piątek, 20 stycznia 2012

Śmieciowe dane o śmieciowych studiach?


na rok akademicki 2011/2012, jakie opublikowało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego są zbanalizowaną, statystyczną fotografią tego, jakich wyborów dokonywali młodzi ludzie, chcąc koniecznie podjąć studia. Szkoda, że resort nie ujawnia, ile osób, które rozpoczęły swoją edukację na tym poziomie przetrwało przez I rok studiów (a także przez cały ich cykl) w uczelniach publicznych, a ile w wyższych szkołach prywatnych (tzw. wsp)? Szkoda, że poza przytoczeniem wysoce zgeneralizowanych danych nie dowiadujemy się, co one tak naprawdę oznaczają, o czym świadczą?

W rankingu pedagogika znalazła się wśród najbardziej popularnych studiów na III miejscu (po budownictwie i zarządzaniu). Kiedy jednak porównamy ten ranking z wykazem najbardziej obleganych przez kandydatów kierunków studiów, to nie znajdziemy w nim ani pedagogiki, ani socjologii. Okazuje się zatem, że zaczynają stawać się one z roku na rok tzw. "śmieciowymi kierunkami", wybieranymi z bożej łaski, by w ogóle móc gdzieś i cokolwiek studiować. Założyciele niektórych szkół prywatnych zaczynają więc prowadzić tzw. śródroczną rekrutację na studia, kusząc rozczarowanych dotychczasowym wyborem kierunku, jakąś inną jego protezą. Istotne jest, by zapewnić kandydatów lub studiujących w innych szkołach, że właśnie tu uzyskają właściwe wykształcenie. Takie szkoły chwalą się wówczas wszystkim, tylko nie swoją akademickością. Nie poszczycą się rektorem, dziekanem czy swoimi profesorami, bo tych woleliby raczej ukryć przed zbyt wścibskimi i dociekliwymi poziomu ich akademickości potencjalnymi klientami.

Wczoraj prof. Czesław Bywalec pisał w "Gazecie Wyborczej" o tym, że tworzone głównie w latach 90, a - ja dodam - szczególnie w pierwszej dekadzie XXI w. - szkoły prywatne , nie rosły jak grzyby na deszczu ze względu na pasję i marzenia zdecydowanej większości ich założycieli, by włączyć się w proces akademickiego kształcenia i prowadzenia badań naukowych, tylko by tworzyć firmy wydmuszki, "bańki edukacyjne" z czysto komercyjnych motywów. "Właścicielom, ukrytym na ogół pod przyjaznymi nazwami spółek lub fundacji, wystarczyło znaleźć odpowiednie lokale, zatrudnić na drugich (lub dalszych) etatach jakichś utytułowanych nauczycieli akademickich (najtańsi emeryci), nauczycieli szkół średnich, no i - wcale nierzadko - własną rodzinę."

Tak oto tworzono "wsp-przechowalnie" dla maturzystów, których fala wyżu demograficznego musiałaby zatrzymać w grupie bezrobotnych, a to źle świadczyłoby o władzy. Żadna z formacji politycznych nie chciała dopuścić do zmarnowania takiego kapitału. Nadpodaż kształconej na bardzo różnym poziomie siły kandydatów na licencjatów i magistrów, gwarantowała władzom spokój, bo setki tysięcy młodych ludzi, które nie dostałyby się na żaden z kierunków studiów uczelni publicznych, mogły realizować swoje aspiracje i marzenia o indeksie w "świetlicach", "szkołach przechowalniach" z dumpingowymi kosztami kształcenia, przy po wielokroć gorszej kadrze i dowartościowywaniu wypalonych, nieudolnych lub o niskich kwalifikacjach doktorów i doktorów habilitowanych z uczelni publicznych. Im większy nieudacznik, tym wyższą powierzano takiemu osobnikowi funkcję, która choć w nazwie jest porównywalna z tą, jaką pełnią kadry akademickie w uniwersytetach, akademiach czy uczelniach technicznych, to jednak dewaluowała jej sens i kulturową jedynie do poziomu materialnej wartości tóg czy pieczątek.

