wtorek, 31 sierpnia 2010

Niesolidarny Zjazd „Solidarności”










Z przykrością oglądałem bezpośrednią relację z Jubileuszowego Zjazdu „Solidarności” w Gdyni. Jeszcze raz sięgnąłem pamięcią do wydarzeń, których ślad jest zarejestrowany nie tylko w pamięci jego głównych bohaterów, ale także milionów Polaków, wspomagających ich w różnych formach. W domowych archiwach z tamtego okresu zachowały się – już nieco wypłowiałe – Biuletyny Komitetu Strajkowego, jakie przewoziłem z Wybrzeża do Łodzi. Niektórzy przepisywali je na maszynie, powielali i upowszechniali wśród bliskich. Ku pamięci – załączam skan oryginalnych Biuletynów, ale także ulotki, jakie przedstawiciele ówczesnego reżimu rozrzucali na ulicach Trójmiasta, by jego mieszkańcy nie popierali walczących o godność i wolność robotników. Mam wrażenie, że wówczas więcej było w nas i między nami solidarności, zaufania i współpracy, niż dzisiaj. Może się jednak mylę. Może słowo solidarność ma więcej znaczeń, niż te, które były przywoływane przez polityków i działaczy związkowych na Zjeździe po 30 latach?

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Porozumienia sierpniowe











Biuro Prasowe Rządu wydało w 1983 r. broszurę pt. „Porozumienia sierpniowe”, a więc w trzy lata po ich podpisaniu w Szczecinie, w Gdańsku, a w kilka dni później w Jastrzębiu przez przedstawicieli władz PRL ze strajkującymi robotnikami. Ten propagandowy materiał wieńczył postulat: Zbliżającej się rocznicy porozumień powinna towarzyszyć rzetelna ocena przebytej drogi i odpowiedzialna obywatelska refleksja. Dla ówczesnej władzy rzetelna ocena miała polegać na jej zgodności z ideologiczną wykładnią. Poprzedzające ten apel 25 stron tekstu, który ponoć miałby taką ocenę zawierać, nie warto czytać, chyba, że pod kątem historycznym i politologicznym, ale ten mnie osobiście w tym miejscu nie interesuje.

Warto przypomnieć, że w Protokole porozumienia zawartego przez Komisję Rządową i Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w dniu 31 sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej zapisano w odniesieniu do spraw oświatowo-wychowawczych i akademickich m.in.:

- nierepresjonowanie niezależnych wydawnictw oraz udostępnienie środków masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań;

- przywrócenie do poprzednich praw – ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 roku – studentów wydalonych z uczelni za przekonania;

- pełne przestrzeganie swobody wyrażania przekonań w życiu publicznym i zawodowym;

- umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform;

- zapewnienie odpowiedniej ilości miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących;

- wprowadzenie urlopu macierzyńskiego przez okres 3 lat na wychowanie dziecka z uwzględnieniem zasiłku w wysokości pełnego wynagrodzenia w pierwszym roku po urodzeniu dziecka oraz 50 proc. W drugim roku, w kwocie nie niższej niż 2000 z… miesięcznie;

- wprowadzenie wszystkich wolnych od pracy sobót w miesiącu.

Czy można apelować po 30 latach, w rocznicę tych porozumień o rzetelną ocenę przebytej drogi i odpowiedzialną obywatelską refleksję?

(fot. Włodzimierz Barczyński)

niedziela, 29 sierpnia 2010

Lekcja historii i patriotyzmu wciąż trwa!












To oczywiste, że w tych dniach myśli, wspomnienia i rozmowy kierują się ku 30 rocznicy Porozumień Sierpniowych. Codziennie twórcy strajku m.in. w Stoczni Gdańskiej, Szczecińskiej, w Jastrzębiu Zdroju czy założyciele NSZZ "Solidarność" relacjonują owe wydarzenia.

Bogdan Lis, współtwórca NSZZ "Solidarność" wspominając wydarzenia sierpnia 1980 roku mówił, iż strajkowi towarzyszyły i strach, i chwile euforii. - Baliśmy się, że to wszystko się źle skończy, że wylądujemy metr pod ziemią albo na Dalekim Wschodzie, ale były chwile euforii, kiedy do Stoczni przyjechał na negocjacje wicepremier rządu PRL Jagielski”. (PAP)

Jeden z liderów strajku w Stoczni mówi o uczuciu strachu, odsłaniając niezwykle istotny aspekt ludzkiej egzystencji i dramatyzmu ówczesnej sytuacji. A jednak, liderzy „Solidarności” działali mimo lęku i obaw o własne życie, o swoich najbliższych.

W numerze 10/1981 biuletynu „POGLĄDY”, jaki był wydawany przez NSZZ „Solidarność” Ziemi Łódzkiej, został opublikowany wywiad z Anną Walentynowicz. Po niespełna trzydziestu latach od tamtych wydarzeń, po tragicznej śmierci w katastrofie pod Smoleńskiem Tej, dzięki której – jak mówi prof. Jadwiga Staniszkis – nastąpiła druga fala strajku w Stoczni Gdańskiej, i dzięki której doszło do powstania „Solidarności” – odnalazłem w powyższym Biuletynie poruszające wyrazy solidarności z Lechem Wałęsą, a także słowa o strachu, jaki towarzyszył strajkującym stoczniowcom.

Na pytanie Macieja Siwickiego, jaki był Jej stosunek do Lecha Wałęsy odpowiedziała:

- Taki jak do każdego innego działacza. Ja z Lechem Wałęsą jestem powiązana więzami prawie rodzinnymi. To nie tylko to, że szliśmy jedną drogą do celu, nie to, że siedzieliśmy w aresztach za Wolne Związki Zawodowe, które powstały w 1978 roku w Gdańsku, ale – jak powiedziałam – jesteśmy powiązani rodzinnie nieomal – podawaliśmy dzieci do chrztu i wiele mamy wspólnego, nic przeciw sobie. (s. 13)

Natomiast A. Walentynowicz zapytana o strajk w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. i o zastraszanie działaczy tego ruchu, odpowiedziała następująco:

No, na pewno nauczyliśmy się wiele. Ale jeszcze bariery strachu nie przeszliśmy. Jeszcze się boimy. W czasie strajku baliśmy się, ale byliśmy gotowi., ten strach wziął górę, zwłaszcza kobiety … Kobiety, gdy całe załogi pracują same, miały tę wizję rozpaczy, małe dzieci… to jest charakterystyczne dla kobiet. Ale ja uważam, że powinniśmy tak postawić sprawę jak w Stoczni. Straszono nas – od początku, od pierwszych dni. Ale wtedy powiedzieliśmy: lepiej stojąc umierać, jak na klęczkach żyć.

