czwartek, 1 grudnia 2011

Pedagogika jak "królewna Śnieżka"


potrzebuje rycerza, który obudzi ją ze stuletniego snu po zranieniu się zatrutym wrzecionem. Ktoś rzucił na naszą naukę zły urok, źle jej życzył, więc trzeba znaleźć sposób na jej przebudzenie.

Ukazało się kolejne interdyscyplinarne studium krytyczne o szkolnictwie wyższym w naszym kraju, które wydali w ramach kolokwium "Przebudzenia Humanistyczne" Monika Jaworska-Witkowska i Lech Witkowski. Nadali swojemu tomowi tytuł: "Przeszkody dla rozwoju humanistyki w szkołach wyższych" (Toruń 2011). Nie są to jednak materiały pokonferencyjne mimo, iż kolokwium istotnie odbyło się w ub. roku w Międzyzdrojach. Jest to pieczołowicie przygotowane studium krytyczne, które zostało dedykowane pamięci niedawno zmarłemu nestorowi polskiej dydaktyki, profesorowi Wincentemu Okoniowi. Piękny to gest humanistów - pedagogów, psychologów i filozofów, wśród których znaleźli się oprócz wspomnianych redaktorów i piszącego ten blog także Stanisław Kowalik, Zbigniew Kwieciński, Tadeusz Gadacz, Kazimierz Wenta, Mirosław J. Szymański, Zbyszko Melosik, Ewa Marynowicz-Hetka, Dariusz Kubinowski, Ewa Bilińska- Suchanek, Wiesław Andrukowicz, Iwona Korpaczewska, Anna Murawska czy Michał Kruszelnicki.

Każdy zainteresowany dominującymi w humanistyce i środowisku akademickim mechanizmami i sposobami "traktowania TRADYCJI myślowej, wpisanej w kapitał symboliczny dyscyplin" naukowych, rozumienia i wdrażania specjalności studiów w ich zakresie, rozwijania precyzji słownikowej i dojrzałości naukowej dyskursów dydaktycznych i badawczych oraz wdrażania postaw poznawczych w formy podręczników akademickich, jako redukcyjnych nośników wiedzy i pośredników kulturowych, znajdzie dla siebie wiele interesujących poglądów, empirycznych diagnoz, teorii i inspiracji do własnych badań.

Zdaniem Redaktorów tej debaty:

"Tradycja podlega marginalizacji, zapomnieniu i zaniechaniu, redukcji i zniekształceniom, wyłączeniu z praktyk czytania i rozumienia własnej sytuacji poznawczej badaczy i dydaktyków: nowoczesność wywyższa się - lekceważąc tradycję - często spóźniona wobec impulsów spoza jej zmarniałej aktualności.

Specjalizacje uzyskują wiodących w nich patronów, których stanowią "specjaliści" powstający w trybie selektywnego, ograniczonego osadzenia we władnej tradycji poprzez badania, do których prowadzenia nie trzeba być (na)uczonym głębi tradycji i zakresu jej trosk: brak organicznych uczonych zdolnych do bycia prawomocnymi spadkobiercami tradycji symbolicznej dyscypliny: specjaliści "fuszerują" własne specjalności, narzucając im swoje ułomne zachowania i przykrawając do siebie klasyków dyscyplin; zredukowany sposób uprawiania specjalizacji staje się szkodliwą, ułomną "tradycją";

Dyskursy aktualizujące rozumienie specjalności stają się wytworami narracji pozbawionych meta-narracyjnych odniesień i świadomości osadzenia w przestrzeni percepcyjnej (źródeł i inspiracji u klasyków), poza standardowym wykształceniem i lekturami ich powierzchownych redaktorów i (zbyt często) uzurpatorskich kontynuatorów;

Podręczniki stają się coraz bardziej ułomnymi pośrednikami w dostępie do kapitału symbolicznego dyscyplin humanistycznych, same stanowiąc przeszkody epistemologiczne, pozbawiające dostępu do zatraconego potencjału i troski o jakość troski o dziedzictwo myślowe poza treściami przydatnymi do prowadzenia badań czy doraźnego testowania minimum osadzenia w dyscyplinie" (s. 19-20).

Pojawiają się w tym tomie krytyczne uwagi, które miejscami - zachęcając do badań porównawczych - same są bezkrytyczne i pozbawione kryterium nie zawsze trafnych i merytorycznie uzasadnionych ocen chyba, że zacznie obowiązywać w ponowoczesnej krytyce zasada, której nie akceptowaliśmy w czasach totalitaryzmu - nie merytorycznego wykluczania wszystkiego, co było sprzeczne z doktryną. Redaktorzy sami piszą o potrzebie "(. . . )bardziej poważnych i pryncypialnych konfrontacji teoretycznych w obrębie pedagogiki polskiej, z uchyleniem niektórych jej deklaracji o ważnych dokonaniach, jak choćby komentarza W. Okonia, że B. Suchodolski udanie "rozprawił się z głównymi kierunkami burżuazyjnej teorii wychowania". Zbyt często w przeszłości rozprawy niosły skojarzenie z sądownictwem i bezpardonowymi wyrokami, a nie filozofią i twórczymi dociekaniami."(s. 43)

A zatem pojawia się ważne pytanie, czy należy powracać do tej stylistyki? Dlaczego jedne dokonania (takich czy innych osób) miałyby uwalniać nas od prowadzenia badań rozpraw-tekstów w sposób od nich zupełnie niezależny? Czy można analizować i oceniać czyjeś dzieła przez pryzmat wątpliwego ich związku z dokonaniami czy ich zaniechaniem w codziennym życiu naukowca, pełnionymi przez niego rolami? Czy przyjmować na wiarę czyjeś uzasadnienia formułowanych tez, czy może przypisywać komuś intencje mimo, że ich w istocie nie znamy a ich autor się nimi nie kierował? Jakże trudno jest badać spuściznę naukową okresu cenzury ideologicznej, a łatwo o formułowanie krytyk-oskarżeń wobec twórców współczesnych rozpraw, z czym nieustannie spotykam się w obszarze nauk o wychowaniu (dałem temu wyraz w książkach "Pedagogika dziecka" oraz "Współczesna myśl pedagogiczna").