Totalna dewaluacja i degradacji organów władzy jednoosobowej w pseudoakademickich szkołach wyższych mogła skutkować tylko jednym, a mianowicie podtrzymywaniem ich komercyjnego "świetliczanego" charakteru. Na ponad 300 tzw. wyższych szkół prywatnych tylko 15 uzyskało poziom akademicki. Pozostałe pełnią albo funkcję małych, dobrze realizujących swoje funkcje wyższych szkół zawodowych, albo w swej większości drenują kieszenie naiwnych, a oczekujących wartościowego kredencjału. To właśnie absolwenci tzw. "śmieciowych wsp" zgłaszają się masowo do firm z prośbą o zatrudnienie bez wynagrodzenia, byle tylko mogli mieć jakiś dowód na to, że ktokolwiek ich chciał.

Jak pisze Cz. Bywalec - dotyczy to przede wszystkim absolwentów humanistycznych i społecznych studiów, jak pedagogika, socjologia, zarządzanie czy administracja. "A są ich setki tysięcy. Czują się rzeczywiście "wykluczonymi", "oszukanymi" i, co gorsza, większość z nich takimi może być jeszcze raz - pod koniec życia. Bo jakież oni będą mieć za 40 lat emerytury dziś nie płacą składek emerytalno-rentowych, pracodawcy narzucają takie warunki pracy i płacy, by składki te były tylko na poziomie minimalnym - dopuszczalnym przez prawo, lub nie było ich wcale".

Czy studiowanie pedagogiki z obietnicą dopełnienia jej na II stopniu psychologią jest gwarancją uzyskania kwalifikacji psychologa czy pedagoga? Czy studiowanie pedagogiki ze specjalnością wychowanie sportowe czy fizyczne jest równoważne wykształceniu po Akademii Wychowania Fizycznego? Czy z takimi dyplomami ktokolwiek odpowiedzialny zatrudni owych absolwentów? Czy pedagogika w połączeniu z turystyką lub kosmetologią jest konieczna, by pracować w tego typu usługach? To może połączyć jeszcze pedagogikę z fryzjerstwem lub kaletnictwem, bo będzie wiadomo, że chodzi tu o kompetencje w zakresie golenia klientów czy zdzierania z nich skóry?

Z czym jeszcze połączyć pedagogikę, by można było nabrać przez jakiś czas naiwnych na "wykupienie" dyplomu? Może z nafciarstwem, by mogli tankować naftę na stacjach benzynowych lub z gazowaniem w przypadku nabijania LPG? A może utworzyć pedagogikę bezpieczeństwa z socjologią wydawniczą jako wystrzałowymi specjalnościami, by można było nauczyć się, jak donosić i wydawać swoich przyjaciół? Hitem roku powinna okaazać się w najbliższej rekrutacji do tzw. wsp - hiperpedagogika, której ukończenie będzie upwoażnia lo do pracy w hipermarkecie. Można ją też nazwać "superpedagogiką" przygotowująca do pracy w supermarketach lub "pedagogiką maga", czyli do pracy fizycznej w magazynach. Proponuję zażycielom szkół komercyjnych jeszcze "socjo-pedagogikę" na wzór "psycho-pedagogiki", by można było upchnąć rozczarowanych studiami na socjologii albo na pedagogice. Oczekuję na nowe typy śmieciowych specjalności.

(Cz. Bywalec, Dyplomy na półkę, GW 2012 nr 15, s.15)

14 komentarzy:

  1. Przedstawiony w tym tekście mocno jednostronny obraz, choć w wielu wypadkach możliwy, w żadnej mierze nie jest jednak pełny. Zastanawia mnie, dlaczego Pan Profesor nie zadbał o zrównoważenie go obrazem niemniejszych patologii w państwowym szkolnictwie wyższym. Patologii, które są Panu Profesorowi doskonale znane, doświadczył ich Pan Profesor w przeszłości. Przecież opuścił Pan Profesor uczelnię publiczną na rzecz wyższej uczelni prywatnej (wsp - jak Pan Profesor woli) z jakichś konkretnych powodów. Myśli Pan Profesor, że patologie szkolnictwa publicznego nie stanowiły i nadal nie stanowią siły napędzającej rozwój, ale także bylejakość części szkół prywatnych?
    Ten niepełny obraz sugeruje mi, że intencje Pana Profesora, jako autora tekstu, są znacznie bardziej złożone niż te sugerowane w tekście...