Uważam, że nie powinno być w naszym kraju ludzi zastraszonych. Przecież my jesteśmy u siebie, nie żądamy rzeczy niemożliwych. Za swoją pracę chcemy godziwie żyć. Nie luksusowo, ale godziwie. I do tego mamy chyba prawo. Nasza władza ma obowiązek nam to zagwarantować, a nie tworzyć klubu „właścicieli” Polski Ludowej, ludzi wybranych, bo my wszyscy pracujemy
.(s.15)

Słusznie prof. J. Staniszkis mówi dzisiaj, że Lech Wałęsa nie tylko powinien wziąć udział w Jubileuszowym Zjeździe „Solidarności” w Gdyni, ale także powinien tam wstać i powiedzieć: z tego miejsca chciałbym oddać hołd Ani Walentynowicz, która zginęła pod Smoleńskiem.

Urodzeni w wolnej III RP nie znają tej historii, a może i w dużej mierze nie rozumieją tych, którzy wciąż upominają się o prawdę historyczną tamtych czasów, o pamięć i szacunek dla walczących o naszą suwerenność i o warunki godziwego życia. Dzisiaj też strach niszczy ludzką solidarność, i to nie tylko w przedsiębiorstwach. Lekcja historii i patriotyzmu trwa. Jak ją odrobimy?

(źródła: http://wiadomosci.onet.pl/2215261,11,lis_balismy_sie__ze_wyladujemy_metr_pod_ziemia,item.html; http://www.tvn24.pl/-1,1671268,0,1,walesa-jest-zadufany,wiadomosc.html;
Poglądy. Biuletyn informacyjny szkół wyższych i instytucji naukowych Łodzi 1981 nr 10; fot.: Włodzimierz Barczyński)

sobota, 28 sierpnia 2010

Dziękuję za Solidarność 1980-1989, za edukację oporu!












Zbliżają się obchody najważniejszej – przynajmniej dla mojego pokolenia - rocznicy Porozumień Sierpniowych! Każda, związana z tym politycznym wydarzeniem informacja, relacja radiowa czy telewizyjna budziła wówczas nadzieję na jakże oczekiwaną zmianę społeczną. Przez niemalże każdą z polskich rodzin przetoczył się wówczas głos troski lub niepokoju o to, o jaką Polskę walczyła opozycja, a jaką chciała zatrzymać w tym rozwoju ówczesna, socjalistyczna władza. To był czas najdłuższej i najbardziej znaczącej dla mojego pokolenia edukacji obywatelskiej, patriotycznej, ale i edukacji w oporze i dla oporu. W większości domów rozmawiano o tym, jak potoczą się losy naszego kraju. Każdy dostępny nam w tym okresie, a wydawany na powielaczu Polski Podziemnej biuletyn, informator, każda ulotka, solidarnościowy przekaz podtrzymywały stan wewnętrznej radości, motywowały do podejmowania w ramach własnych możliwości, sieci kontaktów społecznych, rodzinnych działań i rozmów czy przejawiania postaw, potwierdzających liderom ugrupowań opozycyjnych, że nie są sami. Rodziny były podzielone, bowiem jedni obawiali się o swoje losy, o bezpieczeństwo „wejdą – nie wejdą”), inni angażowali się biernie lub czynnie w opór przeciwko władzy, a jeszcze inni reprezentowali biernie lub aktywnie ówczesne siły polityczne czy przesiąknięte ideologią socjalistyczną stowarzyszenia i organizacje społeczne czy zawodowe.

Tak było też w mojej rodzinie. Młodzi i starsi poszukiwali nadziei w Kościele, w wzbudzonej solidarności społecznej, modląc się czy włączając się do walki z istniejącym reżimem. Niektórzy byli aktywnymi świadkami zdarzeń, które niejednokrotnie wymagały jak najliczniejszej obecności, by dać dowód nie tylko głodu wolności, ale i niezgody na warunki życia, pracy, na upokarzające braki dostępu do podstawowych artykułów żywnościowych czy codziennego użytku. Mój ojczym - mieszkaniec Sopotu, był bardzo blisko związany z solidarnościową opozycją, dokumentując w parafii św. Brygidy spotkania opozycji, msze za Polskę i solidarność Polaków z ks. Henryk Jankowskim. Miał znakomity sprzęt fotograficzny, więc wszystkie wydarzenia fotografował i filmował. W wielu domach na Wybrzeżu znajdują się fotografie z tamtych lat. Mnie pozostało zaledwie kilkanaście, toteż będę je przez najbliższe dni publikował, by utrwalić osoby i klimat tamtego czasu. Niektóre są ze Stoczni Gdańskiej, inne z mszy w kościele św. Brygidy lub spotkań działaczy opozycji z ks. Jankowskim. Nie są najlepszej jakości. Wykonywane były na enerdowskim filmie ORWO-COLOR, ale wywoływane w domowym laboratorium fotograficznym, na słabej jakości papierze. Rozpoznacie na nich liderów ruchu solidarnościowego, opozycjonistów, spośród których, niestety, niektórzy już nie żyją.

Rewolucja solidarnościowa dokonała się nie przy wsparciu liderów neolewicy, socjologów szkoły filozofii krytycznej, ale dzięki klasie robotniczej, milionom katolików, przedstawicielom filozofii oraz polityki personalizmu chrześcijańskiego czy osobom świeckim (rozczarowanym socjalizmem z nie-ludzką twarzą). To m.in. dzięki nim zaszła w naszym kraju prawdziwa, miękka rewolucja „Solidarności”, to eseje i kazania ks. prof. Józefa Tischnera oraz wizyty w kraju Papieża Polaka - Jana Pawła II zmieniły oblicze mentalne sił społecznych, które podjęły walkę z ówczesnym reżimem. Nie jest zatem dobrze, jeśli nie chcemy zrozumieć czy zaakceptować tego właśnie nurtu humanistyki i jego charyzmatycznych liderów, jeśli nie uczymy się od nich tego, co miało wzmacniać naszą drogę do wolności i sztuki życia w wolności.

(fot. Włodzimierz Barczyński)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Pedagogika - akademicką przechowalnią?

Gazeta Wyborcza przypuściła dziś atak na obleganą w uczelniach i szkołach wyższych pedagogikę. Ponoć studiuje na tym kierunku 12% wszystkich studentów. To źle? (http://wyborcza.pl/1,75248,8286201,Pedagog_wyksztalcony__ale_bez_pracy.html)

Czegoś tu nie rozumiem, albo jest jakaś niespójność w polityce szkolnictwa wyższego w konfrontacji z oczekiwaniami społecznymi. Z jednej bowiem strony obniża się wymagania na egzaminie maturalnym, tak by z każdym rokiem zdawało go coraz więcej absolwentów szkół ponadgimnazjalnych (najlepiej, gdyby wskaźnik osiągnął 99.,9%), planuje się działania wspomagające młodzież, umożliwiając jej promowanie do następnej klasy z jedną oceną niedostateczną, a kiedy ze świadectwem maturalnym zaczynają szturmować bramy szkół wyższych, usiłuje się im je zamykać, a w każdym razie tworzyć jakieś „zasieki”, by przypadkiem nie chcieli studiować pedagogiki.

