy Panu nie wybaczę":
    http://wyborcza.pl/1,75515,11941642,Pawel_Huelle_do_Balcerowicza__Uwzial_sie_pan_na_nauczycieli_.html?utm_source=HP&utm_medium=AutopromoHP&utm_content=cukierek1&utm_campaign=wyborcza

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.