    OdpowiedzUsuń
  2. Każdy tekst jest jednostronny, jeśli ten, kogo on dotyczy, stara się minimalizować zawarte w nim problemy i ostrzeżenia. Nic na to nie poradzę. Argument personalny jest niedorzeczny. Wystarczy przeczytać na mojej stronie, jak i w blogu o powodach, dla których zrezygnowałem z pracy w Uniwersytecie Łódzkim oraz w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi. Niech czytelnicy blogu do nich zajrzą i sami wyciągną wnioski (www.boguslawsliwerski.pl), zanim sięgną po argument ad personam. Ja wolę ten ad rem.
    Wśród wyższych szkół prywatnych, których założyciele mnie nie zawiedli swoją uczciwością i troską o akademickie standardy były i są nadal tylko dwie: Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu i Wyższa Szkoła Ekonomiczno-Humanistyczna w Skierniewicach. O pozostałych tzw. wsp, z których odchodziłem (nie ze względów finansowych, żeby to było jasne), publicznie wypowiadałem się, a nie było to przedmiotem zakwestionowania przez ich założycieli, bo fakty mówiły i mówią same za siebie, tylko i wyłącznie w związku z mającymi w nich miejsce patologiami w systemie zarządzania i naruszaniem zasad prawa lub norm akademickich.
    Historia toczy się na naszych oczach i z naszym udziałem. Niektórych ten udział kompromituje, więc rozumiem, jak bardzo starają się udawać i wmawiać innym, że ich nie ma. O szkolnictwie publicznym pisałem i pisać będę, tak więc ta troska o równowagę jest bezzasadna. Powyższy wpis powodowany był komentarzem do wczorajszego artykułu w GW, a w nim jego autorowi głównie chodziło o szkolnictwo prywatne. Też warto to przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój komentarz nie miał mieć charakteru ad personam, raczej chciałem wskazać pewne problemy dobrze znane Panu Profesorowi (o czym wiem właśnie po lekturze wskazanej strony), w świetle których nie do końca rozumiem intencje wielu z wpisów na niniejszym blogu. Bardzo czytelna odpowiedź Pan Profesora zrodziła jeszcze jedno pytanie: co oznacza termin "akademickość" bo zapewne nie wszyscy rozumiemy je tak samo. I jeszcze jedno: jaka jest obecnie rola szkół wyższych i jakie z niej wynikają kryteria ich oceny. Z wypowiedzi bowiem Pana Profesora i niektórych komentarzy wynika, że istnieje jakaś idea akademickości, której nie pojmuje wielu Rektorów, wielu właścicieli szkół, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego i zapewne także PKA jako organ kontrolny.

      Usuń
  3. Jestem pracownikiem uczelni publicznej od kilkunastu lat. Też są patologie, ale mimo wszystkich nienormalności, które zauważam, uczelnie prywatne czasami przechodzą same siebie. Dziś zauważyłam coś takiego na www jednej z nich: "Dodatkowe atrakcje:
    - drobny poczęstunek
    - możliwość nabycia grafik absolwentów Europejskiej Akademii Sztuk
    - TAROT".
    Tak, właśnie tak ;) to niestety nie jest żart. To fragment oferty KULTURALNEJ podwieszonej na www prywatnej szkoły wyższej. Bo całkiem przez przypadek dwa interesy są w jakiejś częsci, może w całości - tego nie wiem, połączone osobą właściciela. Więc jeden biznes promuje się na innym. Tylko, gdzie w tym wszystkim student i nauka? Żenujące.

    OdpowiedzUsuń
  4. Coś mi to przypomina.
    Oto jak wyglądają spotkania "metodyczne", na których jedno z bardziej znanych polskich wydawnictw promuje swoje podręczniki:
    - poczęstunek
    - gratisy dla nauczycieli
    - występy iluzjonisty (!)
    Tylko gdzie w tym wszystkim jest uczeń i edukacja?
    Niepoważne, ale niestety prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, ma profesor rację. Obserwuję jak jedna z wsp chwali się na swojej stronie konferencjami. Nikt nie sprawdzi, że jej uczestnikami byli przymuszeni przez prorektora i kanclerza pracownicy, którzy nie byli tym zainteresowani. Trzeba było robić publikę pod zagranicznego gościa - dno i żenada. I takie dziadostwo finansuje się z czesnego studentów. Oni na tę lipną konferencję nie przyszli. Od dawna widzą kit. Rektora na tym spotkaniu nie ma, bo to tylko figurant, mający w nosie to, co się tu dzieje.