Czyżby „marketing i zarządzanie” ponownie wróciły do łask, bo – jak się okazuje – nasi absolwenci po tych studiach eksportowani są na rynek chiński? To może i z absolwentami pedagogiki nie będzie tak źle? Druga potęga gospodarcza świata przyjmie każdego profesjonalistę do pracy. Nawet gdyby przyjąć, że „pedagogika” jest swoistą, „akademicką przechowalnią”, to jednak w wielu uczelniach pracują w niej znakomici opiekunowie. Przynajmniej studiujący nie zrobią sobie krzywdy, a i wskaźniki bezrobocia się zmniejszą. Czy może już dla polityków te wskaźniki nie są tak istotne?

Dziennikarz się dziwi, że pedagogikę chce studiować tysiące osób, i to w szkołach czy na wydziałach nie mających nic wspólnego z tą nauką, ale nie pisze o tym, ilu jego kolegów z redakcji prowadzi zajęcia na tym kierunku, ile zarabia Gazeta na reklamach (także tych ukrytych). No cóż. Studenci kierują się różną motywacją wybierając akurat ten kierunek kształcenia. Jeśli chcą tylko i wyłącznie przetrwać, balangować z legitymacją studencką, poszanować i pomasować własne „ego”, to będą wybierać byle gdzie (byle najbliżej), byle taniej, z byle jaką kadrą, w byle jakich warunkach. Prezydent RP dorzuci im jeszcze zniżkę na PKP. Żyć nie umierać. Można podróżować, a podróże kształcą. Po co uczęszczać na zajęcia. Skorzystają z tej ulgi, podobnie jak z innych dobrodziejstw czy akademickich przywilejów nie tylko ci, którzy będą godnie reprezentować swoje środowisko uniwersyteckie, ale także i ci z „sztucznych rezerwatów”.

Właściciele wielu niepublicznych szkół wyższych zakładają, że po co mają wynajmować wielkie aule na łączone dla wielu grup wykłady, skoro i tak na pierwsze zajęcia przyjdzie 90% zapisanych na studia, a już na następny tylko 40% osób (pewnie tych, którym istotnie zależy na edukacji). Od razu więc planuje się tłum do małych przestrzeni, by go zniechęcić, a raczej mu uświadomić rzeczywisty poziom - niezbyt wysokich aspiracji. Studenci niby najpierw się burzą, a potem przyjmują to jako sugestię władz administracyjnych szkoły i przyzwolenie na bierne lub zdalne "studiowanie". Przechowalnia jest mała i ciasna, to można się z niej wyrwać, mając przecież na to administracyjne usprawiedliwienie. Niech ktoś podskoczy i powie, że nie chodzą na wykłady? Nie podskoczy, bo sam wie, co stworzył lub czego oczekuje.

Jak studentom jest za daleko, muszą dojeżdżać, to otworzy się im punkt konsultacyjny, a ten przerodzi się po cichu (by nie dowiedziały się o tym władze resortu szkolnictwa wyższego) w nienormalny, ale zawsze jakiś - wydział zamiejscowy. Może to być remiza strażacka, koło gospodyń wiejskich czy zapyziała świetlica. Ważne jest, by było gdzie choć na chwilę usiąść, coś wybełkotać i wpisać do indeksu. Przez 20 lat prywatni właściciele nauczyli się już różnych sztuczek w omijaniu i lekceważeniu prawa, byleby być tylko frontem do klienta, a ten kupi wszystko, byle tanio.

Czego zatem oczekują dziennikarze, tropiący sensację w tym, że kolejne dziesiątki tysięcy młodych ludzi chcą studiować pedagogikę? Nie wystarczy, że w ogóle coś chcą, że wspierają w ten sposób rozwój innych dyscyplin naukowych, które dzięki dochodowej pedagogice mogą się rozwijać i można zatrudniać kolejne kadry akademickie, że dzięki temu władze mają rozwiązany problem podwyżek płac dla nauczycieli akademickich w szkolnictwie publicznym? Z pedagogiki żywią się już wszyscy – lekarze, socjolodzy, psycholodzy, filozofowie, ekonomiści, matematycy, historycy, geografowie, biolodzy, pielęgniarki i specjaliści od kosmetologii, prawnicy, fizycy, informatycy, dziennikarze, mediewiści, etnografowie, wojskowi, filolodzy, przedstawiciele nauk o kulturze fizycznej itd., itd. Studenci tego kierunku podwyższają wskaźniki skolaryzacji na tym poziomie edukacji, obniżają wskaźniki bezrobocia, przygotowują się do ról rodzicielskich, jeśli już nawet nie profesjonalnych. O co więc chodzi? PEDAGOGIKA JEST DOBRA NA WSZYSTKO I DLA WSZYSTKICH. To prawda, że zależy gdzie, ale też i zależy dla kogo oraz z kim!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Nowy grzech – straszenie dzieci

W jednej z małych polskich miejscowości, na specjalnie zorganizowanej w kościele katolickim dla dzieci mszy świętej, prowadzący ją ksiądz - zamiast skierować do dzieci ciepłe słowa radości, że na nią przybyły, włączyć je do wspólnej modlitwy i, jak zachęca od kilkudziesięciu już lat ks. prof. Janusz Tarnowski, wejść z tymi dziećmi w dialog - zaczął je obrażać i straszyć. Najpierw nawymyślał podwyższonym tonem głosu wszystkim – rodzicom i zgromadzonym przed ołtarzem dzieciom, że tak mało ich dzisiaj przyszło na mszę, że pewnie rodzice celowo pozamykali dzieci w piwnicy, by te nie uczestniczyły w mszy świętej, tak, jakby te przybyłe do kościoła pociechy rzeczywiście mogły być temu winne, po czym zwymyślał i tak już przerażone maluchy za to, że nie znają słów jednej z maryjnych pieśni. „Jak następnym razie nie będziecie umiały jej śpiewać – grzmiał sprzed ołtarza – to wam włosy z głowy powyrywam i wrócicie do domu łyse!” Zgroza!

Właściwie, powinno się wyjść z kościoła, ale na szczęście nie tylko tacy księża decydują o jakości wychowania religijnego. W tym przypadku, zmuszają rodziców do jeszcze większej troski i uwagi, by naprawiać ich kardynalne błędy pedagogiczne, które zapewne w stosunku do części rodzin i dzieci mogą skutkować co najmniej oddaleniem się od Kościoła.

