środa, 30 marca 2011

O dyrygentach wątpliwych orkiestr dętych w pedagogice

Dziekan jednego z uniwersyteckich wydziałów mocno się zdenerwował, kiedy otrzymał zaproszenie na konferencję naukową jednej z prywatnych szkół wyższych w tym samym mieście. Organizuje bowiem tę sesję zatrudniony w tymże uniwersytecie jako podstawowym miejscu pracy profesor nadzwyczajny. Nadzwyczajny jest rzeczywiście w tym, że takiej konferencji nie planuje w uniwersytecie, tylko w konkurencyjnej szkole, za miedzą. Nie on jeden, bo w tym mieście szkół owych jest wiele i każda chce jakoś wykazać się, że czyni coś więcej, niż jest ją na to stać. Nie o naukę tu chodzi, tylko o jej pozorowanie organizacją konferencji jako czegoś wyjątkowego. Owszem, wyjątkowość ich - zdaniem tego dziekana - polega na tym, że naruszają nie tylko dobre obyczaje w środowisku akademickim, ale i wpisują się w nadętą formułę ofert konferencji o wszystkim dla wszystkich, byle tylko wszystkim się zdawało, że to Wojski gra jeszcze ...

Zajrzał zatem wspomniany dziekan na stronę internetową prywatnej szkoły, by przekonać się, że wśród organizatorów, a członków istniejącej w niej katedry, są osoby, także pracownicy uniwersyteckiego wydziału, którzy, choć mają powietrze w płucach, to jednak brakuje im instrumentów, by wydobyć z nich wartościowe dźwięki w macierzystej jednostce. Emocje dziekana opadły, bo w końcu, jeśli jest w tej orkiestrze jakaś siła, to zapewne będzie ją słychać, a wykonany utwór utoruje drogę do największych sal koncertowych pedagogicznego świata. Wraz z nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym profesor-dyrygent będzie musiał zdecydować, czy pracuje dla podstawowego pracodawcy, czy też sabotując go, wspiera konkurencję. A że piłuje gałąź, na której siedzi? No cóż, jaki dyrygent, taka muzyka przyszłości.

7 komentarzy:

  1. Może w końcu kolejnym krokiem w dobie reform wszelakich będzie jednoetatowość. Mądrze przeprowadzona jest w stanie podnieść poziom polskiej nauki i jakości prowadzonych zajęć, a także jako następstwo doprowadzić do likwidacji mizernych Wyższych Szkół Wszystkiego i Niczego, których głównym zadaniem jest pobieranie czesnego od studentów, wyliczanie zysków wraz z drukowaniem dyplomów z suplementami!

    Jestem ciekawy jaki raban wtedy by się zrobił, w szczególności wśród pracowników pracujących na dwóch lub więcej etatach na kierunkach typu: pedagogika, marketing, politologia, zarządzanie, informatyka (prywatne uczelnie z wydziałami zamiejscowymi), socjologia, gdzie studiuje się lekko i przyjemnie.

    To byłby dopiero zamach na polską naukę i jej niezależność. Chociaż ostatnio czytałem wywiad z prof. Czapińskim w "GW", który stwierdził, że tylko i wyłącznie z jednej pensji nauczyciela akademickiego nie byłoby go stać na mieszkanie w bloku starego typu (czy jakoś tak). Reasumując szkoda, że wszystko rozbija się o pieniądze. Niestety w takim świecie przyszło nam żyć. Pecunia non olet

    Panie Profesorze wiem, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach tylko je posiadają, ale czy Pana zdaniem jednoetatowość byłaby w tym przypadku dobrym rozwiązaniem?

    Młody adept nauk pedagogicznych

    OdpowiedzUsuń
  2. Idea tzw. jednoetatowości jest demagogicznym hasłem resortu, który odwraca uwagę społeczeństwa od spraw, za których załatwienie on właśnie odpowiada. Proszę sobie wyobrazić, że kategoria jednoetatowości, nawet jeśli zostanie jako taka podpisana przez Prezydenta RP, nadal pozostawi osoby uprzywilejowane np. prawników, którzy mają swoje kancelarie, biura notarialne itd., lekarzy, którzy mają swoje prywatne gabinety, kliniki itd., psychologów, którzy także prowadzą swoją działalność diagnostyczną czy terapeutyczną itd., itd., ponieważ ich zatrudnienie w tych instytucjach nie jest traktowane jako akademickie. Mogą więc dalej prowadzić własny biznes, działalność kliniczną, doradczą itp. i nadal nie będą musieli mieć na to zgody rektora uniwersytetu.
    A fizycy jądrowi? A chemicy? A etnografowie? Gdzie mają dorobić do lichej pensji uniwersyteckiej?
    Niech pani minister najpierw podniesie płace naukowców, a wówczas nie będą potrzebne żadne ograniczenia w tym zakresie.
    A jeśli ktoś chce, może i potrafi pracować na dwóch czy trzech etatatch? To jako budowlaniec może? A jako naukowiec nie?
    Piotr W.

    OdpowiedzUsuń
  3. ja również nie rozumiem tego zapisu. A raczej - nie do końca go rozumiem. Kojarzy mi się raczej z niewolnictwem. Moim zadaniem instrumenty do tego aby rozliczać pracownika z jego dorobku, z pracy na rzecz uczelni, już istnieją. Na tej podstawie można decydować czy pracownik rozwija się pomimo pracy na 2 etatach, czy nie - jeśli nie, można go zwolnić. Jeśli to jest sprzedawanie swoich umiejętności konkurencji, to proszę zaproponować takie warunki, dzięki którym nie będzie się pracownikowi opłacało tego robić. Zwyczajnie, jak na rynku pracy. Proszę podpisać z nim umowę o zakazie konkurencji, ale zachęcić go do jej podpisania godnym wynagrodzeniem. Pan Profesor zadaje się także pracował przez wiele lat na 2 etatach?

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak ale Pan Profesor jest chyba wyjątkiem w polskim środowisku. Trudno znaleźć osobę z takim dorobkiem ilościowym i jakościowym.

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja mam dla Pana coś całkowicie poza tematem tego posta. Link do pewnego dokumentalnego filmu zamierzałem podesłać Panu mailem, ale mogłoby to zostać potraktowane, jako spam, to też pomyślałem, że wkleję go w komentarzu. Myślę, że dokument jest wart obejrzenia przez Pana. Oto adres: http://www.youtube.com/watch?v=WbWucCJXiNw

    OdpowiedzUsuń
  6. Film dokumentalny "Czekając na sobotę" http://www.youtube.com/watch?v=BUqOClnXyp4&feature=related

    jest w 5 częściach. Wszystkie dostępne po prawo w kolejnych zakładkach.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety, u nas jeszcze pokutuje socjalistyczne myślenie , że jak naukowiec czy nauczyciel, to musi być z misją i najlepiej za darmo. Natomiast jak przychodzi hydraulik czy technik do naprawy pralki, to każe od ręki płacić za dojazd i 500 zł lub więcej za 15 minutową pracę. To ni epieniądze śmierdsdzą, tylko ci, którzy dla nich sprzedają swoją godność, zapominają o tym ,skąd przyszli i dzięki komu osiągnęli określoną pozycję, natomiast niczego nauce nie dają z siebie. Oni tylko biorą, biorą, biorą. Oszukują pracodawców, studentów, i innych, którzy im zaufali. Cynicznie ogrywają ich póki się da.
    Joanna

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.