    OdpowiedzUsuń
  6. Śmieciowe władze, śmieciowych szkół, to jedna wielka kompromitacja także nieudolnej kontroli. W Słupsku właściciel prywatnych szkół ponadgimnazjalnych wypłacał sobie ponad 100 tys. miesięcznie. A ile wypłaca sobie założyciel wyższej szkoły prywatnej i ile oraz za co płaci członkom swojej rodziny - dzieciom, rodzeństwu, kuzynom itd.? Nie płaci się
    ZUS za nauczycieli? Odracza się płatności wykładowcom na śmieciowe umowy. . .

    OdpowiedzUsuń
  7. Część widzi, część nie widzi. Jakiś odsetek uważa, że to wszystko jedno, kto i ch uczy i jak.Na nich można bazować sperzdając chałę i podróbę. Ale czy ich wystarczy. Z drugiej stony w planie B można zacząć organizować targi ezoteryczne (z tarotem) albo orkiestrę (z grą na wiadomym instrumencie).

    OdpowiedzUsuń
  8. Panie Profesorze, problem jest zdecydowanie szerszy. Również wielu absolwentów państwowych uczelni kierunków humanistycznych i społecznych pracy nie znajdzie, bo jej zwyczajnie nie ma. Często osobami wykluczonymi (nawiązując do opinii prof. Bywalca) są prymusi i pasjonaci tych kierunków.

    Absolwenci państwowej pedagogiki na uczelni, w której pracuję w większości (według jednych z badań ponad 50%) uciekają do Anglii czy Irlandii by tam opiekować się innymi za euro i funty. Ci, którzy zostają muszą się przebranżowić.

    Uważam, że studia zarówno na uczelni państwowej i prywatnej to dzisiaj wielkie ryzyko, pomijając niektóre kierunki techniczne i medyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie twierdzę, że nie, tylko nie widzę powodu, by w dyskusji na ten temat używać argumentów podobnych do tych, jakimi posługuje się złapany za rękę przestępca, który twierdzi, że inni też kradną.

      Usuń
  9. Rodzice polskich Oburzonych: My też mamy dość
    http://wyborcza.pl/1,75480,10947566,Rodzice_polskich_Oburzonych__My_tez_mamy_dosc.html

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak konferencję w wyższej szkole prywatnej otwiera kanclerz, to wiadomo, że rektor i naukowcy nie mają w niej nic do powiedzenia. Ściema. Robi marketing sobie, nie mając żadnych kompetencji naukowych. Kompromitacja. A gdzie jest rektor? A gdzie są prorektorzy? Jaka szkoła, jaki kanclerz, taka kadra.

    Basia

    OdpowiedzUsuń
  11. Z WSP, w której studiuję odszedł kolejny, znakomity wykładowca, fantastyczny, badacz, nauczyciel-akademicki, autor wielu publikacji. Odszedł, bo jak nam mówił, nie da się wspólpracowac z założycielem, który szkołe traktuje jak firmę biznesową, a nie akademicką placówkę. A teraz mamy jako ofertę - darcie pierza z emerytkami i ukraińcami oraz wystawy jakichś obrazków.

    OdpowiedzUsuń
  12. Oto pisze do mnie doświadczony jakością wsp b.student:

    "Wiem, że był Pan rektorem WSP, i nawet tam 2 lata temu rozpocząłem studia 2 st., ale zrezygnowałem po 3 tyg. Po prostu pewien wykładowca notabene prof. zamiast mówić o wykładzie pochwalał i wspominał czasy komunizmu, co mnie nie interesuje... tylko to było powodem mojego odejścia z WSP..."

    Nic dodać, nic ująć. Może tylko współczuć.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.