Warto, by księża mieli na uwadze pogląd ks. prof. Janusza Tarnowskiego, który pisał m.in.: Wydaje się, że dziecko ze swej natury otwarte jest ku łączności z Bogiem, szczególnie jeśli zostało obdarzone łaską chrztu św. Wobec niesprzyjającego wpływu otoczenia często traci – niestety – tę zdolność”.

W odnotowany przeze mnie sposób komunikowania się z dziećmi i ich rodzicami - ów ksiądz nie wychowa ich do spotkania z Bogiem, który objawił się w Jezusie Chrystusie i nie zaprosi ich do przyjaźni z sobą.

(źródło: Ks. J. Tarnowski, Próby dialogu z młodymi. Prekatecheza egzystencjalna, Katowice 1983, s. 358)

sobota, 21 sierpnia 2010

Prof. zw. dr hab. Anna Przecławska - odeszła na wieczną wartę













Tak żegnają harcerze osoby, które uczestniczyły w tym ruchu, a do takich należy
zmarła nagle w dn. 19 sierpnia br.
prof. zw. dr hab. Anna Przecławska
(z d. Sadkowska - ur. 9.08.1929 w Warszawie). Zapisała swoją działalnością jedną z najpiękniejszych kart historii harcerstwa polskiego. Działała w nim od 1942 r. jako członek ruchu oporu. W Powstaniu Warszawskim pełniła rolę sanitariuszki i łączniczki Armii Krajowej w Kompanii Harcerskiej Batalionu „Gustaw”.

Z pedagogiką społeczną związała się nie tylko swoją harcerską służbą, ale także podejmując po II wojnie światowej studia pedagogiczne na Uniwersytecie Warszawskim, które ukończyła w 1951 r. W macierzystej uczelni przeszła przez wszystkie szczeble awansu naukowego: w 1961 obroniła rozprawę doktorską, w 1968 habilitowała się i została docentem, zaś w 1978 otrzymała tytuł naukowy profesora nauk humanistycznych. W latach 1979-81 była dyrektorem Instytutu Pedagogiki UW, zaś w latach 1981-87 pełniła funkcję dziekan Wydziału Pedagogicznego UW. W latach 1987-93 była prodziekanem tego Wydziału. Od 1981 r. kierowała Katedrą Pedagogiki Społecznej, a ostatnio była kierownikiem Katedry Animacji Kultury i Pracy Socjalno-Wychowawczej UW. Była wieloletnim członkiem Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów (zastępcą przewodniczącego Sekcji I Nauk Humanistycznych i Społecznych), członkiem Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego i wiceprzewodniczącą Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Przewodniczyła także Zarządowi Towarzystwa Przyjaciół UW. W Łódzkim Towarzystwie Naukowym była członkiem Kapituły Nagrody im. Ireny Lepalczyk.

To o Jej naukowej aktywności w okresie PRL tak pisała w swojej biograficznej książce nestorka pedagogiki społecznej prof. dr hab. Irena Lepalczyk: Jako następczyni (prof. Ryszarda Wroczyńskiego – dop. BŚ) – prof. Anna Przecławska, we wczesnych latach powojennych brała udział w badaniach czytelnictwa organizowanych [rzez ZNP, w których i ja uczestniczyłam. W Komitecie Naukowo-Dydaktycznym Ministerstwa Oświaty należała do najaktywniejszych członków, a później z powodzeniem prowadziła pracę zespołu. Jej niezmordowaną energię i umiejętności organizacyjne poznałam w tym właśnie czasie. Prof. Przecławska ma wielkie zasługi jako długoletni dziekan Wydziału Pedagogicznego UW. oraz uczestnik obrad Okrągłego Stołu. Jej funkcje zawodowe i społeczne sprawiały, że w trudnych latach wielu pedagogów społecznych miało poczucie spokoju i pewności, że pedagogika społeczna będzie właściwie reprezentowana w kręgach politycznych. Prace A. Przecławskiej wskazują nie tylko na zainteresowania zagadnieniami kultury młodzieży, lecz przede wszystkim na umiejętność pogłębiania teorii pedagogicznej. (I. Lepalczyk, Wśród ludzi i książek, Łódź 2003, s. 188-189)

Istotnie, zaangażowanie eksperckie prof. A. Przecławskiej jako naukowca wyrażało się m.in. w Jej aktywności w latach 1982-1989 w Patriotycznym Ruchu Odrodzenia Narodowego, gdzie była członkiem Prezydium Komitetu Wykonawczego Rady Krajowej PRON do 1986). Wchodziła także w skład Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa (1986-1989), stąd Jej udział w obradach Okrągłego Stołu.

Prof. Anna Przecławska prowadziła badania naukowe w zakresie pedagogiki społecznej, problematyki kultury i uczestnictwa w kulturze, nad czytelnictwem i literaturą dla dzieci i młodzieży oraz nad młodzieżą współczesną, jej postawami i systemami wartości.

Ważniejsze publikacje prof. dr hab. A. Przecławskiej, to:

* Książka w życiu młodzieży współczesnej 1961,
* Młody czytelnik i współczesność 1966,
* Książka, młodzież i przeobrażenia kultury 1967,
* Zróżnicowanie kulturalne młodzieży a problemy wychowania 1976,
* Reakcje między ludźmi jako przedmiot badań pedagogicznych red. i współautor, 1993.

Wydała też redagowane lub współredagowane przez siebie książki:

* Absolwent pedagogiki dziś. (Perspektywa teorii i praktyki pedagogiki społecznej,2006 (współred. E. Kozdrowicz);

* Pedagogika społeczna w perspektywie europejskiej. Przeszłość – teraźniejszość – przyszłość 2003 (współred. S. Kawula, E. Marynowicz-Hetka);

* Młodzi Polacy u progu nadchodzącego wieku, 1997;

* Pedagogika społeczna – kręgi poszukiwań, 1996.

W wywiadzie udzielonym Biuletynowi Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego „Sprawy Nauki” w dn. 17 marca 2004 r. na pytanie o to: Jak w świetle prowadzonych badań ocenia dzisiejszą młodzież? mówiła m.in.:

– Nie oceniam jej najgorzej. Jeśli o czymś myślę z niepokojem i dezaprobatą, to o warunkach socjalizacyjnych, w jakich ci młodzi ludzie się kształtowali. To nie ich należy obarczać winą za to, że są tacy jacy są. My kształtowaliśmy warunki, w jakich przyszło im wzrastać, a skutki naszych działań nie zawsze zgodne były z naszymi zamiarami i oczekiwaniami. A młodzi? Oni są przedmiotem mojej troski, tym bardziej, że nieprawdziwe bywają stereotypy, jakie wokół nich krążą. (http://www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=652)

Zapamiętam prof. Annę Przecławską jako osobę o niezwykłym cieple w relacjach międzyludzkich, troskliwą i serdeczną dla innych, otwartą na odmienne podejścia teoretyczne w naukach o wychowaniu, a zarazem upominającą się o wysokie standardy pracy naukowo-badawczej i wspomagającą młodych pracowników nauki w ich własnym rozwoju. Jestem przekonany, że wyniki Jej wieloletnich badań naukowych i wydane publikacje będą służyć kolejnym pokoleniom w rozumieniu złożoności świata wychowania i jego uwarunkowań.