6 komentarzy:

  1. Wklejam tekst od prof. Lecha Witkowskiego, gdyz był problem - jak pisze - z zamieszczeniem komentarza. Dziękuję zarazem, bo zaczyna się to, co jest ważne w nauce, a więc wymiana myśli:



    "Jako jeden z redaktorów i autorów tomu omawianego w blogu doceniam ogromnie wysiłek wyłapania myśli i tropów oraz szanuję sformułowane oceny (pochwalne i krytyczne). Jednak nie mogę nie poczynić dwóch uwag: (1) żałuję, ale obrazek z "Królewną Śnieżką" i rycerzem jako skojarzenie z kwestią przebudzeń jest niestety chybiony i utrudnia zrozumienie, że nie ma tu jednego rycerza a potrzebny jest nowy stan ducha całego środowiska, a przebudzenie należy do kategorii opisu trudnej dynamiki rozwojowej, wyjaśnianej już osobno, (2) szkoda, że nie ma choć jednego przykładu nieodpowiedzialnych bezkrytyczności widzianych ponoć w tekstach, bo dyskusja bez tego jest niemożliwa. A szkoda. Bo ton jest surowy. I chyba aż nazbyt uwikłany w gołosłowność. Aż po niezrozumiałość. Może więc warto wejść na udeptaną ziemię w konwencjonalnej polemice? Może ktoś się przebudzi? Pozdrawiam serdecznie. Mimo że krytyk i oskarżeń pod adresem naszego środowiska i jego wielu "twórców" i "włodarzy" przydałoby się znacznie więcej. Ale to by przeszkadzało we śnie albo w lunatycznych seansach i rozmaitych rytuałach." Lech Witkowski

    OdpowiedzUsuń
  2. Urzekł mnie tytuł felietonu i jego zestawienie z często przywoływanymi objawami brzydoty polskiej pedagogiki...
    A ponieważ ważne są dla mnie pytania typu: gdyby Śnieżka zbrzydła podczas snu? Gdyby bohaterowie NIE uratowali świata? Albo gdyby ratowali świat nie tam, gdzie jest zagrożony ew. gdyby przez przypadek w dobrej wierze stanęli po złej stronie?

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknym, zrozumiałym językiem świetnie ujęta krytyczna postawa autorów, kryjących się za pseudoneutralną tudzież przychylną tolerancją na krytykę, która jest iluzją, ładnie brzmi na piśmie i z ust autorów,nie pokrywając się, niestety, ze stanem faktycznym.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe,co sądzi na ten temat autorka
    anonimu? Czyżby w wyższych szkołach prywatnych , gdzie kształci się pedagogów, obowiązywał bajkowy scenariusz leczenia kompleksów?

    Dorotka

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawe to wszystko. Młodzi studenci pchani są do zdobycia na studiach zawodu, do pracy takiej czy innej. Według wielu studia są bo mają przygotować dobrze do zawodu. Takiego bełkotu nie chce mi się słuchać. Cieszy, że krytycznie patrzymy na to co robią naszej młodzieży dyplomaci modelując na wzór niby europejski, więcej takich pozycji, pozdrawiam. Były student prof. Lecha Witkowskiego

    OdpowiedzUsuń
  6. Jako autor rysunku chciałbym popełnić tu pewien błąd: wyjaśnić słowami wieloznaczność obrazka.
    "Parada Opornych" nie powstaje na zamówienie Autora bloga. To mój własny komentarz, w dużej mierze niezależny - czasem się z prof. Śliwerskim zgadzam, czasem nie, czasem patrzę na problem inaczej, ponadto nie jestem praktykującym specjalistą-pedagogiem mimo dyplomu nauczycielskiego.
    W każdym razie za obrazki odpowiadam ja sam.

    Zgadzam się z prof. Witkowskim, że jeden rycerz czy też inny "samotny szeryf w mieście bezprawia" sprawy nie załatwi i potrzebna jest raczej pewna społeczna świadomość problemu. Trudność dla rysownika polega na tym, że stanu zbiorowej świadomości ani tłumu niezbędnych rycerzy nie da się zmieścić w kwadratowym kadrze.

    Niezależnie od tego - sam sobie będzie winien rycerz-zbawca, jeśli weźmie udział w "chorej" bajce tak, jakby była to bajka "zdrowa".
    Uzdrowić bajkę można tylko poprzez naprawienie jej praw, nie przez lepsze wypełnianie tych które już są.
    W przeciwnym razie jedyny sprawiedliwy w chorej sytuacji zostanie najwyżej kozłem ofiarnym a nie zbawcą.
    Inaczej mówiąc: jeśli bajka jest swoją własną parodią - problemm tkwi w mechaniymach bajki a nie konkretnych działaniach jej bohaterów.

    I o tym jest mój obrazek - który nie ma na celu kpin z ludzi a raczej prowokowanie kpiną do rozmowy o zasadach.

    z pozdrowieniami i szacunkiem

    Piotr Olszówka czyli Parada Opornych

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.