(źródło fot.: http://www.sprawynauki.waw.pl/?section=article&art_id=652)

Frontem do edukującego się klienta

W kwietniu br. skierowałem do jednej z redakcji podręczników akademickich z pedagogiki i psychologii Wydawnictwa Naukowego PWN list następującej treści:

Szanowna Pani,
znalazłem stronę http://chomikuj.pl/pati8700?fid=166717248 z której ludzie ściągają zeskanowane książki, m.in. podręcznik „Pedagogika” wydany w PWN. Czy to jest zgodne z prawem? Czy mają Państwo tego świadomość? Właściciele tego portalu pobierają opłaty od zainteresowanych za zeskanowane książki. Z poważaniem - B. Śliwerski (współred. podręcznika). Po sześciu tygodniach otrzymałem odpowiedź:

Szanowny Panie Profesorze
Mamy świadomość poruszonego przez Pana problemu i intensywnie nad nim pracujemy. Są u nas osoby, które się tym na co dzień profesjonalnie zajmują, ponieważ sytuacja ta dotyczy wielu książek przez nas wydanych. Oczywiście ma Pan rację, działania te są absolutnie nielegalne, ale przeciwdziałanie im niestety nie jest łatwe. Gdy spowodujemy, że ktoś usunie pliki z sieci, zaraz znajduje się ktoś inny, kto je tam umieszcza. W każdym razie nieustająco staramy się temu przeciwdziałać. Łączę wyrazy szacunku i pozdrowienia


Istotnie, granice tolerancji na rozwijający się proceder zostały już przekroczone. Wydawnictwo postanowiło wraz z innymi jeszcze oficynami złożyć pozew zbiorowy przeciw serwisowi portalu „Chomikuj.pl”, który zamieszczał pirackie pliki, zezwalając użytkownikom Internetu na ich ściąganie i pobierając za to opłaty. Tracili na tym procederze wydawcy i autorzy głównie akademickich książek. W kolejnym liście z WN PWN otrzymałem optymistyczną wiadomość:

Szanowny Panie Profesorze, w załączeniu dodatkowa informacja w sprawie portalu Chomikuj.pl.

(...) Decyzja o tym, że wydawcy zrzeszeni w PIK wystąpią przeciwko Chomikuj.pl na drogę sądową zapadła 22 czerwca. Jednym z inicjatorów było Wydawnictwo Naukowe PWN, które już wytoczyło Chomikuj.pl sprawę o piractwo.(...)
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8086069,Pozew_zbiorowy_przeciwko_portalowi_Chomikuj_pl.html

Serwis się wystraszył i proponuje udostępnienie wydawcom nowego programu, który będzie służył do szybkiego i sprawnego zgłaszania pirackich plików na portalu. Pracownicy portalu nie chcą samodzielnie wyszukiwać pirackich plików, tylko przerzucają to na ofiary owego procederu. Nie jest to jedyny przypadek oświatowego biznesu, którego twórcy łamią czyjeś prawa. (Zob. Dziennik Gazeta Prawna 2010 nr 146, s. B9)

Podobnie działa część nieuczciwego biznesu akademickiego. Założyciele niektórych niepublicznych szkół wyższych wynajdują luki w prawie o szkolnictwie wyższym, by stwarzając pozór uczciwości, wysokiej jakości, zróżnicowanych ofert kształcenia zarabiać na naiwności swoich klientów, czyli spragnionych akademickich indeksów kandydatów na studia. Trudno, by sami tropili swoje oszustwa i rezygnowali z łatwego zarobku. Działają zatem metodą faktów dokonanych. Uzyskują formalne uprawnienia do prowadzenia studiów na danym kierunku, by w krótkim czasie szybko odstąpić od koniecznych wymogów, bo przecież czas gra na ich korzyść.

To ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, PKA lub zawiedzeni studenci niech biedzą się nad tym, jak udowodnić im, że za „pięknym PR-owskim opakowaniem” krył się fałsz czy fikcja. Wykorzystuje się triki prawne, by odroczyć zawieszenie czy odebranie takiej uczelni uprawnień, z czego nie zdają sobie sprawy ani studenci, ani ich nauczyciele, gdyż „gra fałszywymi kartami” toczy się na zapleczu całego interesu. Ci, którzy zdają sobie z tego sprawę, albo muszą odejść, albo są zwalniani z pracy, albo partycypują w oszustwie.

Zagrożone spadkiem zainteresowania studiami uczelnie niepubliczne konkurują między sobą w konstruowaniu opakowań, by zakryć to, czego lepiej nie widzieć. Beata Igielska, Agata Listoś i Anna Sterczyńska piszą w tygodniku „Polityka” (2010 nr 32) o prześciganiu się uczelni w kuszeniu kandydatów, byle tylko złapać ich w swoje sidła. A że potem okażą się one dziurawe, zgniłe czy skradzione, to nie jest już ich zmartwienie. Czyż nie przypomina to czasów, kiedy to na przyjazd do miasta władz najwyższych czy znaczącej delegacji zagranicznej malowano kamienice od frontu, a w oficynie, na ich tyłach był smród, bród i ubóstwo?

W szkole podstawowej, w której pracowałem przed wielu laty, kiedy trwały przygotowania do instalowania w stołówce kabin dla potrzeb okręgowej komisji wyborczej, odnawiano lamperię na ścianach tylko na parterze i do połowy piętra, bo wiedziano, że wzrok wyborców wyżej już i tak nie sięgnie. Niech lud wie, jak w szkole jest czysto, świeżo i estetycznie. Coś jednak pozostało z tych lat. A przecież prawda jest tylko jedna …

piątek, 20 sierpnia 2010

Fenomen harcerskich różnic



W Krakowie odbywa się Jubileuszowy Zlot 100-lecia Harcerstwa Polskiego. Nawet nie przypuszczałem, że polski ruch harcerski nadal jest tak samo podzielony, jak całe społeczeństwo, na tych, co byli i są po jednej lub po drugiej stronie politycznej sceny czy historycznych uzasadnień racji dla swoich działań.

Jak bowiem odczytać fakt, że Związek Harcerstwa Polskiego świętuje stulecie tego ruchu właśnie teraz, w sierpniu 2010 r., a Związek Harcerstwa Rzeczypospolitej uczyni to rok później?

Na stronie internetowej Związku Harcerstwa Polskiego czytam:

Sto lat to szmat czasu. To kilka pokoleń, wiele zmian, pomysłów, idei. Setne rodziny to wielkie wydarzenie, również w życiu organizacji. To czas podsumowań, planów na przyszłość i stu życzeń pomyślanych przy zdmuchiwaniu stu świec na urodzinowym torcie. W roku 2010 przypada setna rocznica przetłumaczenia przez Andrzeja Małkowskiego na język polski podręcznika Roberta Baden-Powella „Scouting for boys". Od tego czasu tysiące ludzi w całym kraju miało okazję żyć w duchu Prawa i Przyrzeczenia Harcerskiego. Poprzez obchody stulecia pokazywać będziemy unikatową wartość i dorobek harcerstwa. Realizować większe i mniejsze projekty. Starać się pokazać nasz harcerski udział w budowaniu lepszego świata. W 2010 roku zaśpiewajmy razem 100 lat! Wspólnie upieczmy tort stulecia, na którym wypiszemy życzenia na przyszłość. Wspólnie zdmuchnijmy urodzinowe świeczki!

(http://100lecie.zhp.pl/index.php?do=standard&navi=0072,0003)


Na stronie internetowej Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej o powyższym Zlocie, jak i Jubileuszu nie wspomina się nawet jednym zdaniem. Wyjaśnienie rozbieżności co do daty świętowania Jubileuszu można jednak odnaleźć w dziale „Historia”, gdzie pwd. Adam Przymusiała HO pisze:

A jak jest z historią harcerstwa? Wszystko zaczęło się od jednej książki "Scouting for Boys" autorstwa Roberta Baden-Powella wydanej w 1908 roku. W trzy lata później w 1911 roku nakładem Związku Polskich Gimnastycznych Towarzystw Sokolich wydano jej tłumaczenie dokonane przez Andrzeja Małkowskiego „Scouting jako system wychowania młodzieży na podstawie dzieła Generała Baden–Powella”. Pierwszym zadaniem jakim zajął się A. Małkowski była organizacja kursu skautowego, który rozpoczął się 20 marca 1911 roku. Efektem końcowym kursu było powołanie dnia 22 maja 1911 roku pierwszych drużyn skautowych we Lwowie. Tak "Idea" przekształciła się w "Ruch". Dzięki temu powstała "Organizacja", która rozpoczęła tworzenie "Programu" w oparciu o "Metodę".

Konsekwentnie zatem, na stronie Małopolskiej Chorągwi Harcerek ZHR, o stuleciu harcerstwa pisze się następująco:

W 2011 roku będziemy świętować 100-lecie Harcerstwa na ziemiach Polski. By lepiej przygotować się do tego wydarzenia, by radość świętowania była pełna chcemy przez czas, jaki dzieli nas od tego momentu, stawać się jak najlepszym harcerstwem.
Pragniemy być coraz lepsi w wymiarze indywidualnym każdej harcerki i harcerza oraz na poziomie naszych drużyn, hufców, chorągwi i całego Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Dążymy do tego, by dobre harcerstwo promieniowało dobrem na Polskę i Świat. Począwszy od roku 2007 chcemy, więc dobrze przygotować się do tego Jubileuszu i w każdym roku wyznaczamy sobie nowe cele.
Każdy kolejny rok niesie ze sobą jeden temat, wokół którego winny skupiać się nasze działania.
2007 „Rok Obozu” - 100 lat od pierwszego obozu Skautów
2008 „Rok Służby” - 25 lat Białej Służby
2009 „Rok Rzeczypospolitej” - 20 lat ZHR
2010 „Rok Idei Harcerskiej” - 100 lat „Skautingu dla chłopców”
2011 „Rok Jubileuszu”- 100 lat harcerstwa


(http://www.malopolanki.zhr.pl/100-lecie-harcerstwa.html)

Wcale się nie dziwię, że owe rozbieżności nadal mają miejsce w naszym kraju, skoro – jak donosi gazeta „Rzeczpospolita” (2.08.2010, s. A2) – ZHR musiał dochodzić prawa do krzyża harcerskiego w Urzędzie Patentowym, by ten uznał, że tego znaku mają prawo używać wszystkie inne polskie organizacje skautowe.

Okazuje się, że w 20 lat po transformacji społeczno-politycznej nadal różnice ideowe między instruktorami obu Związków tworzą fenomen harcerstwa jako pluralistycznego ruchu społeczno-wychowawczego. Jedni za początek tego ruchu przyjmują fakt przetłumaczenia przez A. Małkowskiego podręcznika skautowego, inni – rok jego wydania. Czy różnią się między sobą pięknie, jak pisał o tym Aleksander Kamiński, to już inna kwestia.


PS.
Na zdjęciu - moi harcerscy Mistrzowie: hm Jerzy Miecznikowski i hm Jacek Jurczakowski na Jubileuszowym Zlocie w Krakowie.

czwartek, 19 sierpnia 2010

O akademickich oszustwach na Słowacji

Posłowie Parlamentu Republiki Słowacji przyjęli na ostatnim posiedzeniu w dn. 10 sierpnia br. Uchwałę programową rządu na lata 2010-1014, akceptując założenia polityki nowej władzy i obdarzając ją pełnym zaufaniem. Mnie zainteresowała ta część rządowego programu, która dotyczy szkolnictwa wyższego. Stwierdza się w niej m.in., że w ostatnich latach uległa pogorszeniu zdolność konkurencyjna szkolnictwa wyższego tego kraju w skali międzynarodowej.

Władza zatem podejmie takie działania, które będą sprzyjać nie tylko większej dynamice rozwojowej w sferze badań naukowych i jakości kształcenia, ale także przyjrzy się procesowi akredytacyjnemu, jaki dotychczas miał miejsce we wszystkich uczelniach. Do oceny jakości kształcenia i badań naukowych będą właczani eksperci zagraniczni, żeby przełamać istniejące w środowisku akademickim „układy“. Co ciekawe, po raz pierwszy tak jednoznacznie stwierdza się w tym dokumencie, że miały miejsce w niektórych szkołach wyższych działania patologiczne, sprowadzające się m.in. do wyłudzania stopni naukowych.

Rząd Republiki Słowackiej podejmie odpowiednie kroki w związku z mającym miejsce obniżeniem administracyjnych wymogów wobec szkół wyższych w procesie akredytacyjnym, włączając do oceny zagranicznych ekspertów. W tym celu dokumentacja akredytowanych uczelni będzie tłumaczona na język angielski. (...) Władze państwowe będą też aktywnie przeciwdziałać nieprawidłowościom i oszustwom, które zakorzeniły się w słowackim szkolnictwie wyższym nie tylko na poziomie jednostkowym, ale także instytucjonalnym. Władze Republiki Słowackiej stworzą mechanizmy umożliwiające odebranie wyłudzonych stopni i tytułów naukowych przez pracowników naukowo-dydaktycznych. Ograniczy zarazem w sposób systemowy możliwość uzyskiwania w ten sposób awansów naukowych przez osoby, kierujące się nieuczciwą motywacją.

Słowacja bardziej demokratyzuje m.in. obszar szkolnictwa wyższego w porównaniu z innymi postsocjalistycznymi krajami-członkami UE, gdyż wszystkie decyzje ministerstwa oświaty, nauki, szkolnictwa wyższego i sportu dotyczące akredytacji kierunków kształcenia oraz uprawnień naukowych do prowadzenia postępowania awansowego na stopnie i tytuły naukowe są publikowane na stronie internetowej ministerstwa w pełnej formie, a więc są tam nie tylko kopie uchwał przyznających lub odbierających uczelniom określone uprawnienia, ale także treść ich pełnego uzasadnienia. Kandydaci na studia, jak i nauczyciele akademiccy mają powyższe dane czarno na białym.

(źródło: http://www.minedu.sk/index.php?lang=sk&rootId=6596)

środa, 18 sierpnia 2010

Walka z wiatrakami

Otrzymałem wczoraj krótki list następującej treści:

Witam Panie Profesorze,
Jestem studentką pedagogiki i z zainteresowaniem czytam Pańskie publikacje, pisze do Pana Profesora z nadzieją na rozwiązanie mojego problemu. Otóż z uwagi na Pańskie żywe zainteresowanie szeroko pojętym oszustwem w edukacji, zwracam się z pytaniem: czy pojęcia ściaganie w szkole i plagiat są pojęciami tożsamymi czt też istnieje pomiędzy nimi wyraźna różnica, którą można ewidentnie sformułować? Czy można te pojęcia w ogóle porównywać skoro ściąganie wywodzi się z języka potocznego? Z góry dziękuję za odpowiedź, studentka Monika K.

---

Problem plagiatów pojawia się w internetowych debatach coraz częściej. Odnoszę wrażenie, że presja nie tylko młodych ludzi, ale także dużej części środowiska nauczycielskiego jest tak silna, by zatrzeć negatywny aspekt tego zjawiska i dać mu „zielone światło”. Po powrocie z krótkiego urlopu odnajduję w wakacyjnej prasie kolejne doniesienia o plagiacie pracy naukowej, i to w wydaniu b. minister z rządu J. Buzka, b. rektora jednej z uczelni niepublicznych, profesor z Akademii Obrony Narodowej itd., itd. Ten, który ów fakt rozpoznał, adiunkt, już w tej uczelni nie pracuje. Absolwentka jednej z uczelni publicznych rozpoznała w wydanej przez jej promotorkę książce 40 stronicowy rozdział skopiownany z jej pracy magisterskiej przez panią profesor. Jeden z internatutów tak skomentował ów fakt na forum Gazety Wyborczej:

Nie można kopiować idei i ujęcia tematu. Nawet wtedy gdy takie działanie opatrzy się przypisem to jest plagiat. Praca ma być samodzielna a przypisy są korespondencją z literaturą lub otwierdzeniem zbieżnego toku myślenia. Ta pani (wzdragam się użyć słowa profesor) to idiotka nie mająca pojęcia o wymogach wobec pracy naukowej. Nazwijmy po imieniu - jest złodziejką, ukradła własność intelektualną. Wywalenie z pracy jest oczywiste. Moim zdaniem złodziejstwo podlega karaniu. Powinna wylądować w pierdlu (nie w zawieszeniu) choćby na krótko, bo jako promotor była pracownikiem zaufania społecznego i przekazywała nie tylko wiedzę ale również postawę etyczną.
Jest złodziejem, plagiatorem, śliską glizdą (ostatnie ze względu na jej tłumaczenia).



Ściąganie jest kradzieżą cudzej myśli/poglądu/wiedzy, podobnie jak plagiat. Obie formy kradzieży czyjejś własności intelektualnej różni jedynie ich forma i cel oraz zakres reakcji społecznej na ich zaistnienie. O ile jest przyzwolenie w naszym kraju na ściąganie w szkole, na studiach, o tyle nie ma już go w tak dużym natężeniu w przypadku ściągania plików muzycznych czy filmowych. Plagiat został określony w ustawie o prawach autorskich a także znalazł swoje miejsce jako akt naganny w Ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym. Tak więc, z jednej strony przymyka się oczy na "ściąganie" w czasie egzaminów, sprawdzianów wiedzy itp. pozostawiając reakcję na te zachowania egzaminatorom i ewentualnym "poszkodowanym", a z drugiej strony ostrzega się przed plagiatami prac dyplomowych i sankcjonuje zarazem plagiaty awansowych prac naukowych. Walka z obu procederami jest nierówna i rzadko podejmowana przez tych, którzy mogli i/lub powinni to czynić.


(więcej: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8055555,Plagiat__promotorka_sciagala_od_pielegniarki.html;
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article572122/Polak_zostaje_magistrem_Dzieki_Wikipedii.html;
http://www.rp.pl/artykul/15,442828_Polska__czyli_plagiatowy_raj.html)

Kultura popularna - tożsamość – edukacja


to tytuł najnowszej książki "Impulsu", jaką przygotowali do druku naukowcy z Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu - dr Daria Hejwosz i Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego - dr hab. Witold Jakubowski. Autorzy zgromadzonych tu rozpraw czynią kulturę popularną motywem przewodnim do własnych badań, w wyniku których odsłaniają różne jej znaczenia i pedagogiczne walory lub słabości: od bezwartościowego wpływu na proces wychowawczy, poprzez możliwości jej wykorzystania w tym procesie do jej możliwej afirmacji. Kreślą w swoich rozprawach linie demarkacyjne pomiędzy kulturą popularną a sztuką, czy też pomiędzy kulturą masową, wyższą i ludową, wskazując zarazem na to, jak nieustannie się ona zmienia, rozmywa czy zostaje ponownie wzbudzona w dyskursie publicznym.

Otrzymujemy książkę, która zainteresuje nie tylko pedagogów, socjologów, etnografów, politologów czy kulturoznawców, ale także przedstawicieli nauk o sztuce. Wielokrotnie powtarza się w wypowiedziach jej autorów, że kultura popularna jest nadal postrzegana w powszechnym dyskursie negatywnie ze względu na generowane przez niektórych jej twórców procesy ujednolicania, spłycania i standaryzacji wzorców zachowań, postaw czy twórczości. To, co jest naszą codziennością, niedostrzegalną i nieuświadamianą sobie ze względu na tkwiący w niej potencjał osobotwórczych wpływów, zostaje tutaj zdemistyfikowane, nazwane i sklasyfikowane, a co istotne – częściowo także zilustrowane wynikami badan empirycznych.

Książkę czyta się z dużym zainteresowaniem, dlatego polecam ją w okresie wakacyjnym. Możemy obcować dzięki niej z różnymi formami estetyki, które stają się podstawą do budowania osobistych poglądów na ich temat. Wzbogaca ona też swoją zawartością nie tylko sposób osobistego rozumienia zachodzących (także z naszym udziałem) przemian społeczno-kulturowych, ale i poszerza pole zainteresowań pedagogiki społecznej, której przedmiotem badań są m.in. bio-psycho-społeczne procesy wychowawcze wymykające się instytucjonalnej standaryzacji i wpływom na rzecz pozytywnej, negatywnej czy obojętnej dla rozwoju dzieci i młodzieży socjalizacji pozaszkolnej, pozarodzinnej czy wolnoczasowej.

(więcej: http://www.impulsoficyna.pl/index.php?cat=2&id=1140)

piątek, 13 sierpnia 2010

Izgubljena generacja

to tytuł książki chorwackiego pisarza, poety i redaktora rozgłośni radiowej KL-Eurodom ze Splitu - Damira Duplančiča, który od 2000 r. prowadzi na tej antenie audycje dla młodzieży, doradzając jej w rozwiązywaniu codziennych problemów. Po polsku tytuł tej książki brzmiałby – „Zagubiona generacja”. Jest ona zbiorem autobiograficznych wspomnień, wrażeń, przemyśleń, ale przede wszystkim wierszy tego autora, które zostały poświęcone pokoleniu dojrzewającemu w latach 70. i 80. XX wieku. Tom został dopełniony wypowiedziami przyjaciół i znajomych też z tego pokolenia na temat tego, jak oni postrzegają miniony czas życia? Są tu wspomnienia z dziecięcych zabaw na ulicy czy przydomowym podwórku, szkolne sukcesy i porażki, pierwsze miłości, wakacyjne przygody i społeczno-ekonomiczne przemiany, które dotknęły tę generację.

Dzisiaj Międzynarodowa Organizacja Pracy (International Labour Organization) opublikowała raport o tzw. "straconym pokoleniu", odnosząc ten termin do młodzieży, która nie może znaleźć miejsca na rynku pracy. W świetle tego raportu - globalne bezrobocie osiągające poziom 630 mln. młodych ludzi w wieku od 15 do 24 lat w tym roku ma mieć rekordowy poziom, w wyniku wciąż mającego miejsce kryzysu ekonomicznego na świecie.

Nieco inny aspekt wchodzenia w życie młodzieży podnosi w swojej książce Karel Hvižďala, kiedy pyta - Co wyrośnie z dzieci, które dzisiaj przyszły na świat? Gdyby przyjąć tezy amerykańskiej psycholog Judith Harris, że większy wpływ na socjalizację dziecka ma jego środowisko, otoczenie, niż rodzina, to dla dzieci lepiej jest, kiedy wyrastaj w dobrym środowisku i problemowej rodzinie, niż w problemowym środowisku a w dobrej rodzinie. Dopóki nasze codzienne otoczenie i pozarodzinne środowisko życia, jakim jest w tym przypadku państwo, sprawia, że nie trzeba przestrzegać ustaw, że się omija prawa, że politycy postępują arogancko a niekiedy i kłamią, (…), to nie ma się co dziwić, że to wszystko deprawuje dzieci, także te z dobrych rodzin.

Ktoś podcina gałąź, na której siedzi kolejne młode pokolenie. Duplančič słusznie zatem docieka w jednym ze swoich wierszy: (...) dlaczego piłujecie gałąź drzewa, na którym siedzicie? Czyż nie jest ona jeszcze wystarczająco zdrowa? A może wam przeszkadza to, że jeszcze ktoś inny na niej usiadł?(…)

(źródła: K. Hvižďala, Interviewer aneb restaurování kontekstů. Rozhovor s m.m. marešovou, Portál, Praha 2010; D. Duplančič, Izgubljena generacja, Split 2009, s. 312; http://wiadomosci.onet.pl/2209795,12,swiatowy_alarm_ws_straconego_pokolenia,item.html)

środa, 11 sierpnia 2010

Interwiówer czy wywiadowca?

Podróże kształcą, a w czasie wakacji wzbogacają nas w sposób szczególny, gdyż poza własnym środowiskiem codziennego życia czy pracy zawodowej możemy trafić na zupełnie nowe zjawiska, doświadczyć czegoś dotychczas niespodziewanego, spotkać nowych ludzi, przeczytać obcą literaturę itp. Zaintrygował mnie w czeskiej księgarni tytuł książki, która właśnie ukazała się w moim ulubionym wydawnictwie naukowym „portál” w Pradze, a nosi tytuł: Interviewer. Jest to wywiad – rzeka z nestorem czeskiego dziennikarstwa, prowadzącym i publikującym swoje wywiady z tak znakomitymi osobistościami świata czeskiej polityki, kultury i nauki, jak m.in. z profesorem socjologii politycznej Václavem Bĕlohradským, z pierwszym postsocjalistycznym Prezydentem Republiki Czechosłowackiej – Václavem Havlem, wybitnym czeskim fotoreporterem Josefem Koudelką czy z praskim rabinem Efraimem Karolem. Tym razem jednak jest to wywiad z Karlem Hvižďalą jako interviewerem, czyli z dziennikarzem, pisarzem, a przede wszystkim mistrzem tego gatunku, który określany jest mianem wywiadu-rzeki.

Niestety, nie odnajduję w języku polskim odpowiednika dla słowa interviewer. Jak bowiem określić w naszym języku tego, który przeprowadza wywiad z kimś innym - prowadzący wywiad czy wywiadowca? W Internecie znajdziemy nawet portal poświęcony tylko i wyłącznie wywiadom z celebrytami czy vipami (www.wywiadowcy.pl), więc chyba jednak powinienm użyć nazwy - wywiadowca.

Termin interwiówer nie przyjmie się, gdyż jest zaprzeczeniem tego, o czym marzył poeta, gdy apelował, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. Nie miał okazji stanąć przed dylematem, jak przetłumaczyć tytuł książki: Interviewer. Ten anglicyzm nie byłby niczym złym, o ile, użyłbym go w poprawnej formie i z umiarem. Interwiówer odpowiadałby wprawdzie nowemu “językowi”, który opiera się na używaniu słów-hybryd, o angielskim rdzeniu i z polskimi końcówkami, ale brzmiałby jednak dość pokracznie. Chyba zatem zastosuję w przekładzie słowo – wywiadowca, ale założę się, że natychmiast będzie się ono kojarzyć albo ze specsłużbami, albo z harcerzami. Kim zatem jesteś, kiedy przeprowadzasz z kimś wywiad? Interwiówerem czy wywiadowcą?